> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

niedziela, 7 grudnia 2008

Post 48 - Quantum


Nie wiem od czego zacząć. Czy od tego, że rzadko chodzę do kina? Rzadko chodzę. Ale dzisiaj byłem. W tym roku czekałem na trzy filmy. Wszystkie były związane w jakiś sposób z moimi dziecięcymi latami. Od wszystkich czegoś oczekiwałem i żaden mnie nie zawiódł. Chodzi tu oczywiście o czwartą część przygód Indiany Jonesa, kontynuację "Batman Begins" i nowego Bonda.
"Quantum of solace" to kontynuacja "Casino Royale" z 2006 roku. Na wstępie powiem, że nowa konwencja, nowy styl przypadły mi do gustu. I aktor też, Blond-Bond, jak niektórzy złośliwie nazywali Daniela Craiga, dobrze wpasował się w tajnego agenta. Tak więc, część pierwsza, nowej, podobno trylogii, okazała się świetna. A jak wypadła część druga, z wykozakowanym tytułem i Olgą Kurylenko?
Dobrze. Nie tak świetnie, jak "Casino", ale całkiem przyzwoicie. Jest krócej i szybciej. Jest fajny badgaj, z zielonym nazwiskiem, i całkiem miły początek. Całkiem sporo nawiązań (w tym, te najbardziej zauważalne, do "Szpieg, który mnie kochał" i "Goldfingera") i bondowski humor, którego jakoś nie pamiętam z poprzedniej częśći ("jesteśmy nauczycielami i właśnie wygraliśmy na loterii" lub "sprawa utknęła w martwym punkcie"). Nie ma zabawek, co zapewnie zrazi wielu fanów do nowego rozdziału przygód szpiega. Ale ja sobie ostatnio rokmniłem coś takiego, jako że jestem wykminiaczem. Posłuchajcie... To początek Bonda. Myślę, że w 3, albo 4 filmie z nowej serii do wywiadu zatrudnią Q i zabawki powrócą. Ja bym tak zrobił przynajmniej.
Wątki z Casino zostały ładnie pokazane i rozwinięte. W sumie, na "Quantum" można zakończyć tą historię. Ciekawe co zrobi kolejny reżyser.
Nie można zapomnieć o nieodłącznym elemencie filmów z Bondem - kobietach. Camilla jest bardzo ładna, z opalenizną i fryzurą, zwłaszcza w tej białej bluzce pod koniec (dziwne, że na plakatach wyglądała jak mężczyzna), a Fields też jest bardzo przyjemną osóbką.
Rozpoczynająca sekwencja, pościg samochodowy był jak dla mnie super. Chaotyczne ujęcia tylko dodały mu smaku i dynamiki.
Podsumowując: polecam. Nie jest to "Goldfinger", ale to dobry Bond. A kto się czepia, nich się czepia w pokoju.

21 komentarzy:

Grim pisze...

Ja się czepiam, że ten film to jeden wielki zbiór bezładnych sekwencji akcji, a Craig to nie Bond.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Więc czepiaj się w pokoju. ;)

Grim pisze...

A jak piszę z laptopa w kuchni?

Anonimowy pisze...

W kuchni to mozna dostac scierka po glowie, ostrzegam.
Drogi Grzybiarzu, nie lubisz chodzic do kina? To malo zgodne z Twoim "profilem." Czuje sie rozczarowany.
Pozdrawiam.
naparstek

Anonimowy pisze...

Oj, tam, to bylo leciutko, bez przesady.
Grzybiarzu, ale do teatru chodzisz?
Jestes "blizniak" jak ja i dlatego wedlug gazetowych madrosci musisz kochac teatr.
P.S. Rozumiem, ze na Bonda nie warto isc? Ja bylam ostatnio na "33 dni..." M.Szumowskiej. Mozna powiedziec, ze chyba kontrastowo...

Giovanna

Grim pisze...

Ja jestem bliźniak i teatr kocham, ale wątpliwe, czy uda się opisać tu jakieś sztuki. Chociaż może kilka musicali...

Anonimowy Grzybiarz pisze...

i do kina i do teatru bardzo lubie chodzic, ale chodze rzadko bo czasu nie mam :(
nie, na nowego bonda warto iść. Ale nie nastawiajcie sie na cos mega. Jak na bonda jest sredni. Bywaly gorsze, bywaly lepsze. Samemu trzeba zobaczyc.

Anonimowy pisze...

Apropos teatru: Mayday jest fajny ;]

Anonimowy pisze...

Czy chodzi o dyscypline zwiazana z tematyka tegoz bloga?
Z musicalami jest u nas troche cienko. Widzialam w sierpniu super produkcje "GYPSY" z Patti LuPone w roli Rose, na Broadway'u. Rewelacja. Znakomite texty, cieniutki dowcip, dopracowane drobiazgowo poszczegolne numery. Grane z ogniem. Swietnie "tanczone" i "spiewane". Sceniczne tempo, brak niepotrzebnych dluzyzn. Bawilam sie cudownie, wyszlam z teatru z uczuciem, ze kocham ludzi (artystow w szczegolnosci) i ze swiat jest piekny. Stan leciutkiej euforii, krotko mowiac.

W czwartek ide do "Syreny", dam Wam znac.

Giovanna

Grim pisze...

A i owszem - target bloga to głównie komiksiarze, chociaż doniesienia o książkach, filmach czy innych wytworach popkultury da się oczywiście wyłapać, bo czasem nie sposób trzymać się sztywno pewnych ram.

hak pisze...

Jedno trzeba przyznać nowy Bond jest bardziej ludzki. Nie tylko krwawi i ma siniaki po uderzeniach, ale poci się, dyszy, męczy. Pominąwszy gadżety poprzednie Bondy były aż do bólu plastikowe względnie tekturowe. Ten wreszcie ma trzy wymiary. A poza tym Aston Martin to zawsze było dzieło skończone. Szkoda, że w MI6 tak tną koszty.

Grim pisze...

Jednak Bond staje się przez to kolejnym Jasonem Bournem, względnie Johnem McLane'm - jeszcze jeden twardziel, przeżywający dziesiątki wybuchów, strzelanin itp, a nie bohater typowego "widowiska bondowskiego". Bond faktycznie ma tu ludzką, momentami realistyczną twarz - ale czy tego naprawdę chcemy?

hak pisze...

Czy nie chcemy? My to nie wiem. Ja raczej tak. Rozumiem zniewalającą moc konwencji czy poetyki Bonda, rozumiem przywiązanie i oczekiwanie na „bondowskie widowisko”. Jednak to właśnie ten heretycki w porównaniu z poprzednimi Agent 007 spowodował wzrost mojego zainteresowania tchnąwszy w jak dotąd nieskazitelny acz dość już wyświechtany mundurek agenta Jej Królewskiej Mości nową moc (ów ludzki sznyt), co pozwoliło porzucić nudę w oglądaniu jego poprzednich rutynowych już wcieleń i numerów. Jeżeli więc mam wybierać pomiędzy podobieństwem do Bourna a podobieństwem do poprzednich wcieleń. Wybieram Bourna. Inaczej w mojej skrzywionej percepcji zaczyna się zlewać Bond z Inspektorem Gadżetem a potem to już tylko słodki sen.

Grim pisze...

Ja osobiście tęsknię za estetyką pierwszych bondowskich filmów, choćby "Pozdrowieniach z Rosji" - gadżety jeszcze ograniczone, Connery ze swoim szorstkim stylem bycia i szybka akcja, do zawiązania której nie potrzebne były serie eksplozji i latających samochodów, sterowanych komórkami.

hak pisze...

To mi przypomina artykuł, który czytałem kilka lat temu w jakimś rosyjskim czasopiśmie. Autor stawiał w nim tezę o degrengoladzie Bonda to znaczy twierdzi, że dopóki Bond w filmach używał sprzętu będącego naprawdę na wyposażeniu MI6 dopóty były to świetne widowiska. Zgodność ta jego zdaniem panowała do piątej części, po której nasz agent porzuciła ulubiony przez brytyjski wywiad pistolet Beretta 1934 na rzecz wchodzącego właśnie wtedy na amerykański rynek Walthera PPK/S.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Mi generalnie najbardziej podobają się bondy z Connerym. Ale wszystkie bardzo lubie. W każdym znalazłem coś dla siebie. Chociaż te z Brosnanem były praktycznie takie same...

Grim pisze...

Jednak sam Brosnan jako Bond w moim osobistym rankingu pozostaje na drugim miejscu, zaraz za Connery'm i Moore'm na pierwszym.

hak pisze...

Connery to legenda i bezprzecznie numer jeden wśród Bondów. Ale w Twoim Rankingu Grimie zamieniłbym Brosnan z Craigiem. Resztę pozostawiając bez zmian ;)). Przy okazji sprawdziłem mojego Rosjanina - trochę się pomylił wspomniana przez niego zamiana miała miejsce w czwartej częsci i to książki, czy filmu też, nie pamietam. Tak więc cała teoria poszał sobie w diabły.

Grim pisze...

Cenię Brosnana jako Bonda ze względu na kilka przymiotów - jest przystojny, w jego oczach często błyska okrucieństwo i cynizm, a równocześnie potrafi odgrywać swą rolę z ironią i dystansem godnym Moore'a. U Craiga się tego nie doszukuję, niestety - ma bardzo "fizyczny" styl gry, jednak bynajmniej nie w tym samym sensie, co Connery.

Anonimowy pisze...

...please where can I buy a unicorn?

Anonimowy pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.