> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 26 stycznia 2013

Kino Nowej Przygody – w pełni autonomiczny gatunek czy jedynie hybrydyczny?

Nakręcone na przestrzeni dwudziestu siedmiu lat cztery części przygód Indiany Jonesa - profesora archeologii, awanturnika i poszukiwacza przygód - dały widzom jednego z bardziej wyrazistych i rozpoznawalnych bohaterów kina rozrywkowego. Nieodłączny kapelusz, skórzana kurtka i bat są dziś już symbolami nierozłącznie wiązanymi z tym bohaterem i znakiem dla widza, że gdy tylko pojawią się na ekranie, można się spodziewać spektakularnego widowiska. 

Nic dziwnego – twórcy Indiany, George Lucas i Steven Spielberg, tworząc pierwsze obrazy Kina Nowej Przygody mieli tylko jedno założenie: chcieli kręcić takie filmy, jakie sami chętnie oglądali. Legendarni dziś filmowcy, wychowani na kinie science-fiction klasy B lat pięćdziesiątych i filmach przygodowych lat trzydziestych, powołali do życia szereg kultowych postaci, których perypetie bawią widzów w różnym wieku do dziś i dostarczają czystej, niczym nie skrępowanej rozrywki na najwyższym poziomie.


Wszystko zaczęło się od George'a Lucasa, który w 1977 roku nakręcił Gwiezdne Wojny. Film o stosunkowo małym budżecie (13 mln dolarów), bez pierwszoligowych gwiazd w obsadzie stał się prawdziwym hitem i wraz z Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia Spielberga (z listopada tego samego roku) zapoczątkował nową modę. Narodziło się Kino Nowej Przygody. Jak pisze Jerzy Płażewski, twórca terminu, tego rodzaju kino charakteryzują „gwałtowne sceny akcji, wartkie tempo wzajemnie napędzających się wydarzeń, mroczne tajemnice, raptowne zaskoczenia, wyjątkowe zbiegi okoliczności, straszliwe niebezpieczeństwa, sytuacje pozornie bez wyjścia, obrazy wstrząsające rozmachem (…), epatowanie egzotyką i co pewien czas szczyptę humoru – przerwę na odśmianie11. Nastąpił gwałtowny zwrot ku gatunkom popularnym, które w tamtych czasach były postrzegane jako mało wartościowe. Postawiono na widowiskowość, lekką ironię i pastisz. Taki charakter Kina Nowej Przygody sprawiał, że były to filmy przystępne dla widzów w różnym wieku i o odmiennych zainteresowaniach. Chciano pokazywać widzom coś, czego jeszcze nie widzieli i to w sposób, którego się nie spodziewali. Chciano zaskakiwać i wywoływać zadowolenie. Poszukiwanie coraz nowszych atrakcji, które mogłyby zaciekawić widza wiązało się z czerpaniem i mieszaniem wątków z gatunków już istniejących. Kino Nowej Przygody jest pojęciem tak rozległym i mieszczącym w sobie nagromadzenie cech charakterystycznych dla innych gatunków filmowych, że wypada się zastanowić, czy jest to autonomiczny gatunek filmowy, czy jedynie odnoga szeroko pojętego kina akcji. 

Chcąc udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie trzeba działać stopniowo. Najpierw przypomnieć podstawowe cechy wspólne, charakterystyczne dla określonego gatunku filmowego, wymienione przez Ricka Altmana w książce Gatunki filmowe. Następnie zestawić z nimi wybrane cechy tetralogii o przygodach słynnego archeologa, o którym filmy stanowią doskonały przykład będąc reprezentacyjnymi obrazami Kina Nowej Przygody. 

Pierwsze na co Altman zwraca uwagę w swojej książce, to dualizm. Możemy go zauważyć oczywiście w zestawieniu Indiany z jego przeciwnikami – nazistami, sowietami czy thugami (wyznawcami kultu bogini Kali) – co jest dość prostym przykładem walki dobra ze złem. O wiele ciekawszym jednak będzie zestawienie, na które pozwala nakręcona w 1989 roku trzecia część serii – Indiana Jones i Ostatnia Krucjata. Właśnie w tym filmie poznajemy ojca Indy'ego, granego przez Seana Connery'ego, Henry'ego Jonesa Seniora. Relacje między ojcem i synem oraz zestawienie ich charakterów są główną siłą obrazu Spielberga. Podczas gdy bohater grany przez Harrisona Forda jest żądnym przygód awanturnikiem, któremu nieobce są walki na pięści ani szalone pościgi, tak jego ojciec spędził większość życia w bibliotece. Najbardziej ceni wiedzę i umiejętności, które sam posiadł, nie dostrzega osiągnięć syna, wiecznie go karcąc i będąc wciąż niezadowolonym z jego postępów. Całkiem odmienne charaktery obu postaci i brak wzajemnego zrozumienia owocują błyskotliwymi dialogami i prowadzą do sytuacji pełnych humoru. Wspólna podróż pozwoli nie tylko na przeżycie ekscytujących przygód, odnalezienie legendarnego artefaktu, ale też na zbliżenie się tych dwóch postaci – Indy poczuje, jak bardzo przez całe życie brakowało mu ojca, ten drugi z kolei wreszcie dojrzeje do ojcostwa.


Zostając przy skomplikowanych relacjach z ojcem, możemy poruszyć kolejną z cech wymienianych przez Altmana – intertekstualność (postrzeganą również czasem jako autorefleksyjność). Rozgrywający się dziewiętnaście lat po Ostatniej Krucjacie Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki odwraca niejako role. Indiana Jones wraz ze swym synem rusza na poszukiwanie tytułowego królestwa. Tym razem to on nie może pojąć młodzieńczej głupoty i brawury, które wykazuje jego syn – Henry Jones III. Najlepiej analogię widać w scenach pościgów. W Ostatniej Krucjacie Indy wraz z ojcem uciekają na motorze przed Niemcami. Prowadzi młodszy z Jonesów i udaje mu się wrzucić kilku nazistów do wody. Rozbawiony i dumny patrzy z uśmiechem na ojca, ten jednak nie widzi w tym nic zabawnego i patrzy na syna z dezaprobatą. Uśmiech zamiera Indianie na ustach, porozumienia z ojcem nie udało się nawiązać, więc skupia się na dalszej ucieczce. W Królestwie Kryształowej Czaszki mamy podobną scenę – Jonesowie uciekają przed agentami KGB, tym razem to Ford siedzi na miejscu pasażera. Po skomplikowanej sekwencji pościgowej bohaterom w końcu udaje się uciec – ceną za to jest jednak zniszczenie pomnika Marcusa Brody'ego. Młody Jones patrzy szczęśliwy na ojca, ten jednak odpowiada spojrzeniem pełnym smutku – zniszczona rzeźba przypomniała mu o zmarłym przyjacielu. Podobnych w wymowie scen jest więcej, ta jednak wydaje mi się najlepiej ilustrować autorefleksyjność w obu filmach.

Równie ciekawie wyglądają zestawione ze sobą sceny z Poszukiwaczy zaginionej Arki oraz Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady. Jedną z najsłynniejszych scen, jakie pojawiają się w pierwszym filmie, jest ta pokazująca pojedynek na bazarze. Naprzeciw Indiany staje nowy przeciwnik – potężnych rozmiarów Arab, doskonale władający mieczem. Indy, rozkojarzony poszukiwaniem ukochanej, po prostu wyjmuje pistolet i strzela, jednocześnie wygrywając w ułamku sekundy pojedynek, który zapowiadał się na długą i spektakularną walkę. W ostatnich scenach Świątyni Zagłady, która powstała trzy lata później, lecz stanowi prequel Poszukiwaczy, mamy podobną scenę – drogę Indy'emu zagradzają dwaj thugowie z mieczami. Rozluźniony archeolog sięga dłonią do kabury... ta jednak okazuje się pusta! Humorystyczne nawiązanie do poprzedniego filmu z serii jest oczywiste, jednocześnie wyraźnie gloryfikuje kolejność, w jakiej należy serię oglądać. Gdyby oglądać ją według chronologii wydarzeń – nawiązanie straci całą moc, a na twarzy widza nie zagości uśmiech. Warto również wspomnieć o odniesieniach do innych filmów Kina Nowej Przygody. Początek Świątyni Zagłady rozgrywa się w japońskim nocnym klubie, który nazywa się tak samo, jak jeden z bohaterów Gwiezdnej Sagi – Obi-Wan. Z kolei w jednej z finałowych scen Królestwa Kryształowej Czaszki główny bohater filmu mówi w dość charakterystyczny sposób, że ma złe przeczucia. Podobne odczucia, wyrażane w podobny sposób, mieli również bohaterowie Gwiezdnej Sagi Lucasa. Przykłady można mnożyć, warto natomiast wspomnieć, że w samej tylko części pierwszej tetralogii o przygodach archeologa można znaleźć 350 odniesień do innych filmów2.


Nie można zapomnieć o powtarzalności, przewidywalności i kumulacji. W kontekście przygód Indiany Jonesa można te trzy cechy opisać łącznie. Każdy z czterech filmów jest podobny w warstwie fabularnej: archeolog szuka legendarnego artefaktu, przeciwnicy starają się mu w tym przeszkodzić, by pozyskać skarb dla siebie. Filmy mogą sprawiać wrażenie przewidywalnych, wiemy przecież, że bohater osiągnie obrany cel. Jednak bardziej istotne niż pytanie: „czy to zrobi” jest pytanie: „jak do tego dojdzie”. Jakie niebezpieczeństwa będzie musiał pokonać, jakie zagadki rozwikłać, co poświęcić, czego się nauczyć itd. Podobnie jak wcześniejsze (Gwiezdne Wojny) oraz późniejsze (przykładowo Piraci z Karaibów) filmy Kina Nowej Przygody miały przede wszystkim dostarczać rozrywki. Skłonność do happy endów była niejako wpisany w konwencję, podobnie jak archetypiczne cechy bohaterów czy wyraźny podział na dobro i zło. Tak samo jak dziecięce spojrzenie na świat, charakteryzujące się wiarą w istnienie większego porządku. Spojrzenie, które kazało Jonesowi zamknąć oczy, gdy była otwierana Arka, Luke'owi zaufać Mocy, a kolejnym widzom odwiedzać sale kinowe i z prawdziwą przyjemnością przeżywać kolejne przygody.

Pozostaje jeszcze kwestia symbolizmu. Podobnie jak w przypadku intertekstualności można tu przywołać przynajmniej kilka przykładów: od sceny, w której zamknięta w skrzyni ze swastyką Arka Przymierza wypala symbol nazizmu, po rytuały rozgrywające się w Świątyni Zagłady. Uważam jednak, że warto tu napisać o najsłynniejszym atrybucie Indiany – jego kapeluszu. Z pozoru to zwyczajna brązowa fedora, w dodatku nieco już nadgryziona zębem czasu. Jednak bez niej Indiana jest tylko zwykłym profesorem, podobnie jak superbohaterowie bez swych kostiumów przestają być super, tak i on z poszukiwacza przygód zmienia się w zwykłego nauczyciela. Ukochany kapelusz naszego bohatera towarzyszy mu w każdej przygodzie, prawdopodobnie przynosi szczęście i w pewien sposób jest cechą charakterystyczną postaci. Indy otrzymał kapelusz w wieku trzynastu lat (sekwencja początkowa Ostatniej Krucjaty) od przywódcy gangu, z którym się wówczas mierzył. Od tamtego czasu kilkukrotnie prawie stracił kapelusz, zawsze jednak próbował go odzyskać za wszelką cenę (co doskonale widać w Świątyni Zagłady, gdzie Indy prawie traci rękę w jednej z pułapek byle tylko odzyskać fedorę). Kapelusz definiuje tę postać. Wyrzucony z bagażnika człowiek na początku Królestwa Kryształowej Czaszki nie jest nikim szczególnym, dopóki nie zobaczymy jak zakłada na głowę fedorę (czemu towarzyszy główny motyw dźwiękowy serii). 

Natomiast w jednej z kulminacyjnych scen Ostatniej Krucjaty bohater walczy z nazistami znajdując się na pędzącym czołgu, którym nikt nie kieruje. Pojazd zmierza w kierunku przepaści – Doliny Półksiężyca. Indy pomaga ojcu i przyjacielowi opuścić czołg, rozprawia się z niedobitkami przeciwników i jesteśmy niemal pewni, że sam zaraz będzie bezpieczny. Jednak wiatr zwiewa z głowy Jonesa fedorę. Widz traci pewność, uśmiech zamiera mu na ustach, wstrzymuje oddech. Również sam Jones jakby traci rezon. Czołg spada. Towarzysze Indy'ego podbiegają do krawędzi klifu, spoglądają w dół, wiedzą jednak równie dobrze co widzowie, że nikt nie przeżyłby takiego upadku. Nawet Indiana Jones w filmie o własnych przygodach. To koniec. W tym właśnie momencie pojawia się mocno oszołomiony bohater i – lekko chwiejnym krokiem – podchodzi do krawędzi i patrzy na rozbity czołg. Następuje wylewne powitanie, gdy ojciec uświadamia sobie, że obok stoi syn, którego właśnie w myślach pogrzebał. Widząc, że syn jest cały, nie zważając na jego liczne rany i stłuczenia, zarządza dalszą wędrówkę. Wyczerpany Indy pada na kolana i zostaje z tyłu. Właśnie wtedy wiatr postanawia zwrócić mu zgubę, a bohater w niewyjaśniony, wręcz magiczny sposób odzyskuje siły.


Myślę, że powyższe przykłady dość dobrze ukazują Kino Nowej Przygody nie tylko jako nurt czy poetykę, ale jako samodzielny gatunek filmowy. Charakteryzując się wszystkimi cechami niezbędnymi do definicji gatunku w pojęciu Ricka Altmana, Kino Nowej Przygody może godnie stać w jednym rzędzie z filmami science-fiction, fantasy czy akcji. Każdy bowiem z tych gatunków jest hybrydyczny z natury, czyli łączy w sobie elementy kilku odmian gatunkowych. Nieustające poszukiwanie atrakcji, którymi można zaintrygować widza, wiąże się z poszukiwaniem nowej formuły, która może te atrakcje pomieścić. Gatunkowe wymieszanie jest więc nieuniknione, warto jednak mieć na uwadze proporcje i uważać, by były one odpowiednie.


Bibliografia:

Książki:
Altman Rick, Filmy mają pewne podstawowe cechy wspólne [w:] Gatunki filmowe, Warszawa 2012, Wydawnictwo Naukowe PWN.
Szyłak Jerzy, Kino Nowej Przygody, Gdańsk 2011, wydawnictwo słowo/ obraz terytoria.

Czasopisma:
Jerzy Płażewski, Czy „Nowa Przygoda” zdobędzie kino światowe?, „Kino” 1990, nr 3.

Filmografia:
Gwiezdne Wojny: Część IV – Nowa Nadzieja (Star Wars), reż. George Lucas, USA 1977.
Bliskie spotkania trzeciego stopnia (Close Encounters of the Third Kind), reż. Steven Spielberg, USA 1977.
Poszukiwacze zaginionej Arki (Raiders of the Lost Ark), reż. Steven Spielberg, USA 1981.
Indiana Jones i Świątynia Zagłady (Indiana Jones and the Temple of Doom), reż. Steven Spielberg, USA 1984.
Indiana Jones i Ostatnia Krucjata (Indiana Jones and the Last Crusade), reż. Steven Spielberg, USA 1989.
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki (Indiana Jones and the Kingdom od the Crystal Skull), reż. Steven Spielberg, USA 2008.
___________________________________
11J. Płażewski, Czy „Nowa Przygoda” zdobędzie kino światowe?, „Kino” 1990, nr 3.
2O. Calabrese, Neo-Baroque: A Sign of the Times, Princeton 1992.

czwartek, 17 stycznia 2013

316 - Dobry książę nie jest zły ale mógłby być lepszy

W dziesiątym tomie Baśni Willinghama na pierwszy plan wychodzi postać, która dotychczas stała gdzieś z tyłu i zmywała podłogę. Muchołap, bo o nim mowa, dotychczas zwyczajny woźny, przemienia się w tytułowego księcia. Zyskując magiczną zbroję i dobywając Excalibura, przemierza Studnię Czarownic, by w Stronach Rodzinnych założyć nowe, autonomiczne królestwo niewrażliwe na niszczycielskie wpływy Cesarza.


Z pozoru mająca niewiele wspólnego z głównymi wydarzeniami w Baśniogrodzie historia całkowicie zmieni układ sił między żyjącymi w naszym świecie Baśniowcami a okupującym Strony Rodzinne Adwersarzem. Łącząc elementy z legend arturiańskich oraz widoczne nawiązania do Starego Testamentu, scenarzysta tworzy dziwnie znajomą, acz wciągającą opowieść, która niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. Czy to ciekawym rozwiązaniem samej opowieści, czy smaczkami, jak magiczne zwierciadło, dzięki któremu Baśniowcy mogą śledzić poczynania Muchy niczym widzowie realityshow. Cieszy powrót dawno niewidzianych bohaterów (zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych) oraz rozwiązanie kilku wątków, które były zapoczątkowane w serii kilka tomów wcześniej. Nie można zapomnieć również o wojnie, która wciąż wisi w powietrzu. Podczas gdy Muchołap prowadzi swą bohaterską krucjatę, inni bohaterowie z Wilkiem na czele starają się zrobić co w ich mocy, by – gdy w końcu wojna nadejdzie – szala zwycięstwa przechyliła się na ich stronę.

Przez serię przewinęła się pokaźna liczba rysowników. Za dziesiąty tom odpowiada jak zawsze świetny Mark Buckingham, który maczał palce niemal w każdej z wydanych już części Baśni. Gdy myślę o serii, to właśnie jego rysunki stają mi przed oczami, nie muszę więc chyba mówić, że Dobrego Księcia bardzo przyjemnie mi się oglądało. Jeden zeszyt – przenoszący nas na Farmę i odbijający nieco od głównego wątku – zilustrował Aaron Alexovich. Styl rysownika nie przypadł mi zbytnio do gustu, gdyż zmierza w stronę karykatury bądź cartoonu i mocno odstaje od tego, co robi Buckingham. Na deser zostaje jak zawsze genialny zbiór okładek zeszytowych autorstwa Jamesa Jeana.

Jedna z najdłuższych opowieści (aż dziewięć zeszytów) w historii serii wprowadza wiele świeżości, głównie dzięki nowemu bohaterowi, który wkracza z przytupem na scenę. Po kilku mniej udanych tomach, Dobry książę jest tomem przyjemnym, wciągającym, acz wciąż niesięgającym poziomu i oryginalności pierwszych czterech tomów. Za dużo ostatnio w serii opery mydlanej, a za mało kombinowania z konwencją, która była głównym atutem pierwszych tomów i zabawy z baśniowymi motywami. Bywały tomy lepsze, jak i gorsze - warto Dobremu Księciu dać szansę, bo nie jest to komiks zły, a mimo pewnych niedoskonałości, to z pewnością ciekawy tytuł. 

Recenzja pierwotnie ukazała się na Alei Komiksu.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

315 - Podsumowanie komiksowego roku


W skrócie. Wczoraj na moich ulubionych Kolorowych Zeszytach ukazało się podsumowanie komiksowego roku według twórców. Obok tekstów Maćka Pałki, Olgi Wróbel i Marka Turka znalazło się kilka zdań od niżej podpisanego.  Z jednej strony jestem dumny, bo towarzystwo zacne, z drugiej jestem trochę speszony ich wielkością, a moją małością. Co nie przeszkadza mi się głupio cieszyć i zachęcać Was do odwiedzenia wiadomej strony i przeczytania, co ciekawego mamy do powiedzenia na temat minionego roku. Właśnie się zorientowałem, że pisząc o premierach filmów komiksowych zapomniałem wspomnieć o Comic-Conie, damn...

piątek, 11 stycznia 2013

314 - Carpe diem i memento mori

Piękna opowieść. Prawdziwa, poruszająca, w jakimś stopniu magiczna, ale przede wszystkim... piękna. Tak pomyślałem, gdy siadłem na łóżku, chwilę po odłożeniu komiksu na półkę. Musiałem ochłonąć, zebrać myśli. Dawno nie byłem pod takim wrażeniem, dawno nic tak bardzo mi się nie podobało. Daytripper to cudowny komiks, zdecydowanie jeden z najlepszych, jakie zostały wydane w 2012 roku, całkowicie wart swojej ceny. Posłuchajcie...

Każdy z dziesięciu rozdziałów opowiada o innym okresie życia Brása de Oliva Domingosa – twórcy nekrologów, marzącego o pisarskiej karierze. Każdy przedstawia głównego bohatera w innym wieku i w innym momencie życia. Każdy też kończy się śmiercią głównego bohatera, ukazując wartość życia przez pryzmat nieuniknionej i niespodziewanej śmierci. Daytripper to opowieść o życiu, o miłości, przyjaźni, zwycięstwach i porażkach. Poruszająca historia udowadnia, że w codziennym życiu warto szukać chwil wartościowych, niezwykłych, które są z pozoru zwyczajne.

Rozdziały są ułożone niechronologicznie i praktycznie rzecz biorąc, można by je czytać pojedynczo, bez znajomości reszty. Każdy z nich przedstawia nieco alternatywną historię, tworzącą, jakby nie patrzeć, zamkniętą całość. Jednak to dopiero przeczytanie całej dziesiątki daje nam pełny obraz i pozwala w pełni docenić kunszt autorów, którzy świetnie znają się na swej pracy. Jednak doskonała koncepcja i pomysł to nie wszystko. Warto zwrócić uwagę na wyrazistą kreskę, efektowne kadrowanie i spokojny sposób snucia opowieści, co w połączeniu daje niezwykły efekt. Zarówno dialogi, jak i postacie są świetnie rozpisane. Podczas lektury może się wręcz wydawać, że przysłuchujemy się rozmowie i śledzimy życie prawdziwych osób. Cudownego klimatu dodają kolory Dave'a Stewarta, które niestety w polskim wydaniu nieco różnią się od oryginału (zwłaszcza w rozdziale trzecim, błąd drukarni?). To jednak drobny defekt, nie ujmujący ocenie całości.

Daytripper to z pewnością komiks obyczajowy, jednak nie jest to tania i nudna opowieść biograficzna. Bliźniacy Fábio Moon i Gabriel Bá stworzyli coś niezwykłego, pokazując nieubłagany nurt życia, w którym każdy z czytelników pewnie znajdzie znajome obrazy. To album o zwyczajnym życiu, chwilach dobrych i tych gorszych, które w pewien sposób nas definiują i sprawiają, że warto żyć. To również historia o śmierci. Bo życie jest jak opowieść. A każda dobra historia potrzebuje zakończenia.

Recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu Valkiria Network.

środa, 2 stycznia 2013

313 - Zagubieni Chłopcy dwadzieścia lat później

Można się było tego spodziewać. Po zakończeniu swojego najsłynniejszego cyklu o przygodach nordyckiego boga kłamstw, po dodaniu do tegoż „kropki nad i” w postaci komiksu, przyszedł czas na coś nowego. Padło na Zaginionych Chłopców – zgraję urwisów, której kiedyś przewodził sam Piotruś Pan. Wiele się jednak zmieniło. Chłopcy urośli, zapuścili brody, ubrali skórzane kurtki i zaczęli przeklinać. Nie stronią od piwa i innych używek, a ich głównym środkiem transportu są motocykle. Zmienił się również ich przywódca – teraz największym szacunkiem darzą zabójczo piękną Dzwoneczek. Można chyba powiedzieć, że Chłopcy dorośli. Ale to tylko pozory.


W siedmiu opowiadaniach, które składają się na nową książkę Jakuba Ćwieka, mamy okazję poznać najciekawszy gang motocyklowy na świecie. Historie są raczej krótkie, przepełnione humorem, ciekawymi pomysłami i dobrze napisane. Niektóre opowiadania mogłyby być dłuższe - czasem zabrakło mi rozwinięcia poszczególnych wątków, czy głębszego nakreślenia niektórych spraw. Nie mam jednak zamiaru narzekać, Chłopcy to lekka i przyjemna lektura. Nie brakuje w niej dobrych dialogów ani wartkiej akcji. Podobnie jak w cyklu o Kłamcy, znajdziemy tu sporo nawiązań do szeroko pojętej popkultury. Jednak to postacie są największym atutem książki. Każdy z siedmiu członków gangu jest oryginalny, nie tylko różni się wyglądem, ale i charakterem oraz sposobem bycia od pozostałych. Z początku mogą się oni wydawać bandą stereotypowych harlejowców, jednak to tylko pozory. Ćwiek sprytnie połączył charakterystyczne dziecięce cechy oryginalnych Zagubionych Chłopców z powieści Barriego z własnymi pomysłami. Mimo, że książka utrzymana jest raczej w lekkim klimacie, nie brakuje tu momentów poważniejszych, wzruszających czy nostalgicznych. Bo tak naprawdę przygody Chłopców, poza tym, że głównie bawią, zmuszają do zastanowienia się nad sensem i celem dojrzewania. Byłoby pięknie móc na zawsze zostać dzieckiem, niczym się nie martwić, całe dnie spędzać na beztroskiej zabawie. Przychodzi jednak czas, kiedy trzeba wynieść zabawki na strych i stawić czoła problemom. Właśnie o tym są Chłopcy.

Należy pochwalić piękne wydanie, jakim uraczyło nas Wydawnictwo SQN. Świetne, klimatyczne, choć nieco szkicowe ilustracje stworzył Robert Adler, którego żadnemu miłośnikowi komiksów nie trzeba przedstawiać. Autor takich serii jak 48 stron czy Status 7 nie tylko przepięknie zilustrował tekst, ale czasem dodał coś od siebie, być może pomagając niektórym czytelnikom w interpretacji opowiadań. Sztywna (bo ani twarda, ani miękka) i „grawerowana” oprawa, porządny papier i nawet czerwona tasiemka do zaznaczania ilości przeczytanych już stron... Czego chcieć więcej?

Chłopcy Jakuba Ćwieka byli dla mnie miłym zaskoczeniem. Wiedziałem, że Ćwiek potrafi pisać i nie stroni od dobrych pomysłów, jednak Chłopcy naprawdę miło mnie zaskoczyli. Po świetnym cyklu o Kłamcy, autor udowadnia, że nie jest ojcem jednego bohatera. Mam nadzieję, że kontynuacja historii motocyklowego gangu z Nibylandii szybko trafi na księgarskie półki. Umarł Kłamca, niech żyją Chłopcy!


Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Valkiria Network.