> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2015

500! Anonimowy Grzybiarz vs. Szafa Pełna Głodu

500 wpis, kto by przypuszczał!

Z tej okazji niesamowitym rysunkiem uraczył mnie prężny rysownik Grzegorz "GIP" Pawlak. Wielkie dzięki, stary... przyjacielu! Mam nadzieję, że w tym roku uda nam się zrobić wspólny komiks na konkurs MFK, bo pomysł jest od dawna, tylko trzeba go trochę uaktualnić.

Niżej zajawka, zaś w rozwinięciu fenomenalna praca w pełnej okazałości. I słów kilka, jakem Anonimowy Grzybiarz!



poniedziałek, 20 stycznia 2014

394 - Zaufany Recenzent portalu Filmweb i debiut w 16 milimetrach

Małymi kroczkami do przodu.


Piętnastego stycznia ukazał się nowy numer magazynu filmowego 16 milimetrów. Tematem przewodnim numeru jest konsumpcjonizm, lecz fani kolorowych zeszytów powinni również znaleźć w nim coś dla siebie. W magazynie znalazło się miejsce dla kilku pasków komiksowych, artykułu o Agentach S.H.I.E.L.D. (o których ja, nazbyt entuzjastycznie, pisałem tutaj) oraz mojego tekstu o telewizyjnych wcieleniach Batmana. Przyznam szczerze, że choć debiut w nowym miejscu cieszy jak zawsze, to z tekstu nie jestem do końca zadowolony. Powstawał, gdy deadline był zdecydowanie za blisko, a finalnie został skrócony o 1/3, więc wszystkie ładne zdania i ciekawostki wyleciały, za to jednak mogę winić tylko siebie. Mimo to zapraszam do zapoznania się z całym numerem.

Redakcja portalu Filmweb postanowiła wyróżnić mnie znakiem Zaufanego Recenzenta. A to dlatego, że moje recenzje, cytuję: wyróżniają się pod względem dobrego warsztatu pisarskiego, treści merytorycznej, a także cieszą uznaniem społeczności. Tak naprawdę nie ma się czym podniecać, poza szacunkiem na dzielni (ze wszystkich piszących użytkowników wybrano 23 osoby), owo wyróżnienie niewiele mi daje. Od teraz moje teksty nie czekają w kolejce na weryfikację, tylko zostają opublikowane automatycznie po zapisaniu. Nie narzekam, bo czerwone pióro na profilu wygląda kozacko!


A tak poza tym to nie byłem na rozdaniu Złotych Kurczaków bo SESJA. Pojadę za rok, na Kurczaki i do Angoulême!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

389 - To był świetny rok

Rok 2013 okazał się pracowity i owocny.

Dobra passa zaczęła się w lutym, kiedy Magazyn Krakowski opublikował mój artykuł o działalności Małopolskiego Studia Komiksu. I choć kolejny artykuł, o Krakowskim Festiwalu Komiksu już się nie ukazał, bo pismo zawiesiło działalność, to i tak jestem z obu zadowolony.

Przez kolejne miesiące bawiłem się w robienie filmów - udało mi się wziąć udział w czterech projektach filmowych, z czego w trzech w charakterze współscenarzysty. W efekcie powstały następujące tytuły: Panienka z Pudełka, Gości nie będzie (reż. Anita Bugajska), Dziewczyna (reż. Adam Pluciński) i Alicja ma kota. Panienka dostała się do finału konkursu etiud i animacji Kamera Akcja i półfinału Festiwalu FAMA, Goście (w pierwotnej wersji) trafili do finału konkursu Wolę Kino i zostali wyświetleni w Kinie pod Baranami. Drobne sukcesy, a dały mi dużo radości, podobnie jak sama praca przy tych projektach.

Nawet pod względem komiksowym było lepiej niż zazwyczaj. Zaszczyciłem swą obecnością trzy festiwale: w Krakowie, Warszawie i Łodzi, na każdym bawiłem się przynajmniej dobrze. Short Tajemnica Spowiedzi (rys. Grzegorz Pawlak) został opublikowany w 15. numerze Zeszytów Komiksowych, a plansza zrobiona z Norbertem Rybarczykiem ukazała się w trzecim numerze zina Mydło. Znów niewiele, a frajdy sporo.

Wziąłem udział w wolontariacie przy 6. edycji OFF PLUS CAMERA International Festival of Independent Cinema, dzięki czemu mogłem oglądać za darmo mnóstwo filmów. W listopadzie trafiłem na galę wręczenia Nagrody im. Wisławy Szymborskiej i udawałem literacką szychę.

Przez cały rok udało mi się napisać i opublikować w internetach 38 recenzji. Tradycyjnie pisałem dla Alei Komiksu, Valkirii Network i Poltera, zadebiutowałem również na Kolorowych Zeszytach, a w konkursie Cała Polska pisze o komiksach zdobyłem wyróżnienie i wygrałem kalendarz.

Nie udało mi się zrealizować wszystkich projektów, część pewnie skończę w 2014 roku, część pewnie zostanie odłożona na czas nieokreślony z różnych powodów (w tym licencjatu o Marvel Cinematic Universe, za który wypadałoby się w końcu zabrać).

Na koniec mała zajaweczka nowego Kiwi Kida (rys. Anna Helena Szymborska, kolory Rybb):


niedziela, 25 sierpnia 2013

356 - Piąte urodziny i trzy kadry z Immortala!

Dokładnie pięć lat temu, 25 sierpnia 2008 roku, napisałem na tym blogu pierwszy post. Byłem niemal pewien, że blog podzieli los moich dwóch poprzednich blogów, które zmarły śmiercią męczeńską po kilku tygodniach. Założyłem się nawet z kolegą, że blog padnie przed publikacją dwudziestego posta. Wygrałem, obiecanych TM-Semiców ciągle nie dostałem. Jeśli to czytasz, draniu, to wiedz, że pamiętam.

355 postów w pięć lat - chyba nieźle. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę wszelakie prognozy nienapawające optymizmem. Sporo dobrego dołożyli Rafał Kołsut i Damian Bogunowicz, którzy przez jakieś 3 lata publikowali tu swoje teksty. Ogólnie bardzo podoba mi się to, jak blog ewoluował - zarówno pod względem jakości tekstów, jak i samego wyglądu (dzięki Rybbson!).

Miło mi się robi jak poznaję kogoś nowego na KW albo MFK i gdy słyszy "Anonimowy Grzybiarz", to nie wyzywa mnie od debili z forum gildii, tylko mówi, że kojarzy bloga. A że są i tacy, którzy pamiętają forum gildii w okolicach 2007 roku, cóż - tak burzliwa przeszłość z pewnością odblokowuje jakiś achievment.

W maju chwaliłem się 75 000 wejść, teraz - trzy miesiące później - jest ich już 84 327, to kolejny argument, by licznikowi nie ufać. Oczywiście bardzo bym się cieszył, gdyby przez ponad 4 lata weszło tu 75k osób, a przez ostatnie trzy miechy prawie 10k. Ale nie wiem, czy to możliwe. Jest progress, również w komentarzach, które są praktycznie niewidoczne (w sensie - większość wpisów ma 0 komentarzy), a jest ich 861.

Dzięki wszystkim, którzy zaglądają i/lub czytają.

Z okazji piątych urodzin miał tu trafić okazjonalny obrazek, jednak żaden z rysowników, którymi rozmawiałem, nie podjął się narysowania takowego. Ma być w późniejszym terminie. A na razie łapcie coś specjalnego - trzy kadry z Immortala, w szkicu nowego rysownika:

Łukasz Rydzewski szaleje

Wczoraj zaliczyłem też swój debiut na Kolorowych Zeszytach pisząc o The Strange Talent of Luther Strode. Zapraszam.

Na koniec kolejna z moich osiedlowych historii. Wiem, że Michał Jutkiewicz je uwielbia, więc na szybkości: wczoraj, impreza. Wpada typ z rozciętą łapą. Od barku do łokcia gruby sznyt. Ogólnie wiecie, krew, te sprawy. Wyszedł przed blok, bo jacyś gówniarze się awanturowali. Dostał maczetą. "Taki urok miejsca zamieszkania" - podsumował. Wiadomo - morda nie szklanka, ale uważajcie na gimnazjalistów ze sprzętem.

niedziela, 26 maja 2013

343 - Okrągła liczba wejść i okzajonalny obrazek

Dziś blogowi stuknęło 75 000 wejść. Szału pewnie nie ma, w każdym bądź razie wydaje mi się, że prawdziwa liczba wejść jest większa, bo blog istnieje od 2008 roku, a licznik działa od połowy 2009. 

Największą popularnością cieszy się tekst o Quantum of Solace sprzed stu lat, jeszcze z czasów, gdy rzadko odwiedzałem kinowe sale. Czego nie mogę powiedzieć o sobie teraz. Następne w kolejce są zdjęcia mojej książkowo-komiksowej kolekcji: raz i dwa. Również Panienka z pudełka zwabiła na blog ponad pół tysiąca amatorów amatorskich filmów.

Na koniec okazjonalny obrazek stworzony przez Mariusza Topolskiego. Mariusz na swoim blogu swego czasu publikował rysunki robione na życzenie czytelników. Nie zastanawiając się długo poprosiłem o jego wizję Anonimowego Grzybiarza. Oto ona:



W najbliższych dniach spodziewajcie się kilku informacji o nowym filmie, na planie którego pracujemy z całą ekipą od blisko miesiąca. Dzieje się!

środa, 1 maja 2013

337 - Czysta robota


Dziś święto pracy rozpoczynające długi, majowy weekend. Dla mnie to świetna okazja, by trochę... popracować. Plany są spore, ciekawe ile rozpoczętych rzeczy uda mi się skończyć. Liczę, że jeśli nie wszystkie, to chociaż najważniejszą, nad którą obecnie siedzę od kilku dni. Nie chcę zbyt wiele mówić, ale strasznie się jaram, wstałem nawet ostatnio o 5:30 i na tęgim kacu zacząłem pisać. Około 10 skończyłem i wróciłem do spania. Był ogień. Teraz czas na research. Pod koniec miesiąca wszystko powinno być skończone. Wtedy napiszę więcej i zrobię konkurs. Powyższe zdjęcie powinno dostarczyć ciekawskim kilku wskazówek.

piątek, 29 marca 2013

329 - Panienka z pudełka - premiera

Po tygodniu wytężonej pracy, po wielu dniach oczekiwań... WRESZCIE JEST.

Przed Państwem...




Da-da-dum!

Pierwszy robiony na serio film, do którego pisałem scenariusz. Czyste szaleństwo, cud, albo nieskończony geniusz - nazywajcie to jak chcecie. Ale wcześniej... Posłuchajcie...



Piątek. Koleżanka podbija na warsztatach filmowych i mówi, że jest konkurs na krótki film amatorski organizowany przy okazji festiwalu Offplus Camera. I że warto coś nakręcić, bo czemu nie, że zawsze chcieliśmy coś zrobić, więc jest okazja i tak dalej. Mówię, że spoko i pytam, kiedy deadline. Za tydzień, odpowiada. Hardkor. Nie ma szans, ale w sumie można spróbować, czemu nie?

W niedzielę rozkminiamy scenariusz. Od rzeczy na dużo za dużą skalę przechodzimy do skali, którą możemy udźwignąć. Mała przestrzeń, niewielu aktorów, mniej zamieszania z lataniem z kamerą po mieście. Okej, teraz historia. Coś prostego, ale z mocą. Mówię, że wymyśliłem kiedyś taki scenar, o dwóch gościach grających na konsoli. Ale trzeba przerobić, bo stary, bo dialogi słabe, bo puenta mało wyrazista. No to przerabiamy. 

Okej, coś mamy. Jest super. Ja się jaram, Anita trochę mniej, bo jednak wolałaby inny klimat. Ale ja ciągle mówię, że super, więc w końcu kiwa głową, żebym dał jej spokój. Zamawiamy pizze, sami dobieramy składniki. Czekamy, jemy. Żołądki pełne, więc jest coraz bardziej super.

Wpada Ola i Kuba. Słuchają mojego bełkotu, mówią, że ok. Znowu się cieszę. Zbieramy się, bo dzień dobiega końca. Jadę do domu, robię sobie chwilę przerwy, a potem piszę dialogi. Dzień się kończy, ja kończę pisać. Wysyłam do poprawki. Idę spać.


Przez następne dwa dni mam kryzys twórczy. Nic mi się nie podoba, wydaje mi się, że scenar jest totalnie beznadziejny. Wypaliłem się, nie mogę napisać zdania. Czytam poprawki, są beznadziejne, tak jak moje dialogi. Nie mamy pudła. Wszystko jest beznadziejne, pustka, pustka, pustka. Oglądam Fargo Coenów, Pulp Fiction Tarantino i piąty sezon Doktora Who. Nie pomaga, wciąż nie mamy pudła.

W środę prace zaczynają się o siódmej. Wstaję o 10 po nocnym maratonie filmowym, dzwonię, pudło jest. Dobrze. Brakuje lufki i browarów. Jadę do sklepu. Wpadam i mówię: "Lufkę i cztery najtańsze browary". Kobieta za ladą nie ogarnia, coś duka i nerwowo mruga. Jak szalona mruga. Pokazuję jej dowód na uspokojenie, biorę zakupy, płacę i lecę. 

Docieram na miejsce. Witam się, zbijam piony, przekazuję zakupy. Lufka stłuczona, nie zauważyłem. Prace trwają, jest jedna scena. Po 4 godzinach, jedna scena. Najkrótsza. Nie wierzę w powodzenie, ale nic nie mówię. Siadam w kącie, żeby nie przeszkadzać. Anita ogarnia, Mateusz też. Janek klnie i też ogarnia. Aktorzy dają radę. Ewelina przeżywa życiowe dylematy, o których z lubością wszystkich informuje. Nawet kilka razy. Coś o pogrzebach, jakiś Wojtek chyba umarł, nie wiem.  Nie wnikam. Będzie dobrze, coby się nie działo.

Dźwięk jest, kamera poszła. Akcja.
Nagrywamy, grają, gramy. Do przodu, coraz lepiej i sprawniej. Coraz fajniej.


Wpada Janusz. Gramy kurierów, mówię więcej. Idziemy na stację po hot dogi. Zapominam coli. Janusz pije piwo. Najpierw swoje, potem ekipy. Ma chrapkę na Jasia Wędrowniczka, ale to nie jego, więc nie pije (choć piwa wypił). Dziwna filozofia, ale nie może trzymać lampy. Ponoć przez religię.

I tak cały dzień. Jest ekstra, jestem trochę niepotrzebny (Anitka i Mateusz ogarniają), ale udaję, że jestem ważny. Scenariusz sam się nie napisał, c'nie? Powoli kończymy. Jaram się. Jest ekstra. Jestem zmęczony, choć niewiele robię. Szacun dla reszty, że tak dużo robią i jeszcze im się chce. Presja czasu albo piguły. Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Byle do przodu.

Koniec, jeszcze piosenka. Łukasz grał cały dzień w filmie, teraz gra na gitarze. I śpiewa. My lecimy z ostatnią zwrotką. Jest fun, sporo funu, mimo zmęczenia. Trzeba jeszcze dograć scenę z Danielem. Jest problem z synchronizacją, zmontuje się. Nagrywamy, dźwięk jest, akcja jest i kamera. Nawet blenda. Jeszcze głosy z offu. Koniec.

Jaś Wędrowniczek idzie w ruch. Łycha w kuchni, papierosy na balkonie. Ja nie palę, ale jestem za legalem. Uściski, gratulacje. Wszyscy padają z nóg. Ale jest super. Udało się niemożliwe. I chyba całkiem fajnie wyszło. Zobaczy się po montażu.


Montaż trwa całą noc, nie biorę w nim udziału. Kibicuję w domu, śpiąc z trzymanymi kciukami. Rano wstaję i bolą mnie kciuki. Od ściskania. Deadline przedłużony, nie trzeba się było spieszyć. Brakuje nam kilku ujęć, ale jakoś to ogarniamy. Hardkor trwa.

Wreszcie jest całość, gotowa. Znowu trzeba przemontować, bo na konkurs chcą wersję bez przekleństw. Niech będzie. Prace w toku, stresuję się i jaram na zmianę, głupie uczucia. Nie mogę się doczekać. W końcu finał. Lepszy, niżbym marzył.

Dziękuję wszystkim, kocham Was.


czwartek, 21 lutego 2013

323 - O Oscarach, o szynach i o komiksach w Magazynie Krakowskim

Miałem dziś pisać tylko o kolejnej publikacji, ale postanowiłem nadrobić jeszcze kilka tematów, o których chciałem napisać o dłuższego czasu, ale nie mogłem się zebrać.


O Oscarach:
(w niektórych kategoriach nie mam pojęcia na co postawić, więc je omijam)

  • Z nominowanych w tym roku filmów do nagrody Akademii w kategorii Best picture najbardziej podobał mi się oczywiście Django. Affleckowa Operacja Argo o dziwo też bardzo dobra, podobnie jak Bestie z południowych krain. A wygra pewnie Lincoln.

  • Najlepszy aktor pierwszoplanowy? Batalia rozegra się pomiędzy Danielem Day-Lewisem a Jaoquinem Phoenixem. Kto wygra nie jestem w stanie powiedzieć, czas pokaże.

  • Jeśli chodzi o aktora drugoplanowego, to stawiam albo na Waltza albo na Hoffmana.

  •  Drugoplanowa aktorka? Proste, że Selina Anne Hathaway, nie musiała się nawet wysilać, bo konkurencja praktycznie zerowa.

  • W temacie reżyserii wbrew wszystkim postawię na Benha Zeitlina, bo jego Bestie mnie oczarowały. Nie powaliły, ale były cudownie magiczne.

  • Nagroda za najlepszy scenariusz oryginalny powinna powędrować do Wesa Andersona za Moonrise Kingdom. Film w całości jest cudownie uroczy, ale skoro nie jest nominowany w innych kategoriach, to niech chociaż za scenar dostanie, a co!


  • Najlepsza animacja długometrażowa - tu jest problem, bo wszystkie z animacji stoją na podobnie wysokim poziomie. Po zastanowieniu oddaję głos na ParaNormana. Najbardziej rozczarowała mnie natomiast Merida.

  • Jeśli zaś chodzi o animacje krótkometrażowe, to też nie mam problemu z wyborem. Najciekawiej prezentuje się Po uszy i to właśnie temu filmikowi kibicuję, bo jest porządnie zrealizowany i ma świetne pomysły. Adam i Pies mnie wynudził, w Simpsonach było za mało Simpsonów, Fresh guacamole jest zaledwie ciekawostką (i to taką samą, jak wszystkie poprzednie filmy tych twórców), zaś sławny Paperman, mimo że nie można odmówić mu zalet (klimat, muzyka, animacja), to jest dość wtórny.

Tyle o Oscarach. Pozostając przy filmach - nowa Szklana Pułapka jest beznadziejna. Mam dużo argumentów, którymi mogę podeprzeć tą tezę, ale to materiał na osobny wpis. Szczerze mówiąc, nie mam nawet ochoty pisać o tym filmie, ale chyba przyjdzie kiedyś czas, by to z siebie wyrzucić ku uciesze gawiedzi.


Przejdźmy do publikacji, o której wczoraj wspominałem. Magazyn Krakowski opublikował mój artykuł poświęcony krakowskiej scenie komiksowej. Jest między innymi o KKK oraz o Małopolskim Studiu Komiksu. Na dokładkę dochodzi wywiad z Rafałem Szłapą (tym razem przeprowadzony bardziej tradycyjnie) i dwie nowe ilustracje, z czego jedna premierowa. Jeśli jakiś niedogolony młodzieniec bądź piękna panna będą Wam wciskali na ulicy Magazyn, to weźcie. I przeczytajcie.


Na koniec kolejna z moich zabawnych, ulicznych historii. Szewska, Rynek Główny, Kraków, koło drugiej w nocy. Wracam z kolegami z piwa, trochę chwiejnie, acz z uśmiechem na ustach. Jak to ja. Znaczy, jak to ja, że z uśmiechem, bo nie tak znowu zawsze chwiejnie! Nagle podbija jakiś napruty gość koło trzydziestki, pcha mnie i krzyczy: JEDZIESZ PO SZYNACH?! JEDZIESZ PO SZYNACH?!
Byłem tak zaskoczony, że nawet nie zauważyłem tego popchnięcia, tylko zacząłem się zastanawiać o jakie szyny chodzi. Do dziś nie wiem, bo koledzy zareagowali. Z właściwą im porywczością.

poniedziałek, 11 lutego 2013

319 - Dziwki* w Muzeum Narodowym

 * "Dziwki" jako "cuda i dziwy" tylko w mniejszej skali, więc zdrobniale, nie zaś jako grzeszne pannice.

Już sam początek mojej wizyty w głównym gmachu Muzeum Narodowego w Krakowie przy al. 3 Maja 1 zwiastował coś podejrzanego. Pani w kasie była nadzwyczaj uprzejma i nie prosiła o drobne. Z uśmiechem na twarzy i bezproblemowo wydała mi resztę i zaprosiła do szatni, zaznaczając przy okazji, że ta jest obowiązkowa.

Zwiedzanie zacząłem od Galerii Rzemiosła Artystycznego. Na samym początku w oczy rzuciły mi się potężne i masywne dzwony z XVII wieku. Była to jednak tylko zapowiedź, tego, co czekało mnie dalej, a co niezwykle mnie zaskoczyło. Spacerkiem podążałem wzdłuż ścian ozdobionych zabytkami rzemiosła wszelakiego, kluczyłem między gablotami i brudziłem oddechem szyby pochylając się na co ciekawszym eksponatem. Byłem jedynym zwiedzającym pogrążonym w przyjemnym i dodającym klimatu półmroku, więc kilka kroków za mną podążała pani strażnik, obserwując mnie uważnie i niezbyt przyjaźnie – jakby podejrzewała, że zaraz dźwignę wielki mosiężny świecznik, wsadzę pod pachę i zacznę zwiewać przez okno. Zresztą zachowanie pani strażnik było dość niepokojące, ponieważ gdy ja robiłem krok – ona również, gdy stawałem – stawała i ona. Szybko sytuacja wydała mi się zabawna i zacząłem panią strażnik nieco podpuszczać, co jakiś czas gwałtownie zmieniając kierunek, cofając się niespodziewanie, bądź gwałtownie kucając by coś dokładnie obejrzeć. Pani strażnik była jednak twarda i mimo lekkiej zadyszki łatwo się nie poddawała. O ile jednak zmieniała kierunek wraz ze mną (choć wkładając w tą czynność mniej dynamizmu niż niżej podpisany), a nawet się cofała, tak nie zniżyła się – dosłownie i w przenośni - do kucania. Szkoda, z pewnością byłby to niecodzienny widok z racji jej puszystych kształtów i niecodziennej kanciastości głowy. Bo – przyznam szczerze – nigdy nie widziałem kucającej pani, która miałaby tak kwadratową głowę. Głowę, której można by używać niby linijki na lekcjach matematyki. Oczywiście po wcześniejszym uzyskaniu na to zgody od szanownej posiadaczki tej niezwykłości.

Kilkoma eksponatami, które szczególnie mnie zainteresowały w Galerii Rzemiosła Artystycznego, były z pozoru przedmioty zwyczajne. Może się to wydać dziwne (a ja wcale nie przeczę, że to dziwne nie jest), ale najbardziej z całej wystawy zainteresowały mnie rzeczy, z którymi mamy do czynienia na co dzień. Mianowicie na mą szczególną uwagę zasłużyły... łyżki.

Łyżka do zupy, przedmiot - wydawałoby się - zwyczajny, używany codziennie do konsumpcji potraw raczej płynnych. Znaczącą różnicą, która wprawiła w ruch moje szare komórki, była jednak szerokość takowej łyżki. Bo trzeba powiedzieć wyraźnie – łyżki prezentowane w Muzeum Narodowym są nieziemsko szerokie (przynajmniej w porównaniu z tymi, których używamy na co dzień). To od razu zmusza człowieka do zadania sobie kilku podstawowych i fundamentalnych pytań (o których istnieniu nie mieliśmy wcześniej pojęcia) – czy tak szerokie łyżki mieściły się bezproblemowo w ustach żyjących kiedyś osób? A jeśli tak, to czy owe usta były tak szerokie u wszystkich, czy tylko u niektórych? I co z policzkami – czy nie były przez to zdeformowane? A idąc za ciosem – co z całą twarzą? Czy ludzie kiedyś mieli naprawdę aż tak duże głowy, by ich twarze mogły posiadać tak nadnaturalnie szerokie usta, by te z kolei mogły pomieścić monstrualne i groteskowo szerokie łyżki? Niestety, obawiam się, że są to jedne z tych pytań, na które nigdy nie dane mi będzie poznać odpowiedzi. Wiem natomiast jedno – współczesny człowiek nawet pod przymusem nie zjadłby obiadu taką łyżką. Przynajmniej nie bez bardziej lub mniej poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Dwie pozostałe wystawy nie wzbudziły już takich emocji. Z drugiej strony, ciekawie było popatrzeć na broń, jakiej kiedyś używano, a niektóre arcydzieła malarskie naprawdę cieszyły oko. Jednak poza wymyślnym połączeniem pistoletu i szabli, paroma pięknie zdobionymi buzdyganami nic na dłużej mnie nie zatrzymało w Galerii „Broń i Barwa w Polsce”. Oczywiście mogę zachwycić się kunsztem, z jakim kiedyś broń była wykonywana i pobawić się w zaimprowizowanych zasiekach, jednak powiedzmy szczerze: dostanę do rąk saperkę, kilka worków z piaskiem i trochę drutu kolczastego, a zrobię przed domem lepsze okopy.

W Galerii Sztuki Polskiej XX wieku zauroczyły mnie kolejne obrazy Tadeusza Makowskiego z „austriackiego” okresu jego twórczości – przedstawiające charakterystyczne dla niego wyobrażenia dzieci w spiczastych czapkach. Natomiast sztuka „współczesna” (bądź „nowoczesna”) jak zwykle wzbudziła mieszane emocje i skłoniła do dyskusji ze spotkanymi po drodze znajomymi. 

Ponaglany gniewnym burczeniem własnego brzucha (który przypominał, że owego dnia zjadłem tylko śniadanie, a pora była już zdecydowanie „poobiednio-drzemkowa”) opuściłem główny gmach Muzeum Narodowego w mieszanym nastroju. Ekspozycje stałe są dość ubogie - tak, jakby muzeum bało się pochwalić co ważniejszymi dziełami, które z pewnością spoczywają w jakimś magazynie. Poza tym, w XXI wieku, w czasach, gdzie muzea stają się coraz bardziej interaktywne i przyjazne, w Muzeum Narodowym czuć przyzwyczajenie do tradycji i starą szkołę. Wystarczy przypomnieć sobie muzea, w których w ekspozycje wplecione są filmy i eksponaty, które można dotykać i oglądać z każdej strony. Tu dostajemy jakiś smutny i ustawowy dokument (i to z dźwiękiem w tak złej jakości, że trudno cokolwiek zrozumieć), możemy potrzymać przez chwilę tarczę z odpustu i schować się w rażących sztucznością i naprędce zaimprowizowanych zasiekach. Mówiąc krótko: bieda – nic, co mogłoby zainteresować sztuką dzieci w wieku szkolnym, a i dorosłych wprawić choćby w umiarkowany zachwyt. Poza samą sztuką oczywiście.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

315 - Podsumowanie komiksowego roku


W skrócie. Wczoraj na moich ulubionych Kolorowych Zeszytach ukazało się podsumowanie komiksowego roku według twórców. Obok tekstów Maćka Pałki, Olgi Wróbel i Marka Turka znalazło się kilka zdań od niżej podpisanego.  Z jednej strony jestem dumny, bo towarzystwo zacne, z drugiej jestem trochę speszony ich wielkością, a moją małością. Co nie przeszkadza mi się głupio cieszyć i zachęcać Was do odwiedzenia wiadomej strony i przeczytania, co ciekawego mamy do powiedzenia na temat minionego roku. Właśnie się zorientowałem, że pisząc o premierach filmów komiksowych zapomniałem wspomnieć o Comic-Conie, damn...

niedziela, 25 listopada 2012

303 - Siedzimy, nic się nie dzieje, nuda...

Listopad ubogi w notki. Moja wina - z jednej strony nie było o czym pisać, bo mało ostatnio czytam, z drugiej jeśli już się coś pojawiło, to jakoś chęci nie starczyło by przysiąść do klawiatury i wystukać choćby kilkaset znaków. Oglądnąłem jednak ostatnio kilka ciekawych filmów, więc w telegraficznym skrócie podzielę się wrażeniami:

Pokłosie - bardzo dobry, mocny film. Ciężki (choć widziałem cięższe), dobrze zagrany (cieszą gościnne występy aktorów starego pokolenia), gęsty od klimatu. Jedyne, co przeszkadzało mi podczas seansu to sztucznie wypowiadane kwestie. Zwłaszcza na początku dialogi wydawały mi się nazbyt deklamowane.

V/H/S - nie przepadam za horrorami kręconymi "z łapy" (tzw. found footage), ale ten mi się podobał. Nowelowa budowa całości pozwala przedstawić kilka ciekawych historii. Niby nic szczególnie oryginalnego, ale całość wywołuje dobre wrażenie, a sama koncepcja ułożenia (i fabularnego wytłumaczenia) nowel jest interesująca i działa na plus. Poza tym są cycki, a film naprawdę straszy.

Gangster - spotkałem się z różnymi opiniami na temat tego filmu, ale mi bardzo się spodobał. Zaskoczył głównie klimatem i sposobem snucia opowieści. Ale muzyka i postaci (Tom Hardy!) też robią swoje. Muszę nadrobić westernową "Propozycję" tego samego scenarzysty.

Miłość - smutna historia, głosy zewsząd o genialności tejże, płaczący ludzie w kinie, a ja się okropnie wynudziłem. Film o umieraniu i w żmudny i realistyczny sposób dokładnie je przedstawiający. Zabrakło mi chyba większej ilości scen "sprzed choroby" głównej bohaterki, które z pewnością wzmocniłyby moją z nią więź, w czego konsekwencji reszta filmu wywarła by na mnie większe wrażenie. A tak, film zupełnie do mnie nie trafił. Cytując samego siebie: "nie moje klimaty". Oczekiwałem po tym filmie porządnego pierdolnięcia między oczy, a nie dostałem nawet leciutkiego szturchańca w żebra. Jeśli rozumiecie, o co mi chodzi.

Na dziś tyle. Jeszcze w listopadzie powinna się pojawić na blogu recenzja "Czerwonej Mgły" Kołodziejczaka. Obiecuję nie wspominać w kontekście tytułu o katastrofie Smoleńskiej. Bo ile można. Będzie też o "Daytripperze", czwartym zbiorczym Lucky Luke'u, trzecim tomie Akt Dresdena i - jeśli Egmont przyśle egzemplarz recenzencki - o nowych Baśniach. Będzie, prędzej czy później. Bo stosik rzeczy, o których wypada napisać, jest nadzwyczaj wysoki i niebezpiecznie się już chwieje.

poniedziałek, 8 października 2012

293 - Najlepszy weekend w roku, jak co roku - MFK 2012

Był ogień.



Zaczęło się bardzo dobrze - od przyjemnej i bezproblemowej jazdy. Trafiliśmy do Łodzi od razu i (robiąc jeden postój na kawę i drożdżówki) dotarliśmy tam w jakieś 3,5 h. Potem było tylko lepiej. Zostawiliśmy Tomka i dziewczyny pod ŁDKiem, zabraliśmy bagaże Jerzego i ruszyliśmy z Kubą do naszej kwatery.

Zostawiwszy bety i auto tamże wróciliśmy autobusem. Jako że do pierwszego ciekawego spotkania było trochę czasu, to uderzyliśmy na giełdę. Ale wcześniej musieliśmy odebrać wejściówki. I tu pojawił się pierwszy (i na szczęście jedyny) zgrzyt. Nie było mnie na liście uczestników konkursu na krótką formę komiksową. Dziwne, bo przecież w konkursie udział brałem. Przejrzeliśmy listę nazwisk trzy razy jednak nie znaleźliśmy mojego. Ale nic to! Pan uwierzył na ładne oczy i dostałem smycz z plakietką upoważniającą do buszowania po festiwalu bez ograniczeń. Inna sprawa, że moja praca wisiała na wystawie pokonkursowej, ale była podpisana tylko nazwiskiem rysownika. Smuteczek.

Wszelkie smuty zeszły na bok, gdy tylko znalazłem się w budynku eMeFKowej giełdy! O ja cie! Ale fajnie, ile ludzi, ile komiksów! Banan na ryju mode: on! Pierwsze kilkanaście minut po prostu chodziłem i patrzyłem. Witałem się ze znajomymi, poznawałem nowych ludzi i nie mogłem się zdecydować co kupić najpierw. Padło na Zeszyty Komiksowe i Szkicownik Śledzia, bo akurat Mistrz podpisywał, więc nie mogłem sobie odpuścić kolejnych rysunków i dedykacji, a także zamienienia kilku słów. Zresztą - co niektórych może przerazić - to jedyne dwa autografy jakie przywiozłem z Łodzi.

Bo wiecie, niektórzy to jadą na MFK tylko po to, by ktoś im pobazgrał komiksy. Całkiem tego nie rozumiem. Znaczy - potrafię zrozumieć i uszanować zajawkę (bo każda zajawka jest fajna, niezależnie czy jest nią szydełkowanie czy wróżenie z genitaliów), ale nie potrafię ogarnąć co jest szczególnego w pobazgranym komiksie. Nie można rozumieć wszystkiego. Wracając jednak do tego, co chciałem napisać, a co zeszło na dalszy plan - jednym z takich łowców autografów jest Michał Jankowski. Gość, który dopiero niedawno zapamiętał jak się nazywam, jest szalonym szaleńcem - przywiózł z Łodzi 22 rysunki. Świetna sprawa, jednak gdy pomyślę, że pewnie jakieś 3/4 czasu spędził w kolejkach (lub stawiając w nich żonę) to jednak dochodzę do wniosku, że mi byłoby szkoda. Ale co kto lubi, jest zajawka, jest dobrze. Poza tym Michał, działając jako wysłannik Małopolskiego Studia Komiksu, pozyskał do zbiorów bibliotecznych kilka nowych albumów. Wkrótce będzie je można wypożyczyć na Rajskiej, gdzie Was serdecznie zapraszam. Duża piona dla Michała i Doritki, dzięki!

Potem znaleźliśmy się z Rybbem. Muszę przyznać, że to spotkanie było dla mnie największą atrakcją całego festiwalu (sorry McKean, Melinda and the rest), bo z Norbertem współpracujemy od kilku lat, a nie było jeszcze okazji się spotkać. Na szczęście okazało się, że jest on dokładnie takim wariatem, za jakiego go uważałem. Dobry chłopak, znaczy. Powłóczyliśmy się po giełdzie, zobaczyliśmy wystawę, poprzybijaliśmy piony i razem z szanowną narzeczoną i Harrym (który nie lubi komiksów) poszliśmy coś wszamać. Zahaczyliśmy oczywiście o Warzywa i Owoce, pękło kilka browarów, więc było coraz weselej. Po zjedzeniu naprawdę dobrego kebaba (nie to, co ten syf w kfc), rozstaliśmy się - oni poszli grupowo wyprowadzić psa Harry'ego (nie wnikam), ja wróciłem do ŁDKu.

Reszta dnia minęła szybko, nawet nie wiem kiedy zaczęto gasić światła na giełdzie i podjechały autobusy mające zabrać wszystkich na after do Wytwórni. W autobusie dosiadłem się do Gosi, która - jak się okazało - ciska komiksy. Są plany, żeby coś wspólnie zrobić - najpierw szorta na przyszłoroczny konkurs, a w międzyczasie/później coś dłuższego. Mam nadzieję, że się uda. Na afterze pojawił się również Rybb, więc mieliśmy jeszcze chwilę by wymienić się pomysłami i ponarzekać na rysowników Immortala. Niestety dość szybko się zebrał, ale i tak było zajebiście. Resztę wieczoru spędziłem lawirując pomiędzy grupkami, a po pierwszej zebraliśmy się do hotelu. Czas najwyższy, bo jeszcze kilka piw i skończyłbym jak co poniektórzy leżąc na stole i zgonując (nie będę pokazywał palcem, ale wiedźcie, że zrobiłem kompromitujące zdjęcia! Zostaliście ostrzeżeni!).

Niedzielny poranek nie był najszczęśliwszym (wypite poprzedniego dnia piwa w ilości dużej zaczęły o sobie przypominać). Narzekać jednak nie miałem zamiaru. Najpierw do sklepu, a potem do ŁDKowej kawiarni na bułkę z pasztetem i na giełdę, po ostatnie zakupy. Potem spotkanie z Rafałem Szłapą, Maćkiem Pałką (naprawdę świetne!), fragment tego z żoną Moore'a i ze Śledziem (słabo poprowadzone). Następnie pizza z GiPem i jego lubą, pożegnania i znowu na giełdę (po tym razem na serio, serio ostatnie zakupy za ostatnie pieniądze), potem spotkanie z Michałem Klimczykiem (bardzo fajnym, niezwykle pozytywnym i trochę zakręconym ludziem), Minkiewiczami i do domu.

W przyrodzie musi panować równowaga, więc droga powrotna nie była już tak łatwa, jak ta do Łodzi. Pogubiliśmy się trochę i natrafiliśmy na porządny korek. Na szczęście, atmosfera w aucie była świetna, więc nawet te drobne trudności można było przełknąć z uśmiechem na twarzy. Właśnie współtowarzyszom podróży chciałbym najbardziej podziękować, bo jak zawsze było bardzo miło, no i praktycznie bez nich nie dotarłbym do Łodzi.

Pobiłem też swój zeszłoroczny rekord i przywiozłem do Krk 34 (słownie: trzydzieści cztery) komiksy. Duża piona dla wszystkich, z którymi się spotkałem. Mam nadzieję, że wszyscy bawili się równie dobrze. Dzięki i do zobaczenia za rok! Pamiętajcie:
Komiksiarzy było wielu, żaden jednak nie miał helu!

Moje! I bezdomne, bo regał stanowczo odmówił przyjmowania pod swój dach kolejnych komiksów :(

piątek, 5 października 2012

292 - Przed MFK

Dwudziesty trzeci Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier już jutro. O siódmej rano wsiadam do auta i wraz z Kubą, Kasią, Tomkiem i Justyną kierujemy się w stronę Łodzi. Na miejscu ma być jeszcze m.in. GiP i Rybb, więc zapowiada się mocarna ekipa. Do tego ciekawe spotkania i mnóstwo komiksów. Będzie ogień!

Jadłem ostatnio kebaba w KFC. Nowość, "jedyny taki kebab". Jako koneser tego dania (o ile mogę tak o sobie powiedzieć) nie mogłem przejść obok obojętnie. Wstąpiłem, kupiłem, odpakowałem. I tu zaczęło być zabawnie, bo mówiąc krótko - nie wiedziałem jak to ugryźć - dosłownie i w przenośni. Kebabson w KFC jest spory, to trzeba uczciwie przyznać. I to niejako stanowi problem, bo w przeciwieństwie do normalnych kebabowni, gdzie do mięsa w bułce dostajemy widelec, tu nie. Wiecie, w jednej ręce trzymamy kebaba, najpierw wyjadamy pyszności ze środka widelcem, a potem składamy bułkę z resztą mięsa/warzyw/sosu i normalnie gryziemy. KFC spieprzyło sprawę - bez widelca ani rusz. Znaczy - niby się da, małymi gryzkami, brudząc sobie twarz po samo czoło, z sosem cieknącym do rękawa i tak powoli, że "fastfood" nabiera całkowicie nowego znaczenia. Kebab w połowie się rozpada, gdyż jest zwyczajnie źle złożony. Dużo w nim niedobrej kapusty, trochę ogórków, pomidora i kurczaka, a buła jest ok. Niby spoko smakowo, no ale jednak nie ma to jak klasyka - mieszane mięso i średnio-ostry sos. Z przykrością stwierdzam, że ta cząstka mnie, która odpowiada za uwielbienie dla kebabów jest ogromnie zniesmaczona tym, co serwuje KFC.

Z innych mało interesujących rzeczy - trzeci sezon Boardwalk Empire, jednego z moich ulubionych seriali, po trzech odcinkach naprawdę daje radę. Trzyma świetny poziom poprzednich sezonów, akcja się zagęszcza, klimat wciąż jest genialny, a aktorstwo bardzo dobre. Polecam równie mocno, co poprzednie sezony. Zabrałem się za długo odkładanego Doctora Who, jestem oczarowany po kilku pierwszych epizodach, zobaczymy jak to się rozwinie. Ale czuję, że będzie dobrze.

To tyle, trzeba się jeszcze spakować, jeszcze raz przejrzeć - wydającą się nie mieć końca - listę zakupów i dokończyć referat o Conradzie na Wiedzę o Literaturze. Bo przecież wróciłem na studia i skończyło się radosne leniuchowanie. Przynajmniej to, które przez wakacje było w pełni usprawiedliwione.

wtorek, 4 września 2012

285 - Rozliczenie wakacyjne

Dwie trzecie wakacji za mną. Zgodnie z planem było sporo obijania, imprezowania, późnego wstawania, czytania i oglądania. Zwłaszcza tego ostatniego jest przerażająco dużo, codziennie oglądam przynajmniej jeden-dwa filmy. Chyba jestem uzależniony, co te studia robią z człowiekiem...? Prometeusz mi się podobał (zwłaszcza wizualnie jest genialny, scenar mógłby być lepszy), Batman jest świetny (zyskuje po drugim seansie) (no i BANE!), a Merida to najsłabsza animacja Pixara EVER (no, może na równi z drugimi Autami). Poza tym nadrabiam klasykę z listy, którą dostaliśmy na uczelni. Wiecie, kilkaset filmów (13 stron a4 samych tytułów) od 1895 do 1980 roku, które TRZEBA znać. Sporo świetnych rzeczy, kilka gorszych, bo czuć, że minęło już sporo lat od ich powstania i jako dzisiejszy widz zwyczajnie nie czuję pewnych rzeczy. Zmieniła się wrażliwość, chyba o to chodzi. Ale gdy przymknie się oko na niektóre rzeczy, to może być na prawdę dobrze. Przykadowo King Kong z trzydziestego trzeciego szczerze mnie oczarował, a już Zabójstwo Księcia Gwizjusza z 1908 okropnie wynudziło.

Miałem pisać o ósmym sezonie Trawki, ale jakoś nie ma zbytnio o czym pisać. Załatwmy to więc szybko:
Sezon nudny, nieśmieszny, niepotrzebny. Nużący i niewciągający. Aktorzy mają już dość, grają od niechcenia, a ich postacie straciły gdzieś jaja. I własną osobowość, bo niektóre diametralnie różnią się od samych siebie, znanych z poprzednich sezonów. Ewoluują, powiecie. Chuja tam ewoluują, raczej cofają się do epoki kamienia łupanego. Zostały jeszcze trzy epizody na rehab, ale według mnie nie ma ratunku. Rzekłem. Nie polecam, Jan Sławiński.

W wakacje miałem pisać i coś tam niby popisałem. Głównie recenzjaczki, które wkrótce pewnie trafią na bloga. Posłałem również tekst o kryminałach do Coś na progu, czekam na odpowiedź. Pewnie wyjdzie jak zwykle, no ale próbować warto.

Razem z Szymonem Sz posłaliśmy komiks na konkurs eMeFKowy. Wyszło chyba coś fajnego, przynajmniej mnie finalny rezultat (czy to pleonazm?) zadowala. Całkiem inaczej wyobrażałem sobie ten komiks, ale wizja jaką zaprezentował Szymon jest konkretna. Dziwna, mówiąc delikatnie, historia zamknęła się w pięciu stronach. Zajawka poniżej:


Gotham City Impostors przeszło na tryb f2p i jest dostępne na Steamie. To dobra informacja, zwłaszcza, że grę chciałem sprawdzić już wcześniej. Pograłem wczoraj chwilę (no dobra, pół dnia, strasznie mnie wciągnęło) i powiem Wam, moi kochani, że nie rozumiem wielu negatywnych głosów na temat tej produkcji. Jest fajnie, przede wszystkim gra daje sporo zabawy i zwykłej, prymitywnej frajdy, a o to chyba chodzi. Jak pogram dłużej, sprawdzę nowe tryby (bo na razie gram tylko w dm) i nowe klasy (których jest całkiem sporo, a ja dotychczas dobrze poznałem tylko jedną) to może coś napiszę więcej. Gameplay daje sporo frajdy, a wszystko jest fajnie osadzone w uniwersum Mrocznego Rycerza. Warto sprawdzić, zwłaszcza, że gra jest darmowa.

Na dziś chyba tyle. Wracam oglądać Barbarellę. Jest moc.

środa, 8 sierpnia 2012

280 - Kiedy umyka najważniejsze

Szał spowodowany wejściem do kin ostatniej części trylogii o Mrocznym Rycerzu w reżyserii Christophera Nolana przyćmiła na kilka dni tragedia, która miała miejsce podczas premierowego pokazu The Dark Knight Rises (jakoś nie łykam polskiego tłumaczenia) w kinie Aurora w Kolorado.

Wiele już napisano o samej tragedii, skupiając się głównie na napastniku i jego motywach. Podano suche liczby podsumowujące stracone życia i wstawiono obowiązkową formułkę o łączeniu się w bólu. Temat starano się ugryźć z każdej strony, m.in. obwiniając o całą tragedię zły wpływ dzisiejszej popkultury. Powstały nawet memy, które z oczywistych względów pominę milczeniem. Mówiąc krótko: masakra stała się pożywką dla dziennikarzy, którzy bezwzględnie i brutalnie ją wykorzystali. Zapominając o jaśniejszym, choć również skażonym mrocznym ziarnem śmierci, aspekcie całej tragicznej sytuacji.

W całym tym zamieszaniu i szukaniu dziennikarskiej sensacji zapomniano o prawdziwych bohaterach, jacy byli tamtego dnia na premierze nowego Batmana.
Marynarze US Navy czy zwykły chłopak, którzy swoimi ciałami zasłaniali innych (ten ostatni przypłacił to własnym życiem). Dziewczyna, która bez jakiegokolwiek przeszkolenia uratowała życie koleżance.

John Larimer, Jonathan Blunk, Matthew Robert McQuinn, Stephanie Davies...

To jest naprawdę ważne w tym wszystkim. Może właśnie teraz, gdy cała sprawa nieco ucichła, poświęci się temu trochę należytej uwagi. Nie jest to tak spektakularny temat jak szalony morderca przebrany za komiksową postać, ale warto poświęcić chwilę by przyjrzeć się sprawie. By przeczytać świetny artykuł "Morderca zszedł z ekranu", który napisał Paweł Burdzy. By się chwilę zastanowić.

Właśnie na tym należałoby się skupić - może wtedy świat stałby się choć trochę lepszym miejscem...

wtorek, 3 lipca 2012

273 - Wakacje i plany

I po sesji. Nie było tak strasznie. Osiem egzaminów zdanych, czyli w tym roku kampania wrześniowa się nie odbędzie ku mojej szczerej radości. Szczerze powiedziawszy jestem trochę w szoku, bo byłem niemal pewien, że przynajmniej trzy egzaminy będę musiał poprawiać (historia kultury, historia myśli filmowej, semiotyka). A tu miła niespodzianka ze strony wykładowców.

Zostały mi jeszcze do zaliczenia warsztaty filmowe. Muszę napisać scenariusz dokumentu, albo przynajmniej pochwalić się jego zarysem. Byłoby łatwiej, gdybym miał pomysł i znał kogoś, o kim mógłby opowiadać film dokumentalny. Jakieś kandydatury?

Trzy miesiące wakacji. Będzie pewnie sporo obijania, imprezowania, późnego wstawania, grania, czytania i oglądania. Czyli będzie fajnie. Może uda się gdzieś wyjechać. Ale przecież nie można obijać się przez trzy miechy, dlatego już sam początek wakacji rozpoczął się mocnym pisarskim akcentem. Jeśli tempo uda się utrzymać to będzie naprawdę dobrze.

Zacząłem od tekstu o Śledziu dla Zeszytów Komiksowych. Posłałem, czekam na werdykt. Szczerze powiedziawszy nie łudzę się, że tekst zostanie zaakceptowany - jest chyba zbyt mało profesjonalny, ale spróbować zawsze warto.
Ziniol kończy akcję kibicowania komiksiarzom, więc posłałem ostatnie kilka zdań o "Immortal Suicide". Gdy już sam tekst się ukaże to oczywiście go podlinkuję (prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu lub na początku przyszłego).
Napisałem też dłuższą recenzję gry "Alan Wake", która być może zapoczątkuje moją współpracę z działem gier PC serwisu Poltergeist [link]. Będę dawał znać, co i jak, a sama recenzja pewnie pojawi się we fragmencie na blogu. Tradycyjnie.

Stosik książek i komiksów do zrecenzowania niebezpiecznie ostatnio urósł, więc w najbliższym czasie postaram się go uszczuplić. Praktycznie, poza jednym bardzo grubym komiksem, zaliczanym do polskiej klasyki (chyba już wiadomo ocb), reszta to same sequele.
Może ruszę do przodu z jakimiś scenariuszami i opowiadaniami. Chyba przed każdymi wakacjami mam takie same plany, heh.

Przed filmowym The Amazing Spider-manem (któremu daje naprawdę duży kredyt zaufania i oczekuję po nim rozrywki na przynajmniej dobrym poziomie) powtarzam sobie trylogię Raimiego. Jest fajnie. Trochę te filmy się zestarzały, czasem dialogi sprawiają, że puchną uszy, a poziom nadęcia sięga ziemskiej atmosfery, ale przyjemnie się to ogląda. Jest też oczywiście wkurzający i ciotowaty Peter Parker i równie wkurzająca i drętwa, choć lepiej się prezentująca M.J., ale z drugiej strony mamy świetnego Goblina, Octaviusa i J.J. Jamesona, który nie mógł być lepiej zagrany i jest moim ulubionym bohaterem całej trylogii. Efekty się zestarzały, większość ujęć już nie robi takiego wrażenia co kiedyś, ale to wciąż jedne z moich ulubionych komiksowych filmów. Może to przez to, że po prostu bardzo lubię Pająka. Tak, to zdecydowanie przez to.

Z ósmym sezonem powróciła moja ulubiona Trawka, jednak po obejrzeniu nowego odcinka nie mam zbyt wiele do napisania. Postaram się zrobić osobną notkę po drugim epizodzie. Na dziś tyle. Trzymajcie się.

sobota, 16 czerwca 2012

270 - Nie sprzyjam tym, co sobie robią w głowie filmy...

... Jestem normalny czyli dla wielu inny 
Sokół "Witam was w rzeczywistości"

Pod koniec 2010 roku napisała do mnie pewna dziewczyna. Że studiuje reżyserię na filmówce, że czytała moje opowiadania, że się podobały i że potrzebuje scenariusza. Nie zastanawiając się długo przybiłem Jej pionę i powiedziałem, że coś wymyślę. Pierwszy scenariusz podesłałem jej jeszcze w grudniu tego samego roku. Przerobiłem swe stare opowiadanie "Wigilijna historia Kiwi Kida" na scenariusz, trochę dodałem, trochę odjąłem i wyszło całkiem okej. Ale się nie spodobało. I nie starczyło kasy na "efekty specjalne". Scenarek schowałem do szuflady i zabrałem się za coś nowego.

Drugi scenariusz posłałem w styczniu Roku Pańskiego 2011.Tym razem napisałem coś całkiem nowego, co prawda wykorzystałem niezastąpionego Kiwiego, Grzybiarza, Dniwecnira i Annę Katarzynę znanych z moich opowiadań, ale historia była nówka sztuka nie śmigana. Starałem się, by nie powtórzyła się sytuacja z brakiem budżetu, więc całość działa się w jednym pomieszczeniu. Chłopaki grały na konsoli, całość opierała się na dialogach, a gdzieś w tle przewijała się sprawa martwej i półnagiej laski, która nie wiadomo skąd się wzięła. Szybki, trochę nerwowy montaż, aktorzy, którzy wczuliby się w miejscami chory humor, dystans ze strony reżysera i mogło wyjść coś fajnego. No ale tego właśnie dystansu zabrakło, więc "Kiwi Kid: The movie" wylądował w koszu ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu. Co dziwniejsze, pokazywałem scenar kilku osobom z komiksowa i się podobało. Spoko, kiedyś przerobię na komiks (EDIT: a jednak zrobiłem film). Kto nie marnuje, temu nie brakuje.

Sprawa umarła na kilka miesięcy i powróciła dopiero w marcu tego roku. Tym razem bardziej profesjonalnie podszedłem do tematu. Omówiliśmy sprawę, dogadaliśmy się co do tego, czego oczekujemy po filmie. Wszystko po to, żebym znowu nie stworzył czegoś, co już w samych założeniach nie będzie pasowało do koncepcji Pani Reżyser. Doszliśmy do wniosku, że ona chce "jarmuschowego" filmu, a ja postaram się coś takiego napisać. Rozstaliśmy się w dobrych nastrojach, wreszcie wiedziałem co mam pisać i czego się po mnie oczekuje. Pisałem spokojnie i powoli, powstało całkiem sporo materiału zatytułowanego roboczo "Jointy i szamka" (szamka może i była, ale jointów brak, ale chciałem coś na wzór "Kawy i papierosów"), a praca przy tymże scenariuszu dała mi całkiem sporo radości. Po miesiącu odezwała się Pani Reżyser i zapytała czy w ogóle mam ochotę coś jeszcze robić. Pełen zapału odparłem, że jasne, cały czas piszę i niedługo dostanie cały materiał, że dawno tak fajnie się nie bawiłem i żeby się niczym nie martwiła, bo powstaje coś na prawdę dobrego! I tu pojawił się pierwszy problem.

W międzyczasie koncepcja się zmieniła, o czym Pani Reżyser nie raczyła mnie poinformować. Pisałem "jarmuschowy" film, którym Pani Reżyser już nie była zainteresowana. Kolejny scenariusz (tym razem skończony w ok. 50%) trafił więc do szuflady, a ja zabrałem się za coś nowego. Fabuła miała się kręcić wokół Zespołu Otella, chorobliwej zazdrości. Pani Reżyser miała nawet gotowy plan, który mi podesłała. Przeczytałem, pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że jest słaby. Sam pomysł był fajny, ale historii brakowało czegoś, co zaskoczyłoby widza. Brakowało jakiegoś świeżego podejścia do tematu. Bo widzicie, mamy chłopaka i dziewczynę. Dziewczę choruje na wiadomą chorobę i ma wiadome objawy, podejrzewa swego kena o zdrady wszelakie i liczne. Oczywiście całkowicie bezpodstawnie, ale w jej chorym umyśle roją się najbardziej nieprawdopodobne obrazy, laseczka zaczyna sięgać po alko, opuszcza treningi, wypada w ogóle z życia towarzyskiego, ciągle ma pretensje do swego wybranka, a na końcu SPOILER tnie go nożem, coby nikomu się już nie spodobał. Mówię, że to strasznie ograne i w ogóle nie ma tu żadnej innowacji. "No to niech go utopi w basenie zamiast ciąć nożem!" wykrzykuje triumfalnie ona, a ja tłumaczę cierpliwie, że w ogóle nie ma opcji. Że to nierealne, żeby jakaś laseczka utopiła zdrowego i silnego mężczyznę, który umie pływać. "Ale ona trenuje pływanie" argumentuje, na co ja znowu tłumaczę, że to raczej nie wyjdzie.  Pani Reżyser się zgadza po dłuższej chwili i mówi, żebym coś zaproponował. "Tylko wiesz, muszę to mieć pojutrze". Przełykam przekleństwo, bo przez miesiąc pisałem "zły" scenariusz, a teraz mam wymyślić coś dobrego w dwa dni. Spoko, mówię, dam radę.

I dałem. Główne założenia zostały te same. Dziewczyna chorobliwie zazdrosna. Chłopak niewinny, ale - by było ciekawiej - na wózku. O tym dowiadujemy się jednak dopiero na końcu, w ostatniej scenie, kiedy dziewczyna spycha go ze schodów (bo umówmy się, łatwiej zrobić krzywdę osobie niepełnosprawnej, niż utopić/pociąć zdrowego i wysportowanego typa). Wcześniej cały czas pokazany jak siedzi lub leży, albo od pasa w górę. To daje zaskakujące zakończenie, kiedy w końcu okazuje się, że on jeździ na wózku. Dodatkowo, obiektem zazdrości czynimy dziewczynę pomagającą mu w rehabilitacji. Nadałem większy sens scenom na basenie, bo w finalnej wersji są niebyt jasne. Itepe, itede, takie podejście do tematu, trochę - w moim mniemaniu - mniej ograne. Każdy, z kim o tym rozmawiałem, np. na studiach, przyznawał mi rację, że podejście lepsze i ciekawsze.

No, ale znowu się nie spodobało. Zbyt skomplikowane chyba było i Pani Reżyser pozostała przy szlachtowaniu twarzy za pomocą nożyka do papieru. Jej decyzja. Podesłała mi swój scenariusz, żebym zmienił dialogi, co też uczyniłem. I na tym nasza współpraca się skończyła. Etiuda filmowa "Niepewność" zaczęła powstawać.

Film miał youtube'ową premierę kilka dni temu. Podczas produkcji zmienił się tytuł na "Jesteś Mój", czyli w moim mniemaniu dużo gorszy. Moje wysiłki zostały uwzględnione w napisach końcowych jako "konsultacje scenariuszowe". W sumie dobrze się stało, bo nie chciałbym być posądzany o napisanie czegoś, co całkowicie mi nie odpowiada. Co prawda, mogłoby być gdzieś wspomniane, że napisałem dialogi, ale większość i tak została zmieniona. Jak wypadł sam film? Cóż... Każdy jakoś zaczyna, prawda? To chyba mówi wystarczająco dużo.

Natomiast podoba mi się główna bohaterka, a główny bohater niesamowicie irytuje. Bywa.

Zresztą oceńcie sami. Łapcie linka, oglądajcie, i pamiętajcie - odpowiadam jedynie za konsultacje.

Oby moje kolejne projekty filmowe były bardziej udane. Pani Reżyser wyraziła chęć dalszej współpracy. Zgodziłem się pod warunkiem, że scenariusz już naprawdę będzie MÓJ. Myślę, że razem z Anitką Bugajską zmącimy coś fajnego. Pytanie tylko, czy wysublimowany gust Pani Reżyser przełknie naszą błyskotliwą i niebanalną wizję...

piątek, 1 czerwca 2012

266 - Ocean przygód, papuga na ramieniu i beczka rumu


Nie ma co przesadzać. Zmieńmy więc ocean na mazurskie jezioro, papugę na pieczonego kurczaka na talerzu, a beczkę rumu - na kilka butelek piwa i wódki. Dodajmy odważną załogę, jakąś tratwę bez tendencji do tonięcia i można zacząć przygodę.

Mówiąc szczerze, nie zbyt miałem ochotę jechać. Tata musiał mnie namawiać przez dłuższy czas, bym w końcu się zgodził. No bo, sami pomyślcie, jak to wygląda – trzy żaglówki, czternastu facetów koło pięćdziesiątki i ja. Obawiałem się, że, jakby to powiedzieć, nie odnajdę się w towarzystwie. Dodajcie do towarzystwa rubaszny humor, oraz perspektywy kąpieli w lodowatym jeziorze, sikania po krzakach i innych niewygodnych, acz urokliwych w pewnym sensie, charakterystycznych cech tego typu rejsów. Stali bywalcy, którzy jeżdżą co roku od nawet dziewiętnastu lat, nazywają ten tydzień „najlepszym tygodniem w roku”, co w końcu mnie przekonało. Do końca roku jeszcze sporo, więc wybaczcie, że powstrzymam się na razie przed wydaniem werdyktu, ale muszę przyznać, że było super.

Sporo do fajności rejsu dorzucili współtowarzysze niedoli, że tak zażartuję. Na jachcie Tess 32 Dreamer było nas pięciu – ja, Tata (kapitan), dwaj wujkowie i kolega wujka. Nie będę się tu więcej rozpisywał, bo nie ma chyba sensu. Wystarczy powiedzieć, że pływanie upłynęło (ha!) w bardzo miłej i bezstresowej atmosferze, a tydzień minął zdecydowanie zbyt szybko.

Wiecie jak to jest - cały dzień pływania i każdego dnia dobijanie do innego portu. Tam jakaś obiadokolacja, ognisko, gitara, szanty i opowiadanie kawałów. Klimat genialny. No i oczywiście, bo jakżeby inaczej, jest i małe co nieco, na jedną nóżkę, na drugą, za mamę, za tatę, potem rozchodniaczka i jeszcze strzemiennego. Zresztą ktoś nadepnął na zakrętkę, więc zakręcić się nie da, a przecież się nie wyleje, żeby nie marnować. No to trzeba wlać – do jednego, przekazywanego z ręki do ręki, kieliszka. Na zdrowie i siup. Bez przepity, wiec trzeba zagadać. A potem do spania w ciasnej, ale własnej, koi. I tak siedem razy z rzędu.

Przez pierwsze trzy dni pogoda była świetna. Słońce, które w normalnych warunkach byłoby aż uciążliwe, tu nie stanowiło problemu, dzięki chłodnej bryzie, która nas owiewała i skutecznie niwelowała lejący się z nieba żar. Zimna pepsi (uwaga, audycja zawiera lokowanie produktu) również pomagała zapomnieć o upale. Praktycznie cały dzień można było opalać się w tak zwanym topless, oczywiście, nie zapominając równocześnie o pomocy na pokładzie.

W wtorek wieczór, o ile dobrze pamiętam, pogoda się załamała. Czarne chmury, z których szybko zaczęło padać, zasnuły błękitne niebo. Najgorszą ulewę przeczekaliśmy szczęśliwie w porcie, bezpiecznie zacumowani, jednak to następnego dnia zrobiło się naprawdę wesoło. Ulewny deszcz ustał, zastąpiony przez lodowate i przechodzące człowieka na wskroś podmuchy wiatru. Temperatura szybko spadła. Wychodząc spod pokładu trzeba było się grubo ubrać. Ciekawostkę może stanowić fakt, że w kontraście do tego co pisałem wyżej o opalaniu się bez koszulki, teraz – mając na sobie podkoszulek, dwie bluzy, kurtkę przeciwdeszczową, czapkę narciarską i rękawiczki (jakie zazwyczaj noszę w zimie) było mi zimno. Oczywiście w zestawie były spodnie, buty i skarpetki (nie w tej kolejności), więc allinclusive. Wiatr był niezwykle silny, więc przy halsowaniu (łapaniu wiatru w żagle, chyba mogę to tak zdefiniować), żaglówka przechylała się na boki tak szybko i tak bardzo, że wystawiając dłoń, mogłem dotknąć wzburzonej wody. Łał.

Działo się naprawdę sporo, było ciekawie, czasem śmiesznie, rzadziej groźnie, i dużo można by opowiadać. Zobowiązałem się jednak, że nie będę mówił nikomu co i jak. Oczywiście, prośba o to, bym nie dzielił się wspomnieniami, była żartem, jednak serio traktuję tego typu obietnice. Żadne tam obiecanki cacanki. No więc nic więcej nie mówię. Co działo się na Mazurach, pozostaje na Mazurach i w naszych sercach (no, poleciałem teraz po bandzie z patosem). Wszak to te wspomnienia, którymi się publicznie nie dzielimy, są najcenniejsze.

Na zakończenie chciałbym przytoczyć dwa teksty, które padły podczas rejsu, a które – na co wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi – przejdą do historii. Pierwszy – „Baby są przechuje” i drugi – „Podczas rejsu odbieram telefon wtedy, kiedy chcę, a nie wtedy, kiedy dzwonią”.

Tym optymistycznym akcentem wypada zakończyć te miłe wspominki. Jutro czeka mnie pewnie ponad siedem godzin w samochodzie (bo trzeba jeszcze z tych Mazur wrócić, a teleport akurat pożyczyliśmy sąsiadowi). Powrót do Krakowa równa się jednocześnie z powrotem do pracy i na studia. Muszę się jeszcze pochwalić, że również opisywany tydzień - mimo że wypełniony samymi rozrywkami i atrakcjami - nie był całkowicie bezowocny, bo napisałem trzy recenzje i zacząłem snuć plany uwzględniające nowe opowiadanie - wiecie: żaglówka, jezioro, trochę magii i łódź podwodna pełna zombie-nazistów. Będzie ogień.

Pozdrawiam całą mocarną ekipę i – być może – do zobaczenia w przyszłym roku!

Niech epilog tego wpisu stanowi klasyka dziewiętnastowiecznej powieści przygodowej– cytując Louisa Stevensona:

Piętnastu chłopa na "Umrzyka Skrzyni"
Jo ho ho! I butelka rumu.

No właśnie – Jo ho ho…