Terry’ego Pratchetta poznałem dokładnie połowę życia temu, gdy miałem jedenaście lat…
Zaczęło się od Straż! Straż!,
a potem poszło z górki. Nieważne, czy razem z Rincewindem uciekałem
przed czymś prawdopodobnie wartym salwowania się ucieczką; czy z Vimesem
głowiłem się nad kryminalną zagadką pochylony nad bardzo zimnym i
bardzo martwym trupem leżącym na mokrym od deszczu bruku Ankh-Morpork;
zawsze na mej twarzy gościł szeroki uśmiech a po plecach przebiegał
dreszcz ekscytacji. Otwarcie każdej kolejnej książki Terry’ego Pratchetta wiązało się z przeżyciem prawdziwej przygody. Dzięki sir Terry’emu przeżyłem tych przygód naprawdę sporo.