> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 24 sierpnia 2017

Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu 2017

Luz. 
To słowo idealnie oddaje atmosferę Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Nikt nie zrywa się o świcie, by zarezerwować miejsca na wyczekiwane seanse, nikomu nigdzie się nie spieszy, kolejki przed projekcjami zdarzają się sporadycznie, a niejednokrotnie same filmy schodzą na dalszy plan. LAF to wspaniałe wakacje, a malowniczy Zwierzyniec oferuje multum pozafilmowych atrakcji.



Wraz z przyjaciółmi z lubością objadałem się goframi, wylegiwałem nad stawami Echo, próbowałem piwa z lokalnego browaru, grałem w tenisa i ping-ponga (podczas gdy inni wybierali wycieczki rowerowe lub spływy kajakowe). Mimo błogiego nastroju i odczuwania pewnej niemocy, by oglądać kolejne filmy (zwłaszcza po bardzo intensywnych Nowych Horyzontach, o których pisałem ostatnio) w Zwierzyńcu udało mi się obejrzeć 14 filmów w niespełna tydzień. Trochę słabo, zwłaszcza w porównaniu do roku ubiegłego, gdy w 9 dni zobaczyłem 33 produkcje. Ale wtedy dużo padało.

Zacznijmy może od typowych średniaków: Witajcie w Norwegii to nieśmieszna komedia poruszająca aktualny temat uchodźców, głównym bohaterem czyniąca rasistę, który próbuje się wzbogacić przekształcając posiadany hotel na obóz dla imigrantów. Żarty trafiają kulą w płot, bohater jest bucem, a melodramatyczne wątki pojawiające się w trzecim akcie są zwyczajnie nieznośne. Twórcy Tom of Finland nie mają kompletnie pomysłu na opowiedzenie historii swojego bohatera. Dość powiedzieć, że dostajemy kolejny film o prześladowanym po wojnie homoseksualiście, nic czego wcześniej byśmy nie znali, a najciekawszy aspekt biografii wspomnianego Toma, jego twórczość jako artysty, zdaje się być jedynie zbędnym dodatkiem, do którego twórcy wracają, bo tak wypada. Jestem ogromnie rozczarowany, że w filmie o artyście sztuka znalazła się na marginesie. Tom of Finland zasługuje na lepszy film. Podobnie jak historia sportretowana w Boskim porządku, o grupie walczących o emancypację Szwajcarek. Konflikt prezentowany w filmie Petry Biondiny Volpe jest czarno-biały (kobiety są dobre, a mężczyźni źli), retrostylizacja wypada topornie (w czym duża zasługa okropnej stockowej muzyki), a zaprezentowana teza razi nachalnością. Plotki głoszą, że film zostanie przez Szwajcarów wystawiony do walki o Oscara w kategorii „najlepszy nieanglojęzyczny film”.

Podwójny kochanek

Nie przekonał mnie również Podwójny kochanek, w którym François Ozon wdaje się jednocześnie w romans z Hitchcockiem i De Palmą, inspiruje się Lokatorem Polańskiego, a całość sprawia wrażenie historii, której mógłby wysłuchać na swej kozetce Freud. To film świadomie zły, pulpa w czystej postaci, kino artystyczne zanurzone w gęstym B-klasowym sosie. Oglądając najnowsze dzieło Francuza nie mogłem się pozbyć wrażenia, że sieć inspiracji i przenikających się tropów interpretacyjnych to efektowna przykrywka, pod którą kryje się do bólu wtórna historia. Jasne, momentami bawiłem się doskonale, ale jako całość Podwójny kochanek mocno mnie zmęczył – broni się chyba tylko jako przegląd wspomnianych inspiracji i hołd dla niekoniecznie poważnego kina.

W ramach sekcji „Archeologia kina” pokazano między innymi adaptację powieści Agathy Christie nakręconą w Ameryce przez René Claira (niezłe combo). Jako zagorzały czytelnik Królowej Kryminałów (co prawda głównie w czasach gimnazjalnych) i miłośnik wszelakich adaptacji jej twórczości (nawet tych najgorszych, jak francuska wersja Niedzieli na wsi, której pozbawiono... samego Poirota) nie mogłem sobie podarować seansu I nie było już nikogo. Z perspektywy czasu i w porównaniu do powieściowego oryginału film Claira jest pocieszny. Dreszcz niepokoju zastępuje tu humor sytuacyjny, zaś do całości doszyto niezgrabny, cholernie naiwny, ale i uroczy happy end.

W czterech ścianach życia

Największym zaskoczeniem Letniej Akademii Filmowej 2017 okazał się film, na który trafiłem zupełnie przypadkiem. Festiwalowy tytuł w katalogu, W czterech ścianach życia, zapowiadał melodramat gorszego sortu. Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Insyriated (tytuł oryginalny) to szarpiący emocje home invasion przedstawiający wojnę w Syrii z perspektywy wielopokoleniowej rodziny uwięzionej we własnym mieszkaniu. Z nieba lecą bomby, okoliczne balkony okupują snajperzy, a podwórko przed blokiem staje się cmentarzem niepogrzebanych ciał. Ponadto sąsiednie mieszkania plądrują szabrownicy, którzy tylko czekają na okazję, by bezkarnie zgwałcić zamknięte w mieszkaniu kobiety. Bohaterowie szybko stają się widzowi bardzo bliscy, beznadziejność sytuacji przytłacza. Kamera praktycznie nie opuszcza czterech ścian, często przejmuje punkt widzenia postaci, gdy te ukradkiem wyglądają przez okna, równie często przykleja się do któregoś z bohaterów i śledzi jego poczynania w długich ujęciach. Ogranie przestrzeni oraz emocjonalna strona widowiska zasługują na największe uznanie. Wstrząsające są sceny konfrontacji z szabrownikami, a próba odnalezienia normalności (drobne codzienne rytuały - regularne sprzątanie, podlewanie kwiatów, nauka wnuczka z dziadkiem) w tej nienormalnej sytuacji prawdziwie porusza.

O ile Insyriated szarpie emocje, niejednokrotnie wystawia widza na próbę, tak Niemiłość Andrieja Zwiagincewa - drugi najlepszy film tegorocznej edycji LAFu - jest cholernie zimny. Wycyzelowany, dopracowany w najdrobniejszym szczególe (perfekcyjnie napisana i kadrowana rzecz), wręcz onieśmielający swą doskonałością. Forma dopełnia treści – fabuła mówi o obojętności, porzuconym dziecku i samotności (zwłaszcza tej w związku). Zwiagincew kolejny raz portretuje współczesną Rosję oraz klasę średnią, która zamieszkuje obskurne, pozbawione życia blokowiska (znane z Eleny). Niektórzy narzekają na nachalną symbolikę, ale jak dla mnie obraz biegającej na bieżni kobiety, uzupełniony przez informacje płynące z telewizora i docierające do widza z offu, to jedna ze zgrabniejszych politycznych metafor, jakie w ostatnim czasie widziałem w kinie.

Niemiłość

Było o średniakach, było o zaskoczeniach, czas na dwa słowa krytyki. Królewicz Olch zupełnie do mnie nie trafił. Rozbuchana forma, chaotyczny scenariusz, samozachwyt, lingwistyczny bałagan, kwantowe bzdury, zakrawająca o parodię hipsteriada i obrzydliwa pretensjonalność, która przekracza wszelkie granice. W Baby Bump doceniałem jeszcze formę i świeżość, tu Czekaj się w kółko powtarza i gubi we własnym świecie. Zupełnie nie moje kino.

Co mogę dodać na koniec? Mógłbym trochę ponarzekać (że krzesła niewygodne, że Milczenie się zacięło na kilka minut przed końcem, że w Mango nie puścili meczu, a nocleg w Rysiu był kiedyś tańszy), ale wolę pamiętać dobre chwile. Tych było pod dostatkiem. Tak jak i w poprzednich latach bawiłem się wspaniale, już odliczam dni do kolejnej edycji Letniej Akademii Filmowej. Jak zawsze największe podziękowania kieruję do tych, z którymi spędziłem ten tydzień – pizza na pół zawsze lepiej smakuje, a PiesGPS jeszcze długo będzie leciał z moich głośników. Mam szczerą nadzieję, że następnym razem nikogo nie zabraknie.

Informacja sponsorowana: podczas wizyty w Zwierzyńcu nagrano kolejny odcinek podcastu "Ścieżka dźwiękowa", w którym kiedyś gościnnie wystąpiłem. Polecam Waszym uszom.

1 komentarz:

Paweł Beznazwiska pisze...

Fajna relacja. Ja też obejrzałem "Insyriarated" przez przypadek i był to najlepszy film festiwalu.

A tu polecam jeszcze jedną relację z LAF-u, którą napisał kolega: http://pelnasala.pl/letnia-akademia-filmowa-2017-relacja/