> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucyfer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucyfer. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2013

381 - Przełomu nie widać

Przełom to przede wszystkim konsekwencje tragicznego zakończenia poprzedniego tomu serii - Wilka pod drzewem. Lucyfer i Elaine Belloc, wypełnieni mocą Archanioła Michała, znikają z tej rzeczywistości. Lilith gromadzi swą armię, którą powiedzie ku Srebrnemu Miastu, ku Niebu, by strzaskać boski tron pod nieobecność Jahwe. Dziewiąty tom Lucyfera Mike'a Careya to cztery historie, w których scenarzysta buduje grunt pod finał serii.

Ósmy grzech sprawia wrażenie jedynie zapychacza (w dodatku narysowanego cartoonową kreską, kompletnie niepasującą do Lucyfera). Przełom i Wyłom ślamazarnie popychają do przodu główną fabułę i przygotowują czytelnika na wielki finał, który nastąpi już wkrótce. Carey miota się w zastraszającej liczbie rozpoczętych w poprzednich częściach wątków, wracają starzy bohaterowie, tak dawno niewidziani, że praktycznie trudno rozróżnić ich od postaci, które debiutują na scenie tego chaotycznego teatrzyku o wielkich ambicjach. Ciekaw jestem, czy trzecio- i czwartoplanowi bohaterowie odegrają jakąkolwiek rolę w finale, czy pojawiają się tylko, by zapełnić tło. Tradycyjnie klimat jest budowany dzięki stosowaniu wielkich słów, które niewiele znaczą, bełkotliwej narracji i nawiązaniom do wierzeń i mitologii (z których tylko to ostatnie wypada znośnie). Również w warstwie rysunkowej Lucyfer cierpi wciąż na ten sam problem – powyższe trzy historie stworzyli rzemieślnicy, poprawnie wykonujący swą pracę, którym trudno coś zarzucić, ale których stylem trudno też się zachwycać.

Najlepiej ze zbioru wypada Taniec Jahwe. To ciekawie skonstruowana historia – Elaine Belloc w innej rzeczywistości próbuje nauczyć się kontroli nad nowo pozyskanymi mocami. Kolejne próby są ilustrowane uproszczoną kreską Ronalda Wimberlya. Im bardziej udana próba, tym rysunki są bogatsze w szczegóły. Szczerze mówiąc, takie urozmaicenie bardzo przypadło mi do gustu, choć nawet w tych najbardziej prymitywnych rysunkach Wimberly świetnie sobie radzi. Opowieść przynosi również odpowiedź na pytanie, dlaczego Lucyfer niejako nie reaguje na działania Lilith. To również jedyna historia w tym zbiorze, gdzie tytułowy bohater pojawia się na więcej niż kilku kadrach.

Na Przełom przyszło nam czekać ponad rok. Choć zakończenie poprzedniego tomu było intrygujące, tak długi okres oczekiwania skutecznie uczynił mnie obojętnym na rewelacje, jakie przygotował dla mnie Carey (a trzeba dodatkowo przyznać, że nie są to rewelacje z najwyższej półki). Przełom reprezentuje sobą średni, znamienny dla całego cyklu, poziom. Ten tom, tak jak cała seria, ma swoje chwile (Taniec Jahwe), które są jednak zalewane przez wciąż popełniane błędy – bełkot, chaos i przepełnienie. Scenarzysta rozkłada kolejne pionki na szachownicy, robi to w sposób nieporadny i nużący, na siłę odwlekając nadciągający finał. To, z czego mógłby uczynić potężny atut, szybko ucina, ginąc w labiryncie zbędnych wątków, na które nie ma miejsca. Do zakończenia cyklu pozostały dwa tomy, jestem ciekaw, czy będą na standardowym poziomie, czy scenarzysta pokaże wreszcie klasę, na którą go przecież stać. 

Ocena: 6/10
Pisałem również:

sobota, 8 września 2012

286 - Nosił wilk razy kilka...

Najnowszy tom pisanej dla Vertigo serii Mike'a Carey'a cierpi na to samo co poprzednie - jest nierówny. Na "Wilka pod drzewem" składają się trzy opowieści, które w głównej mierze kontynuują wątki z części poprzedniej. Powraca dość chaotyczna w moim odczuciu i zmierzająca nie wiadomo gdzie intryga, bełkotliwa narracja i średniej klasy rysunki. Ale i tak jest lepiej niż ostatnio. Po kolei...

Pierwsza historia w zbiorku "Lilith" to podróż w przeszłość, do wydarzeń, które rzucają nieco światła na przyczynę buntu Lucyfera. Nietrudno odgadnąć, kto jest jej główną bohaterką, ciekawy może natomiast wydawać się fakt jej powiązań ze Srebrnym Miastem. To najlepsza historia w tomie (mimo błędu, który burzy pewne założenia wykreowanego przez Careya świata - choć może być tak, że w kolejnych tomach scenarzysta wyjaśni, że to, co uważamy za jego pomyłkę, wcale takową nie jest), właśnie dzięki oderwaniu od głównych wydarzeń i ciekawemu spojrzeniu wstecz. Duży plus tej opowieści stanowią charakterystyczne ilustracje P. Craiga Russella - artysty, którego rysunki stoją o kilka poziomów wyżej niż prace standardowych rysowników serii.

Druga opowieść - "Neutralny grunt" - nie prezentuje sobą niczego odkrywczego. Ten krótki i momentami zabawny zapychacz opowiada o klasycznym przykładzie opętania człowieka przez demona. Również rysunki są na zwykłym poziomie serii - czyli dość średnim. Choć kadrom Teda Naifeha nie brak odpowiedniej dawki dynamizmu i ekspresji, całość nie wypada najlepiej - styl rysownika jest specyficzny i mnie nie przypadł do gustu.

"Wilk pod drzewem" jest najdłuższą prezentowaną tu opowieścią i być może dlatego to właśnie on dał tytuł całemu albumowi. Wracamy do głównego wątku (o ile w serii w ogóle taki istnieje...) i znów przez scenę przewija się trylion bohaterów. Wspominałem już chyba o tym w recenzji poprzedniego tomu, że ciągłe pojawianie i znikanie nowych postaci jest dla mnie męczące. Tu pojawia się takich przynajmniej kilka, z czego głównie tytułowy Wilk (zaczerpnięty z mitologii nordyckiej) wzbudza zainteresowanie - reszta stanowi mniej lub bardziej wyraziste tło dla jego poczynań. To, co naprawdę się scenarzyście udało w tym tomie, to zakończenie - jest zaskakujące, efektowne i dynamiczne. Wzbudza również apetyt na więcej, co szczerze mnie zdziwiło, bo od pewnego czasu czytam "Lucyfera" bardziej z przyzwyczajenia niż ciekawości.

Ósmy "Lucyfer" raczej niczym nie zaskoczy czytelników poprzednich tomów. Na pochwałę zasługuje jedynie "Lilith", która wniosła powiew świeżości do serii - zarówno w warstwie fabularnej (choć obyło się bez rewolucji), jak i graficznej. Dwie pozostałe historie to nic nowego w serii - fani Lampki (jak niektórzy, za sprawą Mai Lidii Kossakowskiej i jej Anielskiego Cyklu nazywają pieszczotliwie lub złośliwie Niosącego Światło) będą je kochać, haters gonna hate, a ja znów jestem rozdarty. Z jednej strony zakończenie "Wilka pod drzewem" mnie zainteresowało, a z drugiej jestem niemal pewny, że w kolejnych częściach Carey powtórzy te same błędy, które towarzyszą cyklowi niemal od samego początku (najwyraźniej się na nich nie uczy, albo co gorsza wcale ich nie dostrzega). Przyznam szczerze, że gubię się trochę, bo wątków i postaci jest multum. Liczę jednocześnie na to, że sam Carey się nie pogubił i trzy ostatnie tomy opowieści o Gwieździe Zarannej rozwieją wszelkie moje wątpliwości. Odpowiedź na to pytanie dostaniemy pewnie w przyszłym roku.


Recenzja pierwotnie ukazała się na Alei Komiksu.
Tutaj pisałem o tomie siódmym - Lucyfer: Exodus.

piątek, 13 kwietnia 2012

257 - Lampka Zaranna

Bóg odszedł, pozostawiwszy po sobie pusty tron. Teraz każdy, od Wróżki Zębuszki po potężnych tytanów, pragnie na nim zasiąść. Kto jednak okaże się na tyle przebiegły, by wykiwać konkurencję? Kto okaże się na tyle silny, by przejść ulicami Srebrnego Miasta? Co zrobią aniołowie z Michałem na czele, by powstrzymać nadejście samozwańca? I co zrobi Lucyfer, któremu wybitnie nie na rękę jest pojawienie się nowego boga?

W siódmym tomie serii komiksowej o Gwieździe Zarannej Lucyferze pod tytułem "Exodus", scenarzysta Mike Carey stawia wiele pytań. Szkoda, że niektóre odpowiedzi rozczarowują, a wiele wątków jest pospiesznie ucinanych. "Lucyfer" od samego początku jest dość nierówną serią - tomy bardzo dobre przeplatają się z przeciętnymi. W "Exodus" historia zmierza wciąż w niejasnym kierunku (przynajmniej dla mnie), pojawia się wiele nowych postaci, które znikają zaledwie po kilku stronach. Większość bohaterskich wyczynów (nawet tych "boskich") przychodzi postaciom niezwykle łatwo i pozostawia czające się gdzieś w głowie pytanie: "serio?". Czuć zmarnowany potencjał, a całość sprawia wrażenie węża, który zjada własny ogon. Nie jestem do końca pewny, czy Carey wie, dokąd prowadzi historię i czy ma jakąś skonkretyzowaną wizję całości. Zastanawiam się czasem, czy niektóre wydarzenia mają głębszy sens, niż tylko nabicie kolejnych stron. Liczę, że tak, jednak muszę przyznać, że opowieść staje się coraz bardziej bełkotliwa. Na szczęście, mimo całej bełkotliwości i pospiesznego ucinania kolejnych wątków, siódmy tom czyta się bardzo sprawnie i szybko. Akcja wciąga i mimo kilku zgrzytów szybko przewracamy kolejne strony. Dopiero po odłożeniu komiksu na półkę, przychodzi do głowy pytanie, czy te 160 stron popchnęło w ogóle fabułę do przodu.

Graficznie jest - jak zwykle w "Lucyferze" - średnio. Rysownicy zaproszeni do pracy nad kolejnymi zeszytami to raczej rzemieślnicy niż artyści. Zresztą "Lucyfer" nigdy nie zachwycał warstwą graficzną, braki - tudzież celowe uproszczenia i karykatury - nadrabiał najczęściej misternymi intrygami przedstawionymi w fabule. Szkoda, że tym razem scenarzysta nie pokazał fajerwerków, a co najwyżej zimne ognie. Mam cichą nadzieję, że to tylko "cisza przed burzą"...

Hardkorowi fani posiadający na półce poprzednie tomy kupią również ten. Ludzie nie znający serii niech lepiej zaczną po bożemu - od "Diabła na progu". Ci natomiast, którzy nie byli przekonani do "Lucyfera", nie znajdą tu raczej nic, co miałoby zmienić ich zdanie. Liczę, że kolejne tomy będą tylko lepsze, a cała seria w końcu ustabilizuje poziom.

Tekst ukazał się na Alei Komiksu.

wtorek, 15 września 2009

Post 113 - Krótko o sierpniu

Szybka ocena paru niezłych komiksów, jakie przyniósł nam sierpień. Krótko i węzłowato.

„Życie w obrazkach” – jestem szczęśliwym posiadaczem wszystkich wydanych w Polsce komiksów Eisnera, więc i tego nie mogłem sobie odpuścić. I warto, absolutny „musiszmieć”. Eisner w najlepszym wydaniu – w przeciwieństwie do „Umowy” i „Nowego Jorku”, gdzie Mistrz sporo miejsca poświęcał refleksjom na temat wielkich miast i życia w nich, tutaj wszystkie historie skupiają się na relacjach międzyludzkich. „Zmierzch w Mieście Słońca”, który otwiera album, jest najsłabszą historią w nim zawartą – co nie znaczy oczywiście, że złą. Po prostu historia starego restauratora, który na emeryturze szuka kobiety swego życia jest mocno przewidywalna i brak jej tej porcji pieprzu, jaką Eisner solidnie posypał pozostałe nowelki. „Marzyciel”, zakamuflowana historia o początkach młodego Willa na komiksowej scenie u schyłku lat 30, to majstersztyk – uzupełniona solidnymi przypisami, stanowi nieocenione kompendium wiedzy o korzeniach historii obrazkowych. „W środek burzy” to najmocniejszy element albumu – znakomita opowieść o życiu człowieka, który odmienił oblicze komiksu. Bardzo intymna i pozbawiona sentymentalnych nastrojów (które pobrzmiewały w „Marzycielu”) autobiografia to kawał solidnej historii obyczajowej – ale nie od dziś wiadomo, że Eisner był genialnym gawędziarzem. „Cel gry” znakomicie potwierdza, że Mistrz zasługiwał na ten tytuł. Historia dwóch połączonych małżeństwem rodzin z zupełnie różnych światów jest tym, do czego nas przyzwyczaił choćby w „Dropsie Avenue” –wielowątkową sagą o ludzkich radościach i problemach. Album zamyka sympatyczny szorciak – o próbach znalezienia wydawcy przez młodego Willa. Musiszmieć.


„Lucyfer 4 – Boska Komedia” – Carrey wyrasta powoli na jednego z moich ulubionych scenarzystów. Czwarty tom coraz bardziej gmatwa nam w głowach, przestawia figury na szachownicy i wprowadza niemały zamęt do świata byłego Władcy Piekieł. Dosłownie, bo Światło Niosący dorobił się własnego, zaludnionego przez uciekinierów i przybyszy z innych krain i wymiarów Uniwersum, którego jest niepodzielnym panem do czasu, gdy pojawią się pewne komplikacje w postaci starych znajomych – arkanów Tarota, przewidujących przyszłość Basanosów, którzy sięgną po każdą skrytobójczą broń, aby pokonać Gwiazdę Zaranną. Parę nowych postaci, jak uroczy upadli Herubini czy czarodziejka – centaurzyca jest nieźle poprowadzonych i czytelnik nabiera apetytu na ich kolejne perypetie – album kończy się mocarnym cliff-hangerem, przez co aż ślinka nabiega do ust w oczekiwaniu ciągu dalszego. Czwartego „Lucyfera” czyta się jednym tchem – osobiście stawiam go wyżej od tomu trzeciego na mojej Lucyfowej liście. Polecam.


„Torpedo” – najsłabszy komiks w zestawieniu. Co nie znaczy, że zły w ogóle – po prostu przy takiej konkurencji niemal każdy by wymiękł. Ale do rzeczy – Luca „Torpedo” Torelli jest zawodowym zabójcą wysokiej klasy. Razem ze swoim wiernym Tommy Gunem i komicznym, acz fajtłapowatym pomocnikiem ciężko zarabia na życie, likwidując tabuny gangsterów i nie tylko w mniej lub bardziej wyszukanych okolicznościach. Niestety, częściej w mniej. Większość historyjek jest niemiłosiernie przewidywalna, owszem, są klimatyczne, ale jednak nazbyt proste i naiwne. Torpedo ma parę niezłych odzywek i cięty jęzor, ale pod koniec coraz częstsze błędy językowe (jako imigrant z Włoch, rzekomo nigdy nie nauczył się dobrze angielskiego) zamiast zamierzonego uśmiechu wywołują grymas zażenowania. Podobne odczucia mam co do Rascala, obdarzonego rybimi ustami sidekicka bezlitosnego cyngla. Pomagier jest tak szablonowym przykładem pierdołowatości, że aż szeleści. Nie jest to jednak komplement co do „zabawy formą”. Niemniej jednak klimat jest, zwłaszcza dzięki niezłym rysunkom obu autorów – nieco tutaj nawiązań do Dicka Tracy’ego, nieco bardziej współczesnej krechy. Dla fanów noir – pozycja obowiązkowa.