“Ultimates” kojarzą mi się z jednym z ulubionych komiksów nastolęctwa. Seria Marka Millara i Bryana Hitcha na nowo zdefiniowała przygody Avengers, przenosząc ich z przytupem w XXI wiek, czyniąc bardziej brutalną, nihilistyczną i wielowymiarową. Dwie dekady później za nową wersję Ultimates - nowym świecie Ultimate, o którym pisałem przy okazji “Inwazji” - wziął się duet Deniz Camp i Juan Frigeri. Pierwszy odpowiada za świetne “Wybrane zdarzenia kryzysowe”, drugi odpowiadał za takie serie Marvela jak “Niezwyciężony Iron Man” czy “Avengers”.
Nadrzędnym pomysłem, który przyświeca nowej linii Ultimate jest zasada jeden zeszyt = jeden miesiąc. Akcja każdego kolejnego zeszytu dzieje się miesiąc po wydarzeniach z poprzedniego. Jak na pierwszy tom komiksu o drużynie najlepszych herosów na Ziemi przystało - Camp i Frigeri prezentują nam historię o tym, że przed uratowaniem świata należy zebrać drużynę. W skład Ultimates wchodzą: Iron Lad, Doom, Thor, Sif, Kapitan Ameryka, a także She-Hulk oraz Ant-Man i Wasp.
Biorąc pod uwagę fakt, że akcja komiksu rozgrywa się w ciągu sześciu miesięcy, mamy okazję zobaczyć jak na przestrzeni czasu bohaterowie się dogrywają i przyzwyczajają do pracy w zespole. Camp sporo miejsca poświęca bohaterom - w pamięć zapadły mi zwłaszcza trzy zeszyty. W pierwszym mamy okazję poznać Hanka Pyma i Janet Van Dyne, dwójkę deratyzatorów, którzy chcą od życia czegoś więcej. Drugi skupia się na Doomie i jest opowiedziany na kilku płaszczyznach czasowych, co pozwala zrozumieć jego tragiczną przeszłość i obecne motywacje (to zresztą zeszyt najbardziej “w stylu” Campa, jakiego znamy z “Wybranych zdarzeń kryzysowych” - nie tylko z wyrazistym pomysłem na fabułę, ale i formę opowieści). Trzeci opowiada o starciu Kapitana Ameryki z Hawkeyem, jednocześnie poruszając kwestie rasowe i pokazując Kapitana takiego, jakim go kochamy. Scenarzysta nie ucieka też od politycznych alegorii (akcja w Białym Domu jest aż nazbyt widocznym komentarzem względem obecnego prezydenta USA).
Początkowo wyraźne przeskoki w czasie pomiędzy każdym zeszytem mi przeszkadzały. Z czasem zacząłem je coraz bardziej doceniać - zamiast narzekać na to, że być może coś mnie omija (mamy przecież do czynienia nie z całą akcją, a z jakimś jej wycinkiem), zrozumiałem, że takie rozwiązanie może na przestrzeni kilku zeszytów pokazać, jak dynamicznie zmienia i rozwija się nowy świat Ultimate. Dodając do tego solidną kreskę Frigeriego (przypominającą nieco dokonania wspomnianego już Hitcha) otrzymujemy naprawdę fajny komiks - wyróżniający się na tle innych komiksów superhero przede wszystkim brawurowym konceptem na zabawę znajomymi motywami.
8/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz