Siląc się na pseudozabawne metafory, Zabójcza Klasa powoli zbliża się do końca szkoły. Nic dziwnego, że twórcy zawiązują niektóre wątki i ustawiają pozostałych przy życiu bohaterów pod emocjonujący finał. Od początku miałem trudną relację z serią Ricka Remendera i Wesa Craiga. Z jednej strony zachwycała mnie ona stroną artystyczną i prowadzeniem akcji przez rysownika. Z drugiej scenariusze pozostawiały wiele do życzenia. Remender często pozwalał swoim bohaterom na nastoletnie dywagacje o życiu, po których człowiekowi zaczynała niebezpiecznie pulsować żyłka. Autor lubował się także w klozetowym humorze rodem z najgorszych części „American Pie”, tzn. „puszczę ci bąka w twarz – o nie, poszło z gruzem”.
Tom dziesiąty jest swoistym „best of the best, worst of the worst” serii. Craig znów zachwycił prowadzeniem akcji i kadrowaniem. Jego rysunki wydają mi się nieco bardziej niechlujne, ale pasują do opowieści o nastolatkach ze szkoły dla zabójców. Narkotyczne tripy i samotne snucie się po parku wychodzi mu równie sprawnie, jak pełne akcji krwawe walki na korytarzach z dziesiątkami postaci w tle. „Deadly Class” jest wciąż serią, która znakomicie wygląda.


