> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

środa, 31 grudnia 2008

Post 58- Happy New Year!

Najlepszego!
Z okazji nowego roku graficzka :}




PS. Chłopaki, lepiej by było gdybyśmy składali życzenia razem a nie każdy osobno nie? ;]

Post 57- To był dobry rok


W tym miejscu powinna się znaleźć, noworocznym zwyczajem, lista najlepszych/najgorszych filmów/komiksów jakie czytałem w mijającym roku. Powinna. Ale to nie dzięki nim ten rok był dobry. Dlatego dzisiaj będę opijał kilka innych wydarzeń, dzięki którym mam co świętować tej nocy. Po pierwsze, zakończenie pracy nad jednym z najważniejszych projektów komiksowych w moim dotychczasowym życiu: po ponad roku pracy (rozpoczętej w październiku 2007) nareszcie mogę uznać pierwszy album serii "Szrama" za zamknięty. Z tego miejsca dziękuję wszystkim zaangażowanym w prace nad komiksem i mam nadzieję, że spotkamy się niedługo, aby wznieść wspólny toast za powodzenie człowieka z blizną.
Po drugie, poznałem wielu intrygujących ludzi, wspaniałych przyjaciół i znajomych, których obecność pozwoliła mi przetrzymać okresy nudy i znużenia życiem.
Po trzecie i najważniejsze: poznałem kogoś, kto stał się najważniejszą osobą w moim życiu. I jej także dziękuję.

Szczęśliwego Nowego Roku!

niedziela, 28 grudnia 2008

Post 56- Metal Slug Antology [PSP]


Nie będę się rozpisywał jak to się kiedyś grało na automatach, ile kasy traciliśmy na partyjkach w ukochane gierki. Wiadomo, że były pozycje obowiązkowe dla graczy. Na przykład liczący już 10 lat Metal Slug.
Król automatów był wielbiony przez graczy za jego postapokaliptyczny (tak, tak :)) klimat, pomysły- wykręcony design pojazdów, mase różnorodnych przeciwników (od żołnierzy stylizowanych na nazistów, przez yeti, na zombie kończąc)- grywaloność (niejeden sobie paluchy połamał podczas walki z bosami).

Właściwa gra zawiera siedem części, w które mieliśmy okazje pograć w przeszłości.
Możemy sobie dowolnie: ustawić sterowanie, przystosować ekran do gry, przejść każdy epizod. Gracze mniej wprawieni (np ja :)) mają możliwość pogrania na nieograniczonej ilości tokenów, ambitni do ograniczenia sobie tej swobody.
Za przejście epizodu dostajemy żetony, które wydajemy na gwóźdź programu! Mamy bazę z mnóstwem artów, konceptów, tapet, tracków z gry, które wrzucamy na memory sticka i dysponujemy wg własnego widzimisie.
Oko cieszą zwłaszcza koncepty, w końcu każdy jest ciekawy jak wyglądały rysowane wersje wykręconych obiektów w grze.

Słabą stroną jest zdecydowanie słabe menu, widać, że twórcy poszli ostro na łatwiznę. Szwankuje strona muzyczna (niekiedy zupełnie nie trafione utwory, słaba jakość dźwięku).



Mimo wszystko, to jednak Metal Slug. Niestety przekonwertowany bezpośrednio z automatów a nie z PSX'a (nie mamy tu rewelacyjnych mini-gierek), ale to i tak obiekt kultu retro-graczy, warty odświeżenia.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Post 55 - Życzenia od Ponurych Grzybów


No, to co się, prawda, rozwodzić - świąt wesołych życzymy! A i nasze ulubione życzenia świąteczne zapodajemy, bo nic przyjemniejszego nad wspomnienie dawnych gwiazdek (z kasetami na VHSach, figurkami i innymi cudnymi duperelami, znajdowanymi pod choinką) być chyba nie może (jasne, że może, ale dla klimatu o tych innych rzeczach pisać nie będziemy, przynajmniej do końca świąt). Kliku klik.
Pamiętajcie: zamiast "Kewina samego w domu" lepiej oglądnąć "Christmas with the Joker". Bo zdrowiej i przyjemniej.

Pozdrawiamy!

Post 54 - Gadka, w sumie, o niczym


Witajcie ludziska. Święta idą. Przychodzi czas refleksji. Składania życzeń. Prezentów. Kolęd. Wyprzedaży w supermarketach. I rozmowy.
Dlatego ja z Wami porozmawiam. Będzie to poważna rozmowa o niczym. Właściwie to monolog. Choć, z łaski swej, możecie odpowiadać w komentach. A co. Jeśli czas pozwoli to może jutro jakiś prezent się skołuje.

Jako, że czas pozwala, wchłaniam dużo, co, dziwnym nie jest.

Przeczytałem "Zieloną Milę" Stephena Kinga. Genialna. Lepsza od ekranizacji o wiele. Smutna i wzruszająca, ale genialna. Jak to u Kinga - wyraziści bohaterowie, wspaniale zarysowani. Książka przemyślana od początku do końca, z zwrotami akcji, czasami powalającymi na kolana (jak to dobrze, że czytałem wyd. zbiorcze, bo jakbym miał czekać kilka tygodni (miesięcy?) na następny rozdział, to nie wiem czy bym wytrzymał). Książkę się dosłownie wciąga, co jest pewnego rodzaju charakterystycznym elementem w powieściach i opowiadaniach Kinga. Jeszcze żądna książka Króla mnie nie zawiodła, ale "Zielona Mila" plasuje się w czołówce jego najlepszych książek.

Słucham sobie ostatnio Gorillaz. I zarąbiście jest.

Oglądałem wczoraj V for Vandetta. I bardzo mi się spodobało. Tak bardzo, że entuzjastycznie sięgnąłem po komiks (oryginalny integral), lecz zaraz odłożyłem , przeczytawszy zaledwie kilka stron. Ano późno było i mnie zmógł sen. Ale niedługo pewnie coś naskrobie, jak skończę. W filmie jest kilka motywów, które mnie zastanawiają i mam nadzieję, że ujście swojej ciekawości znajdę właśnie w komiksie Moore'a. "Remember, remember, the 5th of November..."

Kończę Sagę o Widźminie Sapkowskiego. Aktualnie dochodzę do cztery-setnej strony w Pani Jeziora. I muszę powiedzieć, że Sapek się postarał i nawet mu wychodzi. Po genialnych opowiadaniach, bardzo dobrym początku sagi (1-2 tom), słabawym trzecim i dobrym czwartym tomie zapowiada się na to, że zakończenie będzie trzymało poziom pierwszych dwóch tomów. Denerwują mnie tylko niektóre wątki (np. Jarre) i to, że z Sagi o Wiedźminie robi się Saga o Wszystkich Innych oprócz Wiedźmina. Bardzo często podchodzę do książek emocjonalnie, dlatego strasznie zasmuciła mnie SPOILER! śmierć wielu bohaterów, których już zdążyłem polubić... Natomiast ucieszył mnie los Bonharta - dobrze mu tak, skurczybykowi jednemu! Trza go było jeszcze potorturować troche! KONIEC SPOILERA! Na później ostały mi jeszcze 2 opowiadania ze świata Wiedźmina, (lecz spoza cyklu) ze zbioru "Coś się kończy, coś się zaczyna...".

Wiedźmin: the game - gra "Polak potrafi" również mnie porwała i nie chce puścić. Staram się wykonać wszystkie zadania, i te poboczne, i te - oczywiście - główne, więc siedzę w pierwszym akcie już chyba ze dwa dni. Ale mam dużo zabawy (i trzy karty xD), a o to przecież chodzi, nie o szybkość ukończenia gry. Prawda?

Jakiś czas temu pojawił się trailer Wolverine'a. I muszę powiedzieć, że od razu mi się spodobał. Zobaczymy co z tego wyjdzie, pewnie masówka (pozdro Chudy :P), ale może być fajnie.

O komiksach będzie innym razem.

Na koniec jeszcze takie przyjemne filmidło (pozdro Chudy xD):

video


sobota, 20 grudnia 2008

Post 53 - Prorok, czy co?


Ledwie zamieściłem tekst o komiksie "Piotruś Pan" Loisela, nieustraszony internetowy przeszukiwacz Grzybiarz odnalazł w odmętach sieci niedawno umieszczone doniesienie o... ekranizacji rzeczonego komiksu! Zbieg okoliczności nielichy, bowiem oryginał powstał w 1990, polskie wydanie na początku wieku XXI, a ja sam dopiero w zeszłym tygodniu na ten tytuł wpadłem... Przeznaczenie nie śpi, a tymczasem zapodaję linka do wspomnianego doniesienia - kogoś, kto potrafi powiedzieć po francusku cokolwiek więcej, niż de volaille, prosimy o pomoc w tłumaczeniu: http://www.graphivore.be/news.php?idnews=1851

PS. I dzięki dla Chudego, który wspomógł nieustraszonego internetowego przeszukiwacza Grzybiarza!

Post 52- Kevin kręci moralnego pornucha


Kevin Smith umie zrobić kontrowersyjny film. Udowodnił to zarówno poprzednimi produkcjami (ot chociażby Dogma) ale prym zdecydowanie wiedzie nowa produkcja. Za "porno" w tytule Smith otrzymał dużego smuta od władz Filadelfii, a spora część plakatów została pocenzurowana.

Samego porno w filmie jest dość dużo. Mamy cycki, gołe pupy, nawet Jasona Mewesa (aktora grającego u Smitha uwielbianego Jaya. btw: strasznie się zawiodłem, że w filmie nie było jego ani Cichego Boba), który paraduje po korytarzu z sisiakiem na wierzchu.
Sama pornografia została ukazana jako nadzieja na zarobek dla grupki przyjaciół, ich wspólne "hobby", dobrą okazję do poznania wspaniałych ludzi. Nikt tu nie narzuca nam szkodliwości pornografii, ba, Smith uzmysławia nam jak pozytywne jest to zjawisko.

Wszystko jednak po to, aby przedstawić nam rozwój związku Zacka i Miri. Dwóch przyjaciół znających się ze szkoły, u których szufladka z zapłaconymi rachunkami jest nieproporcjonalnie mniej zapchana niż ta z niezapłaconymi, którzy decydują się na kręcenie filmu pornograficznego, przy okazji odkrywając swoje uczucia
Smith ponownie potwierdza, że dobrze się czuje w tematach miłosnych (pamiętacie W pogoni za Amy?), ale w taki...inny sposób.

Mamy tu świetnych aktorów- ponownie wspomne o Mewsie, który mimo tego, że odciął się od roli Jaya gra tu jeszcze bardziej perwersyjną i wulgarną postać (tak to możliwe!).
Wrażenie robi Seth Rogen i znany nam z poprzednich części Anderson (Randall w Clercs, choć reszta "stałych aktorów" z filmów Smitha gdzieś przepadła.

Najbardziej za to boli poziom żartów. Mało finezyjne, niekiedy prostackie przypominającą durne American Pie i komedie z Sandlerem i Stillerem. Parę niezłych momentów (I'll be Oprah-Rich!) niestety nie ratuje filmu i tu zdecydowanie na minus.
Nie to kochaliśmy w filmach Kevina...
Mało jest tu nawiązań do komiksów (choć mamy tu pornola w klimatach Star Wars :)).

O ile "Zack i Miri..." jest o wiele słabszy od reszty filmów reżysera, to i tak wybija się ponad pewną poprzeczkę filmów o miłości i wciąż jest warty obejrzenia.

piątek, 19 grudnia 2008

Post 51 - Piotruś Pan

Są takie opowieści, które towarzyszą nam od kołyski aż po grób. Istnieje kilka historii, ni to bajek, ni przypowieści, które mogą być interesujące dla czytelnika w każdym wieku - i zawsze odnajdzie się w nich coś nowego. Można je interpretować na dziesiątki sposobów, dokonywać wszelakich wariacji i przekształceń pierwotnej treści - i tak powrócą do swego oryginalnego (bądź przynajmniej do oryginału zbliżonego) kształtu. Każde dziecko i dorosły, który kiedyś dzieckiem był, na pewno nosi w pamięci co najmniej kilka kadrów, klisz i ech tych baśni... Szalony Kapelusznik smarujący zegarek masłem, stłumiony przez piach pustyni upadek Małego Księcia, wielka powódź, która zalała Stumilowy Las (a być może wcześniej i Dolinę Muminków), złowieszcze tykanie budzika w brzuchu olbrzymiego gada... 

Właśnie ten ostatni obrazek odświeżył w mej pamięci Regis Loisel, za sprawą swej mini-serii komiksowej pt. "Piotruś Pan". Oznaczenie "Tylko dla dorosłych" na okładce niespecjalnie mnie zdziwiło - mieliśmy już swego czasu "Alicję w Krainie Czarów" w klimatach Batmana - ale zaintrygowało do odkrycia, co też tam ten Francuz wymyślił... Historia rozpoczyna się w wiktoriańskim Londynie, Piotruś (bez "Pana") to zwykły chłopiec z darem opowiadania i nieprzeciętną wyobraźnią, który raczy swoimi bajkami małych uliczników (o pseudonimach Zagubionych Chłopców) w jednej z obskurnych uliczek londyńskich dzielnic nędzy. Zafascynowanie sierot postacią małego gawędziarza podziela starzec o złotym sercu - pan Kundal, który wspiera swego ulubieńca, karmi go i obdarowuje prezentami. Reszta otaczającego Piotrusia świata jest odrażająca, pełna nieufnych, nienawidzących się nawzajem (a w szczególności jego) ludzi, na czele z zapijaczoną, pozbawioną skrupułów matką chłopaka. 

Autor fenomenalnie buduje w pierwszym tomie napięcie i gęstą od wzajemnej zawiści atmosferę, w której niewinne, bezbronne dziecko zostaje upokorzone i sponiewierane ku uciesze zwyrodnialców. Nagle jednak w życiu gawędziarza pojawia się światełko - i to dosłownie - w postaci wróżki, która niebawem otrzymuje imię "Dzwoneczek" ("Pani Ding-Dong" jej się nie podobało) i zabiera swego małego adoratora do nienazwanej Krainy, gdzie na przybycie Wybawiciela oczekują ciemiężeni przez okrutnych i złowrogich piratów mityczne i baśniowe stwory pokroju elfów, gnomów, centaurów i satyrów, rządzone przez bożka Pana. 

Splot najrozmaitszych zdarzeń, jakie od tej pory przytrafią się niemal wszystkim ważniejszym bohaterom tej historii, stanowić będzie swoisty prequel do wydarzeń przedstawionych w powieści Barrie'go i zarazem odpowiedź na niektóre pytania, jakie towarzyszą przy jej czytaniu - skąd wziął się pseudonim "Piotruś Pan"? Jak Kapitan Hak stracił dłoń? Po co krokodylowi budzik w brzuchu? Skąd wzięli się na wyspie Zagubieni Chłopcy? Kiedy chłopiec postanowił, że nigdy nie dorośnie? I tak dalej, i tak dalej. 

Pomysł ciekawy, gorzej z wykonaniem - bo jakkolwiek seria ma kilka dobrych i znakomitych momentów, to jednak zbyt często z kartek wieje nudą. Szczególne brawa za pierwszy zeszyt (o czym już wspomniałem) i za samą ideę pokazania "originu" poszczególnych postaci z Nibylandii i okolic. No i za rysunki, przywodzące na myśl najlepsze francuskie szkoły i cieszące oko. I za okrucieństwo - uderzające tym bardziej, że jego twórcami są dzieci. Kilka słabszych wątków to wg mnie wciśnięty nieco na siłę Kuba Rozpruwacz (ograniczyłbym jego bytowanie do jednego zeszytu) czy sporo dłużyzn- przeciągnięta pogoń krokodyla za piratami na wyspie czy relacje Piotruś - Dzwoneczek - Tygrysia Lilia. Narracja chwilami siada, historia zaczyna się wlec, a dialogi brzmią jak z książki dla dzieci (nie wiem, czy to celowa stylizacja, ale mnie nazbyt często to drażniło). Ach, no i nieszczęsne pokrewieństwa i powinowactwa Kapitana Haka... Jak z Gwiezdnych Wojen. Ech. Mimo to polecam każdemu, kto ciepło wspomina książkę i/lub bajkę Disneya, a nie boi się odrobiny twórczej inwencji w historiach z dzieciństwa.

czwartek, 11 grudnia 2008

Post 50- Kwaśny Superbohater Returns.


I znów ponownie dostałem w moje ręcę mój ulubiony komiks humorystyczny. Wilq 14 to mocny powrót do korzeni. Okładka (dwustronowa), chyba jedna z najlepszych w historii Wilq'a dokładnie odzwierciedla nam treść komiksu.

Po paru ostatnich zeszytach, które sprawiły, że wszystcy krzyczeli, że to koniec, dostajemy dawno oczekiwany comeback do starych dobrych "prostacko-finezyjno-sarkastych" żartów, które poziomem w pełni dorównują starym odcinkom. Mnóstwo wspaniałych momentów: od walki z prehistorycznym stworem mieszkającym w piwniczce jednego z bloków, przez zombie-kasety VHS i wątek z Chopinem (Forest Whittaker!!) po manifestacje upośledzonych monsterów.
Wady? Poziom humoru niektórych pojedyńczych pasków. Choć i tu zdarzają się perełki.

Sami twórcy potwierdzają, że wciąż są jednymi z najlepszych bestii. Od zawsze Wilq'owi towarzyszyły genialne scenariusze, znakomite kadrowanie, w #14 Wilq zauważamy, że wrażenie uzyskane dzięki prostym kreskom, kilku rastrom, wspomnianym świetnym kadrowaniu (pełnostronowe plansze!) stoi na poziomie nieosiągalnym dla większości komiksiarzy.

Strasznie cieszyłem się z tego, że 99 procent materiału było (przynajmniej dla mnie) premierowe- oprócz pasku z amuletem wiedźmina.
Trochę brakuje mi kalendarza- IMHO strzału w dziesiątkę. Kochałem przerzucać karteczki na początku każdego miesiąca aby przeczytać paseczek poświęcony Wilq'owi :(

Wierni fani Wilq'a- ci, którzy są z nim od samego początku (Produkt), ale też osoby, które opolskiego superbohatera poznały stosunkowo niedawno będą zachwycone.
Polecam!

Post 49 - POST żyje


Z maila od Komikslandii:

Witam,

Wyobraźcie sobie, że pakiet Egmontu ukazał się wczoraj, 5 dni przed
zapowiadaną premierą, a w nim:

1. Boże chroń królową
2. Czwarta siła
3. SW Dziedzictwo t.2
4. Mikropolis. Przewodnik turystyczny

Natomiast krakowski Post opublikował
czwarty tom Corto Maltese.
Poza tym
udało nam się zapanować nad dostawą ze Stanów i część z komiksów jest już
dostępna w sklepie internetowym.

Tyle na razie
Pozdrawiam
Łukasz Stokowski


--
Komikslandia
http://www.komikslandia.pl/
Zabawne. Właściwie niedawno razem z Wojciechem Głuszkiem i Rafałem Szłapą prowadziłem naukowy dyskus o wspomnianym wyżej wydawnictwie. Ale o tym kiedy indziej (właściwie to przygotowuje się do jakiegoś dłuższego postu/artykułu na temat w.w. wydawnictwa). W każdym razie 4 tom Corto Meltese to dla mnie całkowita niespodzianka.
Pozdrawiam.

niedziela, 7 grudnia 2008

Post 48 - Quantum


Nie wiem od czego zacząć. Czy od tego, że rzadko chodzę do kina? Rzadko chodzę. Ale dzisiaj byłem. W tym roku czekałem na trzy filmy. Wszystkie były związane w jakiś sposób z moimi dziecięcymi latami. Od wszystkich czegoś oczekiwałem i żaden mnie nie zawiódł. Chodzi tu oczywiście o czwartą część przygód Indiany Jonesa, kontynuację "Batman Begins" i nowego Bonda.
"Quantum of solace" to kontynuacja "Casino Royale" z 2006 roku. Na wstępie powiem, że nowa konwencja, nowy styl przypadły mi do gustu. I aktor też, Blond-Bond, jak niektórzy złośliwie nazywali Daniela Craiga, dobrze wpasował się w tajnego agenta. Tak więc, część pierwsza, nowej, podobno trylogii, okazała się świetna. A jak wypadła część druga, z wykozakowanym tytułem i Olgą Kurylenko?
Dobrze. Nie tak świetnie, jak "Casino", ale całkiem przyzwoicie. Jest krócej i szybciej. Jest fajny badgaj, z zielonym nazwiskiem, i całkiem miły początek. Całkiem sporo nawiązań (w tym, te najbardziej zauważalne, do "Szpieg, który mnie kochał" i "Goldfingera") i bondowski humor, którego jakoś nie pamiętam z poprzedniej częśći ("jesteśmy nauczycielami i właśnie wygraliśmy na loterii" lub "sprawa utknęła w martwym punkcie"). Nie ma zabawek, co zapewnie zrazi wielu fanów do nowego rozdziału przygód szpiega. Ale ja sobie ostatnio rokmniłem coś takiego, jako że jestem wykminiaczem. Posłuchajcie... To początek Bonda. Myślę, że w 3, albo 4 filmie z nowej serii do wywiadu zatrudnią Q i zabawki powrócą. Ja bym tak zrobił przynajmniej.
Wątki z Casino zostały ładnie pokazane i rozwinięte. W sumie, na "Quantum" można zakończyć tą historię. Ciekawe co zrobi kolejny reżyser.
Nie można zapomnieć o nieodłącznym elemencie filmów z Bondem - kobietach. Camilla jest bardzo ładna, z opalenizną i fryzurą, zwłaszcza w tej białej bluzce pod koniec (dziwne, że na plakatach wyglądała jak mężczyzna), a Fields też jest bardzo przyjemną osóbką.
Rozpoczynająca sekwencja, pościg samochodowy był jak dla mnie super. Chaotyczne ujęcia tylko dodały mu smaku i dynamiki.
Podsumowując: polecam. Nie jest to "Goldfinger", ale to dobry Bond. A kto się czepia, nich się czepia w pokoju.

Post 47 - "Hellblazer: Strach i wstręt"

Jak to jest być jednym z najpotężniejszych magów na Ziemi? Ile możliwości daje znajomość pradawnych okultystycznych rytuałów i technik magicznych? Jak czuje się jedyny człowiek w dziejach, który oszukał Szatana w trzech osobach i wykaraskał się z nieuleczalnej choroby nowotworowej? Jak to jest być zgorzkniałym, uzależnionym od alkoholu Anglikiem w średnim wieku, który zostawia za sobą szlak pełen trupów przyjaciół i towarzyszy, nie potrafi związać się z żadną kobietą i pali jak smok? 

O tym właśnie stara się opowiedzieć Garth Ennis w drugim tomie „Hellblazera”, który trafił w ręce polskiego czytelnika. Jako że nastąpił roczny przeskok w fabule (Egmont i jego polityka wydawnicza nadal pozostaje nieprzeniknioną zagadką ), spotykamy Johna Constantine’a, współczesnego maga po przejściach, gdy wraz ze swoją dziewczyną Kit przyjeżdża do kochającej siostry na gwiazdkę. Szybko się okazuje, że zaproszenie okultysty nie jest wyłącznie przejawem siostrzanej miłości, ale ma określony cel – otóż siostrzenica Johna zaczyna, śladami wujka, zajmować się magią... „Ostatni z rodu”, bo tak nazywa się historyjka, w zasadzie niewiele przedstawia- ot, jakie to przekleństwo być Constantinem, jak to źle zajmować się magią, bo psuje się innym życie, jak to każdy z rodziny Constantinów stoczył się na dno piekielnych Otchłani przez czarnoksięskie sztuczki i „Och, już nie będę, wujku Johnie”. Ogólnie rzecz biorąc – prosto, miło, nieskomplikowanie. Constantine przyjeżdża, mści się na złym młodym sataniście, robi trochę dobrego dla nieumarłego przodka, a Kit opowiada sprawczyni całego zamieszania, jak to spieprzył sobie i innym egzystencję wujaszek. Niewiele. 

Kolejna opowiastka, „Czterdziestka”, to w sumie ciepła i miła wariacja na temat, niż pełnoprawny zeszyt – John ma urodziny. Czterdzieste. Nie ma przyjaciół, a dziewczyna poza miastem. Gdy wraca do domu z postanowieniem upicia się do nieprzytomności w towarzystwie lustra, nagle okazuje się, że starzy kumple postanowili zrobić przyjęcie- niespodziankę. Wielkie zaskoczenie, wzajemne poklepywanie się po plecach, śmiechy, przelewający się alkohol, marihuana i inne używki – szampańskiej zabawy nie może zepsuć nawet przybycie niepożądanego znajomego... I wszystko fajnie, szkoda tylko, że polski czytelnik skojarzy trzy, góra cztery postaci na przyjęciu, bo przecież Egmont nie musi robić przypisów, nawet najbardziej elementarnych, choćby na poziomie tych z „Azylu Arkham”. Bo po co? 

Po tym miłym, aczkolwiek nieszczególnie skomplikowanym epizodzie następuje właściwa historia, czyli „Strach i wstręt”. I tutaj jest już dobrze, a nawet bardzo – Ennis udowadnia, że jego domeną są nie tylko fajnie brzmiące gadki pomiędzy barowymi cwaniakami i łojenie skóry dewiantom i złym gościom przez przedstawicieli tzw. „jasnej strony mocy”, ale przede wszystkim stosunki międzyludzkie – także subtelne zauroczenia, gorejący gniew, niechęć i nienawiść, ale też zwykła bezsilność. Nie jest to może jakiś narracyjny majstersztyk, ale czyta się przyjemnie- bez dłużyzn, kilka zwrotów akcji, kilka ciekawych tekstów Johna – smakowity, pełnokrwisty komiks. Bez żylastych kawałków, ale też bez szczególnej pikaterii- mimo to nada się na treściwy posiłek dla każdego czytelnika. I potem czas na smakowity deser- „Drogi Johnie”. Tutaj nie ma już ani krzty magii (z jednym, maleńkim wyjątkiem) , niesamowitości, wysłanników nieba czy sług piekła. Jest bolesna proza życia, w której widać dokładnie, że Constantine jest tylko i wyłącznie człowiekiem. Żałosnym i słabym , pozbawionym tego, co mu było najdroższe- ze swojej własnej winy. „Pan bez fletu”, jak napisał Schulz. Smutne.

Słówko o szacie graficznej- kto czytał jakikolwiek komiks Dillona, ten czytał wszystkie jego komiksy, jak to mówią. Kreska jeszcze niewyrobiona, nieco „brudniejsza” niż w „Kaznodziei”, momentami niektóre kadry aż proszą się o szczegóły. W melinie dwóch nastolatków tylko kilka gazet, pudło i dwie puszki po piwie w kącie? Okładki Fabry’ego- jak zwykle miód. Chociaż też jeszcze to nie to, co można obejrzeć przy jego pracy nad „Preacherem”. Kolory, jak to kolory w komiksach sprzed kilkunastu lat- położone paskudnie i momentami od czapy, skutecznie burząc nastrój. No cóż.

wtorek, 2 grudnia 2008

Post 46- Ruchome obrazy


Jako, że niedługo do kin wchodzą naprawdę grube adaptacje komiksów postanowiłem zrobić osobisty
ranking (posiłkowałem się również ulubionymi pozycjami Grima) filmów na podstawie komiksów. Ostrzegam- to moja subiektywna lista, wielu pozycji nie obejrzałem (w tym Iron Mana i najnowszego Hulka, obiecuje, że nadrobię zaległości :)).



7. Punisher (ten nowszy)- lubię ten film mimo monotonni i płytkości. Obraz broni się przede wszystkim świetnymi scenami, nawiązaniami do komiksów Ennisa i dobrej muzyce.

6. Mask of the Phantasm- animowane Batmany zawsze będą miały oddzielny kącik w serduszkach członków naszego bloga. W moim, na pierwszym miejscu dzięki Markowie Hamillowi :) Mask of the Phantasm to przede wszystkim świetnie napisana historia. Szczerze mówiąc na początku sama historia mniej mnie ciekawiła niż retrospekcje głównego bohatera, w których widzimy początki kariery superbohaterskiej. Świetna intryga + świetny Joker= świetny animowany film

5. V jak Vendetta - chociaż filmowi sporo brakuje do pierwowzoru to Wachowsscy zrobili naprawdę słodkie dziełko. Zarówno Portman jak i Weaving przyprawiają nas o dreszczyk w połączeniu z niesamowitą muzyką i monumentalnymi scenami. Przyznam, że film oglądałem dawno, ale wywarł na mnie ogromne wrażenie, aż czuję, że muszę po niego wkrótce sięgnąć jeszcze raz.

4. Batmany Burtona- darzone ciepłym uczuciem i sentymentem przez komiksiarzy. Największym atutem jest właściwie to, że stworzył je Tim dzięki czemu mamy tu zarówno pyszny gotycki klimat (scenografia!!) jak i niesamowite pomysły (dłuuuugi magnum Jokera :)). Niestety mimo tego wszystkiego nie pasuje mi tu kurduplowaty Keaton.

3. Batmany Nolana- nowa "epoka" Batman'a to już nie gotycki klimat. Brakuje tu "tego czegoś" co miały filmy Burtona, jednak dzięki aktorom ( Bale jest o wiele mniej drętwy niż Keaton, mamy tu wyśmienitego Kane'a >oklaski<, Ledgera, Freeman'a), efektom specjalnym i dobrej akcji... ...no dobra, trzecie miejsce zapewnił mu Joker, który kopie dupy wszystkim komiksowym villain'om na ekranie :P

 2. 300- drugie miejsce. Za pomysł, klimat, oddanie pomysłu na ekran (podobnie jak w Sin City). Snyder zrobił to co najlepiej umie: dynamiczny obraz o niepokonanej armii z mnóstwem testosteronu, krwi, skrupulatnie przerysowany z kart noweli. Niezapomniane sceny (niektóre na dobre wpisały się do popkultury), mnogość mrugnięć do komiksiarzy czynią z filmu naprawdę warty obejrzenia hołd złożony komiksowi.

 1. Sin City- nikt nie jest zaskoczony- ekranizacja Miasta Grzechu to namber łan każdego fana nowelek graficznych. Frank Miller i Rodriguez nadali zupełnie nowego charakteru "ruchomemu" komiksowi. Niezwykły klimat, koncepcja, kapitalni aktorzy. Must have seen dla każdego komiksiarza!

Warto wspomnieć o Hellboyu, X-menach i Spider Manie. Ekranizacja komiksu Mignoli miałaby 8 miejsce (gdyby ten ranking nie miał ich 7). Filmy o X-menach były by zaraz po tym dzięki akcji i nawiązaniu do komiksów. A po nich Spider Many ( 1 i 2, 3 nienawidze :))


Pozdrawiam

Post 45 - Dziedzictwo

ERAGON - Pierwszą część Trylogii (czy na pewno?) "Dziedzictwo" Christophera Paoliniego przeczytałem z dużą przyjemnością. Dobra była, a ja, kilka lat temu, nie byłem tak wymagającym czytelnikiem, co teraz. Smoki, elfy, potwory, magowie, zuuuuo - wszystko czego mi było do szczęścia potrzeba. Jednym słowem wsiąkłem w świat wykreowany przez piętnastoletniego Krzysztofa. Nie dostrzegałem schematyczności i powielania. Byłem oczarowany, tym, że piętnastoletni chłopiec potrafi napisać coś takiego (niedługo potem zostałem wyprowadzony z błędu, ponieważ Christopher miał 15 lat gdy zaczynał pisać książkę, gdy skończył miał już około 18-19. Co więcej książkę wydali mu rodzice, bo dziwnym trafem mieli wydawnictwo. Tak więc motyw "genialnego nastolatka" był mocno przesadzony).

NAJSTARSZY - część druga. Ukazała się w 2006 roku. Kupiłem zaraz po premierze (specjalnie do sklepu leciałem!). No i co? I nic. Gdzieś w połowie przestałem czytać, bo autor ewidentnie przynudzał. Skończyłem dzisiaj (2008 rok mamy, czyli po 2 latach przerwy), zachęcony obietnicami koleżanki, że końcówka jest dobra. I rzeczywiście jest. Nie genialna, ale dobra. Może zaskoczyć. Co tam, że kilka ostatnich rozdziałów zrzyna jak leci z Trylogii (nie, nie Sienkiewicza) Tolkiena (o LOTRa chodzi, jakby ktoś nie wiedział). To można przeboleć, bo rozdział "Najstarszy" i "Dziedzictwo" pokazuje, że autor jednak ma pomysł na kolejną część. Tak więc zakończenie jest lepsze od całej książki.


FILM - był gdzieś między Eragonem a Najstarszym. I klapa kompletna. Amerykański odpowiednik naszej ekranizacji Wiedźmina. Pisałem o nim w 2006 roku na forum gildii.









BRISINGR - trzeci tom trylogii. Nie czytałem jeszcze, ale pewnie niedługo nadrobię. Pożyczę od kolegi, bo żal mi kasy. Aha. I na końcu okazuje się, że trzeci tom trylogii jest trzecim tomem tetralogii. No, Panie Paolini. Tak się nie robi. To już ewidentny skok na kasę.








Podsumowując - Tetralogia Dziedzictwo nie zasłużyła na razie na Znak Jakości Grzybiarza. Ale jestem dopiero w połowie Opowieści. Mam nadzieję, że jednak Dziedzictwo skończy się tak jak zaczęło. Czyli będzie dobrym czytadłem na jesienne wieczory.

wtorek, 18 listopada 2008

Post 43- Sto lat i tyleż dzieł!




Dziś urodziny świętuje Alan Moore- prawdziwy komiksowy gigant i niedościgniony mistrz dla niezliczonej rzeszy scenarzystów ( w tym mnie). Wszystkiego najlepszego!

niedziela, 16 listopada 2008

Post 42 - Śmierć Mistrza- Janusz Christa: 1934-2008


Wczoraj odszedł Janusz Christa...

Post 41 - The Tick - brave and the bold

Na jutubie można oglądnąć intro nowej animowanej produkcji z Batmanem - Batman The Brave and the Bold. Od razu, po oglądnięciu, kreskówka zaczęła mi się kojarzyć z uwielbianym przeze mnie The Tick'iem!! Głównie muzycznie, co prawda, ale owo podobieństwo skłoniło mnie do przypomnienia sobie intra Tick'a. A teraz główna ciekawostka dzisiejszej niedzieli. Uwaga! Spróbujcie to zrobić w domu! Puściłem obraz z intra nowego Batmana a muzykę z intra Ticka i... tak zgadliście! Prawie idealnie do siebie pasują, jakby muzyka The Ticka... była robiona do nowego Batmana! Zachęcony tym wspaniałym odkryciem, zrobiłem następny krok. Tym razem puściłem sobie zmutowane (z ang. - mute) intro Uszatego i video z Kleszcza. Podobna sytuacja. Wg. mnie tu się szykuje jakaś następna Teoria Spiskowa Dziejów...


Słucham sobie ostatnio "The Best Film...
ever!" i muszę powiedzieć, że na płycie znalazło się wiele utworów z filmów na podst. komiksów, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Miłe dla ucha są muzyczne popisy Elfmana z Batmana Burtona, czy muzyka z Supermena skomponowana przez Johna Williamsa. Oprócz tego, chyba wszystkim znane motywy z Indiany Jonesa, Star Wars, Władcy Pierścieni czy Jamesa Bonda, też znalazły się na płycie. (właściwie 4 płytach, bo posiadam 4CD Deluxe Edition). Ogólnie całość (ponad 4 godziny świetnej muzyki) wypada bardzo porządnie, ale mi brakuje tu muzyki z Piratów z Karaibów... No cóż... Bywa. Rocky przynajmniej jest.




Przeczytałem ostatnio "Grobowy Zmysł". Taka książka... średnia raczej. Jak się nie ma na co wydać 3 dyszek, to można na to, ale lepiej sobie zostawić na co innego. Ogólnie to rozchodzi się o to, że główna bohaterka - Harper - ma tytułowy grobowy zmysł, dzięki któremu odnajduje ciała. Martwe ciała. Jej praca polega na odnajdywaniu ciał, nie zagłębia się w sprawę. Nie interesuje jej, kto, co i dlaczego. To robota dla policji. Jednak, pewne okoliczności, jak to zwykle bywa, zmuszają ją do działania i wplątania się w całą sieć intryg i zagadek. Książka jest dziwnie napisana. Co kilkadziesiąt stron mamy powtórzenie - autorka przypomina nam te same fakty z życia swojej bohaterki, po kilka razy, co w pewnym momencie na prawdę mnie wkurzyło. Jest jeszcze inna sprawa. Niby jest tu dużo akcji i dramatycznych jej zwrotów, jednak, podczas czytania, nie ma napięcia... Przewraca się kolejne strony, na których Harper Collins walczy o życie, jednak nie czuje się tego napięcia, strachu o bohatera, niepewności... No cóż. I tak też bywa. "Grobowy Zmysł" to pierwsza część serii. Myślę, że kolejny tom będzie dużo lepszy. W tomie pierwszym, autorka zapoznaje nas z bohaterami, światem i daje do rozwiązania zagadki, które nie znalazły "ujścia" przy końcu książki... Zostały na później. Zobaczymy. Myślę, że seria ma potencjał, bo zamysł - na połączenie kryminału z fantastyką - jest dobry. Bohaterowie też nie wydają się na jednowymiarowych... Mają przeszłość, myślą o przyszłości... Czekam na 2 tom - "Grób z niespodzianką" - i wtedy powiem, czy seria będzie żyła, czy nie. Przynajmniej u mnie na półce.

czwartek, 13 listopada 2008

Post 40- Podziękowania


Z tego miejsca chciałem podziękować za ciepłe słowa odnośnie bloga wszystkim z forum Klaudii Kulawik na plejada.pl - a zwłaszcza Naparstkowi i Giovannie, którzy "wyłudzili" wskazówki, jak tu trafić. Dzięki za wszystkie opinie, słowa zachęty i życzliwości- wpadajcie jak najczęściej, komentujcie i bawcie się jak najlepiej!

Pozdrowienia specjalne dla haka i Fiony, dwójki najbardziej zajadłych cyników, mistrzów ciętych ripost i tym podobnych na rzeczonym forum.

A ze spraw pozostałych, to uświadczyliśmy zwiastun telewizyjny nowego Punishera. Nic specjalnego, scena eksplozji pocisku mocno kiczowata, a Jigsaw wygląda dość zabawnie (czy on nie był nieco...hm... potężniej zbudowany?)i ma dziwnie brzmiący głos- mimo tego, szykuje się najlepszy film z Panem z Czachą na klacie, jaki nakręcono.

Strona główna filmu- długo się ładuje, ale poczekać warto. Klimaty niczym z komputerowej strzelanki. I to nie tylko sprawka kursora i wszechobecnej posoki.

środa, 12 listopada 2008

Post 39- "Poszedłem się zabić. Zamierzam wrócić z grobu w piątek. Nakarm kota."


„Witaj w MIEŚCIE! Nowoczesnym, wielopoziomowym środowisku życia milionów mieszkańców niedalekiej przyszłości! Znajdziesz tu absolutnie wszystko, co potrzebne do egzystencji na pełnych obrotach w tej metropolii dnia jutrzejszego! Spełnij swoje najdziksze fantazje i daj upust drzemiącym żądzom, rozkręć intratny biznes na handlu własnym materiałem genetycznym, odwiedź olbrzymie rezerwaty upadłych kultur, z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem chronionych przed zapomnieniem, dostosuj swoje niedoskonałe ciało do nowego, hedonistycznego stylu życia, poprzez całkowite uodpornienie na choroby i nowotwory bądź zniwelowanie ryzyka niechcianej ciąży do minimum! Jeśli to Ci nie wystarczy, możesz także zastąpić własny żołądek szczepem bakterii bądź wyrazić swoją osobowość przez niepowtarzalny wygląd (polecamy czasowe bądź stałe implanty morfogenetyczne lub tytanowe blaszki w najróżniejszych miejscach ciała- dla bardziej wymagających mamy ofertę specjalną: przemieszczenie jaźni do systemu miliardów nano -robotów, krążących wokół siebie w silnym polu elektrostatycznym, pozwalającym na zmianę molekuł materii wokół!) Czy wspominaliśmy, że możesz także zafundować sobie klona, poddać się hibernacji na dowolny okres czasu, bądź założyć własną, niepowtarzalną religię? A wszystkie te niesamowite atrakcje na wyciągnięcie ręki! Witamy w MIEŚCIE!”

-Pieprzenie.

Zaskoczony oderwałem wzrok od hologramu reklamowego, unoszącego się kilka metrów nad chodnikiem. Zamrugałem oczami, szukając źródła głosu.

-Słucham?

-Powiedziałem, że to wszystko pieprzenie. Gówno prawda. Jeden wielki bełkot zarzynanego przez piątkę wstawionych niewidomych masarzy z Irlandii rosomaka z zatwardzeniem- powiedział trzydziesto kilku letni mężczyzna w czarnym garniturze i potężnych buciorach, gładząc się po lśniącej łysej czaszce. Lustrował mnie przekrwionymi oczami zza dość dziwacznych, dwukolorowych okularów, zaciągając się z wyraźną rozkoszą dymem z papierosa. Wydał się dziwnie znajomy...

-Chcesz wiedzieć, czym jest miasto, synku?- spytał, odsłaniając w uśmiechu garnitur niezbyt prostych, lśniących bielą zębów.

Nigdy wcześniej ani później nie było mi dane słyszeć takiej wiązanki wyszukanych przekleństw. Mężczyzna wyrzucając z siebie kolejne epitety cały poczerwieniał, nagle przestał, otarł ślinę z podbródka, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. To, co początkowo wziąłem za deseń koszuli, okazało się misternym tatuażem, pokrywającym jego klatkę piersiową. Okularnik wytrząsnął na rękę kilka różnokolorowych tabletek, po czym połknął je szybko, wzdrygnął i uśmiechnął szeroko.

-Mam nadzieję, że teraz już wiesz nieco o mieście.

-Więc co tutaj robisz?

Wyraźnie spochmurniał.

-Muszę wypełnić pewien kontrakt.... ale gdy tylko napiszę temu....temu.... szkoda słów.... jego zasrane książki, wracam w góry. Nienawidzę tu być. Hej, wy! Asystentki!

Zza pleców mężczyzny wyłoniły się dwie młode kobiety- wysoka, atrakcyjna blondynka i ubrana na czarno brunetka z ciężką, nieporęczną walizką. Sapiąc i ocierając pot z czoła, starała się dotrzymać kroku jasnowłosej.

-Wybacz, ale na nas już czas. Służba nie drużba, a ostatnio mamy tu prawdziwy pieprzony sajgon z wyborami prezydenckimi. Czołem, młodzieży! Asystentki, ruszamy!

Gdy okularnik i jego przyboczne zniknęli za rogiem, moim oczom ukazał się gigantyczny plakat : „Co piątek felieton! PAJĄK JERUZALEM, „Nienawidzę tego miejsca!” Czytajcie THE WORD!” I wtedy już wiedziałem, skąd znam tego dziwacznego łajdaka....


wtorek, 11 listopada 2008

Post 38- Koala na ramieniu i kupa talentu


Przyznam, że Australia przez pewien czas była traktowana przeze mnie jako taka pustynia kulturalna. Dopiero od paru lat zacząłem odkrywać uroki kontynentu. Choćby ze względu na komiks- to OZ' wydało nam Ashleya Wood'a, Templesmith'a, czy twórce głośnego The Arrival, Shaun'a Tan'a. Ale ja nie o komiksach. Nie tym razem.
Pewnego razu, usłyszałem o duecie Bliss'n'Eso. Ich pierwsza płyta również nazywała się The Arrival i również są Australijczykami. Ale do nich wrócę później. Pogrzebałem w wytwórniach australijskich i odnalazłem hasło, które będzie łączyło wszystkich wymienionych w tekście wykonawców: Obese Records.

To właśnie ta wytwórnia wypuściła ostatnią płytę duetu Hilltop Hoods, pod tytułem Hard Road Restrung, która z momentu wgniotła mnie w ziemie, głównie z powodu brzmienia. Australijczycy bezczelnie mieszają finezyjny, rodowity rap z muzyką symfoniczną, dzięki czemu Hard Road Restrung wg mnie w pełni zasługuje na miano australiskiej płyty roku 2007.

Parę miesięcy później skusiłem się w ciemno na płytę pana o wystrzałowej ksywce Wolverine. The Wait Is Over, jest wyśmienitą debiutancką płytą, może nie wgniatającą, ale na pewno ponadprzeciętną. Już samo intro (w którym słyszymy cytaty z kreskówki X-men i Fight Clubu) daje zapowiedź tego co będzie na płycie. Świetne sample i mocne wykonanie, przypominające popisy panów z Jedi Mind Tricks.

Wracając do Bliss n Eso, których odkryłem w tym roku, za sprawą nowej płyty "Flying Colours". O ile najnowszy album jest świetny to "Day of the dog" (2007), pomimo świetnych tekstów kulało ze względu na beznadziejne brzmienie. Za to wznowienie płyty (Phazeout w nazwie), gdzie kawałki zostały kompletnie zremiksowane wisi na mojej empetrójce od paru miesięcy. Zdecydowanie jedna z lepszych płyt (do Hard Road jej nie porównam, bo to kompletnie inna kategoria :))

Tydzień temu, wpadła mi w ręce nowa płytka grupy Downsyde, All City. Szczerze mówiąc, mam to czego się spodziewałem, następnej dobrej australijskiej produkcji, bujającej, ze świetnymi samplami. Troche trip-hopowa, momentami austalijczycy brzmią jak Ugly Duckling (Super Heroes, Master MC).

Wszystkie płytki polecam jak najszybciej sprawdzić, bo to naprawdę dobry kawał niedocenianej w naszym kraju muzyki.
Na deser parę linków

Hilltop Hoods- Breathe
Hilltop Hoods- Roll on up
Bliss'n'Eso- The Sea is Rising
Downsyde- Fortune and Fame

poniedziałek, 10 listopada 2008

Post 37- Lans, lans



To w końcu blog, nieprawdaż? A bloga, poza chęcią noszenia kagańca oświaty i diabłu ogarka, wylewania żalów i pokazywania podobizn dzieci (a propos, wszyscy świeżo upieczeni komiksowi tatusiowie- gratuluję! Niech polskie środowisko komiksowe rośnie w siłę, a czytelnikom żyje się dostatniej! Tatusiom ze stażem także gratuluję) służy do oczywistej potrzeby każdego mieszkańca naszej planety w wieku XXI- LANSU! Zatem dziś ja się nieco polansuję, co mi tam.

W dniu dzisiejszym, za pośrednictwem pewnej szczególnej osoby nabyłem drogą kupna za śmieszną cenę (nie powiem gdzie, bele, naprawdę nie powiem gdzie) wszystkie wydane w kraju nad Wisłą tomy TRANSMETROPOLITAN'a- epickiej opowieści o Pająku Jerusalem, "wyjętym spod prawa" (moralnego na pewno) skandalizującym reporterze, który po pięciu latach na odludziu wraca do Miasta- straszliwego molochu, pełnego dziwacznych kreatur, mnożących się sekt, prochów, dewiacji i grzechów 1001 nocy. Na Boga, ten komiks to jeden z najlepszych gwałtów na umyśle i kręgosłupie moralnym, jakie czytałem! Parafrazując klasyka Jessy'ego Custera- "Jakby Garth Ennis wypieprzył Philipa K. Dicka i obaj pozwolili dzieciakowi przez cały czas ćpać heroinę." Wracam do lektury moich świeżutkich, pachnących jeszcze drukarnią komiksów, se se se.

A tak z newsów- dziś Neil Gaiman ma urodziny. 48, zdaje się. Jak tak dalej pójdzie, będzie stary jak Bobby Gadling. Sto lat, Neil.

I pozdrowienia dla komiksowych Skorpionów Komiksowych! Łubu dubu, łubu dubu. To pisałem ja, Bliźniak Komiksowy.

niedziela, 9 listopada 2008

Post 36- "Welcome home boss!"




Zawiodłem się na "Joker". Wydawało mi się, że komiks, z taką dobrą okładką, dobrze wydany, ze świetnymi rysunkami- Bermejo niszczy, jego krecha daleko wykracza ponad zwykłe, amerykańskie "rzemieślnictwo", nawet komputerowe kolorki pani Mulvihill, które zazwyczaj mnie odrzucają, idealnie się komponują się z klimatem historii- rozczarowywuje. Scenarzysta miał fajny pomysł na opowieść, w której szaleńcy z Gotham stają się zwykłymi oprychami, szefami lokali, hakerami, Harley Quinn jest striptizerką w jednym z barów Jokera. Sam Napier jest jakiś bardziej ludzki, zwłaszcza w niektórych scenach.
Niestety, interesująca idea nie została do końca wykorzystana, mimo to sylwetki głównych przestępców dają radę.
Historia przedstawiona jest oczami Frosta- przestępcy, który po odwiezieniu Jokera z Arkham staje się jego cynglem, później prawą ręką jest przeciętna niezła, nieco monotonna, ale bez rewelacji.
Wydaje mi się, że komiks jest trochę odcinaniem kuponów od filmu Nolana (wystarczy spojrzec na desing Jokera). Mamy parę smaczków, dobrą grafikę Jeśli ktoś ma do wydania siedem dyszek- niech kupuje, jeśli nie- niech wyda na coś lepszego.

piątek, 7 listopada 2008

Post 35- He's dressing like a clown!

Wczoraj bosko obśmiałem się przy tym filmiku. Hahaha! Polecam sprawdzić!

Dla wielbicieli głupiutkich testów: którym villain'em jesteś?

Mi wyszło:

Your results:
You are The Joker
The Clown Prince of Crime. You are a brilliant mastermind but are criminally insane. You love to joke around while accomplishing the task at hand




A na blogu niedługo parę recek i wywiad :)

wtorek, 4 listopada 2008

Post 34- "Posmarujcie mnie miodem i rzućcie lesbijkom."


Miało być. Miało i to od dość dawna. Najpierw rękami Kevina Smitha, ale nie wyszło. Potem HBO mini- serial planowało. Nie wyszło. Teraz Columbia planuje. Rękami Sama Mendesa. Za rok z kawałkiem. Ma być. Oj, ma.

A o czym mowa? Ależ oczywiście o ekranizacji bodaj najbardziej obrazoburczej, wypełnionej przekleństwami i kontrowersyjnej serii komiksowej "Kaznodzieja" czyli opowieści o teksańskim pastorze, który po uzyskaniu mocy dorównującej niemal boskiej wyrusza w podróż przez Amerykę schyłku wieku XX wraz z irlandzkim wampirem i płatną zabójczynią, aby odnaleźć i ukarać Boga Wszechmogącego za jego ucieczkę z Nieba. Komiks polecam każdemu, kto jeszcze nie czytał, a co do filmu, oczywiście kibicuję i czekam z niecierpliwością na pierwszy klaps.
I mam nadzieję, że Cassidy będzie dobrze przeniesiony na ekran. Razem ze Starrem. Mam nadzieję.

sobota, 1 listopada 2008

Post 33- Książkowy serial fantastyczny


Lubię Jacka Piekarę. Uwielbiam jego serię opowiadań o Madderdinie. Wielu czytelników wytyka Piekarze powtarzalność, czepia się, że większość historii opiera się na schemacie: inkwizytor przybywa----> rozwiązuje łamigłówkę------> zabija/ stawia na stole do tortur/ wygania złe duchy (czasami wszystkie opcje naraz).
A mi to wogóle nie przeszkadza. Dzięki ciekawemu światu, barwnym postacią i naprawdę dobrej prozie opowiadania czyta się znakomicie. Pisarz często powraca i nawiązuje do poprzednich historii i postaci, co cieszy, ale też próbuje ugryźć dłuższą historię. Przykładem są końcowe rozdziały "Łowcy Dusz", gdzie inkwizytor /spojler/ poznaje największą tajemnicę chrześcijaństwa, mianowicie w Amszilas zakonnicy przetrzymują samego Jezusa Chrystusa /spojler/. Szkoda, że autor nie był aż tak konsekwentny aby dalej ciągnąć tą historię, bo parę tygodni temu wydał pierwszą część podserii "Płomień i krzyż" (słuch o kontynuacji Łowców Dusz tzw Czarnej Śmierci zaginął), która jest preludium do sagi o Madderinie. I tu znów wszystko przypomina serial. Wszystkie rozdziały pod koniec lektury, w kluczowym momencie, łączą się w jedną całość doprowadzając czytelnika do białej gorączki. Chyba nikt nie lubi jak przerywa mu się w połowie świetnej lektury? Ja nie. Dlatego niecierpliwie czekam na kontynuacje!
PS. A pan Piekara dostaje ode mnie smuta, że się nie zjawił na spotkaniu w szczecińskim Empiku :(
PS2. Cała załoga bloga jara się nowym Jokerem. Na dniach podzielimy się wrażeniami :)

Post 32 - New hero in Town

video

piątek, 31 października 2008

Post 31 - Lego Batman: The video game


Lego Batman: The Videogame (PSP)

Ło! Jestem świeżo po 5 godzinach gry i mam zamiar podzielić się z Wami doświadczeniami...
Nie było do tej pory takiej gry o Batmanie, która skupiałaby się na całym uniwersum. Nie było do tej pory gry o batmanie tak klimatycznej (to się podobno ma zmienić przy wyjściu Arkham Asylum), ale dzięki Warner Bros. Interactive mamy okazję nadrobić wszystkie zaległości.
Gra jest bardzo prosta: mamy 6 epizodów zawierających ok 5 misji każdy. Misja wygląda bardzo schematycznie- chodzimy bohaterami, rozwiązujemy zagadeczki,, składamy klocki, bijemy się z ludzikami itp itp. Dla osób, które nigdy nie miały kontaktu z grami z serii Lego na pewno prostota gry odstrasza i tu pojawiają się plusy, przeważające całą szalę:

-pomysły- W grze można zarówno pospacerować sobie po batcave'ie, dać w dziób Alfredowi i Batwoman krzątających się po jaskini, pooglądać swoje trofea itd. Za punkty zdobywane na misjach możemy odblokować sobie pojazdy, bohaterów, ciekawostki (niejeden batgeek złapie się za głowę, poważnie) czy różne extrasy. Ponadto udało mi się odblokować Arkham Asylum, które jest zrobione genialne: biegający po szpitalu więźniowie ( wśród nich autentycznie villansi) atakujący cię bez powodu, pielęgniarze itp. Ponadto w jednym z pomieszczeń mamy możliwość "poskładania" ludzika z części odblokowanych w czasie misji. Warto wspomnieć, że połowę misji wykonujemy bad guy'ami, których jest multum- między innymi Joker, Poison Ivy, Bane, Man Bat, Freeze, Mad Hatter, Two Face itp (naprawdę duży wachlarz postaci z całego universum).

-humor- Nieodłączny grom z serii Lego. Za odblokowane extrasy możemy włączyć opcje, która każdej postaci doda duży nos, okularki i krzaczaste brwi. Filmiki zrobione bardzo miodnie również tryskają humorem i często piętnują charakterystyczne dla Bat-serii niespójności

-klimat- Tam gdzie ma być przerażająco jest przerażająco, Gotham jest naprawdę mroczne, ogród Poison Ivy wściekle zielony, przechadzając się po fabryce Mr Freeze'a aż czujemy ciarki na skórze

-postacie- Każda postać oprócz skoku, uderzenia posiada charakterystyczną sobie umiejętność: Batman rzuca batrangiem, Poison Ivy daje zabójczego buziaka wrogom, Freeze zamraża delikwentów, Riddler potrafi sterować wrogami poprzez zawładnięcie ich umysłem

-muzyka- Niesamowita. Naprawdę oddaje klimat misji i np. w ogrodzie Poison Ivy mamy motywy ze skrzypcami, w batcave'ie co chwili usłyszymy nietoperze i mroczne nutki a po Arkham rozlega się muzyka klasyczna, która wywołała ironiczny uśmiech na mojej twarzy x]

-zagadki- Po przejściu misji nie raz wracamy do niej paręnaście razy. Odblokowane stroje pozwalają odkryć nowe zagadki np. po wykonaniu misji gdzie gdzieś z boku znajdowała się szklana ściana dostajemy w którymś tam epizodzie Sonic Suit, który pozwala nam niszczyć szklane przedmioty. Wracamy do misji i odkrywamy za ścianą bonus. Dzięki sporej ilości takich sekretów gra przykuwa nas na dodatkowe godziny.

Jest niestety łyżeczka dziegciu- gra może się znudzić w pewnym momencie no nie jest to produkcja takiej jakiej my, komiksiarze byśmy chcieli. Jest skierowana do młodszych graczy więc usunięto wiele przemocy, mroku, szaleństwa. Ale spokojnie, niedługo na PC'ty i next geny ma wyjść Arkham Asylum, który dopiero da rade.

DeBe