> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 20 września 2013

359 - Dragon Ball Z: Battle of Gods - recenzja

Dragon Ball Z: Battle of Gods - recenzja

Dragon Ball, Rycerze Zodiaku, Batman: The Animated Series – na tych serialach się wychowałem. Sentyment do wszystkich trzech pozostał, na tyle duży, że chętnie sięgnąłem po najnowszy film kinowy z uniwersum Smoczych Kul. Nie uważam się za fanboja, czytałem we fragmentach mangę, oglądałem wszystkie cztery serie (w tym Kai) oraz wszystkie filmy kinowe – po prostu lubię uniwersum stworzone przez Toriyamę. Zdarzały się fabuły gorsze i lepsze, bardzo dobre i całkiem złe. Jak wypada najnowsza kinówka, zrealizowana 17 lat po zamknięciu serii?


Fabuła ma miejsce po pokonaniu Buu, a przed 28. Turniejem Sztuk Walki o tytuł Najlepszego pod Słońcem . Z długiego snu budzi się Bills – Bóg Destrukcji. Postanawia znaleźć godnego siebie przeciwnika – Super Saiyan God zdaje się spełniać ów warunek. Sprawa się komplikuje, gdy po przybyciu na Ziemię, żaden z żyjących Saiyan nie ma pojęcia o kim Bills mówi. Co gorsza, gdy wywiązuje się walka, żaden z wojowników Z nie jest w stanie mierzyć się z Bogiem Destrukcji, nawet Goku w trzeciej formie. Czy mityczny Super Saiyan God uratuje Ziemię przed zniszczeniem?

Pod względem klimatu Battle of Gods przypomina bardziej pierwszą serię Dragon Balla niż Zetkę. Dużo miejsca poświęcono na humor, przez co kilkukrotnie parsknąłem śmiechem podczas seansu. Wielka w tym zasługa powrotu Imperatora Pilafa z załogą, którzy znowu chcą użyć Smoczych Kul by panować nad światem. Choć walki są efektowne i dynamiczne nie ma ich tak dużo, jak można się było tego spodziewać. Dodatkowo główny przeciwnik naszych bohaterów jest o wiele za silny, przez co walki tracą na wiarygodności. Nie zrozumcie mnie źle – starcia w DB nigdy nie były realistyczne, jednak gdy poziom przeciwników był zbliżony lepiej się je oglądało. Pomiędzy wojownikami Z a Billsem jest zbyt ogromna przepaść, Bóg Destrukcji może powalić każdego praktycznie jednym ciosem. Poza tym zachowuje się jak idiota, taki Freezer czy Cell byli przerażający w swej potędze i okrucieństwie, Bills nie budzi strachu, właśnie przez dziwaczne zachowanie (breakdance na urodzinach Bulmy) i kocio-króliczy wygląd. Również finałowe rozwiązanie konfliktu - pojawienie się Super Saiyanina poziomu God mnie nie przekonuje, tak sama forma (w ogóle jej istnienie i wygląd), jak i sposób jej osiągnięcia. Mimo to, całość dobrze się ogląda, akcja jest wartka i przykuwa do ekranu, pojawienie się wszystkich znanych bohaterów cieszy a niektóre sekwencje wgniatają w fotel (furia Vegety). Dobrze wyważono sceny akcji i sceny humorystyczne, co było często problemem w poprzednich filmach, gdzie w kółko tylko walczono. Animacja natomiast jest nierówna, obok świetnie zrealizowanych scen, znajdą się takie, na które trudno patrzeć (zwłaszcza te zrealizowane w technice 3D – według mnie całkiem niepotrzebnie). Muzyka natomiast wydaje się być dobrana niefortunnie, gdyż miejscami kompletnie nie pasuje.

Battle of Gods to przede wszystkim gratka dla fanów serii, którzy odnajdą w filmie mnóstwo nawiązań. Fabuła jest pretekstowa i naiwna – nie po raz pierwszy zresztą – jednak powinna usatysfakcjonować wszystkich miłośników twórczości Akiry Toriyamy (który brał udział w produkcji filmu, co wyraźnie jest odczuwalne). Zawiedzeni mogą poczuć się ci, którzy oczekiwali trwającej półtorej godziny walki. Kto zaś pamięta oraz ceni humor i klimat pierwszej serii, powinien być zadowolony. Ja jestem, choć nie przeczę, że film mógłby być lepszy. Patrząc jednak na inne kinówki i epizody specjalne – mógł być też o wiele gorszy. Dla mnie jest po prostu dobry. No i bardzo się stęskniłem, dobrze było zobaczyć Goku i spółkę w zupełnie nowej przygodzie.

Dragon Ball Z: Battle of Gods (ドラゴンボールZ 神と神), reż. Masahiro Hosoda, Japonia 2013.

4 komentarze:

krzysztofiński pisze...

Zastanawiałem się czy warto sięgnąć po to anime, a z tego co piszesz, może ono zapewnić taką sentymentalną podróż w przeszłość. Dlatego wrzucam natychmiast na listę: "Do obejrzenia".

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Ma lepsze i gorsze momenty, jednak jeśli za dzieciaka biegałeś po polu i krzyczałeś KAMEHAMEHA to powinno Ci się spodobać. Choćby w najmniejszym stopniu :)

Natalia SStefania Borucka pisze...

Czekałam z czytaniem tego tekstu aż sama skończyłam nocię na swoim blogasku. Dziś ją opublikowałam, więc zabieram się do czytania :3

No więc mnie Bills zachwycił, wreszcie przeciwnik, który nie ma ambicji panowania nad kosmosem czy niszczenia świata, próbuje zniszczyć Ziemię bo się zirytował, a nie że to był jego życiowy cel. No i to że jest takim luzakiem i to, że tak naprawdę pokonał Goku, bo przecież nie użył całej mocy (to liczenie ivh w procentach zawsze mnie powalało). Elementy humorystyczne najmniej mi podeszły, a w przypadku parowania czterdziestokilkuletniej Mai z małym Trunksem były odrzucające (lubię duże różnice wieku, ale nie te podszyte pedofilią).

Ogółem ta kinówka podobała mi się najbardziej ze wszystkich, jakie dotychczas widziałam, ma swoje problemy, ale oglądało się przyjemnie, a to jest dla mnie najważniejsze.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Dzięki za komentarz. Mnie parowanie Mai z Trunksem jakoś nie raziło, w końcu była w ciele małej dziewczynki. Poza tym nie takie rzeczy już w DB były (w pierwszej serii Genialny Żółw i majteczki Bulmy - nawet afera z tego była i pokazywali w "Uwadze" na TVNie :D).
Oglądałem wszystkie kinówki i ta jest jedną z lepszych, choć trafiło się kilka lepszych w moim odczuciu :)
Teraz idę sprawdzić Twój tekst.