> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 29 marca 2013

329 - Panienka z pudełka - premiera

Po tygodniu wytężonej pracy, po wielu dniach oczekiwań... WRESZCIE JEST.

Przed Państwem...




Da-da-dum!

Pierwszy robiony na serio film, do którego pisałem scenariusz. Czyste szaleństwo, cud, albo nieskończony geniusz - nazywajcie to jak chcecie. Ale wcześniej... Posłuchajcie...



Piątek. Koleżanka podbija na warsztatach filmowych i mówi, że jest konkurs na krótki film amatorski organizowany przy okazji festiwalu Offplus Camera. I że warto coś nakręcić, bo czemu nie, że zawsze chcieliśmy coś zrobić, więc jest okazja i tak dalej. Mówię, że spoko i pytam, kiedy deadline. Za tydzień, odpowiada. Hardkor. Nie ma szans, ale w sumie można spróbować, czemu nie?

W niedzielę rozkminiamy scenariusz. Od rzeczy na dużo za dużą skalę przechodzimy do skali, którą możemy udźwignąć. Mała przestrzeń, niewielu aktorów, mniej zamieszania z lataniem z kamerą po mieście. Okej, teraz historia. Coś prostego, ale z mocą. Mówię, że wymyśliłem kiedyś taki scenar, o dwóch gościach grających na konsoli. Ale trzeba przerobić, bo stary, bo dialogi słabe, bo puenta mało wyrazista. No to przerabiamy. 

Okej, coś mamy. Jest super. Ja się jaram, Anita trochę mniej, bo jednak wolałaby inny klimat. Ale ja ciągle mówię, że super, więc w końcu kiwa głową, żebym dał jej spokój. Zamawiamy pizze, sami dobieramy składniki. Czekamy, jemy. Żołądki pełne, więc jest coraz bardziej super.

Wpada Ola i Kuba. Słuchają mojego bełkotu, mówią, że ok. Znowu się cieszę. Zbieramy się, bo dzień dobiega końca. Jadę do domu, robię sobie chwilę przerwy, a potem piszę dialogi. Dzień się kończy, ja kończę pisać. Wysyłam do poprawki. Idę spać.


Przez następne dwa dni mam kryzys twórczy. Nic mi się nie podoba, wydaje mi się, że scenar jest totalnie beznadziejny. Wypaliłem się, nie mogę napisać zdania. Czytam poprawki, są beznadziejne, tak jak moje dialogi. Nie mamy pudła. Wszystko jest beznadziejne, pustka, pustka, pustka. Oglądam Fargo Coenów, Pulp Fiction Tarantino i piąty sezon Doktora Who. Nie pomaga, wciąż nie mamy pudła.

W środę prace zaczynają się o siódmej. Wstaję o 10 po nocnym maratonie filmowym, dzwonię, pudło jest. Dobrze. Brakuje lufki i browarów. Jadę do sklepu. Wpadam i mówię: "Lufkę i cztery najtańsze browary". Kobieta za ladą nie ogarnia, coś duka i nerwowo mruga. Jak szalona mruga. Pokazuję jej dowód na uspokojenie, biorę zakupy, płacę i lecę. 

Docieram na miejsce. Witam się, zbijam piony, przekazuję zakupy. Lufka stłuczona, nie zauważyłem. Prace trwają, jest jedna scena. Po 4 godzinach, jedna scena. Najkrótsza. Nie wierzę w powodzenie, ale nic nie mówię. Siadam w kącie, żeby nie przeszkadzać. Anita ogarnia, Mateusz też. Janek klnie i też ogarnia. Aktorzy dają radę. Ewelina przeżywa życiowe dylematy, o których z lubością wszystkich informuje. Nawet kilka razy. Coś o pogrzebach, jakiś Wojtek chyba umarł, nie wiem.  Nie wnikam. Będzie dobrze, coby się nie działo.

Dźwięk jest, kamera poszła. Akcja.
Nagrywamy, grają, gramy. Do przodu, coraz lepiej i sprawniej. Coraz fajniej.


Wpada Janusz. Gramy kurierów, mówię więcej. Idziemy na stację po hot dogi. Zapominam coli. Janusz pije piwo. Najpierw swoje, potem ekipy. Ma chrapkę na Jasia Wędrowniczka, ale to nie jego, więc nie pije (choć piwa wypił). Dziwna filozofia, ale nie może trzymać lampy. Ponoć przez religię.

I tak cały dzień. Jest ekstra, jestem trochę niepotrzebny (Anitka i Mateusz ogarniają), ale udaję, że jestem ważny. Scenariusz sam się nie napisał, c'nie? Powoli kończymy. Jaram się. Jest ekstra. Jestem zmęczony, choć niewiele robię. Szacun dla reszty, że tak dużo robią i jeszcze im się chce. Presja czasu albo piguły. Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Byle do przodu.

Koniec, jeszcze piosenka. Łukasz grał cały dzień w filmie, teraz gra na gitarze. I śpiewa. My lecimy z ostatnią zwrotką. Jest fun, sporo funu, mimo zmęczenia. Trzeba jeszcze dograć scenę z Danielem. Jest problem z synchronizacją, zmontuje się. Nagrywamy, dźwięk jest, akcja jest i kamera. Nawet blenda. Jeszcze głosy z offu. Koniec.

Jaś Wędrowniczek idzie w ruch. Łycha w kuchni, papierosy na balkonie. Ja nie palę, ale jestem za legalem. Uściski, gratulacje. Wszyscy padają z nóg. Ale jest super. Udało się niemożliwe. I chyba całkiem fajnie wyszło. Zobaczy się po montażu.


Montaż trwa całą noc, nie biorę w nim udziału. Kibicuję w domu, śpiąc z trzymanymi kciukami. Rano wstaję i bolą mnie kciuki. Od ściskania. Deadline przedłużony, nie trzeba się było spieszyć. Brakuje nam kilku ujęć, ale jakoś to ogarniamy. Hardkor trwa.

Wreszcie jest całość, gotowa. Znowu trzeba przemontować, bo na konkurs chcą wersję bez przekleństw. Niech będzie. Prace w toku, stresuję się i jaram na zmianę, głupie uczucia. Nie mogę się doczekać. W końcu finał. Lepszy, niżbym marzył.

Dziękuję wszystkim, kocham Was.


5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

podoba mi się nawiązanie do Gry o Tron - karzeł w głównej roli :)

interplaygirl pisze...

Hahaha, tak tamten dzien na zawsze pozostanie skojarzony z moimi zyciowymi dramatami

ale mimo wszystko było bombowo
a dramaty sie skonczyly

fajnie ze sie udalo! czirs!

GiP pisze...

Wyszło zacnie :)

Asmiszka pisze...

"Kto do cholery zamawia kurierem trupy?" chyba najbardziej mnie rozbawiło. :)

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Asmiszka - cieszę się, o to chodziło :)