Strony

poniedziałek, 12 listopada 2018

Mucha Comics - Księżycówka / Zaćmienie / The Wicked + The Divine 2

Księżycówka to nowa seria Briana Azzarello i Eduardo Risso w oryginale publikowana przez Image Comics od 2016 roku. W pierwszym tomie nowego cyklu autorzy znani ze 100 naboi zabierają czytelnika do roku 1929, a więc czasów prohibicji w USA. Główny bohater, Lou Pirlo, to gangster z Nowego Yorku, który udaje się na amerykańską prowincję, by zwerbować do przestępczej organizacji nowego dostawcę alkoholu. Na jego drodze staną nie tylko niechętni miastowym lokalsi, ale również mroczne tajemnice skrywane przez gęste lasy Appalachów.



Choć Azzarello i Risso zmieniają scenerię i cofają się w czasie, to podobnie jak w 100 nabojach tworzą historię o twardych facetach i pięknych kobietach, którym przyszło żyć w brutalnym świecie. Fabuła toczy się wartko i bez oporów korzysta z archetypicznej ikonografii kojarzonej z gangsterami lat 20. i 30. Autorzy dobrze oddają zaściankowy klimat małomiasteczkowej społeczności na końcu świata i zagubionego w niej twardziela z wielkiego miasta, a wszystko uzupełniają wątkami rodem z horroru. Ilustracje Risso to klasa sama w sobie - pomysłowa kompozycja i tradycyjna dla tego rysownika zabawa czernią robią piorunujące wrażenie (tym razem rysownik własnoręcznie nakładał również kolory).

Księżycówkę przeczytałem z dużą przyjemnością. Solidnie napisana fabuła i świetna oprawa graficzna składają się po prostu na porządny komiks. Nie jest to najlepszy album duetu Azzarello-Risso ani nic równie przełomowego co 100 Naboi, ale czasem warto docenić po prostu solidne rzemiosło, a z takim mamy do czynienia właśnie w tym przypadku. Pierwszy tom zgrabnie przedstawia świat i bohaterów. Liczę, że historia rozkręci się w dalszych zeszytach oraz śmielej będzie eksplorowała wątki fantastyczne.

7/10

Księżycówka (Moonshine) ukazała się po polsku nakładem wydawnictwa Mucha Comics.


W Zaćmieniu scenarzysta Ed Brubaker daje upust swojej miłości do czarnego kryminału i złotej ery Hollywood. Dlatego intryga koncentruje się wokół tajemniczego morderstwa gwiazdy srebrnego ekranu, głównym bohaterem jest scenarzysta w kryzysie twórczym, którego wciąż nawiedzają koszmary niedawno zakończonej wojny, a tło wydarzeń stanowią huczne przyjęcia wydawane przez wielkie studia filmowe i niepokój towarzyszący polowaniu na komunistów senatora McCarthy’ego.

Hollywood przedstawione w komiksie Eda Brubakera i Seana Phillipsa (wspomaganych kolorami przez Elisabeth Breitweiser) to miejsce, gdzie każdy ma swoje sekrety, a największą władzę dzierży ten, kto poznał tajemnice pozostałych i ma dość odwagi, by wykorzystać je przeciwko nim. Aktorzy, reżyserzy, producenci i scenarzyści tkwią w destrukcyjnej siatce zależności, a żadna przysługa nie jest tu wyświadczana z dobroci serca. Akcja toczy się leniwie, Brubaker mnoży wątki i stopniowo ujawnia kolejne elementy układanki, zaś rozwiązanie zagadki wcale nie oznacza szczęśliwego zakończenia. Jednak ważniejsze od samej intrygi wydają się tu misternie budowany klimat retro końca lat 40. - zgodny z archetypicznym wyobrażeniem epoki, utrwalonym w zbiorowej świadomości przez liczne filmy - i ukazanie skomplikowanej machiny, która napędza Hollywood i decyduje, kto w tym świecie odniesie sukces, a kto poniesie sromotną porażkę.

Jeśli lubicie filmy noir, powieści Dashiella Hammetta lub Raymonda Chandlera to, teoretycznie, czytając Zaćmienie powinniście się poczuć jak w domu. Tekst Brubakera to solidna robota, zaś Phillips i Breitweiser zadbali o to, by ze szczegółami oddać klimat epoki - ten martwy od 70 lat świat na kartach komiksu tętni życiem. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że dostaliśmy ubrany w fabularne ramy przegląd „the best of noir”, a nie pełnowartościową historię. Komiks czyta się z przyjemnością, fabuła wciąga, jest nastrojowo, ale boję się, że za kilka dni niewiele będę z tego wszystkiego pamiętał. Po pierwsze dlatego, że komiks jest przeładowany informacjami (co uwiarygadnia przedstawioną historię, ożywia świat przedstawiony i nadaje postaciom głębi, ale też niepotrzebnie rozprasza uwagę czytelnika), a po drugie dlatego, że już gdzieś to wszystko widziałem. W pogoni za bezbłędną stylizacją i próbą oddania jak najwierniejszego hołdu własnym fascynacjom Brubaker zgubił gdzieś pierwiastek oryginalności, który sprawiłby, że jego komiks stanie się niezapomniany, jak klasyki na których się wzorował.

7/10

Zbiorcze wydanie Zaćmienia (The Fade Out) ukazało się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.


Co 90 lat dwunastu ludzi odkrywa, że tak naprawdę są oni reinkarnacjami bogów. Oczywiście zyskują nadludzkie moce, ale to tylko wisienka na torcie. Najważniejsza jest przecież sława – ze zwykłych śmiertelników z dnia na dzień stają się gwiazdami. Nagle wszyscy chcą ich znać, każdy pragnie zrobić sobie z nimi zdjęcie, ich wizerunki pojawiają się na bilbordach oraz okładkach czasopism i tak dalej. Ale tylko przez dwa lata. Sława ma bowiem swoją cenę – dwa obroty Ziemi wokół słońca i ich czas wśród śmiertelników się kończy.

W pierwszym tomie w sam środek powrotu „śmiertelnych nieśmiertelnych” wylądowała nastoletnia Laura, która za wszelką cenę chciała okazać się jedną z Panteonu. Jej marzenia zdawały się być na wyciągnięcie ręki, gdy bogowie wkroczyli do jej życia. Zamiast sławy i pieniędzy przyszła jednak góra kłopotów i trauma pozostała po rozwiązaniu wątku Lucyfera. Ale także – i to dosłownie – płomyk nadziei, że coś jednak jest na rzeczy z jej boskością.

W drugim tomie The Wicked + The Divine Kieron Gillen i Jamie McKalvie przedstawiają kolejne interpretacje bóstw z najróżniejszych kultur i wierzeń. Największe wrażenie robi Dionizos, który dotykiem obdarza swych akolitów kwasowym tripem. Kadry z jego imprezy uraczone są odpowiednią kolorystyką, przez co niektórym po kilku stronach może zakręcić się w głowach. Impreza u greckiego boga wina i zabaw ma miejsce w środku tomu. Gillen nie zamierza jednak zwalniać – dwa lata Panteonu to czas liczony od imprezy do imprezy, bo zegar tyka. Między nimi zamiast czasu na złapanie oddechu szukamy pozostałych reinkarnacji lub zgłębiamy poczynania Ananke, opiekunki gwiazd.

Impreza to najlepszy klucz do opisania The Wicked + The Divine. To rodzaj tego wyjścia, podczas którego poznajemy kupę nowych osób, dużo się dzieje, a wszystkie zmysły są co chwilę atakowane kolejnymi bodźcami. Ale jak już wrócimy do domu, nadrobimy stracony sen, zjemy porządne śniadanie i zaczniemy rekonstruować sobie w głowie wydarzenia wczorajszej nocy, to wpierw nie potrafimy tego do końca poustawiać, a później nie wiemy do końca, czy rzeczywiście aż tak nam się podobało. Będą tacy, którzy krzykną zaraz „Ja chcę jeszcze raz!”, ja jednak nie przyłączę się do tego chóru – nawet mimo pewnej ciekawości, jak na fabułę wpłynie zwrot fabularny z końcówki drugiego tomu. Niemniej radzę wypróbować The Wicked + The Divine. Jak pisałem wcześniej, to rzecz specyficzna. Może Was akurat zachwyci.

6/10

The Wicked + The Divine: Fandemonium ukazało się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.
Autorem recenzji The Wicked + The Divine: Fandemonium jest Jakub Izdebski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Na tym blogu tylko Grzybiarz może być Anonimowy...