> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Recenzja: Wonder Woman (2017)

Czerwcowy upał, po szaroburym maju, chyba rzucił się niektórym na mózg i odebrał umiejętność racjonalnej oceny tekstów kultury. Jak inaczej wytłumaczyć zalewające internet pochwalne peany na cześć Wonder Woman, najnowszego filmu Patty Jenkins? O ile mogę się zgodzić, że to jak na razie najlepszy element DC Extended Universe, tak pragnę wszystkim przypomnieć, że ani Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, ani Suicide Squad to żadna konkurencja. Wonder Woman to poprawne widowisko – tylko tyle i aż tyle.



Konstrukcyjnie film o Dianie Prince (Gal Gadot) to klasyczne origin story – od zera do bohatera (w tym przypadku bohaterki). Księżniczkę Amazonek poznajemy w iście idyllicznej scenerii, na odciętej od świata wyspie zamieszkanej przez same kobiety. Sielankę zakłóca pojawienie się na niej pułkownika Steve'a Trevora (Chris Pine) – szpiega będącego w posiadaniu dokumentów mogących odwrócić losy Wielkiej Wojny. Diana postanawia wyruszyć z mężczyzną w podróż do świata ludzi i pokonać Aresa, a tym samym powstrzymać zagrożenie.

Na plus wizji Patty Jenkins przemawia na pewno osadzenie akcji w burzliwym okresie I wojny światowej. W przeciwieństwie do takiego Kapitana Ameryki: Pierwszego starcia (2011, reż. Joe Johnston), gdzie nazistów zastąpiono agentami Hydry wyposażonych w świecącą broń, w Wonder Woman da się odczuć okrucieństwo zakrojonego na ogromną skalę konfliktu zbrojnego. Przez kategorię wiekową brutalne sceny rozgrywają się oczywiście poza kadrem, ale reżyserka niejednokrotnie zwróci obiektyw kamery na uchodźców wysiedlonych ze swych domów, sieroty czy kaleki pozbawione środków do życia.

Poważniejsze w wymowie sekwencje są łagodzone przez awanturniczy charakter całości. Sceny pokazujące pierwsze reakcje Wonder Woman na świat ludzi czy te, koncentrujące się na zbieraniu drużyny do misji niemożliwej, charakteryzują się lekkim, przygodowym tonem i ogląda się je z prawdziwą przyjemnością. Zderzenie dziecięcej naiwności Diany z zdroworozsądkowym podejściem Steve'a owocuje niejednokrotnie scenami pełnymi humoru i sprawnie napisanymi dialogami. Łobuzersko-chłopięcy urok Chrisa Pine'a czyni jego postać wiarygodną, a partnerującej mu Gadot, choć nie wypada równie przekonująco, trzeba oddać jedno – w strojach „z epoki” prezentuje się fenomenalnie. Razem tworzą zgrany duet, który trudno nie polubić.


Niestety równie spektakularne nie są sceny akcji. To najgorszy element filmu (nie licząc pierwszej potyczki, tej rozgrywającej się na wyspie Amazonek, która wyróżniała się ciekawą choreografią i niezłym wykonaniem). Ilekroć Wonder Woman ruszała w bój czekałem tylko, by akcja dobiegła końca. Nadmiar slow-motion, brak pomysłu i – przede wszystkim – okropne efekty specjalne to główne grzechy sekwencji, które w zamierzeniu miały świadczyć o atrakcyjności filmu. Czarę goryczy przepełnia absurdalny finał – nie wiadomo co się dzieje, ani Diana, ani Ares nie mają chyba zbytnio pojęcia jak pokonać przeciwnika, więc okładają się bez umiaru, bez ładu i składu. Widz ogląda ten spektakl efektów specjalnej troski z uczuciem rosnącego zażenowania. W finale widowisko Patty Jenkins całkowicie gubi swój charakter i zatraca się w ubogim z realizacyjnego punktu widzenia CGI.

Nie dajcie się zwieść, Wonder Woman to żadna rewolucja. Jasne, to prawdopodobnie najlepszy film powstającego w bólach DC Extended Universe i poprawnie opowiedziana geneza superbohaterki, ale trudno nie odnieść wrażenia, że jest to film o kilka lat spóźniony. Prostota historii może być atutem (zwłaszcza mając w pamięci przeładowanie wątkami w BvS), momentami porywa przygodowy klimat, a Chris Pine ze swą charyzmą pozwala wybaczyć mniejsze i większe niedociągnięcia - z absolutnie bezpłciowymi przeciwnikami głównej bohaterki na czele. To z pewnością krok w dobrą stronę, jednak księżniczka Amazonek zasługuje na lepszy film.

6/10

2 komentarze:

Geek Kocha Najmocniej pisze...

W końcu ktoś napisał o tych okropnych scenach walki i tragicznej potyczce z Aresem! Mimo całej mojej miłości do tego filmu (Wonder Woman to moja ukochana bohaterka komiksowa), to jednak film mógł być o wiele lepszy.

Jan Sławiński pisze...

Może w sequelu pójdą po rozum do głowy :)