> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 30 marca 2026

Legendy X-Men. Whilce Portacio - wrażenia

Nostalgia z adamantium ma się dobrze! Po “Legendach X-Men” z rysunkami Jima Lee Mucha Comics sięga po album, który znów wzbudzi szybsze bicie serca u wszystkich miłośników TM-Semic. Tym razem jego główną gwiazdą jest Whilce Portacio.



Na album składa się 12 zeszytów “Uncanny X-Men”, dwa zeszyty “X-Men” w całości i dwa we fragmentach (to historie poboczne). Rzecz można czytać naprzemiennie z “Legendami X-Men” od Jima Lee, bo serię te ukazywały się w tym samym czasie (tam dostaliśmy “X-Men” 1-11). Część materiału wydało w naszym kraju TM-Semic w latach 90. XX wieku, część jest zaprezentowana premierowo. To okres, gdy X-Men byli rozbici na dwie drużyny - złotą i niebieską, a ten tom opowiada o złotej (Storm, Jean, Colossus, Iceman, Archangel). Czego tu nie ma! Emma Frost i Hellfire Club! Sentinele! Pierwsze pojawienie się Bishopa! Zaginiony brat Colossusa! Oświadczyny Storm! Jak to często bywa w przypadku X-Men: masa akcji miesza się tu z telenowelą, od której może zakręcić się w głowie.


To kwintesencja komiksów z lat 90. – rysunki są pełne rozmachu, bohaterowie przybierają kozackie pozy i rzucają równie kozackimi one-linerami, a wszystko jest portretowane z dużą przesadą: niemal każda postać wygląda, jakby była wykuta z marmuru, może się poszczycić górą mięśni, bądź nienaganną figurą, która z pewnością rozpalała wyobraźnię pryszczatych nastolatków. Fabuły bywają jednocześnie pretekstowe i skomplikowane – czasem trudno się połapać, bo akcja prowadzona jest chaotycznie, wydarzenia gnają na łeb na szyję, a kolejne spektakularne pojedynki między dobrymi i złymi kończą niemal każdy problem. Mimo że to komiks przede wszystkim nastawiony na efekt “wow” – każde zagrożenie jest większe niż poprzednie, a każdy zwrot akcji bardziej szokujący od wcześniejszego – to całość grzęźnie narracyjnie. Dymki i boxy tekstowe gęsto ozdabiają każdą stronę. Postacie gadają bez końca, niezależnie czy akurat walczą o życie, czy mają chwilę na oddech i scenarzyści starają się pogłębić ich charaktery.


Można to albo kupić, albo się od tego odbić. Kto z nostalgią wspomina czasy TM-Semic, ten z pewnością podczas lektury poczuje ciepło w serduszku, bo to właśnie ten okres przygód X-Men był jednym z najbardziej charakterystycznych dla dzieciaków dorastających w latach 90. Efekciarskie rozkładkówki i całostronicowe kadry wciąż potrafią dać wstydliwą satysfakcję, podobnie jak oglądanie ulubionych bohaterów walczących o życie w najróżniejszych konfiguracjach. Powiedzmy sobie szczerze – mimo że mamy tu masę tekstu (często pewnie niepotrzebnego, bo chociażby podczas walk postacie mogłyby sobie darować monologowanie), to nie jest to komiks, który czyta się dla fabuły. Ta miała dawać przede wszystkim okazję do tego, by rysownicy mogli się wyszaleć – bo to właśnie dla nich w latach 90. kupowano miliony kopii każdego zeszytu z X-Menami. I trzeba przyznać, że Whilce Portacio – a także obecni tu gościnnie John Romita Jr., Andy Kubert czy Max Texeira – szaleją aż miło. Hej, to komiks, w którym profesor Xavier bez ostrzeżenia sprzedaje komuś prawy podbródkowy – byłem w takim samym szoku, jak jego oponent!


Sprawa jest prosta: sięgnijcie po “Legendy X-Men. Whilce Portacio” jeśli podobał Wam się analogiczny album z rysunkami Jima Lee, wychowaliście się na TM-Semicach, do obiadu oglądaliście “X-Men: The Animated Series” albo jesteście komplecistami komiksów o Mutantach Marvela (wydany w oryginale jako “Bishop’s Crossing” tytuł można włożyć między wspomniany album z rysunkami Lee a “Punkty zwrotne. Pieśń egzekutora”). Jeśli jednak nad świetne rysunki przekładacie dobre fabuły, to raczej nie ten adres, bo scenariusz ma jeden cel: być pretekstem dla kozackiej akcji. Właśnie to sprawia, że album prezentuje wszystko to, co najlepsze i wszystko to, co najgorsze w komiksach o mutantach z lat 90. XX wieku – i każdy sam musi sobie odpowiedzieć, czy mu to pasuje. Jak dopiero chcecie zacząć swoją przygodę z Wolverine’em i spółką (Rosomaka akurat jest tu jak na lekarstwo - właściwie pojawia się tylko w zeszytach "X-Men", bo "Uncanny..." opowiada o drugiej drużynie), to polecam sięgnąć po, chociażby, “Astonishing X-Men”, które jest lepszym punktem wejścia dla nowych czytelników, gdyż prezentuje bardziej uporządkowaną fabułę.

Brak komentarzy: