Z Marvelem jest tak, że kiedy główne serie zawodzą (często z racji ingerencji „góry” w zaplanowane przez scenarzystów fabuły), postaci trzymające się z boku przeżywają jeden wspaniały run po drugim. Tak jest i w przypadku Moon Knighta. Od czasu redefiniowania postaci przez Warrena Ellisa Księżycowy Rycerz nie zawodzi, nieważne, kto akurat kieruje jego przygodami. Fabuła Jeda MacKaya nie jest tutaj wyjątkiem.
W pierwszym tomie scenarzysta zaznaczył interesujące go wątki – strach Moon Knighta przed zatraceniem się w przemocy, jego nieoczywistą relację ze swoimi pomagierami (ochrona ich przed niebezpieczeństwem przy jednoczesnym poniewieraniu ich uczuciami), w końcu trud pogodzenia się z wieloma osobowościami tkwiącymi w głowie superbohatera. Każdy z tych wątków zostaje ciekawie rozwinięty w najnowszym tomie.
Każdy z herosów Marvela balansował w pewnym momencie na cienkiej granicy, za którą kończy się heroizm. Pierwszy zeszyt drugiego tomu, skupiający się na relacji Moon Knighta z Taskmasterem, świetnie podsumowuje postać bohatera, który już dawno przekroczył kilka czerwonych linii. Opis złoczyńcy do wynajęcia efektownie streszcza, z kim mamy do czynienia. Przy okazji MacKay pisze Taskmastera tak wyśmienicie, że żałuję, iż znika on z serii po tym krótkim występie.
Scenarzysta w satysfakcjonujący sposób rozwija wątek osobowości Moon Knighta. W poprzednim tomie Marc Spector odcinał się od Stevena Granta i Jake’a Lockleya, z którymi dzieli ciało herosa. Tym razem wszystkie jaźnie współpracują ze sobą, co czyni z Moon Knighta jeszcze groźniejszym dla jego przeciwników. Obecność Granta i Lockleya dodaje także paliwa w relacjach z obsadą drugoplanową — każda osobowość ma inną relację z postaciami pobocznymi.
Tymczasem wrogowie herosa słusznie uznają, że mają do czynienia z małym czołgiem, którego nic nie zatrzyma. Dlatego w końcu ktoś wpada na pomysł, by wziąć na cel dawnych współpracowników Spectora. Szczególnie w drugiej części tomu relacje z Moon Knighta z jego bliskimi stają się główną osią historii. Pierwsze skrzypce gra tutaj superbohaterka Tigra, dawna miłość z czasów West Coast Avengers. Za jej sprawą MacKay rysuje tragizm Spectora – niejako musi ranić on tych, na których mu najbardziej zależy.
Konsekwentnie rozwijanym wątkom towarzyszy świetna oprawa graficzna, oparta na prostych kontrastach (biały kostium herosa i mrok miasta) oraz dynamicznych i brutalnych starciach. MacKay znów to zrobił. Drugi tom „Moon Knighta” pęka szybko. Daje masę frajdy i satysfakcji, a zarazem robi "smaka" na kolejne przygody Księżycowego Rycerza.
8/10
Autor recenzji: Psaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz