> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 9 lutego 2017

Jackie - recenzja (Oscary 2017)

Natalie Portman ponownie startuje w wyścigu o złotą statuetkę Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. W 2011 roku sukces zapewniła jej rola w Czarnym łabędziu Darrena Aronofsky'ego. Tym razem względy Akademii próbuje zaskarbić sobie, portretując Pierwszą Damę, Jackie Kennedy, podczas żałoby po śmierci męża.



Wydarzenia napędzające akcję Jackie Pablo Larraína rozgrywają się praktycznie poza kadrem, jednak wszyscy doskonale je znamy – śmierć prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna F. Kennedy'ego mająca miejsce w Dallas w 1963 roku to historyczny fakt, który trudno przeoczyć. Larraín skupia się na tytułowej postaci, pokazując ją w czterech okresach: jako szczęśliwą mężatkę; w kilka chwil po zamachu; jako wdowę przygotowującą się do pogrzebu oraz po przepracowaniu traumy, gdy udziela wywiadu magazynowi Life. Właśnie forma ustnego przekazu pozwala reżyserowi - podążającemu za wywodem samej Jackie - mieszać porządki czasowe i komplikować prostą narrację.

Wysiłki te wydają się jednak daremne. Decyzja o ukazaniu żałoby Pierwszej Damy po stracie męża miała może potencjał marketingowy, jednak zawodzi jako podstawa fabuły, której zadaniem jest przykucie i utrzymanie uwagi widza. Jackie jest śmiertelnie nudna – przez 90 minut projekcji oglądamy bohaterkę snującą się bez celu, podejmującą sprzeczne decyzje, na zmianę popadającą w histerię i walczącą z własnymi myślami, nieobecną dla świata zewnętrznego. Portret Pierwszej Damy, jaki wyłania się z filmu Pablo Larraína, nie wzbudza sympatii ani współczucia widza, potrafi natomiast zirytować i skłonić do zadania sobie pytania: „skąd ten zachwyt?”. 

Portman gra tu na jedną nutę, trudno jednak, by było inaczej, skoro scenariusz poza krótkimi retrospekcjami pokazuje jej bohaterkę wyłącznie podczas żałoby. Zniżony głos i drżące wargi raczej nie zapewnią jej drugiej statuetki, tak jak nie potrafią uczynić z niej na ekranie pełnokrwistej bohaterki, której losem rzeczywiście byśmy się przejęli. Niespieszna narracja (sztucznie dynamizowana przez elipsy czasowe) i statyczne ujęcia pogłębiają wrażenie monotonii. Widzowi pozostaje więc podziwiać piękne kostiumy i odliczać minuty do napisów końcowych.

W jednej ze scen szwagier Jackie żałuje, że jego brat nie dokonał równie wielkich czynów co Abraham Lincoln, zaś wypowiedź kwituje stwierdzeniem o zapadającej w pamięć prezencji rodziny Kennedych. Podobnie jest z filmem Larraína – z seansu zapamiętamy głównie estetykę strony wizualnej, ale na rewolucję w temacie biopiców nie ma co liczyć.

5/10

1 komentarz:

Bartosz Błęka pisze...

W niektórych momentach gra Portman aż karykaturalna, zupełnie nie rozumiem prowadzenia aktorki. A obawiam się, że Oscar i tak właśnie jej przypadnie.
Film nie dość, że śmiertelnie nudny, to jeszcze uderza w przedziwne metafizyczne tony. Te aforyzmy przy ujęciach zachodu słońca naprawdę należało sobie i widzom darować.