> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 24 marca 2017

Spider-Man: Władza

Gdy spojrzymy na sporządzane przez zagraniczne serwisy/blogerów listy najgorszych historii ze Spider-Manem, szybko okazuje się, że większość z nich gościła na polskim rynku. Ci, którzy wychowywali się na komiksach wydawanych przez TM-Semic, przez siedem miesięcy męczyli się z Maximum Carnage, łapali się za głowę widząc androidy podszywające się pod rodziców Petera Parkera, w końcu z niedowierzaniem i coraz większymi wątpliwościami przeżywali Sagę klonów. Oszczędzono nam naprawdę niewiele. Ostatki niechlubnej części historii Pająka można nadrobić od marca dzięki wydanemu przez Muchę – i równie często piastującego wysokie miejsce na wyżej wymienionych listach - tomowi Spider-Man: Władza wedle scenariusza Kaare Andrewsa i z rysunkami Jose Villarrubii. I nagle okazuje się, że te wszystkie potworki z przeszłości były ledwie przystawką, bo oto podano danie główne.




Czytelnika na początku lektury witają okropne rysunki Villarrubii. Artysta posiada karykaturalny styl, więc większość postaci jest albo przeraźliwie chuda, albo swymi rozmiarami dorównuje dwudrzwiowej szafie. Niestety, spora część jego rysunków jest niechlujna i nieczytelna. Wrażenia estetyczne skutecznie obrzydzają także kolory, przypominające wynik niezobowiązującej, pierwszej w życiu zabawy z Photoshopem. Dodajmy do tego tła – albo nieistniejące, albo zastąpione wklejoną grafiką, najczęściej zupełnie niepasującą do stylu rysownika.

Warstwa plastyczna idealnie pasuje do poziomu prezentowanej historii. Andrews zdaje się inspirować Powrotem Mrocznego Rycerza Franka Millera. W teorii podobieństwa, owszem, są. Mamy przyszłość bez superbohaterów, mamy państwo policyjne, mamy starego bohatera, który po latach postanawia ponownie włożyć kostium. Poza porzuceniem superbohaterskiej tożsamości, u Petera Parkera bez zmian – wciąż nie potrafi znaleźć stałej pracy, a czas spędza na użalaniu się nad sobą. Nawet ubiera się identycznie, jak w czasach licealnych, wykreowanych przez Steve'a Ditko i Stana Lee.

Oczywiście Andrews szybko wprawia w ruch intrygę, w trakcie której Parker konfrontuje się z demonami przeszłości i powraca jako Spider-Man, by raz jeszcze uratować Nowy Jork. Szkoda tylko, że nic nie ma tutaj większego sensu. Od demonicznego planu antagonisty, przez wariacje niektórych bohaterów pajęczego uniwersum, a na nagłych zwrotach akcji i zbiegach okoliczności (córka Sandmana...) kończąc. Wszystko to być może dałoby się przełknąć i podpiąć pod kategorię niezobowiązującego exploitation, gdyby nie nieznośna powaga całości. Nawet jeśli czytelnik przejmie się rozpaczą Parkera, wciąż opłakującego śmierć żony, to Andrews zaraz wyjaśnia powód jej śmierci – tak absurdalny, że do dziś boli mnie głowa od tych wszystkich facepalmów.

Spider-Man: Władza jest niemożliwe do polecenia komukolwiek. Nic w tym albumie nie ma jakiejkolwiek wartości. Fanów Pająka rozwścieczy, innych rozśmieszy lub wynudzi. Tom ten stawiam na półce obok Sagi klonów i czekam na One More Day.

1/10

Autor recenzji: Jakub Izdebski


Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza komiksu do recenzji.

1 komentarz:

Tomek Kleszcz pisze...

OMG, jeśli jest aż tak źle, dobrze, że nie kupiłem!