> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 5 grudnia 2013

383 - Adwokat (Ridley Scott, 2013)

Zacznijmy od tego, że zwiastun kłamie. Zapowiada efektowne kino akcji, natomiast sam seans wydaje się ciągnąć w nieskończoność, sceny podnoszące ciśnienie co prawda się pojawiają, ale jedynie w roli przerywnika między kolejnymi monologami. Ale po kolei...


Tytułowy adwokat (Michael Fassbender) jedną pochopną decyzją wplątuję się w narkotykową intrygę, od której nie ma ucieczki. Choć niczego mu nie brakuje, ma piękną dziewczynę (Penelope Cruz), dobrą pracę i szybki samochód, a niektórzy bardziej obeznani w światku przestępczym (Brad Pitt) odwoływali się do jego zdrowego rozsądku, adwokat decyduje się nawiązać współpracę z człowiekiem znanym jako Reiner (Javier Bardem). Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na scenę wkracza dziewczyna Reinera, wiecznie niezaspokojona Malkina (Cameron Diaz). Akcja filmu rozgrywa się na tle scenerii rodem z nowoczesnej Ameryki i pustynnych krajobrazów Meksyku.

Adwokat ma niewiele wspólnego z klasycznym filmem sensacyjnym. Właściwie niewiele się w nim dzieje, sceny akcji można policzyć na palcach jednej stopy, a bohaterowie głównie rozmawiają. Każda z postaci, niezależnie od profesji i wykształcenia, ma tu do wypowiedzenia filozoficzny monolog. To co grało w Sunset Limited (reż. Tommy Lee Jones, 2011), w Adwokacie zupełnie się nie sprawdza, nawet jeśli spojrzymy na film jako na współczesny moralitet. Brak większej ilości akcji wprowadza dość leniwy klimat i pewną kameralność, która jest jednak nieustannie burzona przez obowiązkowy bon mot, którym skończyć się musi praktycznie każda scena. Większość rzeczywiście jest zabawna (jak odpowiedź na pytanie Dlaczego Jezus nie urodził się w Meksyku?), jednak co za dużo, to niezdrowo.

Sceny są krótkie, większość niewiele wnosi do opowieści poza pokazaniem (pokazaniem, nie zaprezentowaniem) bohatera. Motywacje postaci są często wątpliwe, zaś centrum samej intrygi zostało pokazane poza kadrem. Przez pierwszą połowę filmu bohaterowie ostrzegają się przed popełnieniem błędu, a przez drugą połowę ponoszą konsekwencje swych decyzji. Całość jest dziwnie wyważona, obok scen bardzo poważnych, dramatycznych, pełnych emocji, dostajemy scenę typowo humorystyczną, która - trzeba uczciwie przyznać - jest cudowna i autentycznie zabawna, jednak kompletnie nie pasuje do reszty filmu.

Największym minusem nowego filmu Ridleya Scotta jest Ridley Scott. Obraz został wyreżyserowany bowiem bardzo klasycznie, na poważnie, zabrakło luzu i wyczucia, dzięki którym scenariusz (również nie pozbawiony przecież wad) byłby bardziej strawny. Kolejne filozoficzne przemyślenia meksykańskiego robola byłby do przełknięcia, o ile pokazano by je z przymrużeniem oka, z odrobiną czarnego humoru. Niestety, Scott stara się zobrazować niestandardowy scenariusz McCarthy'ego w bardzo klasyczny sposób, przez co cierpi cała produkcja. Szkoda, że tekst nie trafił do braci Coen, Tarantino albo Martina McDonagha, każdy z nich wycisnąłby z tekstu więcej (Coenowie mają już nawet pewne doświadczenie, na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego nakręcili To nie jest kraj dla starych ludzi).

Obsada, choć imponująca, również nie zachwyca. Fassbender znowu nosi garnitur i szczerzy zęby, Cruz głównie ładnie wygląda, a Pitt prezentuje westernową wariację na temat Aldo Raine'a (choć dużo spokojniejszą). Bardem jest natomiast okropnie karykaturalny, irytuje wyglądem i zachowaniem. Najlepiej z całej obsady prezentuje się Diaz, jako zła kobieta wypada naprawdę wrednie i - w przeciwieństwie do pozostałych - wnosi powiew świeżości do swojego portfolio ról. Zresztą trudno ukryć, że scenarzysta stworzył stereotypowe postaci, więc i aktorzy nie mogli szarżować.

Adwokat rozczarowuje na wielu frontach. Przed wizytą w kinie nie bardzo chciałem wierzyć w zmasowany atak hejterów, jednak po wyjściu z seansu byłem mocno zawiedziony. Nie spodziewałem się filmowego objawienia ani bezpretensjonalnego kina akcji w stylu lat 80., a mimo to najnowszy film Ridleya Scotta okropnie mnie wymęczył. Jest to rzecz nużąca, bełkotliwa i nierówna pod wieloma względami. Niektóre sekwencje oczywiście oglądało się bardzo przyjemnie (zdjęcia Wolskiego robią swoje), kilka cytatów zapadło w pamięć, a sum już nigdy nie będzie dla mnie tą samą rybą, mimo to dwie godziny poświęcone Adwokatowi uważam za zmarnowane.

4/10 (oczko wyżej za suma)

Adwokat (The Counselor), reż. Ridley Scott, 2013.

5 komentarzy:

janusz pisze...

Najgorsze, że Ci ufam... A chciałem, żeby to był dobry film;p

JP100% pisze...

Pieprzenie, film fajnie się ogląda, a pisanie że Diaz jest najlepsza z obsady to jakaś paranoja, jest drewniana i jej 'zimna suka' jest przekonująca niczym Chuck Norris jako gejowski aktywista

Bubu pisze...

No, ja też Ci wierzę i bardzo się cieszę - jeden film mniej na tym świecie do obejrzenia. Ja bym była szczęśliwa gdyby Scott kręcił wyłącznie sci-fi, właściwie nic jego poza tym gatunkiem mi się nie podobało.

KoZa pisze...

Bardzo przyjemnie napisany tekst. :-] Jak wiesz, opinię na temat tego filmu mamy praktycznie identyczną. :-]

GiP pisze...

szkoda, choć pewnie i tak zobaczę