> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 29 grudnia 2009

Post 137- Podsumowanie roku wg DeBe

Rok 2009 to rok ciężkiej pracy, która skutecznie zabierała czas na rozrywki. Mimo to, starałem się być na bieżąco z najlepszymi tytułami i choć często pomijałem tytuły dobre/ warte uwagi, to wszystkie ambitniejsze i konieczne do obadania pozycje miałem zawsze na tapecie.

Filmy




1. Bękarty wojny
...bo Tarantino w szczytowej formie, bo Christoph Waltz, bo Brad Pitt, bo mnóstwo czarnego humoru i niekończąca się przez seans dobra zabawa.
2. Watchmen
...bo godna ekranizacja jednego z moich ulubionych komiksów, bo muzyka, bo Jeffrey Dean Morgan i Jackie Earle Haley, bo intro, bo reżyser wyciął sporo, ale z głową i sam dodał od siebie naprawdę dobre i klimatyczne sceny.
3. Koralina i tajemnicze drzwi
...bo mimo to, że znielubiłem Gaimana i nie czytałem Koraliny świetnie się bawiłem (i bałem!), bo moja ukochana animacja figurkowa, bo solidnie i naprawdę przyjemnie.
4. Dystrykt 9
...bo ciekawe podejście do filmów S-Fi, chociaż film wylądowałby wyżej gdyby cały był pseudo-dokumentem wnikającym w struktury socjalne między ludźmi a kosmitami i nie zamieniał się w połowie w film akcji, bo fajtłapowaty, ale momentami tragiczny i godny podziwu Sharlto Copley.
5. 9
...bo piękna animacja i pomysł, bo niektóre sceny (moment z gramofonem), ale nieco zmarnowany potencjał na niezwykle klimatyczny i trzymający w napięciu film.

poza czołówką: Prawo zemsty (bo to naprawdę zabawny film, kto wiedział ten wie :)), Wrogowie publiczni, Brzydka prawda
wyróżnienie: Rewers (za jeden z najciekawszych filmów polskich ostatniej dekady)

Tak jak mówiłem. Nie widziałem Kac Vegas, Transformerów, Moon, Radio na Fali itp.
Pozwoliłem sobie na prawie wszystkie hity pójść do kina. Ogólnie sporo rzeczy widziałem w kinie. Wow. Parnassusa i Avatar zobaczę dopiero w 2010 :(

Muzyka



1. Hilltop Hoods - State Of The Art
...bo powrót moich ulubieńców w wielkim stylu, koncert w Berlinie, wyśmienite klipy, bo mocna płyta w każdym calu, mój ulubiony track tego roku: Fifty in Five, to wciąż ci sami starzy, dobrzy Hilltopi.
2. Eligh & Jo Wilkinson - On Sacred Ground: Mother & Son
...bo płyta wyjątkowa, połączenie świetnej techniki Eligha z muzyką i głosem jego matki, niezwykłe połączenie rapu, country, soulu, goście.
3. Classified - Self Explanatory
...(o tej płycie w 'Gramofonach' :))
4. The Grouch & Eligh - Say G&E!
...bo głęboka, poważna i dojrzała pozycja, warstwa muzyczna, harmonia pomiędzy członkami Living Legends, goście tacy jak Blu, Slug, Sage Francis, Gift of Gab
5. CunninLynguists - Strange Journey Volume One.
...bo pierwszy Strange Journey jest klasę wyżej niż wydany pod koniec roku vol.2, bo KNO, bo niesamowity kawałek ze Slugiem.

Wyróżnienie: Granite State - The RE-Public, Jr & ph7 - The Standard, Blockhead - The Music Scene, Brother Ali - Us
Polskie pozycje warte przesłuchania:
Tetris- Dwuznacznie i Stick2MyNameRight (w tym momencie najlepszy polski MC)
Małpa- Kilka Numerów O Czymś (nielegal roku, świetny solowy debiut członka Proximite)

Oj dziwny był ten rok. Moi ubiegłoroczni faworyci powracali w średnim stylu (wyjątek- Hilltop Hoods), właściwie nie pojawił się żaden zagraniczny rewelacyjny debiutant, mimo to, było czego słuchać zwłaszcza w pierwszej połowie 2009.
Wydarzeniem był legal Tetrisa, który jest moim polskim artystą tego roku.

Komiks




1. Łajka (Nick Abadzis)
...bo piękna, wzruszająca, dojrzała, dopracowana, świetna napisana i zilustrowana historia pierwszego zwierzęcia w kosmosie kompletnie mnie zauroczyła
2. Wykiwani (Alex Robinson)
...bo świetne postacie, wielowątkowo prowadzona historia z wspaniałym finałem
3. Trzy Cienie (Cyril Pedrosa)
...bo najlepszy graficznie komiks jaki od dawna czytałem, prosta, urocza historia
4. Fun Home (Alison Bechdel)
...bo kolejny dowód, że komiks to idealne medium dla pamiętników, relacje między ojcem a córką, dojrzałe tematy, które zmuszają do refleksji
5. HMMARLOWE i niedole Julitty (Przemek 'Surpiko' Surma)
...bo świetny komiks rozrywkowy, strona graficzna, urzekająca postać detektywa, no i Pani Julitta

Wyróżnienie: Gang Hemingwaya, Łauma, Przybysz

Mało kasy, mało czasu, sporo sprowadzanych komiksów, ale mało komiksów kupionych w Polsce- chociaż najciekawsze pozycje leżą na półce. Przespałem trochę premier, ale odbiłem sobie wszystko na tegorocznym MFK.
Braki nadrabiam w często odwiedzanej i wspomnianej na blogu bibliotece.

Post 136 - PROduktywne urodziny

Na początku był Bit

Wszystko zaczęło się od komputerowego magazynu „Play PC” w sierpniu Roku Pańskiego 2004. Tamże, na sześćdziesiątej stronie ukazał się szesnasty odcinek komiksowej telenoweli Śledzia pt. „8 Bit”. Mogę chyba śmiało powiedzieć, że plansza o Ambitnym (acz schorowanym) Łosiu i Puszczyninja oczarowała mnie.

Potem potoczyło się już szybko. Z górki, jak to się mówi. Kolejne numery Play’a (a wśród nich 20… tfu! 18 odcinek 8 Bita z gościnnym udziałem Anonimowego Grzybiarza), drugi numer kolorowego Osiedla Swoboda i wystawa komiksowa w muzeum Mangha w Krakowie. Przyszedł maj, wraz z nim urodzinki i wielka paczka przytargana przez listonosza. A w niej… komplet Produktów (bez dwóch ostatnich numerów z racji adnotacji okładkowej „+18”).




Może na początek wyjaśnijmy sobie kwestię co spowodowało, że sięgnąłem po archiwa Produktu, mając do wyboru całą gamę innych komiksów, zwłaszcza, że tamte czasy kojarzą mi się raczej z super-bohaterami? Chyba chodziło o „Osiedle…”, które urzekło mnie swoją całkowitą innością (zważcie na kontrast historii super-hero – Osiedle). Pamiętam ten szok – „Boże! To w komiksach tak brzydko mówią?!” – ale mimo niego, chciałem więcej. Chodziło też o Autorów. Śledziu, którego zakręcone scenariusze z mnóstwem humoru i świetna, dynamiczna kreska trafiły do mego młodego umysłu i nieźle namieszały (co można było rok później zobaczyć na forum gildii… khe… khe… Teraz mi wstyd…) oraz KaeReL, którego znałem z dwu-tomowej Ligii Obrońców Planety Ziemia i kolorowego „Osiedla”. Filipa Myszkowskiego znałem z "Zefira" (ukazującego się w śp. MixKomiksie). Tych trzech wystarczyło. Dzięki.

Było zasadniczo kilka komiksów, które w Produkcie uwielbiałem.
Oczywiście na pierwszym miejscu była (i nadal jest) flagowa seria Michała Śledzińskiego „Osiedle Swoboda” (jakiż był mój żal do Autora, gdy wraz z trzynastym P, seria została zawieszona na rzecz „Mondo i Daba”… ale kadr z samobójem i złamaniem otwartym był świetny).


Dlaczego akurat „Osiedle…” zajmuje najwyższe miejsce w moim osobistym rankingu? Myślę, że główną przyczyną takiego obrotu rzeczy była właśnie wcześniejsza znajomość Serii, której bohaterów na tyle polubiłem, że chciałem dowiedzieć się o nich więcej. W bohaterach tkwi sedno sprawy. Smutny, Niedźwiedź, Kundzio, Wiraż i Szopa. Zwykłe chłopaki ze zwykłego osiedla. Prawdziwi i bliscy. Tacy jak ja, Ty, my. Żyjący na takim samym osiedlu. Mający podobne problemy. Może nie koniecznie w tamtym czasie (hej, miałem 12 lat), ale bardzo przypominający starszych kolegów spod bloku. Łapiecie? Więź. Komiksowi bohaterowie, z którymi chętnie by się pogawędziło siedząc popołudniu na ławce, wyskoczyło na colę, czy pograło na automatach. Komiksowi, ale jacy realni! Nie wiem czy jakiemukolwiek innemu komiksiarzowi udało się coś takiego. Bo z bohaterami komiksów Śledzia może się chyba identyfikować większa część polskiej młodzieży. Przynajmniej ta rozrywkowa, żyjąca na własnym Osiedlu Swoboda.


Kolejne miejsce podium zajmowała cała reszta komiksów Ryby (…), a na ostatnim, acz ciągle honorowym i zasłużonym, uplasował się Filip Myszkowski zwany wtedy Lepskiem i jego trio Emilia, Tank i Profesor.
Z bohaterami tej serii akurat trudno mi się identyfikować. Klimat też był całkiem inny, niż w Osiedlu. Trudno te historie nazwać obyczajowymi i prawdziwymi. Jednak zarówno kreska (kozak!) jak i śmieszące mnie historie zaowocowały ową miłością do dziecka Myszkowskiego. Tutaj raczej chodziło o akcję i naparzanie. O ile w „Osiedlu…” można było znaleźć tematy to refleksji i zastanowienia (a wszystko to pod zasłoną humoru), tak przygody trio były dla mnie czystą rozrywką. I właśnie to było w tej serii świetne – ostre akcje, ostre fazy, świetni i zapadający w pamięć bohaterowie i cięte riposty – bez zbędnych pierdół i owijania w bawełnę. Hell Yeah!

Potem w magazynie pojawił się KaeReL i namieszał w honorowanych tytułach (za pomocą łokci i kopniaków wdarł się na drugie miejsce wypychając tym samym „resztę komiksów Śledzia” ). Jego krótkie historie, jak i dłuższy Kfiatuszek do dziś uważam za coś totalnie powalonego. I genialnego.



Jednak Produkt wcale nie był taki kolorowy (heh)… Likwidator nigdy to mnie nie trafił. Do Jeża Jerzego i Wilq’a musiałem dorosnąć, bo za małolata nie rozumiałem tych historii i wcale mnie nie śmieszyły. Teraz oba tytuły ogromnie szanuję, wydaje mi się zasłużenie. Zarówno za rysunki (a kiedyś Wilq’a uważałem za… ech… bazgroły… PRZEPRASZAM!) i świetne historie – zarówno narracyjnie i fabularnie. Dopiero po latach nauczyłem się doceniać to wszystko, cóż, tak bywa. Czasami trzeba zwyczajnie dorosnąć do pewnych komiksów.

Ogromną zajawkę Produktem przyćmiła trochę zajawka Hellboy’em w pierwszej klasie gimnazjum. Jednak nie ma tego złego i tak dalej, bo Josephine idealnie wpasowała się w moje ówczesne gusta i Clarence Weatherspoon zagościł w moim top ulubionych autorów.

Mogę wymienić jeszcze wiele świetnych serii (chociażby „Strachy”, które są świetnym przykładem na zabawę konwencją czy „Shinear” – mroczna i ciężka faza) jak i łan szotów (ten z delfinem Andrzeja Janickiego nadal mnie niszczy, właściwie nie potrafię tego wyjaśnić) publikowanych na łamach owego legendarnego (właśnie dzięki nim) magazynu. Mogę pisać o każdym komiksie z osobna, razem, w parach, trójkątach itd. Ale chce Wam się to czytać…? No właśnie.

Moje zdanie jest raczej subiektywne – wiadomo – miano „Największego Fanboja Śledzia na Ziemi” zobowiązuje.

Na koniec chciałbym tylko dodać, że staram się zbierać wszystko co wychodzi spod piór i ołówków ekipy ProCREW. Niestety większość serii zaczętych w Produkcie, a kontynuowanych później – czy to na łamach serii czy pojedynczych albumów – nie ma już tego powera, co kiedyś, publikowane w kawałkach obok innych serii. Autorzy nie potrafią wykrzesać tej iskry ze swoich starszych dzieci i niestety zawodzą –bardzo wygórowane oczekiwania – czytelników. Inne tytuły rozwijają skrzydła i wyrwanie się z magazynu w stronę pełnych albumowych przygód można zaliczyć tylko na plus (Człowiek Paroovka, Jeż, Wilq). I tak najbardziej zaskakują nowe projekty autorów publikujących kiedyś w magazynie i to je uważam teraz za najbardziej wartościowe. Mowa tu m.in. o Na Szybko Spisane, Yoelu (tak) i Łaumie.
Produkt jest jak Ojciec Chrzestny z Marlonem Brando i Batmany Burtona. Niby stary, ale ciągle świeży. Obchodzi okrągłe urodziny, ale trzyma pion, nie garbi się pod natłokiem lat, wręcz przeciwnie. Jest dumny ze swojego wiekowego doświadczenia, potrafi jeszcze zadziwić młodych swą MOCą... Dziwnym nie jest.

Już po północy. Czas kończyć.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Produktu.

Z własnego Osiedla Swoboda pisał
- ciągle poszukujący Świątyni Grzyba Wiecznej Młodości i robiący to dla Ojca –
Wasz Anonimowy Grzybiarz
Siewka.

P.S. Motyw wzgardził, więc wylądowało tutaj ;)

sobota, 26 grudnia 2009

Post 135- Komiksowe Życzenia od DeBe

Post 134- PixelJunk Monsters Deluxe



Pixeljunk Monsters Deluxe (PSP)- Lubicie gry w stylu 'tower defence'? Graliście hardkorowo w 'maule' na Warcrafcie? Macie psp, sporo czasu?
PixelJunk to kolejny 'mini', czyli mała gra możliwa do pobrania za grosze ze sklepu internetowego psp i kolejny TD po 'Fieldrunners' z tego cyklu.
Wcielamy się w postać pewnego żyjątka przypominającego żółwia, który ma za zadanie bronić domku, przed którym stoją jego dzieci. Każda plansza obfituje w drzewa, palmy lub inne rośliny, z których nasz bohater buduje wieżyczki mordujące kolejne fale pająków, krabów, golemów, pszczół.
Nie jestem fanem tower defence'ców ale gra urzekła mnie piękną, ciepłą oprawą graficzną, nieskomplikowaną rozgrywką ( przechodzę obecnie drugą z trzech wysp i liczba zarówno rodzajów wież jak i przeciwników jest niewielka ale zadowalająca) i dobrą jakością pochłaniania czasu.

Nie jestem hardkorowym graczem, więc wybrałem najłatwiejszy tryb gry- casual. Trzeba przyznać, że gra ma naprawdę solidny poziom trudności, a przechodzenie poziomów na 100% jest niezbędne do odblokowywania nowych ścieżek (nowych map), wysepek, wyzwań.
Internauci bardzo chwalą tryb multiplayer, w którym dwóch przyjaciół może wspólnie odpierać ataki stworów, łączyć siły w celu ulepszania wzmocnień (nie miałem okazji przetestować). Ciekawostką jest system znaków graficznych, które w dymkach wysyłają sobie avatary graczy w celu komunikacji. Zdecydowany hit wśród ostatniego wysypu dobrych pozycji na przenośną konsole.

czwartek, 24 grudnia 2009

Post 133 - Wigilia

Z rodziną nie mam prawie żadnego kontaktu. Ojciec nie żyje, Matka gdzieś zniknęła kilka lat temu, zostawiając na stole kartkę informującą, że jedzenie jest w lodówce. Starsza siostra wyemigrowała do Ameryki, gdzie zbija sukcesy w policyjnej jednostce do zadań specjalnych. O bracie nie mam nawet ochoty wspominać, co, zważywszy na jego zachowanie, dziwnym nie jest.
Aha. Siostra zadzwoniła. Krzyknęła w słuchawkę coś w stylu "WESOŁYCH BRACISZKU!" i zerwała połączenie.
Tak więc 24 grudnia spędziłem z przyjaciółmi. I była to Wigilia, której dłuugo nie zapomnę.
Najpierw przyszła Agatha, niosąc wielki prezent opakowany w czerwony papier i przewiązany zieloną wstążką. Śliniaście mnie przywitała, po czym pobiegła odłożyć prezent do sąsiedniego pokoju, by nie plątał się pod nogami. Zważywszy na ostatnie incydenty z udziałem moim i jej ojca, nie chciała spędzać Świąt w domu. Mi to nie przeszkadzało, powiem więcej, ucieszyło mnie, ze będę mieć ją u swego boku w ten szczególny dzień.
Później przywiało Grzybiarz i Dniwecnira. Byliśmy w komplecie.

W wannie pływały dwa karpie.
- ... - zaczął jeden i urwał. Konspiracyjnie się rozglądnął.
- ... - uspokoił go drugi.
- ... - dokończył pierwszy, po czym przystąpił do wykonywania swojego wielkiego planu.
Karpie chwilę mocowały się z korkiem. Zaraz jednak dały się porwać wirowi prowadzącemu ku wolności.

Włożyłem cisto do piekarnika i spojrzałem na Dniwecnira.
- Możesz iść zobaczyć co tam u karpi?
- Jasne. - odpowiedział czarodziej i wstał.
Chwilę później mag wrócił niosąc niepokojące wieści.
- Kiwi! Karpie zniknęły!
Pobiegliśmy wszyscy do łazienki. Przez chwilę przyglądaliśmy się pustej wannie.
- Spieprzyły kanałami. - wysnuł teorię Grzybiarz.
- Cwane bestie. - powiedziała z uznaniem Agatha.
- Może i cwane, ale co my teraz zjemy? - Dniwecnir postanowił myśleć racjonalnie.
- Spoko. Poleci się do sklepu i kupi dzwonki.

Wypadło na Grzybiarza. Wrócił po niecałych dwudziestu minutach.
- Pokaż.
Wysypał na stół dzwonki. Upadły z metalicznym dzwonieniem.
Osłupiałem.
Podniosłem jeden z nich i zadzwoniłem.
Ding dong.
Agatha ukryła twarz w dłoniach, a ja poszedłem za jej przykładem.

W końcu udało się zdobyć ryby. Rzuciliśmy je szybko na patelnię, bo zostało mało czasu. Grzybiarz odesłałem do wypatrywania pierwszej gwiazdki. Sam rozłożyłem naczynia. Połamałem opłatki i również porozdawałem.
Nagle Grzybiarz krzyknął.
Zebraliśmy się w jadalni i po krótkim przeczytaniu fragmentu z Biblii, połamaliśmy się opłatkiem, życząc sobie wszystkiego co najlepsze. Zasiedliśmy do stołu. Już zabieraliśmy się do jedzenia, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi.

Przed drzwiami stał mój brat.
- SIEMANO BRACHU! - krzyknął. On zawsze krzyczał. Tak już miał.
- Cześć. - odparłem. - Ładuj się.
Była Wigilia.

Spożywanie Świątecznego karpia zostało nagle przerwane.
- KRRRGRYYGHHRAARRGHKRR!!!- krztusił się Czarodziej.
Podbiegłem do niego i zdzieliłem pięścią w plecy. Oplotłem go ramionami i mocno ścisnąłem.
- KHY! - Dniwecnir wypluł ość, która, koziołkując, przeleciała przez cały pokój, wpadła do kuchni i wbiła się w lodówkę.
- SZACUN! - przez cały wieczór Brat siedział wpatrzony w Dniwecnira jak w obrazek. Co chwilę pytał, czy Czarodziej nauczy go tej sztuczki. A Czarodziej zdecydowanie odmawiał powtórzenia sztuczki.

Przyszedł czas na śpiewanie kolęd.
Właściwie to śpiewałem tylko ja i Agatha.
Brat, jak to miał w zwyczaju, wywrzaskiwał kolędy, Grzybiarz nucił, a Dniwecnir coś charczał.
Nagle coś pyknęło i cała choinka zajęła się ogniem.
- O JAK SIĘ JARA! - ucieszył się Brat i pobiegł ogrzać ręce.
Chciałem płakać. Wszystko było nie tak.
Wstaliśmy od stołu i podeszliśmy do Brata. Patrzyliśmy jak dopala się choinka. A dopalała się pięknie.
Agatha objęła mnie, a ja objąłem ją.
- Hej. - zagadnęła, widząc, że jestem zły - przecież nie choinka jest najważniejsza. Nie prezenty. Nie karp czy przypalone ciasto. Najważniejsze jest to, że jesteśmy razem.
Przytuliłem się mocniej. Miała rację.
- MACIE KIEŁBASKI?!
Mieliśmy.

24.12.2008

środa, 23 grudnia 2009

132 - Życzenia

No, to co się, prawda, rozwodzić - świąt wesołych życzymy! A i nasze ulubione życzenia świąteczne zapodajemy, bo nic przyjemniejszego nad wspomnienie dawnych gwiazdek (z kasetami na VHSach, figurkami i innymi cudnymi duperelami, znajdowanymi pod choinką) być chyba nie może (jasne, że może, ale dla klimatu o tych innych rzeczach pisać nie będziemy, przynajmniej do końca świąt). Kliku klik.
Pamiętajcie: zamiast "Kewina samego w domu" lepiej oglądnąć "Christmas with the Joker". Bo zdrowiej i przyjemniej.
Miło też posłuchać, jeśli lubi się hip-hopowe brzmienia, PDG Kolenda i Kryszmas Alkocholis.

Święta to też trochę więcej czasu, więc wypatrujcie częstszych aktulek.
Pozdrawiamy!

Trzy Ponure Grzyby

wtorek, 22 grudnia 2009

Post 131- Produkt


Co mogę napisać co nie zostało napisane? Dekadę temu urodziło się dziecko Michała 'Śledzia' Śledzińskiego , kultowy magazyn komiksowy. Jako rozpoczynający karierę szkolną chłopiec otrzymałem w łapy Produkt. Do dziś pamiętam jak w dziewczym egzemplarzu Smutny dostał opierdziel za kupowanie kapusty, jakiemuś gościowi wyrósł delfin w głowie a Niedźwiedź spalił trupa. Po za tym były cycki bo ktoś zamówił dziwki na jakiejś imprezie.
Tak. Dobrze to zapamiętałem jako 6 latek.
Produkt jest kultowy. Większość komiksiarzy chórem przyzna, że gdyby nie magazyn prawdopodobnie nie zainteresowaliby się tym medium.
Choć czasy Produktu pamiętam przez mgłę, bo dopiero co nauczyłem się czytać przed otrzymaniem pierwszego numeru, to nadrobiłem zaległości pięć lat temu. Na stronie Osiedla Swoboda (gdzie zresztą poznałem współautora bloga, 'psychofana' Grzybiarza, tak tak, w księdze gości :)) zamówiłem sobie dwa 'pięciopaki', a resztę pożyczyłem od znajomej nauczycielki (jej syn, obecnie student plastyki, kolekcjonował magazyn). Z przyjemnością w święta znajdę czas na odkurzenie tych numerów i powspominanie.
Wątpie, żebym zainteresował się komiksem gdyby nie Produkt. I za to jestem wdzięczny Śledziowi i całemu ProduktCrew.
I mocno wspieram inicjatywę Motywu. Bo dziesięciolecie Produktu to wydarzenie warte uwagi każdego fana komiksu w Polsce.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Post 130 - All-Star Batman i Robin: cudowny chłopiec

Poczciwy Frank Miller, geniusz, artysta i wizjoner, niekwestionowany mistrz opowieści obrazkowych, żywa legenda komiksu, postanowił pewnego dnia odnaleźć granicę tolerancji odbiorcy. Po osiągnięciu statusu wielkiej gwiazdy i wyrobieniu sobie nazwiska, rozpoczęciu znakomitych serii i wypracowaniu fantastycznej kreski odpuścić, rzucić to wszystko w diabły i zacząć się drażnić z wiernymi dotąd czytelnikami – czy aby nie przestaną mnie podziwiać? Czy nie stracę szacunku i podziwu w ich oczach? Spróbujmy…. I od tej pory nagle Sin City zaczyna być rysowane coraz bardziej pokracznie, z rażącymi błędami anatomicznymi i niechlujnie położoną czernią, a scenariusze stają się coraz częściej kalką wcześniejszych dokonań Franka. I tak jak „Hard Boiled” czy „Big Guy” to zabawa konwencją (w tym pierwszym bardzo umowna zresztą), więc (teoretycznie) nie powinno się czepiać klisz i schematu, tak już choćby w wydanym przez Mandragorę „Batman/Spawn” pewne rozwiązania aż bolą. Dwa ostatnie dokonania Millera, jakie pojawiły się na polskim rynku – filmowy „Spirit” i komiksowy „All-star Batman i Robin: Cudowny Chłopiec”, zdają się potwierdzać moją teorię, że Millerowi się albo nie chce, albo próbuje podpuścić widzów/czytelników. Bo człowiek, który dla Batmana onegdaj popełnił takie perły, jak „Powrót Mrocznego Rycerza” czy „Rok pierwszy”, tym razem spłodził coś oślizgłego i paskudnego. 

Słówko o fabule – młody Dick Grayson zostaje sierotą, gdy jego rodzice, para akrobatów cyrkowych, zostają….zastrzeleni. Jak się okazuje, dzieciakiem zainteresował się już nieco wcześniej Bruce Wayne/Batman, któremu taka okazja jest w to graj, bo może teraz bezkarnie malucha zaadoptować do swojej walki ze zbrodnią, bo ten podobno ma talent i zdolności, które Bruce od jakiegoś czasu obserwuje (kiedy miał okazję skoczyć do cyrku? Zabrał tam kiedyś którąś ze swych kobiet?) Dzieciak jest w szoku, zgarniają go mroczni gliniarze, aby pobić go w lesie, by uwierzył, że to, co się stało z jego staruszkami, to wypadek (naprawdę! Pomińmy dziesiątki ludzi, którzy byli wtedy w cyrku i widzieli, co się stało – najważniejsze to wymusić zeznanie na małolacie), Vicky z Alfredem rusza za nimi, podobnie jak Bruce, który zdążył przedzierzgnąć się w Gacego – wiecie, że jak Wayne zakłada strój Batmana, to błyskawicznie rośnie mu trzydniowy zarost? Batman ratuje małego przed policjantami, zachowując się jak kompletny obłąkaniec, wyzywając Graysona od gnojków i gówniarzy, śmiejąc się jak idiota i robiąc totalny, za przeproszeniem, rozkurwiel na miejscu zdarzenia. Żeby było śmieszniej, niedaleko Vicky zostaje poważnie poraniona w wypadku, a Alfred, w pozie Rudolfa Valentino, drze koszulę i opatruje jej obrażenia, świecąc nagim, umięśnionym torsem w świetle księżyca. Batman w tym czasie straszy Dicka (z mizernym skutkiem, bo skurczybyk jest odważny i nie takich świrusów już w życiu widział), popisując się Batmobilo-samoloto-łodzią, którą wyczynia cuda w wodzie, na ziemi i w powietrzu. Gacy zabiera dzieciaka do jaskini, aby tam przeżył to samo, co młody Bruce – między innymi jadł… nie. To trzeba przeczytać samemu. Nie wierzcie w to, że najbardziej epickim kadrem jest rozkładówka z wyglądem jaskini – prawdziwy wstrząs następuje wraz z tekstem „Ja jadłem.” 

Reszta komiksu to seria absurdów, ślepych uliczek scenariuszowych, urwanych i niedokończonych wątków, debilnych dialogów i tym podobnych kiszek, z których końcowa sekwencja z Green Lanternem jako jedyna się broni – i to tylko, gdy podejdziemy do niej jako parodii. Bo nawet gdy przeczytamy „All Stara” z przymrużeniem oka, to ten komiks jest tak niestrawny, że nie pozostaje nic innego, jak gorzko zapłakać nad wydanymi dziewięcioma dyszkami, których nie wynagrodzą nawet rysunki Lee. Sieczka, mości panowie. Sieczka.

sobota, 5 grudnia 2009

129 - Przestroga

Wczoraj DeBe pisał o bibliotece z komiksami, gdzie za friko można przeczytać kilka porządnych tytułów. A co niektórzy robią, gdy nie stać ich na jakiś komiks, a koniecznie chcą go przeczytać? Tak, ściągają z neta, jasne, ale co jeszcze?
Idą do empiku.
A tam czytają. A czytając niszczą, bo - za przeproszeniem - mają wy***ane, w końcu nie ich. Taka mentalność. Right?
Right.
Dzisiaj będąc w empiku przeglądałem All-Stara. Kreska fajna (Black Canary!), wydanie porządne. Scenar kontrowersyjny, więc może na własnej skórze sprawdzić, czy rzeczywiście taki dobry/zły?
Idę do kasy. Po drodze jeszcze przeglądam, chłonąc kreskę Lee. Nagle staję jak wryty. Zdawało mi się? Przerzucam kilka stron w tył. Nie.
Całkiem sporego fragmentu jednej ze stron zwyczajnie brakuje. Chamsko wyrwany (pocieszam się myślą, że może przez przypadek jednak, lub przez jakieś małe dziecko).
Wróciłem do półki z komiksami. Skitrałem się w kącie i chyłkiem zrobiłem kilka zdjęć telefonem. Pani z obsługi patrzyła na mnie w dość znaczący sposób. Uśmiechnąłem się i odstawiłem tom na półkę, jednocześnie cichaczem chowając telefon.
Poszedłem do domu. Zniesmaczony.




Lepiej dokładnie oglądnijcie komiks ze wszystkich stron, zanim kupicie go w empiku. Bo jak się okazuje, nie chodzi tu tylko o pozaginane rogi.
Nie chcę tu robić żadnej antyreklamy empikowi, bo sieć odwala na prawdę kawał porządnej roboty z zamówieniami z importu, ale nie mogłem się dziś powstrzymać.
Doskonały przykład, co się dzieje, gdy "wpuścić chamstwo na salony". Wszakże empik to "pełna kultura".

Post 128- Szczecinska niespodzianka

Kilka dni temu znajoma, która wiedziała, że interesuje się komiksami obwieściła mi, że przeczytała "Fun Home". O fajnie, że ludzie sięgają po takie tytuły sami z siebie. Zwłaszcza, że znajoma dotychczas raczyła się tylko kilkoma mangami z półek innych znajomych. Po obwieszczeniu wyciągnęła z torby komiks w folii z pieczątką biblioteki.
0.0'
?
A tak, na placu Lotników, w centrum, koło pomnika Coelloniego jest biblioteka, która od niedawna zaopatrzyła się w takąąąą kolekcję komiksów. Wczoraj bez zmrużenia oka wyciągnąłem sobie Blacksady, Kroniki Birmańskie, Halloween, Achtung Zelig. Słabo?
Obok jeszcze dwie półki pełne komiksów Timofa, Kultury i kolekcje Egmontu, które dotąd czytałem selektywnie bo po prostu mnie nie stać, a teraz postanowiłem, że będę wciągać je jak strumień.

Dlatego polecam z całego serca wszystkich czytających to fanom komiksów w Szczecinie.
Plac Lotników 7, Miejska Biblioteka Publiczna Filia nr 28
Pozdrawiam

poniedziałek, 30 listopada 2009

127 - Mistrz wraca na ring! 2010!


OSIEDLE SWOBODA

scenariusz i rysunki: Michał „Śledziu” Śledziński
ok. 270 stron, format B5
środek czarno-biały (dodatki w kolorze),
okładka w kolorze
oprawa twarda z obwolutą
wydawca: kultura gniewu
data wydania: 2010


Gdybym miał wymienić najważniejszą polską serię komiksową z przełomu stuleci, nie zastanawiałbym się ani chwili – „Osiedle Swoboda” jest poza konkurencją – tak o komiksie Michała „Śledzia” Śledzińskiego pisał w „Gazecie Wyborczej” Wojciech Orliński. Ukazujący się na łamach słynnego „Produktu” cykl Śledzia był flagowym komiksem magazynu i rzeczą, która zmieniła polski komiks.

To obyczajowa historia z życia miejskiej młodzieży, która lubi ostrą muzę, imprezy, alkohol i inne używki. Snujący się po osiedlowych uliczkach bohaterowie - niezapomniani Wiraż, Dźwiedzu, Szopa, Smutny i reszta ferajny – borykają się z przemocą, nudą, tępymi „dresiarzami” i kacem, czyli z tym wszystkim, na co narażeni są codziennie młodzi ludzie.

Śledziu opowiada o tym zwyczajnym życiu na zwyczajnym osiedlu z niezwykłym poczuciem humoru, przyglądając się swoim bohaterom z sympatią i dystansem jednocześnie. Doprawia to szczyptą surrealizmu i fantasyki, które na Osiedlu Swoboda wyglądają zadziwiająco naturalnie.

Większość patentów, które spotkały „Swobodną” ekipę, wydarzyła się na serio mnie, moim znajomkom, lub została podsłuchana pod sklepem nocnym – mówił Śledziu w jednym z wywiadów.
I to ten autentyzm połączony z fantastyczną komiksową formą dał nową jakość. Do dziś, a mija właśnie 10 lat od publikacji pierwszego odcinka „Osiedla Swoboda”, nikt nie sportretował polskiej młodzieży i jej życia we współczesnej Polsce w równie przekonujący i fascynujący sposób. O czym łatwo się przekonać sięgając po ten kompletny zbiór wszystkich epizodów opublikowanych w „Produkcie”.

Wiadomo już, na co za kilkanaście lat będą się rujnować miłośnicy polskiego komiksu – na luksusową reedycję wszystkich odcinków „Osiedla Swoboda” – przewidywał w swoim tekście Wojciech Orliński. A my dodamy, że nie trzeba się wcale rujnować i można to zrobić już dziś.

Za Śledziem.

sobota, 31 października 2009

Post 125- Ligatura

http://www.centrala.org.pl/index.php?go=link&for=aktualnosci-Ligatura_a

4-7 lutego, czyli idealnie w ferie (przynajmniej tu zachodniopomorskim). Poznań dość blisko więc będę. Wreszcie coś w zachodniej części Kraju

piątek, 30 października 2009

Post 124 - Wchłonięte

Ostatnio wchłonięte, na szybko:

Mucha - niestety, jak to się mówi, siada.

Watchmen - Cytując: "Alan Moore to wariat". I geniusz. Absolutnie.

Call of Juarez: Więzy Krwi - może nie jest to Wiedźmin, ale zajebiście się bawiłem.

Bękarty Wojny - Znowu zacytuję: "Chyba wyszło mi arcydzieło" - kto oglądał, ten wie.

Stój - najlepszy Jason z czytanych przeze mnie (czyli wydanych przez Taurusa).

From Hell
- jeszcze większy geniusz.

Skarb w Srebrnym Jeziorze - w ramach zajawki CoJem i ogólnie Dzikim Zachodem. Nawet wchodzi, ale momentami ciężko bardzo.

Ostry Komix.


Batman: Arkham Asylum - 86%. Zostały misje. Dam radę. Dam. Jeszcze tylko 14%... Ale generalnie MISTRZ nad Mistrze. Coś więcej może wkrótce.

Łauma - Cytując: "Komiks Roku" i tak dalej. W pełni popieram. Mission Success.
P.S. KaeReLu - dziękuweczka za autograf.

Wartości Rodzinne 3 - jakoś tak pomiędzy dobrą 1 a kozacką 2. No i git zakończenie.

Binio Bill i Szalony Hieronimo - plusy: rysunki, Dziki Zachód. Niestety, trochę mnie nudziło. Mimo to, kolejne albumy BB Team kupię z chęcią.
P.S. Ale autograf "od Córki Autora" jest :D Thx.

Karton 1 - wierzę, że może z tego być coś bardzo dobrego. Jest ok - niech będzie lepiej.
P.S. Asu - dzięki za "Anonimowego Grzybiarza" w środku :)


Chyba tyle.

12 listopada ukaże się "Humor i Mądrość Świata Dysku" - mimo, że to tylko dodatek zachęcam gorąco do kupowania - wierzę, że jeśli się sprzeda, to Prószek wyda inne dodatki z ŚD - np. Książkę Kucharską Niani Ogg...



Za tydzień do Staszowa... Red Alert III Remix.

niedziela, 11 października 2009

Post 119- Pitu pitu

Wszystko co można powiedzieć o MFK zostało napisane, narysowane, sfotografowane.
Od siebie tylko powiem, że był to mój pierwszy duży konwent komiksowy i nie sądziłem, że festiwal, który interesuje tak małą grupę osób w naszym kraju, może mieć taką klasę. Pozdrawiam i dziękuję wszystkim osobom, z którymi miałem przyjemność pogadać/rysować/otrzymać autograf/zjeść/ponapierdzielać się dmuchanym mieczem świetlnym!
Moja aktywność na blogu spadnie, ponieważ rysuję:

środa, 30 września 2009

Post 118- MFK

No więc na festiwalu pojawię się ja i Grim.
Z tego powodu też odwołuje następne gramofony.
Ale będzie komiksów do recenzowania ;]

sobota, 26 września 2009

Post 117 - Kraków, Kraków uber alles!


Grzybu już co prawda wygadał, że od przyszłego tygodnia staję się pełnoprawnym radomiakiem w Krakowie, ale teraz to już będzie oficjalny news - OD 29 WRZEŚNIA 2009 MOŻNA MNIE NAMIERZAĆ W GRODZIE KRAKA.
To pisałem ja,
Grim

środa, 23 września 2009

116 - Grzyby rządzą

Do wszystkich Fanów Gaima:
może lepiej nie czytajcie poniższego tekstu coby nie zejść na zawał za obrażanie Swiętości i tak dalej.


Przeczytałem "Księgę Cmentarną" Gaimana. Jak Gaimana nie lubię (no sorry) i uważam, że jest trochu przereklamowany (nie bijcie, ale serio. Sandman i Amerykańscy Bogowie są bardzo ok, Koralina jest ... przyjemna, Nigdziebądź jeszcze nie czytałem, a od Gwiezdnego Pyłu bardziej podobała mi się ekranizacja tegoż. Niestety większość opowiadań i krótkich komiksów istnieje tylko dla kasy, przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Bo przecież największa pierdoła, która będzie podpisana Neil Gaiman się sprzeda, więc po co się wysilać i dbać o poziom? Lepiej się nie wysilać i nabijać kase ;) A. No dobra, nie wszystkie krótkie rzeczy są be. Batman: WHttCC, Hellblazer, Batman z antologii B&W i jeszcze kilka rzeczy dobrych się znajdzie. Niestety przeważają te gorsze. Jasne - nie znam wszystkich Dzieł i swoją opinię opieram tylko na tych kilku(nastu) rzeczach, które znam. Może mój sceptyzm bierze się też z tego, że po genialnych Amerykańskich Bogach i świetnym Snadmanie trafiałem na opowiadania/komiksy które są co najwyżej dobre, i w porównaniu do dwóch powyższych tytułów wypadają blado. Po prostu w pewnym momencie przestałem wierzyć w Neila). I mimo wszystkich uprzedzeń "Księgę Cmentarną" łyknąłem. I bardzo dobrze weszło. Historia o chłopcu mieszkającym na cmentarzu i żyjącym z duchami jest, w moim odczuciu, świetna. Może to dla tego, że urzekł mnie klimat. Bo lubię takie baśnio-bajki i Gaiman ze swoją najnowszą książką trafia w dziesiątkę jeśli chodzi o moje gusta. Brawo Neil! I believe in Neil Gaiman! Again! ;)

"Worek Kości" Kinga - jestem po stu stronach, ale jest świetnie. Król znowu pokazuje, że jak pisze książkę o pisarzu to musi być dobra ;)

Za Markiem Lachowiczem
:


Słucham.

A no i nius roku:
Grim przeprowadza się do Gordu Kraka, więc będę miał z kim gadać o komiksach face to face częściej niż przy okazji jakiś grubszych imprez czy okazjonalnym spotkaniu z Kolcem, Kirkorem czy Szłapą :) Cieszy taki obrót wypadków.

sobota, 19 września 2009

Post 115- Niedzielnie pogaduchy przy gramofonie- Classified




I like to believe there's more to me than MCing
But I write to the beat and that's what I end up being
This ain't a song with a meaningful message
It's me introducin myself to you through my record
I'm that tall, skinny white guy, rollin up the reefer
See ya, Classified, very nice to meet ya

- Up All Night


Artystą na dziś jest Classified. Kanadyjskiego producenta i MC usłyszałem pierwszy raz cztery lata temu, gdy muzyk z Halifax'u wydał album "Boy Cott In Industry". Jakie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że Class' wcale nie jest "rookie" i działa na kanadyjskiej scenie od '95. Muzycznie: świetnie sample, partie instrumentalne. Od fortepianów przez gitary po skrzypce. Wszystko wspaniale brzmiące.
Jako MC Kanadyjczyk również jest świetny. Krytyka na branże muzyczną, świetne kawałki tematyczne (5th element- hołd dla rapu, Maritimes- kawałek o melanżach czy choćby Sibling Rivalry nagrany z bratem artysty, w którym wrzucają sobie jak najlepsze rodzeństwo!). Zresztą sam Mic Boyd, brat artysty okazuje się mieć spory talent i rok temu, albumem "Lost In The Woods" udowodnił, że niewiele ustępuje rodzeństwu.

Rok po wydaniu "Boy Cott..." przyszedł czas na "Hitch Hikin' Music". Już pierwszy track "Find Out" wgniata w fotel. Człowiek-orkiestra z Kanady stał się jeszcze bardziej melodyjny i wszechstronny. Samodzielnie produkuje hybrydy sampli,żywych instrumentów i wokali, a taka mieszanka nie może nie wpaść w ucho. Cudowna instrukcja robienia beatów "Beatin In" hipnotyzuje słuchacza, podobnie jak kolaboracja z Chad'em Hatcher'em, którza zaowocowała trzecim singlem "All about U".
Na tym albumie Classified zaczyna bawić się formą płyty. Pojawiają się rewelacyjne skity, w których zabawny mężczyzna prowadzi aukcje, na których ludzie licytują bity wyprodukowane przez Classified'a, który zresztą coraz częściej zaczyna być popularny jako beatmaker.
Następny album- "While You Were Sleeping" to typowy The Best Of. Warto się zaopatrzyć choćby ze względu na starsze kawałki.
Tegoroczna płyta, Self Explanatory jest wyjątkowa. Po pierwsze goście- Royce 9'5 (który już pojawił się na "Boy Cott"), B.O.B (tegoroczny świeżak na Kempie) czy Moka Only. Po drugie- Classified zdecydował się na eksperyment. Oprócz zwykłych kawałków pojawiają się tzw. "Choose Your Own Adventure #". Kanadyjczyk zaprasza do wspólnej zabawy. Pierwszy utwór z cyklu wprowadza nas do historii, której o której rozwoju możemy decydować przechodząc do wyznaczonych kawałków. Coś jak tekstowe RPG. Możecie zdecydować czy artysta będzie nawijał o obiedzie ze swoją dziewczyną, premierą jego beatu w klubie, czy nawet... napadzie.
Classified wciąż się rozwija, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Najmocniejsze momenty na "Self.." to "Oh..Canada", "Up All Night", "Anybody Listening". W sumie nie ma co wymieniać, bo Classified z każdym rokiem wydaje coraz lepszy krążek.
Dlatego też wyczekuje na następny album, który, znając pracowitość Kanadyjczyka, ukaże się wkrótce.
A "Self Explanatory" ląduje w top10 tegorocznych płyt.

wtorek, 15 września 2009

Post 113 - Krótko o sierpniu

Szybka ocena paru niezłych komiksów, jakie przyniósł nam sierpień. Krótko i węzłowato.

„Życie w obrazkach” – jestem szczęśliwym posiadaczem wszystkich wydanych w Polsce komiksów Eisnera, więc i tego nie mogłem sobie odpuścić. I warto, absolutny „musiszmieć”. Eisner w najlepszym wydaniu – w przeciwieństwie do „Umowy” i „Nowego Jorku”, gdzie Mistrz sporo miejsca poświęcał refleksjom na temat wielkich miast i życia w nich, tutaj wszystkie historie skupiają się na relacjach międzyludzkich. „Zmierzch w Mieście Słońca”, który otwiera album, jest najsłabszą historią w nim zawartą – co nie znaczy oczywiście, że złą. Po prostu historia starego restauratora, który na emeryturze szuka kobiety swego życia jest mocno przewidywalna i brak jej tej porcji pieprzu, jaką Eisner solidnie posypał pozostałe nowelki. „Marzyciel”, zakamuflowana historia o początkach młodego Willa na komiksowej scenie u schyłku lat 30, to majstersztyk – uzupełniona solidnymi przypisami, stanowi nieocenione kompendium wiedzy o korzeniach historii obrazkowych. „W środek burzy” to najmocniejszy element albumu – znakomita opowieść o życiu człowieka, który odmienił oblicze komiksu. Bardzo intymna i pozbawiona sentymentalnych nastrojów (które pobrzmiewały w „Marzycielu”) autobiografia to kawał solidnej historii obyczajowej – ale nie od dziś wiadomo, że Eisner był genialnym gawędziarzem. „Cel gry” znakomicie potwierdza, że Mistrz zasługiwał na ten tytuł. Historia dwóch połączonych małżeństwem rodzin z zupełnie różnych światów jest tym, do czego nas przyzwyczaił choćby w „Dropsie Avenue” –wielowątkową sagą o ludzkich radościach i problemach. Album zamyka sympatyczny szorciak – o próbach znalezienia wydawcy przez młodego Willa. Musiszmieć.


„Lucyfer 4 – Boska Komedia” – Carrey wyrasta powoli na jednego z moich ulubionych scenarzystów. Czwarty tom coraz bardziej gmatwa nam w głowach, przestawia figury na szachownicy i wprowadza niemały zamęt do świata byłego Władcy Piekieł. Dosłownie, bo Światło Niosący dorobił się własnego, zaludnionego przez uciekinierów i przybyszy z innych krain i wymiarów Uniwersum, którego jest niepodzielnym panem do czasu, gdy pojawią się pewne komplikacje w postaci starych znajomych – arkanów Tarota, przewidujących przyszłość Basanosów, którzy sięgną po każdą skrytobójczą broń, aby pokonać Gwiazdę Zaranną. Parę nowych postaci, jak uroczy upadli Herubini czy czarodziejka – centaurzyca jest nieźle poprowadzonych i czytelnik nabiera apetytu na ich kolejne perypetie – album kończy się mocarnym cliff-hangerem, przez co aż ślinka nabiega do ust w oczekiwaniu ciągu dalszego. Czwartego „Lucyfera” czyta się jednym tchem – osobiście stawiam go wyżej od tomu trzeciego na mojej Lucyfowej liście. Polecam.


„Torpedo” – najsłabszy komiks w zestawieniu. Co nie znaczy, że zły w ogóle – po prostu przy takiej konkurencji niemal każdy by wymiękł. Ale do rzeczy – Luca „Torpedo” Torelli jest zawodowym zabójcą wysokiej klasy. Razem ze swoim wiernym Tommy Gunem i komicznym, acz fajtłapowatym pomocnikiem ciężko zarabia na życie, likwidując tabuny gangsterów i nie tylko w mniej lub bardziej wyszukanych okolicznościach. Niestety, częściej w mniej. Większość historyjek jest niemiłosiernie przewidywalna, owszem, są klimatyczne, ale jednak nazbyt proste i naiwne. Torpedo ma parę niezłych odzywek i cięty jęzor, ale pod koniec coraz częstsze błędy językowe (jako imigrant z Włoch, rzekomo nigdy nie nauczył się dobrze angielskiego) zamiast zamierzonego uśmiechu wywołują grymas zażenowania. Podobne odczucia mam co do Rascala, obdarzonego rybimi ustami sidekicka bezlitosnego cyngla. Pomagier jest tak szablonowym przykładem pierdołowatości, że aż szeleści. Nie jest to jednak komplement co do „zabawy formą”. Niemniej jednak klimat jest, zwłaszcza dzięki niezłym rysunkom obu autorów – nieco tutaj nawiązań do Dicka Tracy’ego, nieco bardziej współczesnej krechy. Dla fanów noir – pozycja obowiązkowa.

Post 112 - Plansze z "Włóczykij Story"




Scenar: Grim i Anonimowy Grzybiarz
Rysunki (w prezentowanym fragmencie): NemoFish
Coming soon!