> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 8 stycznia 2016

Slow West - niedorzecznie kolorowy Dziki Zachód

Slow West realizuje innowacyjną formułę, która oczarowuje widza z jednej strony swoją niedorzecznością, a z drugiej kolorytem. Proponuje uniwersalną historię, która dzięki użyciu krzykliwych środków filmowego wyrazu bez trudu zjednuje sobie odbiorców. Trup jeszcze nigdy nie zaściełał tak feerycznego, spokojnego i powolnego Zachodu.
 

Western umarł. Jego duch wałęsa się gdzieś na obrzeżach kina, raz po raz dając o sobie znać. Czasem niewinnie zastuka w ścianę i zniknie niezauważony, a innym razem zdemoluje cały dom, wywołując powszechne uniesienie, jak w przypadku Django Quentina Tarantino. Próżno jednak dumać nad powrotem tego gatunku do świata żywych; dał nam to, co miał najlepszego, po czym zgasł, przechodząc w fazę samoświadomości.

Tym bardziej doceniona powinna zostać najnowsza propozycja debiutanta Johna Macleana Slow West. Ucieleśnia ona świeżość w podejściu do realizacji gatunku tak wyeksploatowanego jak western. Nie siląc się na indywidualizm, reżyser garściami czerpie z dorobku wielkich twórców, budując z tych elementów własną, oryginalną układankę. Bez trudu odnajdziemy w jego filmie inspiracje dziełami Wesa Andersona czy wspomnianym już Django. Maclean zderza cukierkowe kadry z kałużami krwi, baśniowe krajobrazy z dynamiczną strzelaniną, a pstrokatą scenografię z rozciągniętymi na ziemi zwłokami. Obserwując cały ten galimatias, łatwo zrozumieć, dlaczego tym razem Zachód zasłużył sobie na miano dzikiego


Za wszystkim stoi młoda uciekinierka ze Szkocji, którą do Ameryki zapędził wyrok wiszący jej nad głową. W ślad za nią podąży nie tylko zakochany w niej po uszy Jay (Kodi Smit-McPhee), ale i stado szakali w postaci łowców nagród. Jeden z nich, tajemniczy Silas (Michael Fassbender) zaproponuje Jayowi ochronę, widząc we wspólnej wędrówce szansę na zwycięstwo w wyścigu po głowę młodocianej przestępczyni. Relacje dwóch mężczyzn stają się główną osią filmu, urzeczywistniając kontrastowe zestawienie romantycznego idealisty z gorzkim nihilistą. Wraz z pokonywanymi ramię w ramię milami bohaterowie coraz bardziej wpływają na siebie nawzajem, co prowadzi do stopniowej przemiany ich obu.

Historia opowiadana przez Macleana nie próbuje przekonać do siebie widza realizmem. Przesiąknięta jest absurdem, ironicznym poczuciem humoru i groteskowymi sytuacjami. Jako przykład wystarczy przywołać choćby scenę, w której dwaj Indianie próbują ukraść konie głównych bohaterów. Trwa zaledwie kilkanaście sekund i nie pada w niej ani jedno słowo, a zostawia nas z nieprzyzwoitym uśmieszkiem na ustach. Aby podkreślić umowność fabuły, reżyser szyje film grubymi nićmi. Operuje jaskrawymi barwami, miękkim światłem i przeestetyzowanymi kadrami, a pomaga mu w tym autor zdjęć Robbie Ryan. 


Rewolucyjna forma filmu niesie ze sobą jednak pewne zagrożenia. Przez ten kolorowy las wije się tyle atrakcyjnych ścieżek, że co mniej rozgarnięci mogą się w nim zgubić. Wydaje się tu zawodzić między innymi prowadzenie aktorów, którzy grają w sposób stonowany, dostrajając się jedynie do tej części wielowymiarowej konwencji, której Slow West zawdzięcza swój tytuł. Tymczasem w wielu momentach zachowanie bohaterów aż prosi się o przerysowanie. Niejednokrotnie wypowiadane przez nich kwestie rażą kiczowatością, ponieważ traktowane są zbyt poważnie.

Nie oznacza to wcale, że western Macleana musimy przyswajać z przymrużeniem oka. Śmiało możemy dać się porwać przygodzie, w której tradycyjnie zetkniemy się z miłosnymi rozterkami, morderczymi konfliktami oraz złymi bandytami i dzielnymi mężami. Pomoże nam w tym wspaniała, harmonijna muzyka Jeda Kurzela, która cały czas pobrzękuje w tle, nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi i wytrwale budując nastrój. Nie bez znaczenia okażą się również zapierające dech w piersiach krajobrazy Nowej Zelandii wcielającej się tym razem w Dziki Zachód. 


W Slow West hipnotyczne ujęcia i subtelne dźwięki mieszają się z rozwibrowaną dramaturgią, niewinność spotyka się z rzeczywistością, a nastrojowym plenerom towarzyszą nagłe zgony. Trudno przewidzieć, co wydarzy się zaraz. Takiego wcielenia western jeszcze nie miał. Jeśli wizyty jego ducha w kinie mają tchnąć taką kreatywnością, niech nawiedza nas jak najczęściej. 

7/10

Bartosz Błęka

5 komentarzy:

Rydzewski pisze...

Dobre kino, zgadzam się z recenzentem :)

Jan Sławiński pisze...

W imieniu recenzenta dziękuję i pozdrawiam!

Bartosz Błęka pisze...

Recenzent w swoim imieniu także dziękuje i także pozdrawia :)

Maciej Gierszewski pisze...

długo polowałem na ten film, w końcu udało mi się zobaczyć, podobał mi się.
najbardziej chyba właśnie umowność świata przedstawionego, Nowa Zelandia udająca Dziki Zachód wypadła świetnie.

Katarzyna Gurtler pisze...

Bardzo dobra recenzja, zgadzam się z autorem. Ja z kolei zwróciłam uwagę na przerysowaną symbolikę (sól wysypana na otwartą ranę w tak tragicznym dla głównego bohatera momencie).