poniedziałek, 14 kwietnia 2014

412 - Kick-Ass 2 & Hit-girl

Polskie wydanie Kick-Ass 2 oprócz tytułowego komiksu zawiera również pięcioczęściową mini-serię Hit-Girl. Mini-seria skupia się na dalszych losach tytułowej dziewczynki, która z jednej strony stara się zakończyć porachunki z mafijnymi bossami, a z drugiej przystosować do normalnego życia, nawiązać szkolne przyjaźnie i – zgodnie z obietnicą złożoną ojczymowi – odwiesić pelerynę na kołek. Kick-Ass 2 bezpośrednio kontynuuje te wątki, jednak zgodnie z tytułem bardziej skupia się na postaci Dave’a Lizewskiego. Przystępuje on do drużyny superbohaterów i poddaje się wycieńczającemu treningowi pod okiem Hit-Girl. Do miasta powraca również nemesis bohatera, Red Mist - znany obecnie, jako Motherfucker - i formułuje własną drużynę superłotrów. Starcie jest nieuniknione.

Fragment alternatywnej okładki Billa Sienkiewicza
Mark Millar wciąż doskonale bawi się materią superbohaterską, do której niejednokrotnie podchodził na poważnie. Widać, że doświadczenie, jakie wyniósł z pisania scenariuszy dla DC i Marvela, przydaje mu się również w spojrzeniu na herosów z przymrużeniem oka. Scenarzysta łamie znane schematy, nie patyczkuje się ze swoimi bohaterami, szokuje potężną dawką przemocy i brutalności. I właśnie owa przemoc wychodzi w komiksie na plan pierwszy, znika gdzieś spora dawka humoru znana z pierwszej części, tak, jakby Miller chciał przede wszystkim szokować, a nie bawić. Zabawne, rozluźniające atmosferę sytuacje pojawiają tak naprawdę rzadko. Zabrakło lekkości i świeżości oryginału - może dlatego Szkot postanowił dodać kilka scen wzbudzających niesmak, by mimo wszystko komiks został zapamiętany i był dyskutowany. Z pewnością się to udało, sam w kilku miejscach czułem się cokolwiek nieswojo przy lekturze.

John Romita Jr. tworzy kolejne rysunki ze znaną sobie manierą. Postaci są zwaliste, tła oszczędne, walki kadrowane dynamicznie. Wrażenie robią całostronicowe kadry i sekwencje ukazane na dwóch stronach (np. podczas pogrzebu). Kolory Deana White’a i Michaela Kellehera dodają pracom Romity głębi, dzięki czemu styl rysownika wypada korzystniej niż w części pierwszej (gdzie rysunki sprawiały wrażenie bardziej płaskich). Na deser możemy podziwiać galerię okładek zeszytowych oraz alternatywnych, z których najlepiej w mojej opinii prezentuje się ta wykonana przez Billa Sienkiewicza.

Dyptyk Kick-ass 2 i Hit-girl to komiks wciągający, stworzony wedle schematu „mocniej, szybciej, więcej”, do którego w tym przypadku należałoby również dodać „brutalniej”. Przerysowanie jest dla Millara głównym środkiem wyrazu i esencją jego komiksu. Każdy, kto lubi superbohaterskie historie opowiedziane z przymrużeniem oka powinien się dobrze bawić - o ile nie straszne mu hektolitry krwi, zabójstwa dzieci, gwałty oraz zwierzęca przemoc. Czytelnikom bardziej wrażliwym i mniej skłonnym do zaakceptowania tej specyficznej poetyki polecam bardziej klasyczne spojrzenie na superbohaterów. 


Więcej Kick-Assa na blogu:
  • Tutaj recenzja pierwszego tomu.
  • A tutaj kilka słów o filmowej adaptacji drugiego.

środa, 9 kwietnia 2014

411 - Skąd się wziął Zimowy Żołnierz? [cdp.pl]

Spektakularne zgony i cudowne zmartwychwstania w komiksach superbohaterskich to już niemal element przyjętej odgórnie konwencji. I mimo, że te pierwsze stają się coraz bardziej powszednie i przestają wzbudzać równie wielkie emocje, co kiedyś (przypomnijmy śmierć Supermana i Kapitana Ameryki, które odbiły się szerokim echem również w mediach nie komiksowych), a czytelnicy wiedzą, że prędzej czy później, w lepszym lub gorszym stylu, ich ulubione serie powrócą do poprzedniego status quo, to drugie wciąż mogą wzbudzać kontrowersje.


Swoją ośmioletnią kadencję na stanowisku scenarzysty Kapitana Ameryki Ed Brubaker zaczyna z przytupem – od zabójstwa Red Skulla, największego przeciwnika Steve’a Rogersa. Czytelnik, podobnie jak Kapitan, czuje się zagubiony w całej historii – zostaje wrzucony w wir wydarzeń, wraz z bohaterem odsłania kolejne elementy zawiłej układanki i do samego końca nie jest pewny, co jest prawdą, a co doskonale spreparowaną fikcją. Cała sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na scenę wkracza tytułowy żołnierz – doskonale wyszkolony zabójca, legenda, duch.

Cały artykuł o Zimowym Żołnierzu i serii Brubakera znajdziecie na CDblogu.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

410 - Marvel One-Shots [cdp.pl]


Początkowo owe krótkometrażówki nie były niczym więcej niż tylko humorystycznymi uzupełniaczami. Pierwsza z nich, The Consultant, wyjaśnia pojawienie się Tony’ego Starka w scenie po napisach The Incredible Hulk (2008) i znalazła się na krążku z filmem Thor (2011). Do Thora nawiązuje A Funny Thing Happened on the Way to Thor’s Hammer, rozgrywający się między ostatnią sceną Iron Mana 2 (2010), a sceną po napisach. W obu produkcjach głównym bohaterem jest Agent Phil Coulson, mimo że w pierwszej głównie gada, to w drugiej udaje mu się nawet udaremnić napad na stację benzynową i rzucić na koniec zjadliwym onelinerem. Całkiem nieźle, zważywszy na fakt jak bezpłciowo wypada, jako główny bohater Agentów T.A.R.C.Z.Y. 


Cały artykuł o krótkometrażówkach Marvel Studios znajdziecie na CDblogu.

Wszystko wskazuje na to, że moje teksty będą się tam pojawiały całkiem często i nie będą to zwykłe recenzje, którymi zalewam niniejszy blog, a bardziej luźne w formie artykuły o komiksach i filmach. Już teraz zapraszam do odwiedzania, jest nawet moje zdjęcie i krótkie bio. Następny tekst będzie poświęcony Zimowemu żołnierzowi Brubakera. Stay tyuned!

piątek, 4 kwietnia 2014

409 - Voldemort w Baśniogrodzie

Dwunasty tom rozpoczyna „drugi sezon” Baśni Willinghama. Wszyscy zmęczeni czytelnicy mogą odpuścić sobie lekturę – historia walk z Adwersarzem została zamknięta w poprzednim tomie, a Czasy mroku rozpoczynają kolejną opowieść. Wszyscy ci, którzy pragną poznać kontynuację przygód swoich ulubionych bohaterów, znajdą ją właśnie tutaj, jest ona jednak tak sprytnie skonstruowana, by również nowi czytelnicy mogli zacząć przygodę z serią od tego właśnie tomu. Bo choć w warstwie fabularnej, przeszłe wydarzenia znajdują tu swoje konsekwencje, wszystko można bez problemu zrozumieć.

Komiks składa się z czterech opowieści. Pierwsza z nich, Spacer po mieście, mówi o Adwersarzu objętym generalną amnestią. Pozbawiony mocy, bezsilny starzec niemogący zapomnieć o dawnej potędze musi jakoś się odnaleźć w Baśniogrodzie. Nie będzie to łatwe, bo Baśniowcy wciąż pamiętają ogromne krzywdy, jakie im wyrządził i – delikatnie mówiąc – nie są przyjaźnie nastawieni. Tak, jak w poprzednich tomach, tak i w tym nie mogło zabraknąć wypełniacza spowalniającego akcję i tym razem jest nim właśnie ta historia – można by ją upchnąć na trzech stronach. Zarówno prezentowana opowieść, jak i rysunki Michaela Allerda mnie nie przekonują (a w szczególności nieporadnie rysowane dłonie, które jakoś wyjątkowo rzucają się w oczy).

Za tytułową, pięcioczęściową opowieść tradycyjnie odpowiada etatowy rysownik BaśniMark Buckingham. Nikt nie powinien być zdziwiony, że jego kreska prezentuje się najlepiej z całego albumu. Brytyjczyk doskonale bawi się kadrowaniem i korzysta z cieniowania, a jego rozpoznawalny i wyrazisty styl doskonale współgra z opowieścią. Sama historia jest zaskakująco ciekawa, a pojawienie się nowego zagrożenia pokazano w sposób ekscytujący i przekonujący. Samo zakończenie, gdzie odchodzi jedna z moich ulubionych postaci, wywołało więcej emocji niż cały poprzedni tom.

Oczekiwanie to epilog Czasów Mroku. Pokazuje pierwsze konsekwencje pojawienia się Mrocznego Pana w świecie Baśniowców. Odpowiadający za rysunki David Hahn operuje kanciastą kreską, najlepiej zaś wychodzą mu bohaterowie zwierzęcy. Oparta głównie na dialogach historia nagle się urywa, pozostawiając czytelnika pełnego apetytu na konkretną bijatykę – na ostatniej stronie widzimy ostrą wymianę zdań między Wilkiem a Bestią i raczej wiadomo, jak to się skończy.

Powrót do Księgi dżungli nie przynosi jednak kontynuacji tej sceny. To historia Mowgliego, który wraz ze swą panterą i sześcioma braćmi Bigby’ego wyrusza na tajną misję w Strony Rodzinne. Pojawiają się nowi bohaterowie: mechaniczny tygrys i partnerujący mu pijany wikławiec od razu wzbudzają sympatię czytelnika. Nie można tego samego powiedzieć niestety o historii, która niczym nie zaskakuje, ani o warstwie graficznej. Znany z Lucyfera Peter Gross wypada średnio na tle pozostałych rysowników – radzi sobie gorzej od Buckinghama, ale lepiej od pozostałych. Mimo to, mam wrażenie, że do rysownia komiksów o Lampce bardziej się przykładał.

Czasy mroku wprowadzają trochę świeżości do skostniałej serii i odpędzają nudę, która towarzyszyła lekturze ostatnich tomów. Mroczny Pan jak na razie prezentuje się przerażająco i wydaje się, że będzie godnym następcą Adwersarza. Może go nawet przebije w nikczemności i sianiu zniszczenia. W kolejnym tomie czeka nas crossover ze spin-offem Jack of Fables oraz miniserią Literals. Ciekawe, jak Egmont sobie z tym poradzi poradzi, skoro obie serie nie są znane polskiemu czytelnikowi.

Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.

Recenzje poprzednich tomów:

wtorek, 1 kwietnia 2014

III Krakowski Festiwal Komiksu

Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krakowie w ramach Małopolskiego Studia Komiksu oraz Krakowskie Stowarzyszenie Komiksowe zapraszają 5 kwietnia 2014 do Arteteki WBP w Krakowie na III Krakowski Festiwal Komiksu.

Głównym celem Festiwalu jest promocja komiksu jako dziedziny sztuki, integracja twórców i miłośników komiksu, oraz poszerzenie wiedzy na temat najciekawszych zjawisk i trendów z obszaru kultury obrazkowej.

Gośćmi tegorocznej edycji będą: Katarzyna Babis, Daniel Grzeszkiewicz, Daniel Gutowski, Michał Rzecznik, Robert Sienicki, Mateusz Skutnik, Dominik Szcześniak, Bartosz Sztybor. Podczas trwania imprezy odbędzie się krakowska premiera komiksu „Miasto z widokiem”, której gośćmi będą: Jakub Babczyński, Paweł Garwol, Tomasz Kleszcz.

Odwiedzających festiwal gości witać będzie Simeon Genew - artysta grafik, malujący na żywo komiksowe obrazy na płótnie. Na miłośników komiksu czekać będzie także wystawa grafik Daniela Grzeszkiewicza.

Nowością w programie festiwalu jest konferencja dotycząca obecności komiksu w bibliotekach, podczas której głos zabiorą przedstawiciele wydawnictw komiksowych, oraz środowisko bibliotekarskie.

Przygotowane zostały również atrakcje dla najmłodszych fanów kolorowych obrazków: na specjalnych warsztatach pod okiem Rafała Szłapy dzieci nauczą się jak stworzyć własny komiks.

Tradycją każdej edycji festiwalu jest bitwa komiksowa, czyli pojedynki na pisaki, podczas których komiksowi artyści mierzą się z tematami zadanymi przez publiczność. Jak co roku - przez cały dzień trwać będzie giełda komiksowa, gdzie ciekawe pozycje znajdzie dla siebie nie tylko wytrawny kolekcjoner, ale również każdy amator komiksów.

Program:

11:30 (I piętro) Oficjalne otwarcie festiwalu.

11:45 (II piętro) Otwarcie wystawy prac Daniela Grzeszkiewicza.

12:00 - 13:30 (I piętro) Konferencja dot. obecności komiksu w bibliotekach. Analiza procedur zakupu komiksów do zbiorów. Gośćmi spotkania będą: Wojtek Szot (Wydawnictwo Komiksowe,sklep.Gildia.pl), Szymon Holcman (Kultura Gniewu), oraz bibliotekarze z krakowskich bibliotek.
Prowadzenie: Michał Jankowski, Artur Wabik.

12:00 - 13:30 (II piętro) Spotkanie z Bartoszem Sztyborem i Dominikiem Szczęśniakiem.

13:30 - 15:00 (I piętro) Krakowska premiera komiksu "Miasto z Widokiem". Gośćmi spotkania będą: Tomasz Kleszcz, Paweł Garwol, Jakub Babczyński.
Prowadzenie: Artur Wabik.

13:30 - 15:00 (II piętro) Warsztaty dla dzieci.
Prowadzenie: Rafal Szlapa.

15:00 - 16:30 (I piętro) Spotkanie z Danielem Gutowskim i Michałem Rzecznikiem. Prowadzenie: Rafał Stanowski.

16:30 - 18:00 (I piętro) Spotkanie z Katarzyną Babis i Danielem Grzeszkiewiczem. Prowadzenie: Andrea Czaja.

16:30 - 18:00 (II piętro) Spotkanie z Robertem Sienickim. 10-lecie pracy twórczej

18:00 - 19:30 (I piętro) Spotkanie z Mateuszem Skutnikiem.
Prowadzenie: Artur Wabik.

20:00 - 22:00 (I piętro) Bitwa komiksowa.

Po wszystkich atrakcjach dnia AFTER PARTY.

Patronem Festiwalu są: Antyradio oraz dziennikpolski24.pl
Sponsorem Festiwalu jest: Sklep.gildia.pl

niedziela, 23 marca 2014

407 - Spartan nie ma - recenzja "300: Początek imperium"

300: Początek imperium to sequel 300 z 2006 roku, który nie jest do końca sequelem i adaptacja komiksu, która wcale nie jest adaptacją. Akcja filmu zaczyna się dziesięć lat przed bitwą pod Termopilami przedstawioną u Snydera. Największa zaś jego część rozgrywa się równolegle z tamtymi wydarzeniami i dopiero efektowna końcówka dopisuje epilog historii. Jeśli zaś chodzi o komiks Franka Millera, którego film jest rzekomą adaptacją, to warto zaznaczyć, że Xerxes, bo taki miała nosić tytuł kontynuacja 300 Spartan, nigdy nie powstał. Z pięcioczęściowej historii zostały narysowane zaledwie dwa, zresztą niewydane, zeszyty. Praca przy Sin City: A Dame to Die For skutecznie odciągnęła Millera od rysowania.


Nic jednak nie było w stanie przeszkodzić Hollywoodzkim włodarzom w stworzeniu filmowej „adaptacji” nieistniejącego komiksu. Po wycofaniu się Zacka Snydera z reżyserii – na rzecz budowania wspólnego filmowego uniwersum DC Comics – na jego miejsce trafił nieopierzony Noam Murro. W roli scenarzysty powrócił Kurt Johnstad wspomagany przez samego Snydera, który tym razem zasiadł również na stołku producenta. Gdyby nie napisy końcowe, zmiana reżysera, operatora oraz reszty ekipy mogłaby umknąć uwadze widza – Murro z Simonem Dugganem, autorem zdjęć, doskonale kontynuują rozbuchaną estetykę znaną z wcześniejszego filmu.

Tym razem fabularnym pretekstem do efektownej bijatyki jest historia Temistoklesa, który zabijając Dariusza sprowadził na swoją głowę (i całą Grecję) gniew jego syna – Xerxesa. Obserwujemy przemianę tego ostatniego w złotego boga zemsty oraz próby zjednoczenia Grecji przez Ateńczyka w obliczu nadciągającego zagrożenia. Następnie jesteśmy świadkami, jak pycha sprowadza na Leonidasa i jego Spartan zagładę (na szczęście cytaty z poprzedniej części nie są ani nachalne, ani zbyt częste), a Temistokles przewodząc grecką flotą stawia czoła tysiącom perskich okrętów pod rozkazami Artemizji.

Przeniesienie akcji na pełne morze pozwoliło ekspertom od efektów wizualnych na stworzenie niczym nieograniczonego widowiska. Widz może dać odpocząć swoim szarym komórkom, skupiając się wyłącznie na akcji. Ta zaś jest urozmaicona, nieprawdopodobna oraz spektakularna: obok morskich batalii statków mamy cudowne walki wręcz, a stosowane bez umiaru slow motion dodaje wszystkiemu smaku. Oczywiście nie każdemu będzie odpowiadała taka stylistyka, gdzie przemowy są pompatyczne, muzyka podniosła, zabójstwa dokonywane w sposób, co najmniej, widowiskowy, a krew bryzga na prawo i lewo w zwolnionym tempie. Gdzie każdy mężczyzna jest istną maszyną do zabijania, nie męczy się, nie czuje bólu, a strach jest mu obcy. Przerysowanie i wyolbrzymienie stają się tu głównymi środkami wyrazu. Wizualnie Początek imperium kontynuuje stylistykę filmu Snydera i pod tym względem oba widowiska tworzą spójną całość doskonale się uzupełniając i przeplatając fabularnie.

Niestety brak Gerarda Butlera w roli głównej jest odczuwalny. Sullivan Stapleton jako protagonista wypada niemrawo przy swoim poprzedniku. Brak mu charyzmy, a odgrywanej przez niego postaci brakuje głębi, przekonującej historii, które zapewniłyby mu sympatię widza. Z drugiej strony w swojej niezbyt rozwiniętej roli sprawdza się całkiem nieźle, wygłaszając podtrzymujące na duchu przemowy i przede wszystkim prezentując nienaganną sylwetkę. Najlepiej z całej obsady wypada Eva Green, nic zresztą dziwnego, skoro – jak się wydaje – to właśnie jej scenarzyści poświęcili najwięcej uwagi. Doskonale prezentuje się w bojowych sukniach, jak i bez nich (zwłaszcza w 3D). Twarda, doświadczona przez życie, bezwzględna, wyrachowana i kusząca jednocześnie, może niezbyt oryginalna, ale przekonująca: Pani Zemsta.

Przyznam szczerze, że na filmie Noama Murro bawiłem się bardzo dobrze. 300: Początek imperium dało mi dokładnie to, czego oczekiwałem – bezpretensjonalną rozrywkę zrealizowaną na wysokim poziomie. I choć film można by streścić w dwóch słowach (Biją się!), a po zrezygnowaniu z efektu slow motion dzieło byłoby krótsze prawdopodobnie o połowę, to ewentualne fabularne braki w pełni wynagradza mi wizualne rozbuchanie, choreograficzna precyzja i efekty specjalne najwyższej klasy, które w połączeniu z konsekwentnie stosowaną estetyką komiksową (w tym wypadku jest to wyrażenie uzasadnione) całkowicie mnie przekonały. Otwarte zakończenie każe przypuszczać, że jeśli tylko film zarobi wystarczająco dużo, możemy się spodziewać kolejnej odsłony przygód roznegliżowanych Greków, którzy z krzykiem na ustach gromią perską armię. Wszak bitwa u wybrzeży Attyki (nieopodal wyspy Salaminy, przedstawiona w finale filmu) nie była końcem konfliktu, a jedynie punktem zwrotnym w wojnie, o której można jeszcze wiele powiedzieć.

poniedziałek, 17 marca 2014

406 - She-Hulk w AmbaSSadzie na Peryferiach Kosmosu


Największe rozczarowanie ostatnich kilku lat. Nie przesadzam, dawno nie oglądałem nic tak złego. Boli tym bardziej, że zarówno za scenariusz jak i reżyserię odpowiada Juliusz Machulski, jeden z moich ulubionych polskich reżyserów. W Ambassadzie już sam pomysł nie zachwyca (młode małżeństwo przy użyciu windy może przenieść się w przeddzień wybuchu II wojny światowej), najgorsze jest jednak to, że zrealizowano go bez choćby krzty polotu. Film jest w moim odczuciu mdły, mimo że to komedia, to nie uśmiechnąłem się ani raz przez cały seans, a tylko wzdychałem z zażenowaniem i niedowierzaniem. Serce krwawiło, ale oglądałem dalej. Z oczu ciekły łzy, gdy musiałem patrzyć na wymuszone i sztuczne kreacje głównych bohaterów. Gdy patrzyłem, jak się miotają przed kamerą, starając się być zabawnymi, ciekawymi postaciami. Dawno żadna para protagonistów w komedii nie irytowała tak bardzo, dawno nie zachowywała się tak bezsensownie, dawno nie była tak tragicznie sportretowana przez aktorów. Sytuacje, w jakich się znajdują są tak sztuczne, tak niedorzeczne i - co najgorsze - w tym wszystkim tak nieśmieszne, że przetrwanie seansu to istna męczarnia. Może niektóre teksty i sytuacje na papierze były rzeczywiście zabawne, jednak w filmie straciły swój cały urok. 

Nijakość fabularna to jedna z największych wad Ambassady, ale nie jedyna. Reżyseria nie jest o wiele lepsza, zabrakło pazura znanego choćby z Vabanków, Kingsajzu, Seksmisji, Deja Vu, Killerów czy nawet Vinci. Aktorzy zostali chyba puszczeni samopas, co tłumaczyłoby w jakimś stopniu ich przerysowane wygłupy przed kamerą. Większość akcji dzieje się w planach bliskich, w zamkniętych pomieszczeniach, przez co film przypomina rejestrację teatru spektaklu, aniżeli widowisko kinowe. Część scen została zrealizowana przy pomocy CGI. Są to sceny obdzierające film z resztek godności, zrealizowane totalnie amatorsko, wyglądające jakby były stworzone na silniku pierwszego Counter Strike'a. Najgorsze jest jednak to, że owe sceny są zupełnie niepotrzebne i można by spokojnie się obejść bez nich, nikt by na tym nie stracił - co więcej, film wyglądałby zdecydowanie lepiej. Doskonałym przykładem jest następująca scena: wygenerowane komputerowo auto, rażące sztucznością, jedzie równie sztuczną Warszawą, koniec. W następnym ujęciu widzimy już, jak z prawdziwego auta wysiada Więckiewicz. Czy przejazd auta był konieczny, znaczący fabularnie? Ni chu, ani trochę. Więc dlaczego od razu nie pokazano wysiadającego Hitlera przed ambasadą? Tego właśnie nie wiem i ewentualnych przesłanek nie jestem się w stanie domyślić. Tak doświadczony reżyser, jak Juliusz Machulski, powinien przecież wiedzieć, że pewne rzeczy da się - a w tym przypadku wręcz powinno! - pokazać poza kadrem, a niewystarczający budżet da się sprytnie zamaskować umiejętnymi zdjęciami. Nie wiem, co stało się Machulskiemu, że wypuścił do kin to coś i jeszcze nie wstydził się podpisać własnym nazwiskiem. Naprawdę jest do dla mnie zagadką, bo debiutantowi trudno byłoby wybaczyć takie potknięcie, nie mówiąc o tak doświadczonym - i świetnym przecież! - filmowcu, jakim jest Machulski.


Trzydziesty czwarty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela to moje pierwsze komiksowe spotkanie z Jeniffer Walters znaną jako She-Hulk. Muszę przyznać, że spotkanie bardzo przyjemne i ciekawe. Może nie jest to najlepszy z komiksów wydanych w ramach serii, ale prawdopodobnie będzie moim ulubionym. Sama Jeniffer jest postacią przeuroczą, jako drobna i bezbronna pani prawnik oraz w swej większej i pewniejszej, zielonej wersji. Kolejnym plusem jest spora dawka humoru, który idealnie trafił w me gusta. Dodatkowo mamy tu cudowne, naturalne dialogi, zabawę tłem i dalszym planem, przełamanie "czwartej ściany" i zdystansowane podejście twórców, którzy bawią się równie dobrze, albo i lepiej, niż sam czytelnik. Szalę zajebistości przechyla zeszyt ze Spider-Manem i jego wystąpienie w sądzie, tego nie można przegapić! Nie zabrakło również gościnnych występów innych postaci z komiksów Marvela, z Avengersami na czele, ani spektakularnych bijatyk z największymi czarnymi charakterami w rolach głównych, choć lwia część komiksu rozgrywa się na sali sądowej. Sprawnie prowadzona fabuła, lekkość i drugoplanowe postaci, wśród których bryluje Alestraszny Andy, to kolejne powody, dla których ten komiks znalazł miejsce w mym serduchu. Przyznam, że przed kupnem odstraszała mnie specyficzna kreska Juana Bobillo, jednak po lekturze jest to dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów albumu i szkoda, że w dwóch ostatnich zeszytach zastąpił go niczym niewyróżniający się spośród amerykańskiego mainstreamu Paul Pelletier. Cały powyższy akapit brzmi chyba nieco nazbyt optymistycznie i fanbojsko, ale co poradzę - Jeniffer Walters dostarczyła mi mnóstwo świetnej zabawy.


Kiedy czytało się jeden komiks Dema, to czytało się wszystkie. Ktoś tak kiedyś powiedział, albo sam to właśnie wymyśliłem, nie jestem pewien. W każdym razie, ja tak mam, że wszystkie twory Kuby Dębskiego zlewają się ze sobą, z głowy szybko ulatują i poza chwilową radością nie dają wiele więcej. Brzmi to może niezbyt miło, ale podobnie było z jego najnowszym komiksem - Peryferiami Kosmosu. Historia o odnalezieniu ściany granicznej kosmosu przez naćpanego młodzieńca operuje charakterystycznym dla Dema humorem. Jak wszyscy wiemy, ma on swoich wyznawców, do których nie należę, ale doceniam opowiedzianą na 28 stronach historię. Może nie tarzałem się po ziemi ze śmiechu, ale niektóre pomysły fabularne (ściana, kura) i postaci (Anastazy Trelkowski z żoną) wywołały na mej twarzy uśmiech, o to chyba chodziło, więc nie narzekam. Ciekawy albumik, ze sprawnie poprowadzoną fabułą, kilkoma niewybrednymi żartami i niezłym kadrowaniem. Dowiedziałem się też kilku nowych ciekawostek natury medycznej - ponoć komiksy leczą raka trzustki. W sumie, to by się zgadzało, bo czytam komiksy odkąd pamiętam i raka nie mam.

Komiks dostałem w ramach przedziwnej, ale i prześwietnej akcji "Chciałbym Ci wysłać swój komiks". Znaczy to tyle, że Autor wysłał mi go całkowicie za darmoszkę, nie oczekując niczego w zamian. Powyższe kilka słów skleciłem ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości, bo nie dość, że komiks mi się podobał, to jeszcze głupio tak brać komiksy i nie dawać nic w zamian. Nawet jeśli to, dołączony do Peryferii Kosmosu, ośmiostronicowy Komiks za darmo, którego wcześniej nie znałem. Znajdujące się w środku shorty Agent i Świat żółwia zrobiły mi poranek.

sobota, 15 marca 2014

405 - Porno w "16mm" i drugi blog

Za wstępniakiem:

W tym miesiącu proponujemy Wam odważny przeskok od kojarzonego z dzieciństwem świata baśni wprost do branży porno. Czego by bowiem nie powiedzieć o seksie, trzeba przyznać, że od setek tysięcy lat wciąż w równym stopniu rozpala umysły. Pozwala sprawować władzę, może złamać karierę (albo pomóc ją zrobić!), być źródłem rozkoszy, ale i cierpienia, a nawet wpłynąć na losy świata. Nic więc dziwnego, że człowiek od zawsze usiłował go przedstawić, czy to za pomocą malarstwa, czy rzeźby. I nie zawsze były to przedstawienia mające na celu wzbudzenie czysto estetycznego zachwytu! Często ich główną funkcją było po prostu wywołanie u widza podniecenia.



Zupełnie nowe możliwości przed pornografią otworzyła fotografia – oto człowiek mógł w końcu przyjrzeć się rejestracji, dokumentalnemu zapisowi cudzego ciała, a mało tego, mógł też nosić je zawsze przy sobie, bądź ukryć na dnie szafy. Jednak bez wątpienia, to filmowi należy się w tej kwestii miano rewolucjonisty – utrwalone na taśmie ciała nie tylko ożyły, ale niedługo potem także przemówiły.

Jak co miesiąc żarliwie zapraszam do czytania. Tym razem obrodziło w artykuły, jest z czego wybierać! W dziale "recenzje" znajdziecie mój tekst o drugiej odsłonie 300.

Jeśli zaś chodzi o drugi blog, to powstał na potrzeby zajęć z Teorii Telewizji i będę go prowadził z Natalią i Michałem. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić i uda się opublikować coś wartościowego. Nowe teksty w poniedziałki.

Na sam koniec pierwsze zdjęcia Johna Constantine z serialowego Hellblazera. To może być jedna z najlepszych rzeczy na świecie. Jaram się niemożebnie!