> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 31 maja 2016

Marvel NOW - Uncanny Avengers

Uncanny Avengers od scenarzysty Ricka Remendera oraz rysowników Johna Cassaday'a i Oliviera Coipela stanowi kolejną serię, która trafiła do naszego kraju w ramach inicjatywy Marvel Now. Wielu może wiązać z tą serią ogromne nadzieje. Remender wcześniej odpowiadał za Uncanny X-Force, jedną z ciekawszych i lepiej przyjętych pozycji o mutantach. Z kolei Cassaday stworzył wraz z Jossem Whedonem pamiętny run w Astonishing X-Men. Niestety, tym razem z wielkimi oczekiwaniami w parze idzie ogromne rozczarowanie. 


 
Przedstawiona w tomie historia Czerwony cień rozpoczyna się w dniu pogrzebu Charlesa Xaviera, zabitego w finale Avengers vs X-Men przez opętanego Phoenix Force Cyclopsa. Czując, że najpotężniejsi herosi Ziemi przez lata nie robili nic by pomóc mutantom, Kapitan Ameryka postanawia powołać „Drużynę Jedności Avengers”. W jej skład mają wchodzić członkowie obu do niedawna zwaśnionych drużyn. Jednocześnie na horyzoncie pojawia się zagrożenie, z którym bohaterowie będą musieli się zmierzyć: klon Red Skulla postanawia oczyścić świat z nosicieli genu X. W tym celu kradnie ciało Xaviera, by... usunąć mu mózg i połączyć go ze swoim, zyskując tym samym moc telepatii. Ok, będzie ciężko.

Sam pomysł stworzenia grupy z mutantów i członków Avengers budzi ogromną radość. Obie drużyny spotykały się dotychczas głównie podczas niektórych crossoverów, a podopieczni profesora Xaviera zbyt długo znajdowali się poza głównym nurtem uniwersum. Dotychczas jedynie kilku postaciom (chociażby Wolverine'owi czy Quicksilverowi) udawało się swobodnie migrować między nimi. Chęć lektury wzmaga także zaproponowany przez Remendera skład. Mścicieli reprezentują stale z nimi kojarzeni Kapitana Ameryka i Thor. Jako trzecia z ich strony jest Scarlet Witch, wciąż skonfliktowana ze środowiskiem mutantów z powodu wydarzeń z Domu M. Z kolei przedstawicielami X-Men są Havok (w domyśle przywódcę nowo powstałej drużyny), Rogue i Wolverine. Pod koniec tomu w ich szeregi wchodzi kolejna dwójka klasycznych Avengers – Wasp i Wonder Man – oraz zapomniany od kilku lat japoński mutant Sunfire.

Niestety, pomysły scenarzysty bardzo szybko ograniczają się do przeciągniętej bijatyki między Avengers i zebraną przez Red Skulla drużyną złoczyńców o wiele mówiącej nazwie S-Men. Zaznaczę, że dawno nie trafiła się tak nieciekawa grupa oprychów. Wystarczy wspomnieć, że w jej skład wchodzą między innymi Mzee (posiadający nadludzką siłę człowiek-żółw), Dancing Water (dziewczyna będąca żywą wodą) czy Goat-Faced Girl (kobieta o twarzy kozy, która neguje moce osób znajdujących się w jej pobliżu).


Kuleje także sama narracja. Remender wraca do komiksów sprzed kilku dekad, nieprzerwanie komentując przedstawione na kolejnych stronach wydarzenia i zaznaczając emocje targające postaciami lub wagę ich decyzji. O ile w komiksach wydawanych w ramach WKKM czy DC Deluxe można przymknąć na to oko z racji nostalgii, w Uncanny Avengers nie ma jakiegokolwiek aspektu tłumaczącego zastosowanie takiego zabiegu. Szczególnie, że w pierwszych zeszytach wchodzących w skład tomu Remender takowej narracji nie stosuje. Z kolei w zamykającym piątym numerze niemal zupełnie rezygnuje z chmurek opisowych. Z jak najlepszym wpływem dla lektury.

W Uncanny Avengers powraca także znane z Uncanny X-Force zamiłowanie Remendera do brutalności, często groteskowej i niestety niepotrzebnej. Na szczęście tym razem obyło się bez teleportacji rekina do czyjegoś ciała w celu zjedzenia wnętrzności od środka. Zamiast tego mamy dwie szczegółowo ukazane lobotomie i Red Skulla wymachującego mózgiem Xaviera. Z kolei w scenach masakry dokonywanej na mutantach przez będący pod kontrolą Red Skulla tłum scenarzysta przybliża czytelnikom kilka z jego ofiar, zwykle na kadr lub dwa przed ich śmiercią. Zapewne chciał przez to spotęgować dramatyzm, rezultat jest jednak odwrotny od zamierzonego. Należy także wspomnieć, że miejscami scenarzysta pozwala na zaistnienie pewnych zdarzeń wbrew logice świata przedstawionego. Przykładowo: podczas ataku Grim Reapera z pola walki zupełnie znika Thor, obecny u boku Avengers jeszcze kilka kadrów wcześniej i teoretycznie mogący z łatwością poradzić sobie ze złoczyńcą.

Niestety, nie pomagają także rysunki autorstwa znanego z Astonishing X-Men Johna Cassaday'a. Są one o wiele mniej schludne, co widać przede wszystkim w scenach grupowych czy szczątkowo zaznaczonych tłach. Największą bolączką artysty zdają się być twarze, które w jego wykonaniu często zmieniają superbohaterską przygodę w rewię dziwolągów. Nie da się nie wspomnieć o niekorzystnym designu niektórych postaci, przede wszystkim członków S-Men i Red Skulla, który od lat czterdziestych nie wyglądał tak brzydko. Na szczęście pod koniec tomu za ołówek łapie Olivier Copiel, racząc nas swoim o wiele mniej realistycznym, kreskówkowym stylem. Z jednej strony kłóci się on z rysunkami Cassaday'a, z drugiej o wiele lepiej pasuje do przedstawionej historii.

Uncanny Avengers stanowią komiks trudny do polecenia komukolwiek. Radość z lektury jest znikoma, a w dodatku całość zmierza w kierunku Axis, jednego z gorzej przyjętych crossoverów ostatnich lat. Intryga Red Skulla szybko przestaje być interesująca i w sumie ogranicza się do prostej bitki na ulicach Nowego Jorku. Boję się, że podobnie potoczą się plany innych zapowiedzianych w tym tomie złoczyńców, między innymi Kanga i Apocalypse'a. Szkoda. Połączone siły Avengers i X-Men zasługiwały na o wiele lepszy komiks.

3/10

Gościnnie: Jakub Izdebski

Brak komentarzy: