> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 21 lutego 2014

400 - Carmen. Bella Donna!

Teatr Bagatela już od wielu lat raczy widzów łakomych uciechy spektaklami pełnymi humoru. Tytuły jak Szalone Nożyczki, Testosteron czy Okno na parlament wspominam z uśmiechem na twarzy. Komedia kryminalna Carmen. Bella Donna w reżyserii Pawła Pitery wydawała się idealnie pasować do wcześniejszego repertuaru teatru oraz mojego gustu w tym względzie. Nie zastanawiając się długo, kupiłem bilety i grudniowego wieczora wyszedłem z domu pełen dobrego nastawienia.


Sztuka opowiada o tytułowej Carmen – ponętnej autorce książek kucharskich, która regularnie jak w zegarku eliminuje swych kolejnych partnerów i zastępuje nowymi. Co dwa lata, zawsze w noc sylwestrową, Carmen truje swych kochanków i jeszcze tej samej nocy nawiązuje nowy romans. Żyje w myśl zasady, że na miłość i szampana nigdy nie jest za późno. Akcja spektaklu zaczyna się właśnie morderstwem, a później napięcie rośnie – niespodziewanie do domu wraca córka głównej bohaterki, zaraz za nią bez zapowiedzi zjawia się jej pruderyjny narzeczony. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nowy wybranek Carmen okazuje się prywatnym detektywem, a z zaświatów wraca nie jeden, ale aż dwóch otrutych kochanków.

Aktorzy tworzą wyraziste i przekonujące kreacje. Choć ich tragizm przysłania nieco komediowy ton całości, nie mamy problemu z utożsamianiem się z nimi i nawet bezwzględną Carmen darzymy sympatią. Stefan Vögel, autor sztuki, wprowadza na scenę archetypicznych bohaterów, kojarzonych z parodiami seriali kryminalnych. Wszyscy oni są przefiltrowani przez konkretne oczekiwania widzów – tytułowa bohaterka wciąż kusi, zwłaszcza, gdy zawieszony na łańcuszku flakonik z trucizną znika tajemniczo w zagłębieniu dekoltu; detektyw jest nieco fajtłapowaty i traci głowę dla obiektu swego śledztwa; córka i jej narzeczony, mimo że na pierwszy rzut oka są seksualnymi ascetami, naprawdę okazują się bestiami żądnymi erotycznych doznań, tyle, że jakoś nigdy ten temat nie rozmawiali, stąd życie w celibacie.

Humor prezentowany w Carmen. Bella Donna jest prosty, aczkolwiek nie można powiedzieć, by przekraczał granice ogólnie akceptowalnej wulgarności – nikt nie powinien czuć się zgorszony. Najczęściej opiera się na pomyłkach, błędnych ocenach bohaterów oraz ich niewiedzy. Dużą rolę również odgrywa konflikt charakterów, a także powtórzenia: gestów, sytuacji, dialogów, które nadają sztuce rytm. Niestety sam scenariusz miejscami zawodzi, w niektórych miejscach efektowne bon moty nie wywołują oczekiwanego śmiechu, przez co aktorzy zostają postawieni w niezręcznej sytuacji – milczą, czekając na reakcję publiczności, by po kilku sekundach wrócić do gry. Jest to oczywiście ledwo zauważalne, jednak raz czy dwa nieco przeszkadzało w odbiorze.


Ewelina Starejki doskonale sprawdza się w roli bezwzględnej i rozwiązłej trucicielki. Paradując po scenie w długiej sukni przyciąga spojrzenie. Nie mniej intrygująco wypada jej sceniczna córka – długonoga Angelika Kurowska. Charakterystyczny i jak zawsze świetny Marcin Kobierski pojawia się na scenie zdecydowanie zbyt rzadko, właściwie tylko po to by w efektowy, taneczno- groteskowy sposób pożegnać się z życiem (a potem, nieco chwiejnym krokiem, powrócić zza grobu). Marek Kałużyński, do złudzenia przypominający Kobierskiego, z jednej strony doskonale wciela się w nowego kochanka Carmen, a z drugiej odgrywa rolę detektywa. Występujący na dalszym planie Patryk Kośnicki wypada nieco drętwo przy reszcie obsady, mając zdecydowanie najbardziej ubogą rolę, jednak w odpowiedniej chwili potrafi rozładować napięcie. Natomiast najlepiej ze wszystkich wypada, pojawiający się dopiero pod koniec, Jakub Bohosiewicz wcielający się w ojca narzeczonego córki Carmen - kulejącego Hansa Jürgena von Strachwitza. Scenarzysta dał mu największe pole do popisu, jego postać jest najbardziej charyzmatyczna, obdarzona największą ilością cech (od tych czysto fizycznych, jak wspomniane utykanie, po wewnętrzne rozdarcie między wiernością żonie a afektem ku Carmen).

Warto zwrócić również uwagę na formalną stronę widowiska – aktorzy są bardzo sprawnie prowadzeni przez reżysera, a całe przedstawienie jest kompletne, przemyślane od początku do końca. Ma wyraźnie zarysowany prolog, rozwinięcie prowadzące do punktu kulminacyjnego i zakończenie (które można również interpretować jako początek kolejnych przygód bohaterów). Historia dzieje się we współczesności (w warstwie fabularnej pojawia się miedzy innymi Internet i samochód), ale jest na tyle uniwersalna, że mogłaby się rozgrywać równie dobrze w poprzedniej epoce, o ile wprowadzono by kosmetyczne, acz niezbędne, zmiany. Choreografia i scenografia, niektórym mogą wydać się skromne – mimo to doskonale spełniają swoje funkcje. Aktorzy cudownie mijają się na scenie, by następnie zawirować w szalonym tańcu, wśród charakterystycznych i dwuznacznych dla tego typu historii atrybutów. Moją uwagę zwróciło również wykorzystanie światła, zwłaszcza w scenie śmierci pierwszego kochanka Carmen – na trupa pada z góry nieco błękitne światło pojedynczego reflektora i widz ma wrażenie, że z ciała zmarłego zaraz uniesie się jego duch – zupełnie jak w filmach science fiction czy starych kreskówkach.


Spektakl Carmen. Bella Donna zgodnie z oczekiwaniami okazał się przyjemną i lekką w odbiorze komedią kryminalną. Przez półtorej godziny miałem przyjemność cieszyć oko wyczynami aktorskimi na bardzo przyzwoitym poziomie. Rozmaite gagi i komedie pomyłek niejednokrotnie wywołały na mej twarzy uśmiech. Może nie wszystkie żarty były odpowiednio wyważone - przez co część nie przynosiła spodziewanego humorystycznego efektu - jednak to drobny mankament, który przeszkadza tylko podczas seansu i jestem pewien, że większość widzów nie zwróci nań uwagi. Wyraziste postaci, specyficzna otwartość zakończenia i subtelna gra z kryminalno- romantyczną konwencją to plusy, które pozwalają wyrzucić z głowy ewentualne wady sztuki Pawła Pitery i po prostu cieszyć się widowiskiem. I właśnie dlatego wieczór spędzony z Carmen uważam za wielce udany.

2 komentarze:

W. pisze...

Wydaje się być bardzo ciekawy. :) Teatr zawsze na plus!

Anna Katari pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.