> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 18 lutego 2016

Deadpool (2016, Tim Miller) - rape and revenge w świecie Marvela

Deadpool rozpoczyna tegoroczny sezon na superbohaterów w kinie. Do oglądania zasiadłem z szybciej bijącym sercem, w końcu po miesiącach pomysłowej promocji film kusił obietnicą zrewolucjonizowania kina superbohaterskiego. Finalnie okazało się, że jest po prostu ok, ale nowej jakości próżno tu szukać.



Chorujący na raka Wade Wilson poddaje się niebezpiecznym eksperymentom, które pobudzają jego mutanckie geny. W ich wyniku pozbywa się nowotworu, ale traci buźkę modela i dziewczynę, zaś eksperymentujący na nim Ajax zostawia go na pewną śmierć. Cudownie ocalony Wilson przybiera imię Deadpool i stawia przed sobą dwa cele: zabić frajera i odzyskać ukochaną. Historia jest prościutka, oparta na schemacie rape and revenge, gdzie zamiast nadobnej niewiasty mamy Deadpoola, a gwałt zastępują brutalne tortury (choć kto wie, co działo się poza kadrem). Można narzekać na zbytnią prostotę, ale z drugiej strony – to przyjemna odskocznia od szaleńców z wielkimi planami i ratowania świata po raz setny.

Film trafił do kin w walentynki, więc sporo miejsca poświęcono na wątek miłosny między Wilsonem a Vanessą (hipnotyzująca Morena Baccarin). Historia gorącej miłości między dwoma outsiderami została opowiedziana bardzo klasycznie, bez zbędnych udziwnień. Lubię takie love story, pod koniec się nawet wzruszyłem, cóż poradzę – jestem sentymentalny. Szkoda jednak, że w równie banalny sposób pokazano genezę Deadpoola. Tu już się nudziłem, spokojnie można by ją skrócić do pięciu minut, lub nawet pominąć - przecież widzieliśmy już to samo w przynajmniej dwóch filmach o X-Men i wielu komiksach. 


Długo oczekiwane, wychuchane dziecko Reynoldsa jest bardzo nierówne. Z jeden strony niegrzeczne, brutalne, burzące czwartą ścianę i nieprzyzwoicie zabawne. Z drugiej – niektóre żarty są zwyczajnie żenujące (choć podejrzewam, że to kwestia gustu i odbiorczej dojrzałości), popkulturowe odniesienia wplecione do fabuły po linii najmniejszego oporu (o większości z nich po prostu się tutaj rozmawia). Mam wrażenie, że wszystkiego jest tu za dużo, że zabrakło pomysłu na łamanie burzenie czwartej ściany – nachalny zwrot do widza w przypadkowym momencie filmu po pewnym czasie przestał robić wrażenie. Sama forma również jest wbrew pozorom bardzo zachowawcza – spodziewałem się jazdy bez trzymanki w stylu Scotta Pilgrima (napisy początkowe budziły pewne nadzieje), a nie dostałem nawet namiastki tego szaleństwa, jakby twórcom zabrakło warsztatowej sprawności.

Drugi plan błyszczy – dosłownie (Colossus) i w przenośni. Osadzenie Deadpoola w filmowym uniwersum X-Men pozwoliło filmowcom na odwiedzenie szkoły dla wybitnie uzdolnionej młodzieży Charlesa Xaviera. Tam gadatliwy najemnik spotyka dwójkę mutantów: Colossusa i Negasonic Teenage Warhead. Pokryty metalem rusek wreszcie ma charakter i zachowuje się jak w komiksach (w filmach Singera był mięśniakiem na trzecim planie). Jest oczywiście mocno przerysowany, ale to wyolbrzymienie ładnie igra z konwencją superbohaterskiego widowiska. Razem z Nastoletnią Głowicą Nuklearną (totalnie poszedłbym z nią na studniówkę!) tworzą zgrany duet, który nieco równoważy wygłupy Wilsona – z niecierpliwością wypatrywałem, kiedy znowu pojawią się na ekranie. Jak już pewnie zauważyliście – na jedną dobrą rzecz przypada w Deadpoolu jedna zła. Schwarzcharakter jest pozbawiony, cóż, charakteru, tak jak bezbarwny jest sam Ed Skrein. Ot, mięśniak z masochistycznymi zapędami. Nuda.


Nie zrozumcie mnie źle – Deadpool to kawał porządnej rozrywki, ale na Strażnikach Galaktyki bawiłem się lepiej. Na Kick-Assie bawiłem się lepiej. I na Ant-Manie prawdopodobnie też. Cieszę się, że Reynoldsowi udało się wreszcie doprowadzić do powstania tego projektu (zresztą widać, kto bawił się najlepiej z całej ekipy), i że Deadpool zgarnia górę kasy na całym świecie. Ale jednak jestem rozczarowany, bo to żadna rewolucja. Wiele natomiast obiecuje sobie po sequelu. Cable i podróże w czasie to coś, czego pierwszemu Deadpoolowi najbardziej brakuje.

6,5/10

Ostatnio na blogu:

2 komentarze:

prof. Miodek pisze...

Drogi Autorze! Próbowałeś kiedykolwiek łamać ścianę? Nie tylko czwartą, w ogóle jakąkolwiek. Ścianę można burzyć - połamać kończyny najwyżej można sobie przy tym.

Bartosz Błęka pisze...

Fajerwerków nie ma (Strażnicy absolutnie najlepsi), ale pewna nowa jakość się pojawia. Szkoda tylko, że taka szczerość i zdystansowanie to raczej recepta na pojedynczy film, niż pomysł na trwałe odświeżenie formuły.