> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 14 października 2013

368 - Pacific Rim (Guillermo del Toro, 2013)

Na przełomie lat 70. i 80. George Lucas i Steven Spielberg, chcąc kręcić filmy takie, jakie sami chętnie oglądali, dali kinu prawdopodobnie dwa najwspanialsze cykle rozrywkowe w historii i powołali do życia niezapomnianych bohaterów, z Indianą Jonesem i Boba Fettem na czele. Meksykański reżyser, Guillermo del Toro – który dał nam między innymi dwie świetne adaptacje Hellboya Mignoli a później zgubił się we własnym Labiryncie Fauna – przystępując do tworzenia swojej najnowszej superprodukcji zapowiedział, że pragnie przenieść na ekran emocje, które przed laty na zawsze powiązały go z kinem. Kiedy taka deklaracja pada z ust wizjonera o tak nieskrępowanej wyobraźni, człowieka, któremu nieobce jest kino rozrywkowe pierwszej próby i który dysponuje budżetem w okolicach 180 milionów dolarów, to trzeba mu po prostu zaufać i dać się porwać Opowieści. Filozofii nie ma.


Z głębin oceanu wychodzą monstrualnych rozmiarów potwory Kaiju i niszczą wszystko na swojej drodze. Ludzkość zapomina o dawnych sporach i wspólnie pracuje nad ogromnymi mechami, które mają powstrzymać nadchodzącą zagładę. Tylko prowadzone przez połączonych mentalnie pilotów Jaegery mogą przeciwstawić się niszczycielskiej sile Kaiju. Spektakularne potyczki między gigantycznymi potworami z głębin i zmechanizowanymi gladiatorami to oczywiście główny punkt programu, jednak również pozostałe aspekty widowiska, te budujące relacje między postaciami czy te pozwalające na chwilę oddechu wypadają równie dobrze.

Nie wiem kiedy tak dobrze bawiłem się na filmie. Pacific Rim to bez wątpienia jeden z najlepszych blockbusterów ostatnich lat. Guillermo del Toro doskonale waży składniki, świetnie zdaje sobie sprawę, że opowiada lekką i widowiskową opowieść, a pewne przegięcie jest po prostu wpisane w konwencję. W przerwach pomiędzy spektakularnymi potyczkami, reżyser sprawnie buduje relacje między postaciami, odsłaniając stopniowo kolejne fragmenty układanki. W przeciwieństwie do Michaela Baya (Pacific Rim nieustannie porównywany jest do Transformers, a to zupełnie inny poziom) wie kiedy szarżować, a kiedy nie - nie wciska do filmu ogromnej ilości patosu ani durnych żartów. Humor jest nienachalny i strawny (głównie oparty na parze dwóch ekscentrycznych naukowców i postaci odgrywanej przez Rona Perlmana), patosu jest dokładnie tyle ile trzeba, a o powiewającej na wietrze amerykańskiej fladze na tle zrujnowanych budynków skąpanych w ostatnich promieniach zachodzącego słońca nie ma w ogóle mowy. Nie, del Toro jest subtelny, a jedyne miejsca, gdzie puszcza twórcze wodze to sceny akcji.

Te zapierają dech w piersiach. Nie sądziłem, że cokolwiek tak wgniecie mnie w fotel, oglądam praktycznie wszystkie najnowsze produkcje, w których pierwsze skrzypce grają efekty specjalne, ale Pacific Rim dosłownie mnie zmiażdżył. Rozmach realizacyjny jest nieprawdopodobny, wszystko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, żadna ze scen nie wygląda sztucznie mimo ociekania epickością. Każda sekwencja akcji emocjonalnie wpływa na widza – ja siedziałem z otwartymi ustami i w niemym zdumieniu kibicowałem Jaegerom. Duża w tym zasługa samej skali, nie mówimy tu o pojedynczych wybuchach czy zniszczeniu kilku budynków, ale o wielometrowych potworach naparzających się z równie wielkimi robotami, które niszczą całe miasta, jakby te były zbudowane z klocków lego. Największe wrażenie zrobiła na mnie sekwencja walki w Hong Kongu, gdzie dwie monstrualne siły starły się między gigantycznymi wieżowcami, a Jaeger głównych bohaterów używał do walki transportowca. Widzicie to? Gigantyczny robot naparzający gigantycznego potwora STATKIEM niczym maczugą! Coś pięknego!

Aktorsko jest bardzo solidnie. Na drugim planie błyszczy jak zawsze mój ulubiony Idris Elba (Luther!) wcielający się w twardego, budzącego szacunek i gotowego do poświęceń dowódcę. Świetnie wypada również Ron Perlman, kreując nieco autoironiczną i bardzo przerysowaną postać Hannibala Chau, króla czarnego rynku. Charlie Day (do złudzenia przypominający mi tym razem Sama Rockwella) i Burn Gorman zapewniają solidny element humorystyczny jako para ekscentrycznych naukowców. Również dwie główne role zostały obsadzone poprawnie - Charlie Hunnam i Rinko Kikuchi świetnie uzupełniają się na ekranie (choć napisane są według znanych wszystkim szablonów adekwatnych do fabuły). Muzyka wpada w ucho, świetnie współgra z obrazem.


Jeśli miałbym wskazać jakikolwiek minus, to z wielką przykrością stwierdzam, że nie wykorzystano w pełni potencjału wszystkich Jaegerów. Kilka z nich pojawia się dosłownie na chwilę, prezentuje kilka ciekawych technik i w ekspresowym tempie zostaje unieszkodliwiona. Szkoda, mógłbym oglądać te wielkie roboty dłużej, zwłaszcza, że mają świetny dizajn (prowadzony przez trojaczki Crimson Typhoon) i jestem pewny, że walki z nimi w rolach głównych byłyby równie efektowne co te z Gipsy Danger. Więcej miejsca dano różnorodnym Kaiju, co jest oczywiście plusem, jednak bardziej jarały mnie wielkie roboty od wielkich potworów. Tak już mam.

Nie wiem, kiedy tak dobrze bawiłem się na jakimś filmie. Serio. Czysta, niczym nieskrępowana, bezpretensjonalna rozrywka, nie aspirująca do bycia czymkolwiek więcej, budząca w człowieku dziecięcą radość. Na luzie, z pomysłem, z wyczuciem. Niegłupio, nieogłupiająco. Właśnie przez takie filmy kocham kino. Bo to hołd złożony czystej filmowej ekscytacji, hołd dla kina rozrywkowego, a jednocześnie jeden z najlepszych reprezentantów tego gatunku ostatnich lat. Od fana dla fanów. Co tu dużo mówić, jestem zachwycony i chcę własnego Jaegera.

Pacific Rim, reż. Guillermo del Toro, USA 2013.

8 komentarzy:

Patryk Karwowski pisze...

Efekty Tak. Sceny walki w Hong Kongu - Jak najbardziej. Idris Elba - Super, Luther z takim budżetem to jest to :). Ron Perlman, i wszystko co działo się wokół tej historii (czarny rynek, naukowcy, poród Kaiju) - dla mnie żenujące. Cały film średni, z moją średnią oceną. Niestety nie zrobię takiego filmu jaki chcę ^^. Pozdrawiam.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Dziękuję za komentarz i obserwację. Mnie akurat Ron Perlman i cała jego otoczka bawiła - widać rzecz gustu. Pozdrawiam również :)

yayko pisze...

Ja z kolei nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo zachwalałeś jakiś film! To dla mnie duża motywacja, żeby w końcu zobaczyć Pacific Rim, bo do tej pory zupełnie nie miałem na to ochoty, jako że zniechęcił mnie sam trailer. A że w recenzji znalazła się malutka wzmianka o roli muzyki, motywacja dla mnie tym większa:)Dowód na to, że Ramin trzyma poziom !

Kuba Oleksak pisze...

Bracie! "Pacific Rim" to rzecz absolutnie znakomita! Najlepszy film, jaki w życiu widziałem w kinie!

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Prawdopodobnie najlepszy od pierwszego Holmesa Ritchiego! :)

Anonimowy Grzybiarz pisze...

I "Avengersów", ale wiem, że w tej kwestii nie do końca się zgadzamy ;)

Bubu pisze...

Ron Perlman i cała otoczka - najlepsze! Nie tylko autoironiczna rola, ale w ogóle przezabawna karykatura sztampowej figury "bossa ze wschodu", Hong Kong jako scenograficzny hołd dla Łowcy Androidów i wiele innych smaczków/intertekstów, którymi zawsze bardzo świadomie posługuje się del Toro, wynoszą ten film wysoko ponad poziom zwykłych blockbusterów.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Dzięki, Natalko, za komentarz :)
"Hong Kong jako scenograficzny hołd dla Łowcy Androidów" - no właśnie, nie mogłem tego Hong Kongu umiejscowić, a mocno mi się kojarzył. Blade Runner, oczywista. Dzięki za trop.