> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 1 czerwca 2012

266 - Ocean przygód, papuga na ramieniu i beczka rumu


Nie ma co przesadzać. Zmieńmy więc ocean na mazurskie jezioro, papugę na pieczonego kurczaka na talerzu, a beczkę rumu - na kilka butelek piwa i wódki. Dodajmy odważną załogę, jakąś tratwę bez tendencji do tonięcia i można zacząć przygodę.

Mówiąc szczerze, nie zbyt miałem ochotę jechać. Tata musiał mnie namawiać przez dłuższy czas, bym w końcu się zgodził. No bo, sami pomyślcie, jak to wygląda – trzy żaglówki, czternastu facetów koło pięćdziesiątki i ja. Obawiałem się, że, jakby to powiedzieć, nie odnajdę się w towarzystwie. Dodajcie do towarzystwa rubaszny humor, oraz perspektywy kąpieli w lodowatym jeziorze, sikania po krzakach i innych niewygodnych, acz urokliwych w pewnym sensie, charakterystycznych cech tego typu rejsów. Stali bywalcy, którzy jeżdżą co roku od nawet dziewiętnastu lat, nazywają ten tydzień „najlepszym tygodniem w roku”, co w końcu mnie przekonało. Do końca roku jeszcze sporo, więc wybaczcie, że powstrzymam się na razie przed wydaniem werdyktu, ale muszę przyznać, że było super.

Sporo do fajności rejsu dorzucili współtowarzysze niedoli, że tak zażartuję. Na jachcie Tess 32 Dreamer było nas pięciu – ja, Tata (kapitan), dwaj wujkowie i kolega wujka. Nie będę się tu więcej rozpisywał, bo nie ma chyba sensu. Wystarczy powiedzieć, że pływanie upłynęło (ha!) w bardzo miłej i bezstresowej atmosferze, a tydzień minął zdecydowanie zbyt szybko.

Wiecie jak to jest - cały dzień pływania i każdego dnia dobijanie do innego portu. Tam jakaś obiadokolacja, ognisko, gitara, szanty i opowiadanie kawałów. Klimat genialny. No i oczywiście, bo jakżeby inaczej, jest i małe co nieco, na jedną nóżkę, na drugą, za mamę, za tatę, potem rozchodniaczka i jeszcze strzemiennego. Zresztą ktoś nadepnął na zakrętkę, więc zakręcić się nie da, a przecież się nie wyleje, żeby nie marnować. No to trzeba wlać – do jednego, przekazywanego z ręki do ręki, kieliszka. Na zdrowie i siup. Bez przepity, wiec trzeba zagadać. A potem do spania w ciasnej, ale własnej, koi. I tak siedem razy z rzędu.

Przez pierwsze trzy dni pogoda była świetna. Słońce, które w normalnych warunkach byłoby aż uciążliwe, tu nie stanowiło problemu, dzięki chłodnej bryzie, która nas owiewała i skutecznie niwelowała lejący się z nieba żar. Zimna pepsi (uwaga, audycja zawiera lokowanie produktu) również pomagała zapomnieć o upale. Praktycznie cały dzień można było opalać się w tak zwanym topless, oczywiście, nie zapominając równocześnie o pomocy na pokładzie.

W wtorek wieczór, o ile dobrze pamiętam, pogoda się załamała. Czarne chmury, z których szybko zaczęło padać, zasnuły błękitne niebo. Najgorszą ulewę przeczekaliśmy szczęśliwie w porcie, bezpiecznie zacumowani, jednak to następnego dnia zrobiło się naprawdę wesoło. Ulewny deszcz ustał, zastąpiony przez lodowate i przechodzące człowieka na wskroś podmuchy wiatru. Temperatura szybko spadła. Wychodząc spod pokładu trzeba było się grubo ubrać. Ciekawostkę może stanowić fakt, że w kontraście do tego co pisałem wyżej o opalaniu się bez koszulki, teraz – mając na sobie podkoszulek, dwie bluzy, kurtkę przeciwdeszczową, czapkę narciarską i rękawiczki (jakie zazwyczaj noszę w zimie) było mi zimno. Oczywiście w zestawie były spodnie, buty i skarpetki (nie w tej kolejności), więc allinclusive. Wiatr był niezwykle silny, więc przy halsowaniu (łapaniu wiatru w żagle, chyba mogę to tak zdefiniować), żaglówka przechylała się na boki tak szybko i tak bardzo, że wystawiając dłoń, mogłem dotknąć wzburzonej wody. Łał.

Działo się naprawdę sporo, było ciekawie, czasem śmiesznie, rzadziej groźnie, i dużo można by opowiadać. Zobowiązałem się jednak, że nie będę mówił nikomu co i jak. Oczywiście, prośba o to, bym nie dzielił się wspomnieniami, była żartem, jednak serio traktuję tego typu obietnice. Żadne tam obiecanki cacanki. No więc nic więcej nie mówię. Co działo się na Mazurach, pozostaje na Mazurach i w naszych sercach (no, poleciałem teraz po bandzie z patosem). Wszak to te wspomnienia, którymi się publicznie nie dzielimy, są najcenniejsze.

Na zakończenie chciałbym przytoczyć dwa teksty, które padły podczas rejsu, a które – na co wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi – przejdą do historii. Pierwszy – „Baby są przechuje” i drugi – „Podczas rejsu odbieram telefon wtedy, kiedy chcę, a nie wtedy, kiedy dzwonią”.

Tym optymistycznym akcentem wypada zakończyć te miłe wspominki. Jutro czeka mnie pewnie ponad siedem godzin w samochodzie (bo trzeba jeszcze z tych Mazur wrócić, a teleport akurat pożyczyliśmy sąsiadowi). Powrót do Krakowa równa się jednocześnie z powrotem do pracy i na studia. Muszę się jeszcze pochwalić, że również opisywany tydzień - mimo że wypełniony samymi rozrywkami i atrakcjami - nie był całkowicie bezowocny, bo napisałem trzy recenzje i zacząłem snuć plany uwzględniające nowe opowiadanie - wiecie: żaglówka, jezioro, trochę magii i łódź podwodna pełna zombie-nazistów. Będzie ogień.

Pozdrawiam całą mocarną ekipę i – być może – do zobaczenia w przyszłym roku!

Niech epilog tego wpisu stanowi klasyka dziewiętnastowiecznej powieści przygodowej– cytując Louisa Stevensona:

Piętnastu chłopa na "Umrzyka Skrzyni"
Jo ho ho! I butelka rumu.

No właśnie – Jo ho ho

4 komentarze:

yayko pisze...

Też miałem być na Mazurach w tym tygodniu! Nie ma to jak sobie trochę poszantować :D ale dobrze, żeś z powrotem bo się stęskniłem ;p

Gombie_Zoblin pisze...

Yarrr! Gratuluję udanej wyprawy!

U nas niestety trwa wojna. Siły sesji przekroczyły granicę i posuwają się naprzód. Kolumny egzaminów wspierane przez oddziały zaliczające zmierzają w kierunku stolicy. Raporty podają, że wojska wroga używają punktów ujemnych, zakazanych przez prawo międzynarodowe.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

@yayko - dzięki :)

@Gombie - wywiad donosi, że do mnie siły wroga dotrą dopiero po Bożym Ciele. Mam więc jeszcze trochę czasu, by przygotować obronę. Starcie będzie ciężkie i wyczerpujące, jednak jest o co walczyć. Mam również nadzieję, że Kampania Wrześniowa nie dojdzie do skutku.

Bad motherfucker pisze...

Widzę klimat na ostro. Mi się sprawozdanie bardzo podoba. Gdybym nie był takim siusiu majtkiem to może i ja bym się na ten rejs załapał. Może za rok czy dwa mazurskie jeziora zadzierzgnął mnie w swe poczciwe łapska (oj poleciałem, trudno). No nic tylko pozazdrościć, czas wracać do książek ! :D