Seansowi "Star Wars: The Last Jedi" towarzyszą sprzeczne emocje. Zaczyna się z przytupem, od porywającej bitwy w przestrzeni kosmicznej, w której pierwsze skrzypce gra Poe Dameron. Następnie akcja skacze od postaci do postaci, film gubi tempo, na zmianę oglądamy sceny, które wywołują żywe emocje, jak i te, które najzwyczajniej w świecie nudzą bądź irytują. Problematyczny pod względem tempa wydaje się zwłaszcza środkowy akt, przeciągnięty, epizodyczny, z całymi sekwencjami, które niewiele wnoszą (wizyta na planecie-kasynie). Śledzenie kilku równolegle rozwijanych wątków ma negatywne konsekwencje - film kończy się kilkukrotnie, tak, by każda postać dostała zakończenie własnego wątku. Konstrukcyjnie "Ostatni Jedi" kuleje.
