Drugi
tom Ligi Sprawiedliwości cierpi na podobne wady, co tom poprzedni. O
ile jeszcze w przypadku walki z Darkseidem, interwencja Ligi była
zrozumiała i niezbędna, tak w przypadku tytułowego złoczyńcy w części
drugiej wydaje się ona nieco na wyrost. Oczywiście ataki podróżującego
łobuza wymierzone są bezpośrednio w Ligę, więc trudno by wyżej
wspomniana nie zareagowała, aczkolwiek motywacje owego tajemniczego
osobnika są mocno naciągane i nie sprawia on wrażenia osoby tak
niebezpiecznej, by interesowała się nim grupa najlepszych bohaterów.
Gościnny występ Martian Manhuntera |
Na szczęście sama fabuła stara się być bardziej zawiła niż w części
pierwszej i serwuje nam coś więcej niż tylko wybuchy i chwytliwe
onelinery. Mamy wątek rządu, który chce zapanować nad Ligą, mamy
wprowadzającego sporo humoru Green Arrowa, który chce dostać się w
szeregi najpopularniejszych bohaterów na ziemi. Jest oczywiście tytułowy
złoczyńca, z początku nieco tajemniczy, a dzięki retrospekcjom coraz
bardziej nudny. Jest w końcu pokazanie nie do końca pozytywnych
konsekwencji działań superherosów. Członkowie samej Ligi są nieco lepiej
rozpisani niż poprzednio, rodzą się pomiędzy nimi konkretne relacje,
oparte na czymś więcej, niż jedynie przekomarzaniu między walkami.
Rysunkowo jest porządnie – za lwią część albumu odpowiada w końcu Jim Lee. I choć nie pokazuje tutaj niczego nowego, nie można jego kresce, kadrowaniu i proporcjom wiele zarzucić. Świetnie daje sobie radę z sytuacjami statycznymi, jak i z sekwencjami pełnymi akcji, tego z pewnością nie można mu odmówić. Jego styl idealnie sprawdza się w konwencji superbohaterskiej, co zdążył już udowodnić nieraz, a Podróżą złoczyńcy tylko potwierdza. Niestety, żaden z pozostałych rysowników albumu nie zbliża się do jego poziomu, na szczęście ich prace plasują się w średniej amerykańskiej, więc narzekać też bardzo nie ma na co.
Goeff Johns nie stara się napisać czegoś więcej poza prostą historią o superludziach wciśniętych w obcisłe kolorowe stroje i strzelających promieniami z różnych części ciała. Z jednej strony szkoda, że poważniejsze i bardziej ambitne wątki jedynie zarysowuje, a większość miejsca poświęca wesołej rozwałce, z drugiej może to i dobrze, bo nie wiadomo, czy w ogóle poradziłby sobie z bardziej złożoną i głębszą narracją. Podróż złoczyńcy czyta się bardzo przyjemnie, o ile podejdzie się doń z odpowiednim nastawieniem – jak do niezłego czytadła na jedno popołudnie.
Rysunkowo jest porządnie – za lwią część albumu odpowiada w końcu Jim Lee. I choć nie pokazuje tutaj niczego nowego, nie można jego kresce, kadrowaniu i proporcjom wiele zarzucić. Świetnie daje sobie radę z sytuacjami statycznymi, jak i z sekwencjami pełnymi akcji, tego z pewnością nie można mu odmówić. Jego styl idealnie sprawdza się w konwencji superbohaterskiej, co zdążył już udowodnić nieraz, a Podróżą złoczyńcy tylko potwierdza. Niestety, żaden z pozostałych rysowników albumu nie zbliża się do jego poziomu, na szczęście ich prace plasują się w średniej amerykańskiej, więc narzekać też bardzo nie ma na co.
Goeff Johns nie stara się napisać czegoś więcej poza prostą historią o superludziach wciśniętych w obcisłe kolorowe stroje i strzelających promieniami z różnych części ciała. Z jednej strony szkoda, że poważniejsze i bardziej ambitne wątki jedynie zarysowuje, a większość miejsca poświęca wesołej rozwałce, z drugiej może to i dobrze, bo nie wiadomo, czy w ogóle poradziłby sobie z bardziej złożoną i głębszą narracją. Podróż złoczyńcy czyta się bardzo przyjemnie, o ile podejdzie się doń z odpowiednim nastawieniem – jak do niezłego czytadła na jedno popołudnie.
Ocena: 6/10
Tutaj pisałem o tomie pierwszym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz