Po wydarzeniach z crossovera "Onslaught" wszyscy uważają, że członkowie Avengers i Fantastycznej Czwórki poświęcili się, by pokonać zagrożenie. W rzeczywistości zostali oni jednak przeniesieni do nowego uniwersum, w którym pozbawieni pamięci jeszcze raz przeżywali swe przygody. Wszystko to pod szyldem "Heroes Reborn", będącym próbą Marvela na poprawienie sprzedaży kilku kluczowych, acz mniej popularnych tytułów w drugiej połowie lat 90. XX wieku.
W ramach eventu numeracja "Avengers", "Fantastycznej Czwórki" i innych serii została wyzerowana, a fabuły wróciły początków superbohaterów - oczywiście odpowiednio uwspółcześnionych. Miało to zachęcić nowych czytelników do zainteresowania się zamaskowanymi herosami bez konieczności nadrabiania ponad czterystu zeszytów historii. Brzmi mniej więcej jak założenia młodszej o cztery lata linii Ultimate. Tyle że odświeżenie z przełomu wieków autorstwa Briana Michaela Bendisa i Marka Millara jest ciepło wspominane przez fanów. "Heroes Reborn" - niekoniecznie.
Do przewodzenia "odrodzeniem bohaterów" zatrudniono dawne gwiazdy Marvela, które w momencie swej największej popularności poszły na swoje: Jima Lee i Roba Liefelda. Pierwszy wziął pod swe skrzydła "Fantastyczną Czwórkę", drugi "Avengers". Herosi Domu Pomysłów mieli nie tylko stać się odmłodzeni i przez to przystępni dla nowych czytelników. Powinni być tak cool, jak tylko pozwalała na to druga połowa lat 90.
W pierwszych zeszytach "ultimejtowych" Spider-Mana i X-Men twórcy dawali sobie czas, by zbudować świat swoich bohaterów. W "Heroes Reborn" nikt nie bawi się w takie rzeczy. W wydanym przez Egmont "Odrodzeniu bohaterów: Fantastycznej Czwórce" akcja leci od pierwszych stron na łeb na szyję. Tylko w pierwszej połowie tomu mamy formację grupy, pierwsze spotkanie z Avengers, Czarną Panterą i S.H.I.E.L.D. oraz potyczki z Mole Manem, Namorem, Doktorem Doomem i Super Skrullem. Wszystkie postaci otrzymują minimalną charakterystykę, co najbardziej kłuje w oczy w wypadku konfliktu Reeda Richardsa i władcy Latverii. Każda postać brzmi identycznie, a wymiany zdań są proste i deklaratywne. Dawno nie czytałem tak koślawych łopatologicznych i infantylnych dialogów.
Sama narracja także pozostawia wiele do życzenia. Jim Lee i Brandon Choi oparli swe historie na klasycznych fabułach Stana Lee i Jacka Kirby'ego. Żadnej z nich nie potrafią jednak rozwinąć, nie mówiąc już o nadaniu jej emocjonalnej głębi. Liczy się skakanie od atrakcji do atrakcji. Pojawia się Czarna Pantera? Musi go porwać Doktor Doom. Zaraz okazuje się, że więzi także Silver Surfera, któremu chce ukraść moc. Nie czyni tego, ponieważ zdradza go jeden z jego ludzi, który okazuje się Super Skrullem. A potem wszystko wybucha, bo jak inaczej mogło się to skończyć?
Lee zdaje się podporządkować całą narrację swoim rysunkom. Wiem, że wiele osób uwielbia jego styl. Ja mam jednak problem z jego plejadą przesadnie umięśnionych facetów o kwadratowych szczękach i kobiet o taliach osy. Większość postaci jest do siebie zbyt podobna, a na kolejnych stronach za często gości chaos. Lee może rysować efektownie (a raczej efekciarsko), ale "Heroes Reborn" nie sprawdza się jako narrator.
Komiks zawodzi przede wszystkim dlatego, że zupełnie nie przybliża czytelnikowi, kim jest Pierwsza Rodzina Marvela. Relacje między jej członkami są ograniczone do minimum i nawet przekomarzanie się Bena z Johnnym wydaje się wymuszone. Jasne, narysowany przez Lee Doktor Doom robi wrażenie. Jednak po lekturze tego tomu nie czuć, że mamy do czynienia z jednym z największych złoczyńców w historii komiksu superbohaterskiego.
Narzekam, ale zdaję sobie sprawę, że "Heroes Reborn" jest jednym z najważniejszych momentów w świecie Marvela w końcówce XX wieku. Wiem także, że spośród komiksów wchodzących w skład crossovera wybrano ten, który przyjęto najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że to z "Odrodzenia bohaterów" pochodzi niesławny "Kapitan Ameryka z wielkim cycem" Roba Liefelda. Tę wersję Fantastycznej Czwórki polecam tylko największym fanom twórczości Jima Lee.
4/10
Autor recenzji: Psaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz