Obecnie śledzę kilka serii komiksowych wydawanych w Polsce. Ich końca nie widać – Saga liczy sobie już siedem tomów, Chew niedługo otrzyma ósmy, Hickmanowskich podwalin pod Secret Wars nie zliczę. Czasem mam ochotę na przygodę niebędącą częścią większej opowieści. Taki one-shot na jeden wieczór, komiksowy ekwiwalent niezobowiązującego sensacyjniaka w telewizji. I oto w moje ręce wpada Jezioro ognia Nathana Fairbairna i Matta Smitha.
