niedziela, 19 maja 2013

341 - Komiksowa Wawa 2013

Na początek komparatystyczne linki: nie był to najlepszy weekend w roku, ale było dużo fajniej, niż rok temu


Bardzo dobrze się bawiłem. Przeniesienie imprezy z Pałacu Kultury na Stadion Narodowy było świetnym pomysłem - wreszcie  można było normalnie oddychać i chodzić, a nie stać w tłumie. Wiadomo - czasem się korkowało, ale przestrzennie było naprawdę ok, co od razu zrobiło kolosalną różnicę w odbiorze imprezy. W tamtym roku czułem się strasznie klaustrofobicznie (nie jest to najlepsze zdanie jakie napisałem, ale łapiecie o co mi chodzi), w tym roku nie miałem tego problemu. 

Było również dużo więcej znajomych. Po pierwsze mocna ekipa z Krk, po drugie twórcy RCK (z którymi zaprzyjaźniłem się na Krakowskim Festiwalu Komiksu), do tego Obiboki. Nie mogło być źle.

Mówiąc szczerze nie brałem zbytnio udziału w oficjalnych panelach i spotkaniach - wolałem spędzić czas włócząc się po giełdzie i przybijając kolejne piony. Jedyne spotkanie, w którym wziąłem udział to spotkanie o RCK. Odniosłem dziwne wrażenie, że prowadzący (również wydawca komiksu) chciał jak najszybciej wyjść z sali. Może to wina małej ilości czasu i sporej liczby osób biorących udział w wydarzeniu - coś koło dziecięciu chłopa plus Gosia. Nie wiem, więc wróćmy do włóczenia się.

Włóczenie się po giełdzie jest raczej zawsze podobne. Ogląda się stoiska wydawców, kupuje zawrotne ilości komiksów (tym razem przywiozłem szesnaście, głównie ziny) i gawędzi. Zazwyczaj omija się kolejki po autografy (przynajmniej ja tak robię), choć tym razem dałem się skusić i do kolekcji dołączyło kilka oryginalnych rysunków. W darmowym albumie "Tim i Miki w Krainie Psikusów" pojawiły się rysunki Jaszcza i Lucka. O samym albumiku więcej już wkrótce. Z kolei złapany na stoisku Kultury Gniewu KaeReL narysował ninja wariację jednego ze stworków pojawiających się w albumie. Zresztą specjalnie po to kupiłem drugą "Łaumę", ponoć już ostatnią w ogóle. Cieszę się, że udało mi się wreszcie spotkać i poznać na żywo Karola i żałuję, że jak zawsze w takich sytuacjach nie wiedziałem jak zacząć rozmowę (bo podryw "na Agnieszkę" nie wchodził w grę).

Koło 17 znaleźliśmy się z Rybbem i w czwórkę (z Januszem Ordonem i Markiem Lachowiczem) uderzyliśmy na obiad. Prosta Historia okazała się odpowiednim wyborem, sensownych rozmiarów burger plus piwo w cenie do przełknięcia (heh) i dobrym towarzystwie. Było bardzo fajnie. Później przeszliśmy do Om nom nom na wystawę Alfonso Zapiwko Zapico. Pękły kolejne browary. Było fajnie. W ogóle zawsze jak są kumple, piwo i komiksy to jest fajnie. 

After. Było... wiecie jak, bo wiecie z kim byłem i co piłem. Cospleyowy akcent bitwy komiksowej wywołał na mej twarzy ogromny uśmiech, zdjęcia pewnie będzie można niedługo zobaczyć. Gonzo - duży szacun! Udało się też nawiązać kilka nowych komiksowych kontaktów (rysowników nigdy dość), mam nadzieję, że wszyscy pamiętają i wybaczą mi bełkot i ewentualną nachalność. Łukasz Rydzewski - liczę zwłaszcza na Ciebie, chłopie! Byłem już na kilku komiksowych afterach, ale wczorajszy zdecydowanie zarządził. Dzięki!

Poranek nie był już taki kolorowy.  Obudziłem się zmięty niczym kartka papieru w koszu ambitnego, acz niezbyt utalentowanego pisarzyny. Michał (pozdrawiam) oczywiście się śmiał i wbijał w szpile przy każdej okazji, ale poczekam i kiedyś się odpłacę. Zresztą dostał za swoje podczas spaceru wokół Stadionu. Było tak: poszliśmy z rana na targi, coby zająć miejsce w kolejce do Marvano. Znaczy, ja chciałem się po prostu przejść, a Michał i Mateusz (też pozdrawiam) chcieli zająć miejsce. Było dziwnie, przechodzimy przez most - tam (pod nami w sensie) stado golasów leży na piasku. Dochodzimy do stadionu - główne wejście zamknięte. Wchodzimy jakimś bocznym - trzeba obejść cały stadion, żeby dostać się do wejścia na targi. Idziemy, idziemy, masakra, w końcu doszliśmy. Wiem, fascynująca historia, ale to był ciężki poranek, a to chodzenie wcale nie pomogło.

W niedzielę na targach pojawiło się więcej osób niż w sobotę. Pokręciłem się trochę, pożegnałem, spakowałem do plecaka ostatnie komiksy (aż dziw, że ów to wytrzymał. Dzielny plecak, teraz już takich nie robią!). Tak naprawdę to tyle. Maja odprowadziła mnie na pociąg i wróciłem do domu, a w drodze powrotnej skończyłem czytać "Eugenia Grandet" Balzaka. Podobało się, choć dodałbym kilka wybuchów. Podsumowując festiwal: obyło się bez sensacji, miło spędziłem czas, cieszę się, że prawie z każdym znajomym udało mi się zamienić choć słowo. Trochę szkoda, że wydałem wszystkie pieniądze. 

Choć w sumie to nie, wcale tego nie żałuję.

piątek, 10 maja 2013

340 - Z gnatem w chmurach - recenzja gry BioShock Infinite




W najnowszej części serii Bioshock, będącej prequelem dwóch poprzednich gier, przenosimy się z podwodnego miasta Rapture do Columbii – szybującej w chmurach metropolii. Jest rok 1912 i otacza nas alternatywna wizja Ameryki. Wchodząc w skórę Bookera DeWitta, musimy odnaleźć tajemniczą Elisabeth i oddać ją ludziom obiecującym uregulować w zamian nasze długi. Spore długi, należy dodać. Z pozoru proste zadanie szybko zmienia się w wielowątkową intrygę, a utopijną – jak mogłoby się wydawać – Columbię ogarnia coraz większe szaleństwo... 
 (...)
Oprawa wizualna zachwyca. Poczynając od zapierającej dech w piersiach Columbii, przez urozmaicone – choć utrzymane w jednolitej stylistyce – poziomy, po projekty postaci – wszystko jest dopracowane i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. XX-wieczny świat, nie pozbawiony jednak futurystycznych aspektów połączonych ze steampunkowymi motywami oraz z klasyczną muzyką z epoki tworzy niezapomniany klimat.

Całą recenzję gry BioShock Infinite znajdziecie na Polterze.

środa, 8 maja 2013

339 - Była Panienka, nadchodzi Dziewczyna łapiąca stopa

W przerwie pomiędzy poważniejszymi projektami powstała "Dziewczyna".

 

Dla zabawy. Głównie chodziło o to, żeby Adam sobie poćwiczył zdjęcia, historyjka jest tu tylko pretekstem ku temu.

Kilka scen wyleciało z powodów produkcyjno-budżetowych, więc przez to film może być ciut niezrozumiały.

Rozwiązanie zagadki do góry nogami, żeby nie było za łatwo (tak jak w "Klubie detektywa" z Myszką Miki):


niedziela, 5 maja 2013

338 - Panienka z pudełka - oddaj głos i poczuj się jak w filmie niemym

Pamiętacie jeszcze Panienkę z pudełka?

Nasza dzielna dziewczynka dostała się do finału konkursu etiud i animacji KAMERA AKCJA.

To jednak nie wszystko, bo kilka dni temu film zakwalifikowano do półfinałów Festiwalu FAMA. Każdy posiadający konto na Facebooku może zagłosować na Panienkę, figurującą tam pod nazwą "Anita Bugajska" (reżyser filmu). Serdecznie do tego zachęcam.

Ponadto już jutro, w krakowskim klubie Lizard King odbędą się wspomniane wyżej półfinały. Każdego, kto chciałby przybić nam piątki, posłuchać co mamy do powiedzenia i zobaczyć film na dużym ekranie serdecznie zapraszamy do Lizarda na 19:45, ul. Św. Tomasza 11a.

Do wersji filmu dostępnej na youtube zostały dodane angielskie napisy, które przygotowała Adriana Chowańska. Pięknie dziękujemy i zapraszamy do czytania!

środa, 1 maja 2013

337 - Czysta robota


Dziś święto pracy rozpoczynające długi, majowy weekend. Dla mnie to świetna okazja, by trochę... popracować. Plany są spore, ciekawe ile rozpoczętych rzeczy uda mi się skończyć. Liczę, że jeśli nie wszystkie, to chociaż najważniejszą, nad którą obecnie siedzę od kilku dni. Nie chcę zbyt wiele mówić, ale strasznie się jaram, wstałem nawet ostatnio o 5:30 i na tęgim kacu zacząłem pisać. Około 10 skończyłem i wróciłem do spania. Był ogień. Teraz czas na research. Pod koniec miesiąca wszystko powinno być skończone. Wtedy napiszę więcej i zrobię konkurs. Powyższe zdjęcie powinno dostarczyć ciekawskim kilku wskazówek.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

336 - GoT 03x05 - biblijna nadinterpretacja

Wbrew zeszłotygodniowym obawom, odcinek bardzo ok.

SPOILERY

Na początek fajnie skręcona i dynamiczna walka. Bardzo lubię. Ponadto dwa intrygujące finały. Pierwszy, że wygrywa Ogar, choć przecież jego jednooki przeciwnik dzierżył płonący miecz. Miecz sprawiedliwości, przy pomocy którego Bestia (Ogar?) winna zostać ostatecznie pokonana. Ciągnąc tą teorię dalej - jednooki jako Archanioł Uriel, "regent Słońca". Od Słońca do "Pana Światła" już niedaleko. Nadinterpretuję, ale sprawia mi to przyjemność. I tu przechodzimy do drugiego mocnego zakończenia - przeprowadzonego na szybkości wskrzeszenia jednookiego. Nie powiem, że mnie to nie zaskoczyło, bo zaskoczyło, a nie zwykłem kłamać.

Kumpel mi napisał: "dobry odcinek bo Ygritte". Cóż, też prawda.

Robb Stark zadziwia swoją głupotą. Żaden z niego Król Północy, a porywczy kretyn, który w zastraszającym tempie traci kolejnych sprzymierzeńców przez nieprzemyślane i samolubne decyzje. Chyba Wilk Północy zapomniał, że nie bawi się w piaskownicy, a prowadzi wojnę. Już ta jego żona grana przez Natalię Kukulską jest mądrzejsza. Chociaż tyle, że Rob ma więcej pary w łapie, niż Theon i zdekapitulował kogo trzeba w przyzwoitym tempie i przy minimalnej ilości powtórzeń. Chwali się.

Głowa do góry! Tym razem nawet Królobójca zaskarbił sobie trochę mojej sympatii. Choć przyjaciółmi pewnie nie zostaniemy.

Ciekawe co wyjdzie z matrymonialnych planów starego Lannistera i jak rozwinie się wątek córki Stannisa. Pożyjemy, zobaczymy.

KONIEC SPOILERÓW i koniec wpisu. Do następnego razu!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

335 - GoT 03x04 - to rozumiem!

Notki o Grze o Tron z zeszłego roku cieszyły się sporą popularnością, więc postanowiłem kontynuować tę, jakże miłą, świecką tradycję. Pierwsze trzy odcinki nowego sezonu były wybitnie nudne, więc nie miałem o czym pisać. Właśnie skończyłem oglądać odcinek czwarty na HBO (czyt. ejdżbioł), więc dzielę się wrażeniami.

Znowu będzie na szybko, gorąco (tuż po obejrzeniu) i chaotycznie, bo nie pamiętam 90% imion postaci, które przewijają się przez ekran. 

Najlepszy odcinek tego sezonu so far. Wreszcie sporo się dzieje, a bohaterowie nie tylko snują się z kąta w kąt i przewijają pijackie brednie, a działają. Twórcy zaserwowali mi sporo zaskoczeń (jak pewnie i innym widzom, którzy nie znają książek). Nie po kolei:

SPOILERY

Na początek odcinek zaopatrzył nas w kilka miłych dla ucha tekstów, czy to podniosłych ("jest gotów spalić całe miasto, byleby władać popiołami") czy humorystycznych (Wrony palą poległego towarzysza, "Nigdy nie pachniał lepiej").

Finał ucieczki Theona, choć jak dla mnie trochę nielogiczny (liczę, że jakoś to jeszcze uzasadnią), ale z pewnością zaskakujący. Nie mam pojęcia, o co chodzi z tym ziomeczkiem "jestem od Twojej siostry", ale pożyjemy zobaczymy. Byle tylko więcej Theona nie torturowali, albo niech zrobią to poza kadrem - sceny tortur z drugiego odcinka były SŁABE.

Nie mam pojęcia, kim jest jednooki, który w kolejnych odcinkach będzie walczył z Górą OGAREM (dzięki Mateusz), ale wypadł strasznie fajnie. Czekam na więcej. I coś mi się wydaje, że sprowadzi Górę OGARA (dzięki Mateusz) do parteru, mówiąc poetycko.

Spektakularna akcja z Wronami. Od początku dobre budowanie napięcia, ładne rozwinięcie (wreszcie fajna choreografia walki, nie to co w drugim odcinku na moście) i końcówka, która pozostawiła mnie w niemym zdumieniu (śmierć dowódcy, który umierając prawie udusił swojego zabójcę, kozak!).

Nie wiem, co tam jeszcze było, bo zakończenie przyćmiło wszystko. Nie lubię mówić, że coś jest epickie, ale końcówka tego odcinka właśnie taka była. MOC.

Wiedziałem, że Dany nie da się łatwo wyruchać, spodziewałem się czegoś podobnego, ale realizacja finałowej sceny mnie zniszczyła. Danny znowu pokazuje, że nie jest tylko ładną kobietą, ale i silną. Cała akcja z przejęciem niewolników i nie oddaniem smoka, może nie jest zbyt oryginalna, ale urzeka fabularną wagą. Nie mam pojęcia, jak to się wszystko skończy, ale wydaje mi się, że skoro Dany ma Dotraków, smoki i miliony Nieskalanych, to nikt nie ma do niej podjazdu.

KONIEC SPOILERÓW


Prawdopodobnie wypadałoby napisać więcej, ale nie wiem już co. Niemniej, GoT jak zwykle jest mocno nierówny, ale mam nadzieję, że odcinków, takich jak dzisiejszy będzie w sezonie jak najwięcej. Do usłyszenia w przyszłym tygodniu - o ile poziom odcinka piątego na to pozwoli. Oby!

334 - Dlaczego po seansie The Avangers boli mnie twarz?

Z braku czasu wrzucam tekst, z którego nie jestem do końca zadowolony. Sporo się teraz dzieje, więc mam nadzieję, że już niedługo znajdę chwilę na zrobienie porządnego update'a opisującego ostatnie wydarzenia. 
Tekst napisany na Analizę Filmu i najniżej oceniony z dotychczasowych (m.in. za "formę wielce wadliwą" :)). 


Film, w którym spotyka się grupa moich ulubionych superbohaterów z różnych serii komiksowych, był jednym z mych dziecięcych marzeń. Gdy okazało się, że taki obraz powstanie nie pozostało mi nic innego, jak tylko odliczać dni do premiery, co oczywiście ze skrupulatnością robiłem. Kolejne informacje (ujawnienie reżysera, który jest twórcą kultowego Firefly), zdjęcia promocyjne, pierwsze zwiastuny, a wreszcie data polskiej premiery (przeznaczenie zdecydowało, że film wszedł na ekrany kin dokładnie w dniu moich dwudziestych urodzin) napawały mnie radością oraz tylko wydłużały okres oczekiwania. Z jednej strony nie mogłem się doczekać, gdyż wiele wskazywało na to, że The Avengers będzie jednym z najlepszych filmów, jakie dane mi będzie zobaczyć, z drugiej miałem ogromne oczekiwania, a wiem z doświadczenia, że im większe nadzieje, tym większy ból, gdy okażą się chybione. Czekałem więc z niepokojem, aż dzień, w którym zasiadłem w kinowej sali, wreszcie nadszedł.

Już kilka minut po zgaszeniu świateł wiem, że nie miałem się czego obawiać. Nieświadomie zaczynam się cieszyć i uśmiech nie schodzi mi z twarzy przez cały seans, a nawet długo po nim. Nie ważne, czy dzieje się coś zabawnego, czy nie, ja się uśmiecham niczym szaleniec, bo wszystko w tym filmie mnie bawi. Poczynając od scenariusza, który został idealnie wyważony – jest miejsce dla zapierających dech w piersiach scen akcji, jest chwila na poznanie bohaterów, są momenty wzruszające i pełne humoru. Śmieję się nie tylko w miejscach, które przewidują twórcy, bowiem kochając komiksy, będące podstawą do nakręcenia filmu, radość sprawia mi samo oglądanie bohaterów na ekranie. Ich relacje między sobą są elektryzujące, a różnorodność charakterów daje niezwykle połączenie prowadzące do ciekawych interakcji, nieważne, czy się kłócą, czy walczą ramię w ramię. Każdy z nich jest taki, jaki być powinien: Hulk wszystko niszczy, Thor się wywyższa z racji boskiego pochodzenia, Stark traktuje niebezpieczeństwo jak zabawę, a Rogers – będąc bohaterem minionej epoki – jest uroczo zagubiony w XXI wieku. Mnóstwo frajdy sprawia mi wyszukiwanie różnic między bohaterami, których znam z kart komiksów, a tymi, których widzę na ekranie. Mimo wielu podobieństw, film i komiks to całkiem inne media, zmiany były więc nieuniknione. Jeszcze więcej radości daje odnajdywanie nawiązań i smaczków, których zwykły widz zapewne nie zauważy, bądź nie skojarzy. Smaczków takich, jak gościnny występ Stana Lee (twórcy Avengers), który w filmie twierdzi, że to niemożliwe, by po Nowym Jorku biegali poprzebierani superbohaterowie.

Innym powodem do zadowolenia jest świetna realizacja całości. Efekty specjalne stojące na wysokim poziomie pozwalają w pełni cieszyć się niektórymi szalonymi pomysłami, które w obrazie z mniejszym budżetem wyglądałby śmiesznie bądź żałośnie. Pomysły mające rodowód w historiach obrazkowych, sprawnie przeniesione na ekran, sprawiają piorunujące wrażenie. Na długo zapada w pamięć animacja przemienionego w potwora Bannera, pozaziemska rasa atakująca Manhattan czy lotniskowiec S.H.I.E.L.D. unoszący się wśród chmur. Nie pozostaje nic innego, jak tylko podziwiać to wszystko z szeroko otwartymi oczami i – co nieco wstydliwe – równie szeroko otwartą buzią.

Film Jossa Whedona idealnie wpisuje się nowoczesne kino superbohaterskie, równocześnie prezentując jego jaśniejszą i mniej poważną stronę. Właśnie dzięki tej lekkości i odstąpieniu od pseudo- realizmu i pokładów mroku, znanych z ostatnich przygód Batmana, film Marvel Studios może być według mnie postrzegany również jako należyty następca przygód Indiany Jonesa. W moim odczuciu The Avengers kontynuują i powielają wiele elementów, które dziś nierozłącznie kojarzymy z konwencją Kina Nowej Przygody. Film zaskakuje widza, przede wszystkim dostarczając mu czystej, niczym nie skrępowanej rozrywki. Nie brakuje w nim spektakularnych przygód i zabawnych onelinerów. Bohater – w tym przypadku zbiorowy – jest taki, jaki powinien być: szlachetny i odważny, mogący się poświęcić dla dobra. Całość – choć po brzegi wypełniona akcją – jest lekka i w inteligentny sposób zabawna.

Wreszcie film się kończy, a ja wciąż się cieszę – co zrobić, lubię szczęśliwe i podniosłe (choć przewidywalne) zakończenia. Nie przestaję się uśmiechać, gdy na ekranie pojawiają się napisy, a w tle słychać motyw przewodni filmu. I chwilę później, mój uśmiech staje się jeszcze szerszy (o ile to w ogóle możliwe). W dodatkowej scenie, rozgrywającej się gdzieś na obrzeżach kosmosu widzimy fioletowego Thanosa. To jedna z najpotężniejszych istot w Uniwersum Marvela i jeden z najgroźniejszych adwersarzy Avengers – postać, przy której Loki (będący źródłem całego zamieszania w omawianym filmie) to łobuz niszczący innym dzieciom zamki w piaskownicy. Nie wszyscy to wiedzą, ale ja wiem, bo jestem „widzem wtajemniczonym”. Wiem też, że pojawienie się tej postaci po napisach zwiastuje rozmach, z jakim będzie zrealizowana kolejna część. Właśnie z tego powodu się cieszę, układam w głowie możliwe scenariusze kontynuacji i już nie mogę się doczekać. Po prostu czuję, że sequel dostarczy mi równie wiele radości co oryginał. Znowu zaczynam się uśmiechać, a od tej ciągłej radości boli mnie już twarz. Ale przecież nie mogę narzekać.


Filmografia:

Avengers (The Avengers), reż. Joss Whedon, USA 2012.