> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 3 lutego 2014

396 - Bler ratuje Disneya przed burzą w Grobowcu Smoka

Rzeczy ostatnio wchłonięte. Miało być o drugim Hobbicie, ale minęło już za dużo czasu; jeśli się uda to na blog trafi tekst gościnny poświęcony temu tytułowi, albo napiszę coś o nim przy okazji premiery na DVD.


Ratując pana Banksa (John Lee Hanckock, 2013)
Jak byłem mały uwielbiałem disnejowską Mary Poppins. Wiele razy oglądałem ją na domowym video, zupełnie nie przejmując się tym, że była to angielska wersja, bez choćby jednego polskiego dialogu czy napisu. Podobnie miałem z disnejowskimi wersjami Piotrusia Pana i Robin Hooda, których do dziś nie widziałem w polskiej wersji językowej. Wszystkie trzy filmy były zachwycające, nie musiałem wcale rozumieć co mówią postacie, by czuć magię bijącą z ekranu telewizora. Tym bardziej mi przykro, że Ratując pana Banksa to rozczarowujący film, pozbawiony choćby szczypty owej magii. Oczywiście widz docelowy jest całkiem inny, a film ma swoje momenty i szkoda, że jest ich tak mało. Aktorsko natomiast jest świetnie: Tom Hanks w roli Walta robi robotę, podobnie Emma Thompson jako pani Travers, choć dawno nikt mnie tak nie irytował i denerwował jednocześnie jak właśnie ona. Ale z drugiej strony to dobrze, znaczy się: Emma dała radę, bo o to właśnie chodziło, by irytowała i wkurzała. Na drugim planie Schwartzman i Giamatti, choć nie mają wiele do zagrania, jak zawsze przyzwoicie się prezentują. Muzyka, łącząca nowe motywy, z tymi doskonale znanymi z 1964 roku, to niewątpliwy plus. Film skróciłbym najchętniej o połowę wywalając wszystkie sceny z Farrellem. Przede wszystkim było ich za dużo, były zbyt dosłowne i nużące na dłuższą metę, naprawdę wydaje mi się, że twórcy mogliby skrócić ten retrospektywny materiał (spoiler?) i wyszłoby to filmowi tylko na dobre. Wywaliłbym też amerykański sentymentalizm i disnejowską ckliwość wylewające się z ekranu. Chyba nadszedł czas, by powtórzyć sobie oryginalny film z 1964 roku i utopić się ze wzruszenia.


Bler: Pierwsza wersja życia (Rafał Szłapa, 2013)
Blera, krakowskiego bohatera stworzonego przez Rafała Szłapę, darzę szczególną sympatią. Może to przez wzgląd na Autora, a może po prostu dlatego, że całą trylogię bardzo miło wspominam. Najbardziej jednak ze wszystkich trzech części utkwiła mi w pamięci Lepsza wersja życia. Dzięki swoistej reedycji pod tytułem Pierwsza wersja życia dostajemy do rąk komiks w pierwotnej wersji, czyli malowanej. Jak dla mnie wygląda wspaniale i prezentuje się dużo smakowiciej niż jego rysowany odpowiednik (któremu, trzeba dodać, również wiele zarzucić nie można, osobiście bardzo lubię styl w jakim został pociśnięty). Warto również zauważyć, że także scenariusz różni się tu w kilku miejscach, jednak drobne zmiany i poprawki znane z Lepszej wersji życia wyszły komiksowi jedynie na dobre. Niektórzy mogą się dziwić bądź oburzać, czemu Szłapa sprzedaje drugi raz to samo. Każdemu malkontentowi polecam jednak sięgnięcie po drugie wydanie pierwszego tomu trylogii, niezależnie czy jest fanem Blera czy też nie. Malarskie umiejętności Szłapy powinny szybko rozwiać wszelkie wątpliwości. Na marginesie dodam, że ten album ma najlepszą okładkę w całym cyklu. Krótko mówiąc: zaskakująco dobrze mi się czytało, choć historia była dziwnie znajoma i nawet brak grzbietu mogę wielkomyślnie wybaczyć.
Na koniec reklama: zapraszam do Wywiadu Rysowanego z Rafałem. Choć ma już swoje lata, wciąż bardzo miło wspominam jego powstawanie. Zapraszam też oczywiście na Blerowy fanpage oraz do przyjrzenia się bliżej akcji Ludzie rysują Blera na blogu Rafała bądź Kolorowych Zeszytach.

  
Sezon Burz (Andrzej Sapkowski, 2013)
Wiedźmin powrócił dając mi sporo czystej radości. Nigdy nie byłem szczególnym fanem Sapkowskiego, w gimnazjum wciągnąłem opowiadania nosem, ale gdy przyszło do pięcioksięgu w liceum to już nie bawiłem się tak dobrze. Choć czytało się wciąż wyśmienicie, to zwłaszcza dwa ostatnie tomy zawodziły na wielu frontach. Sezon Burz to tak na prawdę zbiór krótszych historii, opowiadań połączonych dość wątłą linią fabularną. I może dlatego świetnie się bawiłem, mimo że pierwsze kilkadziesiąt stron dość powoli się rozwijało, jakby Sapkowski po dłużej przerwie musiał przypomnieć sobie jak to jest pisać lekko i przyjemnie. Na szczęście potem jest już dużo lepiej i książkę połyka się bez popity, niektóre rozwiązania fabularne może nie zwalają z nóg, ale Sapkowski nadrabia stylem i pisarskim kunsztem; tego mu odmówić nie można. Książka osadzona jest gdzieś pomiędzy opowiadaniami z pierwszego tomu i bardzo miło było mi powrócić do znanego świata i lubianych bohaterów. Jak zwykle nie zabrakło rubasznego humoru, pojedynków wypełnionych morderczymi piruetami oraz nadobnych niewiast, którym Geralt skradnie jedynie serce, bo owe cnotę już dawno straciły.


Indiana Jones and the Emperor's Tomb (The Collective/Lucas Arts, 2003)
Powtórka po latach. Konkretny oldschool, dziś można ze świecą szukać takich gier. Genialny klimat znany z filmowej trylogii, podobna konstrukcja fabularna (pierwsza misja to zakończenie poprzedniej przygody), niepretekstowa historia osadzona tuż przed Świątynią Zagłady, cudowne lokacje (szczególnie zamek w Pradze robi wrażenie), doskonale znajomy motyw dźwiękowy i główny bohater. Można oczywiście narzekać na bugi, irytujące sterowanie, nierówny poziom trudności (krokodyl najgorszym bossem ever) czy grafikę, dla której czas nie był łaskawy. Ale po co? Indiana Jones and the Emperor's Tomb to mnóstwo dobrej zabawy, pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników archeologa w kapeluszu. Nikt nie powinien być zawiedziony, o ile podejdzie do tej pozycji z odpowiednim dystansem i świadomością, że przez 10 lat na rynku growym zmieniło się o wiele więcej niż choćby piekarniczym.

Tyle na dziś. Następnym razem będzie między innymi o Banshee. Do przeczytania!

6 komentarzy:

Rydzewski pisze...

No i prosze dałem się namówić na Indiana Jonesa :)

yayko pisze...

Krokodyl!!! <3

Nitek pisze...

łoboże, grzybiarz. jak cios w pysk od przeszłości ;d

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Trochę tak, Nitek, trochę tak ;) Gdzie byłeś te wszystkie lata? Widzę, że rysowanie pasków komiksowych zmieniłeś na prowadzenie strony o grach, też fajnie!

GiP pisze...

Aleś mi zrobił smaka na Indianę :D trzeba będzie wygospodarować na niego czas.
Na nowego Wieśka również, bo już od jakiegoś czasu zerka na mnie z półki i nie może się doczekać by go przeczytać :D

Nitek pisze...

Ah, tak. Przez granie i pisanie komiksy zaległy. Poległy. Coś tam. Zresztą dzisiaj stałeś się mniej anonimowy, bom widział Twe lico. Dobrze, że się wiedzie!