> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2026

007 First Light - wrażenia

"007 First Light" w jednym zdaniu? That was fun. Sporym sentymentem darzę filmowy cykl o Bondzie (choć nie wszystkie filmy wytrzymują próbę czasu) i z niecierpliwością czekam, żeby się dowiedzieć, w jaką stronę pójdzie seria pod wodzą Villeneuve'a i Amazona. Kiedyś marzyłem, żeby filmowy Bond wrócił do korzeni, akcja rozgrywała się znów w latach 60. XX wieku, a całości dopełniał klimat retro (doskonale się coś takiego udało w powieści "Cyngiel śmierci" Anthony'ego Horowitza). "First light" udowadnia, że współczesny Bond wciąż ma wiele do zaoferowania i nie musi iść podobną ścieżką, co filmy z Craigiem.


czwartek, 28 listopada 2024

Cyberpunk 2077: XOXO [Bartosz Sztybor, Jakub Rebelka] - recenzja

Najnowszy album z uniwersum gry “Cyberpunk 2077” zbudowany jest na przeciwnościach. To nieustanna sinusoida: tonalna i emocjonalna. Scenarzysta Bartosz Sztybor głównym środkiem wyrazu czyni kontrapunktowy montaż - dlatego też brutalnym obrazom towarzyszą rozważania o miłości. Ta niejedno ma oblicze: potrafi uskrzydlić, ale i wdeptać w glebę. Perypetie postaci co chwilę przypominają przygody bohaterów kreskówki. Pojemną metaforą okazuje się parafraza klasycznej animacji “Red Hot Riding Hood” (“Ognisty Czerwony Kapturek”) z 1943 roku, gdzie Wilk-milioner traci głowę dla piosenkarki-Kapturka. Tak też dzieje się w świecie “Cyberpunk 2077”, Wilkiem w tym równaniu jest jednak najtwardszy bandzior, morderca bez skrupułów, który dzięki wszczepom jest nie do zatrzymania; zaś Kapturkiem - tajemnicza kobieta z przeszłości.


wtorek, 20 sierpnia 2024

Dragon Ball: Advanced Adventure (GBA 2004) - wrażenia

Blast from the past o mocy Kamehameha! Odkryłem ostatnio, że w przeglądarce internetowej można znaleźć emulator starych konsol. Nie zastanawiając się długo, odpaliłem "Dragon Ball Advanced Adventure", czyli grę pierwotnie dedykowaną następcy GameBoy Color. Pomyślałem, że pogram 20 minut, żeby trochę przewietrzyć głowę w przerwie od pisania tekstów. Wsiąkłem na maksa i w sumie w trzy godziny skończyłem całą grę.


środa, 24 lipca 2024

Recenzja gry "Marvel's Spider-Man 2" (PlayStation 5)

Swoją przygodę z PlayStation 5 zacząłem oczywiście od exclusive'a, czyli sequela produkcji, która sprawiła, że wróciłem do grania w 2020 na większą skalę (lockdown też pomógł). "Marvel's Spider-Man 2" to w sumie powtórka z rozrywki (miks części pierwszej, o której wspominam w poprzednim zdaniu, i samodzielnego dodatku o Milesie Moralesie), ale rozgrywka wciąż sprawia masę frajdy, fabuła czerpie garściami z komiksów, a oba Pająki (w grze na zmianę wcielamy się w Petera i Milesa) mają serca po właściwej stronie.


czwartek, 19 stycznia 2023

The Last of Us S01E01 - recenzja

Upadek cywilizacji, niedobitki ludzkości, strzępy człowieczeństwa i nierówna walka o przetrwanie - witamy w świecie "The Last of Us". Rzecz nie trzyma się kurczowo fabuły gry (choć sekwencja ucieczki w połowie epizodu to niemal 1:1 przeniesienie gry), dodaje co nieco od siebie, co działa na korzyść serialu, dając lepszą podbudowę dla losów Joela i Ellie. Do tego dochodzi realizacyjny rozmach, niesamowity klimat, ciężkie do zniesienia napięcie (mimo zwolnienia na moment po przeskoku czasowym) i dominująca atmosfera beznadziei charakterystyczne dla growego pierwowzoru.


sobota, 25 kwietnia 2020

RoboCop vs. The Terminator - komiks Franka Millera i gra na Pegasusa

Frank Miller w latach 80. odnosił efektowne sukcesy w komiksowej branży i ponosił równie spektakularne porażki jako scenarzysta filmowy. Zatrudniony do napisania kontynuacji RoboCopa z 1987 roku utracił twórczą swobodę, a jego scenariusz został pocięty i wielokrotnie przerobiony przez cały zastęp bezimiennych scenarzystów. Finalny produkt ma niewiele wspólnego z autorską wizją Millera, zaś sam twórca najchętniej usunąłby swoje nazwisko z czołówki filmu. 


piątek, 24 lipca 2015

Superglina kontra Elektroniczny Morderca

Tworząc w 1992 roku scenariusz do RoboCopa 3 Frank Miller jednocześnie pisał crossover dla wydawnictwa Dark Horse, w którym Superglina miał zmierzyć się z samym Terminatorem. Te dwie kultowe postaci (z których dziecko Camerona poradziło sobie o wiele lepiej na wielkim ekranie) w komiksie Millera rysowanym przez samego Walta Simonsona (wieloletni twórca przygód Thora, pomysłodawca m.in. postaci Beta Ray Billa) mają ze sobą więcej wspólnego, niż można by przypuszczać na pierwszy rzut oka. To ludzki umysł Alexa Murphy’ego był podstawą dla ewolucji Skynetu w samoświadomy twór.


piątek, 3 października 2014

454 - Relacja z 7. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie [cdp.pl]

Na Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie dotarłem dopiero w piątek, czyli w drugi dzień trwania imprezy (właściwie trzeci, jeśli liczyć również środę, gdzie poza wyświetleniem jednego filmu dla dzieci, pozostałe wydarzenia były zamknięte dla publiczności). Opuściłem więc oficjalne otwarcie połączone z wyświetleniem filmu Wyprawa Kon-tiki w wersji koncertowej z muzyką na żywo oraz kilka paneli.

Trafiłem jednak na koncert Game On / Duomo-Ignition z sekcji alterFMF w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Po krótkim zamieszaniu z wejściówką zasiadłem na koncertowej sali MOSu. Game On został podzielony na dwie części rozdzielone dosłownie trzyminutową przerwą.

piątek, 8 sierpnia 2014

438 - Batman: Arkham Origins i garść informacji

Ograłem Batman: Arkham Origins. Choć kocham poprzednie części serii Arkham i z wytęsknieniem czekam na Arkham Knight, tak z kupnem Origins długo się wstrzymywałem. Wszystko za sprawą sporej ilości bugów, które utrudniają rozgrywkę, zabierają przyjemność oraz nie pozwalają w pełni skończyć gry (na szczęście tyczy się to misji pobocznych, główną fabułę można poznać bez przeszkód). Najbardziej w grach Arkham kocham samego Batmana, to, że można nim sterować i po prostu CZUĆ się Mrocznym Rycerzem - nieważne, czy akurat prowadzimy śledztwo, używamy wymyślnych gadżetów, po cichu, skąpani w cieniu, eliminujemy niczego nieświadomych przeciwników czy po prostu miażdżymy im kości w otwartym starciu. Jak dla mnie Batman przedstawiony jest w tych grach lepiej niż gdziekolwiek indziej - wiadomo, duży wpływ na to ma samo medium, dzięki któremu zachodzi znacznie większa interakcja między dziełem a odbiorcą niż w przypadku komiksu, animacji czy filmu. W tym aspekcie gra, podobnie jak dwie poprzednie produkcje, jest wyśmienita.


Fabuła jest dobra i zaskakująco prosta - nie jest to jednak wada. Black Mask wyznaczył nagrodę za głowę Nietoperza, którą spróbują strącić mu z karku najlepsi zabójcy na zlecenie - m.in. Bane (który wreszcie wygląda jak należy), Deathstroke (którym możemy pokierować w trybie wyzwań) czy Firefly. Wszystko dzieje się podczas wigilijnej nocy, brudne Gotham, śnieg i muzyka łącząca motywy z Powrotu Batmana Burtona i TDKR Nolana tworzą razem niesamowity klimat. Walki z bossami są wymagające i absorbujące, zdecydowanie lepsze niż w poprzednich częściach. Choć fenomenalny system walki nie zmienił się w porównaniu do Arkham City, to regularne walki na ulicach sprawiały mi o wiele mniej radości niż poprzednio. Mnóstwo smaczków dla komiksiarzy tylko dopełnia bardzo dobrej całości i jedyną rysą na tym niemal nieskazitelnym obrazie są wspomniane wcześniej bugi. Wisienką na torcie jest długość zabawy - po 16 godzinach, przejściu głównej fabuły i kilku misji pobocznych, nawet nie zbliżyłem się do ukończenia 40% gry.


poniedziałek, 28 lipca 2014

435 - Z gnatem w chmurach - recenzja Bioshock: Infinite

W najnowszej części serii Bioshock, będącej prequelem dwóch poprzednich gier, przenosimy się z podwodnego miasta Rapture do Columbii – szybującej w chmurach metropolii. Jest rok 1912 i otacza nas alternatywna wizja Ameryki. Wchodząc w skórę Bookera DeWitta, musimy odnaleźć tajemniczą Elisabeth i oddać ją ludziom obiecującym uregulować w zamian nasze długi. Spore długi, należy dodać. Z pozoru proste zadanie szybko zmienia się w wielowątkową intrygę, a utopijną – jak mogłoby się wydawać – Columbię ogarnia coraz większe szaleństwo...


piątek, 20 czerwca 2014

428 - Granie do góry nogami: Inversion

Inversion, gra twórców TimeShifta, miała sposobność stać się przebojem. Niestety autorzy gry zaprzepaścili swoją szansę. Poza świetnym pomysłem wyjściowym (świat pozbawiony grawitacji, możliwość zabawy prawami fizyki) Inversion nie oferuje nam niczego ciekawego. A szkoda, bo czuć tu zmarnowany potencjał.  


 Już sama fabuła niczym się nie wyróżnia. Po raz kolejny Ziemię atakuje obca rasa. Luthadores, bo tak nazywają siebie kosmici, dzięki specjalnej broni mogą wpływać na grawitację. Świat staje na głowie, a nam przyjdzie pokierować losami bohaterskiego policjanta – Davisa Russela, któremu jako jednemu z nielicznych udało się uniknąć niewoli. Wraz ze swym partnerem będzie musiał odnaleźć porwaną córkę. I przy okazji uratować świat. Nic nowego.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

427 - Tańcząc w ciemnościach - recenzja gry Alan Wake

Kiedy w 2010 roku na konsole Xbox 360 ukazała się gra Alan Wake studia Remedy (twórców dwóch pierwszych części Max Payne'a), bardzo żałowałem, że nie mam w domu tej konsoli. W pewnym momencie byłem nawet tak zdesperowany, że rozważałem jej kupno. Wystarczyło jednak trochę cierpliwości i Alan Wake trafił również na komputery PC. Czy opłacało się czekać dwa lata? 


Pisarzem być

Tytułowy bohater gry jest pisarzem, który od pewnego czasu cierpi na twórczą niemoc. Niegdyś poczytny autor thrillerów dręczony przez senne koszmary od lat nie wziął do ręki pióra i nic nie wskazuje na to, by jego sytuacja miała ulec zmianie. Jedynym rozwiązaniem wydaje się wyjazd wraz z żoną do miasteczka Bright Falls, ucieczka od miejskich problemów i odpoczynek na łonie natury. Alan nie podejrzewa jednak, że w miasteczku jego najgorsze senne koszmary staną się rzeczywistością i będzie musiał walczyć o życie – swoje i ukochanej Alice. 


piątek, 13 czerwca 2014

426 - Zagram po E3

Materiału na notki chwilowo brak, na pisanie nowych tekstów nie ma czasu (BO SESJA), więc dziś szybki przegląd tego, co zainteresowało mnie na E3.



Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że najbardziej wyczekiwana przeze mnie gra to oczywiście trzeci Wiedźmin. Dwójeczka jest chyba mą ulubioną grą ever, a Dziki Gon zapowiada się jeszcze lepiej.





poniedziałek, 3 lutego 2014

396 - Bler ratuje Disneya przed burzą w Grobowcu Smoka

Rzeczy ostatnio wchłonięte. Miało być o drugim Hobbicie, ale minęło już za dużo czasu; jeśli się uda to na blog trafi tekst gościnny poświęcony temu tytułowi, albo napiszę coś o nim przy okazji premiery na DVD.


Ratując pana Banksa (John Lee Hanckock, 2013)
Jak byłem mały uwielbiałem disnejowską Mary Poppins. Wiele razy oglądałem ją na domowym video, zupełnie nie przejmując się tym, że była to angielska wersja, bez choćby jednego polskiego dialogu czy napisu. Podobnie miałem z disnejowskimi wersjami Piotrusia Pana i Robin Hooda, których do dziś nie widziałem w polskiej wersji językowej. Wszystkie trzy filmy były zachwycające, nie musiałem wcale rozumieć co mówią postacie, by czuć magię bijącą z ekranu telewizora. Tym bardziej mi przykro, że Ratując pana Banksa to rozczarowujący film, pozbawiony choćby szczypty owej magii. Oczywiście widz docelowy jest całkiem inny, a film ma swoje momenty i szkoda, że jest ich tak mało. Aktorsko natomiast jest świetnie: Tom Hanks w roli Walta robi robotę, podobnie Emma Thompson jako pani Travers, choć dawno nikt mnie tak nie irytował i denerwował jednocześnie jak właśnie ona. Ale z drugiej strony to dobrze, znaczy się: Emma dała radę, bo o to właśnie chodziło, by irytowała i wkurzała. Na drugim planie Schwartzman i Giamatti, choć nie mają wiele do zagrania, jak zawsze przyzwoicie się prezentują. Muzyka, łącząca nowe motywy, z tymi doskonale znanymi z 1964 roku, to niewątpliwy plus. Film skróciłbym najchętniej o połowę wywalając wszystkie sceny z Farrellem. Przede wszystkim było ich za dużo, były zbyt dosłowne i nużące na dłuższą metę, naprawdę wydaje mi się, że twórcy mogliby skrócić ten retrospektywny materiał (spoiler?) i wyszłoby to filmowi tylko na dobre. Wywaliłbym też amerykański sentymentalizm i disnejowską ckliwość wylewające się z ekranu. Chyba nadszedł czas, by powtórzyć sobie oryginalny film z 1964 roku i utopić się ze wzruszenia.


Bler: Pierwsza wersja życia (Rafał Szłapa, 2013)
Blera, krakowskiego bohatera stworzonego przez Rafała Szłapę, darzę szczególną sympatią. Może to przez wzgląd na Autora, a może po prostu dlatego, że całą trylogię bardzo miło wspominam. Najbardziej jednak ze wszystkich trzech części utkwiła mi w pamięci Lepsza wersja życia. Dzięki swoistej reedycji pod tytułem Pierwsza wersja życia dostajemy do rąk komiks w pierwotnej wersji, czyli malowanej. Jak dla mnie wygląda wspaniale i prezentuje się dużo smakowiciej niż jego rysowany odpowiednik (któremu, trzeba dodać, również wiele zarzucić nie można, osobiście bardzo lubię styl w jakim został pociśnięty). Warto również zauważyć, że także scenariusz różni się tu w kilku miejscach, jednak drobne zmiany i poprawki znane z Lepszej wersji życia wyszły komiksowi jedynie na dobre. Niektórzy mogą się dziwić bądź oburzać, czemu Szłapa sprzedaje drugi raz to samo. Każdemu malkontentowi polecam jednak sięgnięcie po drugie wydanie pierwszego tomu trylogii, niezależnie czy jest fanem Blera czy też nie. Malarskie umiejętności Szłapy powinny szybko rozwiać wszelkie wątpliwości. Na marginesie dodam, że ten album ma najlepszą okładkę w całym cyklu. Krótko mówiąc: zaskakująco dobrze mi się czytało, choć historia była dziwnie znajoma i nawet brak grzbietu mogę wielkomyślnie wybaczyć.
Na koniec reklama: zapraszam do Wywiadu Rysowanego z Rafałem. Choć ma już swoje lata, wciąż bardzo miło wspominam jego powstawanie. Zapraszam też oczywiście na Blerowy fanpage oraz do przyjrzenia się bliżej akcji Ludzie rysują Blera na blogu Rafała bądź Kolorowych Zeszytach.

  
Sezon Burz (Andrzej Sapkowski, 2013)
Wiedźmin powrócił dając mi sporo czystej radości. Nigdy nie byłem szczególnym fanem Sapkowskiego, w gimnazjum wciągnąłem opowiadania nosem, ale gdy przyszło do pięcioksięgu w liceum to już nie bawiłem się tak dobrze. Choć czytało się wciąż wyśmienicie, to zwłaszcza dwa ostatnie tomy zawodziły na wielu frontach. Sezon Burz to tak na prawdę zbiór krótszych historii, opowiadań połączonych dość wątłą linią fabularną. I może dlatego świetnie się bawiłem, mimo że pierwsze kilkadziesiąt stron dość powoli się rozwijało, jakby Sapkowski po dłużej przerwie musiał przypomnieć sobie jak to jest pisać lekko i przyjemnie. Na szczęście potem jest już dużo lepiej i książkę połyka się bez popity, niektóre rozwiązania fabularne może nie zwalają z nóg, ale Sapkowski nadrabia stylem i pisarskim kunsztem; tego mu odmówić nie można. Książka osadzona jest gdzieś pomiędzy opowiadaniami z pierwszego tomu i bardzo miło było mi powrócić do znanego świata i lubianych bohaterów. Jak zwykle nie zabrakło rubasznego humoru, pojedynków wypełnionych morderczymi piruetami oraz nadobnych niewiast, którym Geralt skradnie jedynie serce, bo owe cnotę już dawno straciły.


Indiana Jones and the Emperor's Tomb (The Collective/Lucas Arts, 2003)
Powtórka po latach. Konkretny oldschool, dziś można ze świecą szukać takich gier. Genialny klimat znany z filmowej trylogii, podobna konstrukcja fabularna (pierwsza misja to zakończenie poprzedniej przygody), niepretekstowa historia osadzona tuż przed Świątynią Zagłady, cudowne lokacje (szczególnie zamek w Pradze robi wrażenie), doskonale znajomy motyw dźwiękowy i główny bohater. Można oczywiście narzekać na bugi, irytujące sterowanie, nierówny poziom trudności (krokodyl najgorszym bossem ever) czy grafikę, dla której czas nie był łaskawy. Ale po co? Indiana Jones and the Emperor's Tomb to mnóstwo dobrej zabawy, pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników archeologa w kapeluszu. Nikt nie powinien być zawiedziony, o ile podejdzie do tej pozycji z odpowiednim dystansem i świadomością, że przez 10 lat na rynku growym zmieniło się o wiele więcej niż choćby piekarniczym.

Tyle na dziś. Następnym razem będzie między innymi o Banshee. Do przeczytania!

środa, 13 listopada 2013

378 - Krótko o ostatnio widzianych adaptacjach komiksów

Ostatnio oglądane:


Thor: Mroczny Świat (Alan Taylor, 2013)
Sequel filmu Kennetha Branagha z 2011 wypada o niebo lepiej niż pierwowzór. Jest dużo luźniej, bardzo Marvelowo, w stylu, do jakiego przyzwyczaili nas Avengersi. Więcej tu humoru słownego i sytuacyjnego, który pozwala odetchnąć od nadmiaru spektakularnej akcji, a zamiast porównań do Szekspira na usta cisną się porównania do Drużyny Pierścienia Petera Jacksona (zwłaszcza sekwencja otwierająca przypomina pierwszą potyczkę z Sauronem). Dwie godziny mijają bardzo szybko, 3D zaskakująco nie przeszkadza, a niektóre sekwencje wręcz wgniatają w fotel. Szkoda natomiast, że Malekith, czyli główny przeciwnik gromowładnego, grany przez dziewiątego Doktora, jest zły bo tak chyba należy i nie kieruje nim żadna głębsza motywacja. Niestety wypada całkowicie bezpłciowo, pozbawiony jakichkolwiek ludzkich uczuć czy odruchów. Na szczęście Tom Hiddleston nadrabia to z nawiązką (co objawia się zwłaszcza w słownych potyczkach z Thorem, zaś scena w korytarzu to jedno z najfajniejszych cameo w historii Marvel Cinematic Universe), na dalszym planie błyszczy Rene Russo i świeci (nie tylko w przenośni) Stellan Skarsgård, Natalie Portman jest piękna, a Chris Hemsworth to obok Roberta  Downeya Jr najlepszy castingowy wybór Marvela. Jest też Idris Elba, który stoi i patrzy. Fajnie, że wykorzystano Londyn jak tło tego widowiska. Zresztą właśnie "widowisko" najlepiej określa film Taylora i każdy, kto spodziewa się dobrej zabawny nie powinien być zawiedziony. Może i muzyka jest "niesłyszalna" ale to trzeci najlepszy film z Marvel Studios (po pierwszym Iron Manie i Avengers).


Iron Man 3 (Shane Black, 2013)
Z kolei nie rozumiem hajpu na Iron Mana 3 - był okej, porządnie zrealizowany, dobrze zagrany (świetny Kingsley) ale trochę marnował potencjał: kiepskie rozwiązanie wątku Mandaryna (choć to podobno ma naprawić nadchodzący Marvel One-Shot, który ujrzymy prawdopodobnie w dodatkach do DVD/BR opisywanego wyżej Thora), niewykorzystanie w warstwie fabularnej alkoholizmu Tony'ego, które się wręcz narzucały przy tej całej traumie po wydarzeniach w NY, humor, który śmieszył tylko za pierwszym razem - wszystkie żarty i gagi, które w kinie mnie szczerze bawiły, przy powtórnym seansie w zaciszu domowego ogniska nie miały już tej mocy. Oczywiście "kryptonim melanż" i finał z wykorzystaniem mnóstwa nowych zbrój wciąż wywołuje na mej twarzy ogromny uśmiech, podobnie jak pierwszy wybuch, jednak i tak uważam, że to najsłabsza część trylogii. Nawet Marvel One-Shot o Agentce Carter, z dodatków, niespecjalnie mi podszedł, może dlatego, że nie zaprezentował absolutnie nic nowego i był mocno przewidywalny.


 Agenci (Baltasar Kormákur, 2013)
Buddy movie w starym stylu. Mnóstwo akcji, testosteronu, niewybrednych żartów, a wszystko oparte na konflikcie charakterów dwóch głównych bohaterów. Całkiem zgrabna fabuła i widowiskowe strzelaniny przyćmiewa duet Mark Wahlberg - Denzel Washington. Widać, że obaj doskonale się bawią w swoim towarzystwie. Aktorzy tworzą wyraziste kreacje tajnych agentów - pierwszy jest z marynarki, drugi z DEA - którzy niezależnie od siebie rozpracowują narkotykową mafię. Choć nieustannie się kłócą, kochają się jak bracia i na polu walki rozumieją lepiej niż ktokolwiek. Odmienne charaktery prowadzą do wielu zabawnych konfrontacji słownych, w których czuć wpływ Shane'a Blacka (z czasów Ostatniego Skauta i Zabójczej Broni), a które dostarczają widzowi mnóstwa frajdy. Całość może jest obrzydliwie wtórna wobec kina gatunkowego, jednak ogląda się to wyśmienicie, bo Baltasar Kormákur czuje konwencję, bawi się nią i składa hołd kinu akcji lat 80.


Arrow traktowałem zawsze jako "guilty pleasure", z jednej strony dobrze się bawiłem (nawiązania do komiksów, kilka ciekawych wątków, gościnne występy znanych postaci), z drugiej cierpiałem (melodramatyczne pierdoły, rozterki bohaterów, wkurzająca Laurel, często komiczne sceny akcji, męczące retrospekcje, nuuuda) i w pewnym momencie zarzuciłem całkiem oglądanie na kilka miesięcy. Wróciłem do serialu kilka dni temu, nadrobiłem zaległe odcinki pierwszego sezonu (z których odcinek finałowy był zdecydowanie najlepszy) i zacząłem sezon drugi. Jest dobrze, więcej miejsca poświęcono wątkom komiksowym, te melodramatyczne marginalizując, dzięki czemu ogląda się to wiele lepiej. Nowe postaci, które pojawiają się na scenie (m.in. Black Canary i Liga Zabójców) skutecznie kradną show. I choć główny bohater niezmiennie ma wciąż tę samą minę, to całość sprawia o wiele lepsze wrażenie. Kilka wątków wręcz intryguje i z chęcią zobaczę ich rozwinięcie, tak samo jak gościnny występ Flasha i Harpera w stroju Speedy'ego. Ciekawe czy przyćpa.

Poza tym zabijam tysiące zombie w Dead Rising 2 oraz bawię się klockami w LEGO MARVEL Super Heroes. Ale o tym może kiedy indziej.

poniedziałek, 28 października 2013

373 - Maczeta nie grawituje

Krótko o ostatnich wciągniętych rzeczach - o wszystkich trzech filmach rozmawiałem sporo z Anitą, Łukaszem, Maćkiem i Markiem, więc jeśli ukradłem komuś jakąś myśl przypadkiem to przepraszam.


Maczeta zabija (Robert Rodriguez, 2013)
O ile pierwsza część była w sumie normalnym filmem akcji z kilkoma szalonymi motywami, tak część druga to jazda bez trzymanki. Z normalności nie ostało się nic, pozostało jedynie czyste szaleństwo podane w humorystycznym sosie. I Rodriguezowi to wychodzi. Świetnie dobrana obsada, bawiąca się swoimi przerysowanymi rolami (od Trejo, przez Sheena, po Heard), brutalna dosłowność i humor w najróżniejszej postaci to najważniejsze atuty filmu. Nie chcę podawać przykładów, by nie psuć nikomu zabawy - pomysły, jakie reżyser wciela w życie trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy a co piękniejsze dialogi usłyszeć. Sporo tu nawiązań do poprzednich filmów reżysera, jak i zabawy ze strukturą samego kina. Wspaniała rozrywka dla wszystkich, którzy potrafią podejść do kina z przymrużeniem oka, którym nie straszne tony absurdu, a na filmie chcą się po prostu dobrze bawić. Bo panu, który siedział w rzędzie za mną i już na początku filmu powiedział głośno: "Teraz przesadzili" trochę współczuję, bo przecież przepołowienie człowieka jednym ciosem maczety to pestka przy tym, co działo się później. Resztę seansu siedział cicho, chyba z szoku. Albo umarł.


Grawitacja (Alfonso Cuarón, 2013)
Film, który trzeba zobaczyć w kinie, bo oglądanie go na kompie czy nawet sporym telewizorze mija się z celem. Wizualnie totalnie zachwyca, to prawdopodobnie najlepsze stereoskopowe 3D ever, gdzie wszystko dopracowane jest w najmniejszych szczegółach. Perfekcyjna wizja, perfekcyjna reżyseria i absolutna kontrola nad swym dziełem. Cuarón rządzi, a partneruje mu Emmanuel Lubezki w najwyższej formie. Może symbolika nie jest wyszukana, a scenariusz pretekstowy i miejscami przegięty (nagromadzenie przeciwności losu w ilości niewyobrażalnej), ale pamiętajmy, że to widowisko i w tej roli sprawdza się doskonale, najlepiej od dłuższego czasu. Chwyta za gardło, wciąga i puszcza dopiero pod koniec. Warto również wspomnieć o kreacji George'a Clooneya w roli Kowalskiego, którego trudno nie polubić. O sile oddziaływania filmu niech świadczą słowa wypowiedziane przez jedną dziewczynkę po zapaleniu świateł: "Chyba jednak nie chcę lecieć w kosmos". Tak jakby miała to zrobić choćby jutro.


Chce się żyć (Maciej Pieprzyca, 2013)
Może nie odmienił mojego życia, może nie popłakałem się podczas seansu, ale to bardzo dobry film. Porządnie zrealizowany, świetnie zagrany (na pierwszym planie błyszczy Dawid Ogrodnik, w tle jak zawsze świetny Arkadiusz Jakubik), miejscami wzruszający, miejscami zabawny, odpowiednio wyważony (w przeciwieństwie do wrażliwości kilku osób na widowni, które śmiały się w nieodpowiednich, jak się wydaje, miejscach). Na plus celowe bądź przypadkowe nawiązania do prozy Bruno Schulza i gratka dla wszystkich amatorów kobiecej anatomii - Dagmara Bąk i Katarzyna Zawadzka chwalące się wypukłościami. Niektóre ujęcia mogłyby być co prawda nieco krótsze, a w kilku miejscach autorzy poszli na skróty (wprowadzenie głosu z offu), jednak nie ma co narzekać. Ciekaw jestem, czy Ida wypada równie dobrze.


Ogrywam też L. A. Noire i jestem zachwycony jako miłośnik zarówno filmów jak i literatury spod znaku noir. Świetny klimat (Miasto Aniołów, lata 40.), sporo smaczków, fajny gameplay (choć miejscami może wydawać się monotonny, to odnajdywanie śladów, przesłuchania podejrzanych, dedukcja i pościgi sprawiają mi ogromną przyjemność) i mnóstwo zagadkowych zbrodni do rozwikłania. Czego chcieć więcej?

wtorek, 10 września 2013

357 - Woody Allen lata USS Enterprise i kopie tyłki?

Krótko o ostatnich wciągniętych rzeczach:


Zakochani w Rzymie (Woody Allen, 2012)
Długo zwlekałem z oglądnięciem najnowszej (jeszcze do niedawna) produkcji Mistrza. Słyszałem wiele głosów, które twierdziły, że to najsłabszy film Allena. Nie chciałem wierzyć, ale po seansie niestety muszę przyznać im rację. Rozbicie opowieści na kilka wzajemnie przeplatających się wątków z jednej strony pomaga (żaden wątek nie jest prezentowany na tyle długo, by nas znudzić, a jeśli już to następuje, to szybko zastępuje go kolejny), z drugiej strony sprawia wrażenie, jakby reżyserowi nie wystarczyło pomysłów by z dominującego wątku stworzyć pełnometrażowy film (najlepszy z nich - trójkąta miłosnego między założycielem facebooka, jego dziewczyną a Shadowcat z X-Menów - mógłby sam udźwignąć całą fabułę), więc musiał posłużyć się niejako zapychaczami, wątkami pobocznymi, wymyślonymi jakby naprędce, mało "allenowskimi" (wątek Begniniego, czy przewidywalny prysznic w operze) i w gruncie rzeczy niepotrzebnymi (Penelope Cruz). Zaskakująco dobrze wypada Ellen Page, przyjemnie ogląda się duet Eisenberg - Baldwin i jak zawsze dobrze na ekranie widzieć Allena w niemal klasycznej kreacji. Uwielbiam jego filmy, acz Zakochanym... zabrakło humoru - nigdy nie ryczałem ze śmiechu, ale tym razem uśmiechnąłem się raptem dwa razy, a scenariusz sprawia wrażenie pisanego w pośpiechu i jakby wymuszonego. Może Allen jest zmęczony tempem, jakie sam sobie narzucił, a może to ja jestem nim zmęczony. Blue Jasmine zbiera o wiele lepsze oceny, wkrótce sprawdzę, czy zasłużenie.


Kick-Ass 2 (Jeff Wadlow, 2013)
Z jednej strony dobrze się bawiłem, film ma kilka dobrych i śmiesznych momentów, z drugiej - właśnie, owych scen jest zaledwie kilka. Brakuje świeżości i lekkości jedynki, reżysersko jest o wiele mniej sprawnie, zwłaszcza w sekwencjach akcji. Całość ma nierówne tempo, a obietnice zrzucania superbohaterstwa pojawiają się zdecydowanie zbyt często. I za często są łamane. Tak jak w komiksie, większość dobrej zabawy gdzieś znika, zastąpiona scenami przemocy i choć film jest mniej hardkorowy od komiksowego pierwowzoru, to jednak krwiste fragmenty ogląda się dużo gorzej, niż w filmowej części pierwszej. Są też żarty kloaczne, których osobiście nie cierpię, nieważne jak przystępnie byłby prezentowane. Rozumiem również wyśmiewanie życia współczesnych nastolatek, które zamiast Stana Lee wielbią Stephanie Meyer, jednak w moim odczuciu wątków z "normalnego życia" bohaterów było zbyt wiele. Na plus doskonały Jim Carrey w roli Pułkownika (którego było zdecydowanie za mało), świetny Christopher Mintz-Plasse jako Motherfucker i Chloë Grace Moretz, wcielająca się w podrośniętą Hit-Girl.


Star Trek 2 (J.J. Abrams, 2013)
Bo tytuł W ciemność. Star Trek to jakieś nieporozumienie. O ile Star Trek Into Darkness ma sens, tak polski przekład brzmi okropnie. Zresztą nie do końca odpowiada mi też zmiana klimatu. Po genialnej jedynce, gdzie akcja gnała na łeb na szyję, a błyskotliwe onelinery i gagi wypełniały jej brak, dostajemy film dużo poważniejszy, mroczniejszy (niczym Świątynia Zagłady), gdzie głównym powodem do śmiechu jest Simon Pegg pojawiający się na ekranie tylko w kilku scenach. Choć akcji, wybuchów, pościgów i bijatyk nie brakuje, zabrakło luzu i przygodowego podejścia znanego z pierwszej części serii. Choć
Benedict Cumberbatch jest genialnym villainem, to po seansie nie mogę powiedzieć, że Khan to najgorszy przeciwnik, z jakim przyszło się mierzyć załodze USS Enterprise. Nie przeraził mnie swą siłą, nie przekonał swoim planem ani motywacją, nie zaimponował inteligencją i przebiegłością - choć na takiego jest kreowany. Jestem pewny, że w kosmosie czyha ktoś gorszy. Z całego filmu najbardziej podobał mi się początek utrzymany w konwencji Kina Nowej Przygody, szkoda że cała reszta jest już poważna i mhhhroooczna. No i szkoda, że znowu cała afera kręci się wokół Matki Ziemi. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach (bo choć Abrams zajął się nowymi Star Warsami, to może i nowe Star Treki będą powstawać) zwiedzimy dalsze części kosmosu. Te mniej mroczne.


Ograłem ostatnio również Bulletsotrma - świetna sprawa, tony niczym nieskrępowanej radości, pretekstowa fabuła i teksty, których nie powstydziliby się Sly i Schwarz w latach 80. Dziesiątki sposobów na zabicie przeciwnika, kilka niezłych giwer i świetny feeling strzelania (oczywiście o realizmie nie ma mowy). Polecam, odmóżdżająca rozrywka na wysokim poziomie.

Dajcie znać, czy taka forma krótkich blogowych opinii Wam odpowiada. Wiadomo - na napisanie pełnoprawnej recki nie zawsze jest czas lub chęć, a takie krótkie, mniej profesjonalne notki mogę częściej wrzucać. Bo i jest o czym pisać.

piątek, 10 maja 2013

340 - Z gnatem w chmurach - recenzja gry BioShock Infinite




W najnowszej części serii Bioshock, będącej prequelem dwóch poprzednich gier, przenosimy się z podwodnego miasta Rapture do Columbii – szybującej w chmurach metropolii. Jest rok 1912 i otacza nas alternatywna wizja Ameryki. Wchodząc w skórę Bookera DeWitta, musimy odnaleźć tajemniczą Elisabeth i oddać ją ludziom obiecującym uregulować w zamian nasze długi. Spore długi, należy dodać. Z pozoru proste zadanie szybko zmienia się w wielowątkową intrygę, a utopijną – jak mogłoby się wydawać – Columbię ogarnia coraz większe szaleństwo... 
 (...)
Oprawa wizualna zachwyca. Poczynając od zapierającej dech w piersiach Columbii, przez urozmaicone – choć utrzymane w jednolitej stylistyce – poziomy, po projekty postaci – wszystko jest dopracowane i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. XX-wieczny świat, nie pozbawiony jednak futurystycznych aspektów połączonych ze steampunkowymi motywami oraz z klasyczną muzyką z epoki tworzy niezapomniany klimat.

Całą recenzję gry BioShock Infinite znajdziecie na Polterze.

czwartek, 27 września 2012

290 - Granie do góry nogami

Inversion, gra twórców TimeShifta, miała sposobność stać się przebojem. Niestety autorzy gry zaprzepaścili swoją szansę. Poza świetnym pomysłem wyjściowym (świat pozbawiony grawitacji, możliwość zabawy prawami fizyki) Inversion nie oferuje nam niczego ciekawego. A szkoda, bo czuć tu zmarnowany potencjał.



Cała recenzja gry studia Saber Interactive  jest do obczajenia na Polterze. To moja druga w życiu recenzja gry komputerowej i najdłuższa recenzja w ogóle. Uwagi mile widziane.
Tutaj znajdziecie link do recenzji gry Alan Wake. Miłego czytania.

wtorek, 4 września 2012

285 - Rozliczenie wakacyjne

Dwie trzecie wakacji za mną. Zgodnie z planem było sporo obijania, imprezowania, późnego wstawania, czytania i oglądania. Zwłaszcza tego ostatniego jest przerażająco dużo, codziennie oglądam przynajmniej jeden-dwa filmy. Chyba jestem uzależniony, co te studia robią z człowiekiem...? Prometeusz mi się podobał (zwłaszcza wizualnie jest genialny, scenar mógłby być lepszy), Batman jest świetny (zyskuje po drugim seansie) (no i BANE!), a Merida to najsłabsza animacja Pixara EVER (no, może na równi z drugimi Autami). Poza tym nadrabiam klasykę z listy, którą dostaliśmy na uczelni. Wiecie, kilkaset filmów (13 stron a4 samych tytułów) od 1895 do 1980 roku, które TRZEBA znać. Sporo świetnych rzeczy, kilka gorszych, bo czuć, że minęło już sporo lat od ich powstania i jako dzisiejszy widz zwyczajnie nie czuję pewnych rzeczy. Zmieniła się wrażliwość, chyba o to chodzi. Ale gdy przymknie się oko na niektóre rzeczy, to może być na prawdę dobrze. Przykadowo King Kong z trzydziestego trzeciego szczerze mnie oczarował, a już Zabójstwo Księcia Gwizjusza z 1908 okropnie wynudziło.

Miałem pisać o ósmym sezonie Trawki, ale jakoś nie ma zbytnio o czym pisać. Załatwmy to więc szybko:
Sezon nudny, nieśmieszny, niepotrzebny. Nużący i niewciągający. Aktorzy mają już dość, grają od niechcenia, a ich postacie straciły gdzieś jaja. I własną osobowość, bo niektóre diametralnie różnią się od samych siebie, znanych z poprzednich sezonów. Ewoluują, powiecie. Chuja tam ewoluują, raczej cofają się do epoki kamienia łupanego. Zostały jeszcze trzy epizody na rehab, ale według mnie nie ma ratunku. Rzekłem. Nie polecam, Jan Sławiński.

W wakacje miałem pisać i coś tam niby popisałem. Głównie recenzjaczki, które wkrótce pewnie trafią na bloga. Posłałem również tekst o kryminałach do Coś na progu, czekam na odpowiedź. Pewnie wyjdzie jak zwykle, no ale próbować warto.

Razem z Szymonem Sz posłaliśmy komiks na konkurs eMeFKowy. Wyszło chyba coś fajnego, przynajmniej mnie finalny rezultat (czy to pleonazm?) zadowala. Całkiem inaczej wyobrażałem sobie ten komiks, ale wizja jaką zaprezentował Szymon jest konkretna. Dziwna, mówiąc delikatnie, historia zamknęła się w pięciu stronach. Zajawka poniżej:


Gotham City Impostors przeszło na tryb f2p i jest dostępne na Steamie. To dobra informacja, zwłaszcza, że grę chciałem sprawdzić już wcześniej. Pograłem wczoraj chwilę (no dobra, pół dnia, strasznie mnie wciągnęło) i powiem Wam, moi kochani, że nie rozumiem wielu negatywnych głosów na temat tej produkcji. Jest fajnie, przede wszystkim gra daje sporo zabawy i zwykłej, prymitywnej frajdy, a o to chyba chodzi. Jak pogram dłużej, sprawdzę nowe tryby (bo na razie gram tylko w dm) i nowe klasy (których jest całkiem sporo, a ja dotychczas dobrze poznałem tylko jedną) to może coś napiszę więcej. Gameplay daje sporo frajdy, a wszystko jest fajnie osadzone w uniwersum Mrocznego Rycerza. Warto sprawdzić, zwłaszcza, że gra jest darmowa.

Na dziś chyba tyle. Wracam oglądać Barbarellę. Jest moc.