> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grim. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2011

215 - Brak Szyi razy trzy!


Autorzy "Człowieka Bez Szyi" nie próżnują! Czy uda im się dogonić Konstrukt? Czas pokaże, a póki co gotujcie się wszyscy na ostatni dzień września! CZŁOWIEK BEZ SZYI powraca!

A w numerze:
Nowy Origin Człowieka Bez Szyi - dowiedz się, co sprawiło, że Nigel Neck zyskał swą nadludzką moc absolutnej niezaduszalności! Rysuje Igor Wolski.

Wolność, Równość, Morderstwo! - czyli spotkanie z krwiożerczym Monsieur Guillotinem, obłąkanym francuskim kryminalistą, który planuje totalny atak na całe miasto Neckburg i nie tylko! Rysuje Katarzyna Kruszyńska, Tomasz Grządziela i Piotr Bartosiak.

Guillotine: Początek - mroczne narodziny kryminalnej tożsamości człowieka, którego świat pozna jako Monsieur Guillotine'a! Co pchnęło go na drogę zbrodni? Nie przegap!
Rysuje Łukasz Rydzewski.

A poza tym mnóstwo innych atrakcji, a także NIESPODZIANKA!
Już za miesiąc!

niedziela, 1 maja 2011

203 - Rozmowy na dwie głowy: Hałabała

GRIM: Ostatnimi czasy w obliczu drastycznego spadku liczby kserowanych zinów rodem z epoki "kleju i nożyczek" wysoką formę wydawniczą trzymał wyłącznie Ojciec Rene, regularnie racząc czytelników swym wysublimowanym poczuciem humoru i barwnymi postaciami, zaludniającymi karty jest opowieści. Poza nim, chociaż bardziej okazjonalnie niż systematycznie, wypuszczali na rynek swe twory m.in. Lobsterandcrimp czy niezmordowany Pszren, jednak wciąż były to jednostkowe przypadki. W tym roku jednak pojawiła się nowa "Gazetka z Komiksami" - "Hałabała", powstała pod kierownictwem krakowskiego artysty znanego głównie z internetu - Skarży. Kierując się wyłącznie chęcią propagowania mało znanych rodzimych komiksiarzy i ich historyjek, redaktor naczelny w posłowiu na tylnej stronie okładki prosi czytelników o powielanie "Hałabały" i przekazywanie kopii znajomym, z zastrzeżeniem, by nie czyniono tego odpłatnie lub z ingerencją w treść. A taki zabieg nie byłby niczym dziwnym, bo "Hałabała" jest mocno specyficznym zinem.
Ale zacznijmy od początku.

MALVAGIO
: Perwersyjnie zacznę od końca, gdzie można przeczytać ostrzeżenie o treści: "Czytanie grozi śmiercią". No właśnie, niewybaczalną zbrodnią jest umieszczenie tego napisu na KOŃCU ZINA, przez co mój umysł, zanim tam dotarłem. został zalany przez falę GÓW... no, niezłego szamba. A więc moi mili, skoro ja musiałem przez to przebrnąć, zanurkujcie i wy. Pierwsza historia, o jakże wdzięcznym tytule "Goofy" (postulowałbym drugi tytyuł, który zdradzę później).. Tak, ten poczciwy disneyowski idiota. Epicka historia rozpoczyna się, gdy najlepszy przyjaciel tytułowego bohatera odwiedza go w jego domu. Niemal natychmiast ma miejsce niespodziewany zwrot akcji, w którym to widzimy Goofy'ego, który najnormalniej w świecie robi loda jakiemuś bliżej niezidentyfikowanemu brodaczowi (zupełnie jakby nie było ciekawszych rzeczy do roboty)...
.
.
.
DLACZEGOOOOOOO?!
.
.
.
No dobra, a więc Mickey (bo to on jest przyjacielem) ląduje w barze i upija się, ja żałuję, że jestem abstynentem i czując się zbrukany kulę się pod prysznicem. Aha, drugi tytuł? "CO DO KURWY?!", jak to Mickey uprzejmie zapytuje podczas sceny... pomińmy. Litości, chcę wrócić do KRESKÓWEK...

GRIM: Po Goofym następuje najmniej udany komiks w zbiorku, czyli "Patelnia" Katera. Autor, znany ze świetnego "Bukomiksu" i solidnego "KOPSa", opowiada historię o bywalcach tytułowego placu przy warszawskiej stacji Metra Centrum, którzy na wszelkie sposoby walczą o zainteresowanie przechodniów. Historia skupia się na paranoicznych dywagacjach ulotkarza - metala, który obgaduje jednego z pracujących na "Patelni" kolegów. Mnóstwo kiepskich, mdłych żartów i brak pointy.

MALVAGIO
: Idźmy dalej, szybciej dobrniemy do końca. Po nijakim Katerze na scenę wkracza Mazok z "Nabiałem". Szkoda, że nie majorem, ale za to pojawia się komisarz. Komisarz Płód. Poważnie. Dobra, całość to, jak sadzę, pojeżdżanie z komiksu kobiecego, ale co ja tam wiem, jestem facetem. Dużo o miesiączce i związanym z nią napięciem, kwestiami płodnościowymi i kobiecym podejściem do problemów. I z irytującym, nie tylko dla głównej bohaterki, Komisarzem. Mocno monotematycznym, bo nawijającym bez przerwy o płodzeniu dzieci i ogólnie rozpłodowej roli kobiety, jako jej najlepszego i możliwego przeznaczenia. Tyle, wracam pod prysznic.

GRIM: Komiks Mazoka to, obok internetowego cyklu Ytrona, najlepszy żart z idei tzw. komiksu kobiecego i niemal wszystkich jego założeń, co zresztą autorka sama podkreśla w ostatnim kadrze. Jeden z lepszych w zbiorku.

GRIM: W "Glorii" jesykha pojawiają się dwa elementy charakterystyczne dla komiksu polskiego lat 90 - metale i to sataniści oraz dres. Rasowy ortalionowiec z łysą glacą. Co ciekawe, to właśnie on jest pozytywnym bohaterem tej historyjki, walcząc jako święty krzyżowiec z pomiotami Lucyfera. A raczej, tak mu się tylko wydaje - ranny w walce w amoku atakuje bowiem także zszokowane dzieci, dostrzegając w nich demony. Przewrotne i nieźle narysowane.

MALVAGIO: Bleh, dres pozytywnym bohaterem, obrzydliwość. Jedźmy dalej - tym razem zbiorczo dwa paski Cyryla, który popełnił już wcześniej..."Goofy'ego" (CZEMU JAAAA?!). Pierwszy z nich, zatytułowany "Wyobraźnia" przedstawia wstrząsającą historię upadku moralnego dziecka, które zdaje się mieć dosyć luźny związek z rzeczywistością. Można to wywnioskować po tym, że ZABIŁ SMOKA. W ogródku. Na sugestię mamy, by opowiedzieć o wszystkim tacie, z entuzjazmem wyrusza na poszukiwania. No cóż, czasami ciężko odróżnić koszącego trawę ojca od smoka. O. TAK WIĘC ZWYRODNIAŁY SYN TRAFIA DO WIĘZIENIA. I dobrze.
Drugi pasek, o tytule "Kącik katolickiej edukacji seksualnej", opowiada o, tu niespodzianka, o katolickiej edukacji seksualnej. Bardzo przedniej, warto zauważyć, bo akceptowanej przez PANA JEZUSA (który ma wyjebane, bo nie istnieje, ale mniejsza). Tak, czy inaczej, warto zwrócić uwagę na, tu cytat - "mierzenie temperatury pizdy". Za pomocą wielgachnego termometru. Zaraz, co to? Czyżby?! Nie może być! Uśmiechnąłem się! Po raz pierwszy! Yay, chyba pora zacząć się suszyć.

GRIM: Komiks o tytułowym krasnalu autorstwa Skarży jest jedynym (niemal) niemym komiksem w zbiorze. Niestety, jest też dość nijaki. Krasnal, rozpamiętujący swoją przeszłość w "Domowym przedszkolu", porywa dziewczynkę i w momencie, gdy ma ją zabić, tajemniczy twardziel w płaszczu i kapeluszu zabija go strzałem z dwururki. Bardzo słabe zarówno scenariuszowo, jak i rysunkowo, niżej od standardów Skarży.

MALVAGIO: Wstydź się, Skarża, wstydź się! Teraz czas na Telomateo i jedną, wielką "Ufopatologię". Dresy/"blokersi"-ufoki, świetnie. Jako że jestem z Nowej Huty, temat w sumie mi bliski, nie chcę się więc zagłębiać w meandry fabuły poszczególnych (bo jest ich kilka) historyjek. Dość powiedzieć, że wiernie, może nawet bardzo wiernie, przedstawia "środowisko". Wiem z pierwszej ręki. Tak, czy inaczej, jeśli cenicie sobie tony wulgaryzmów i pewien wcale nie urokliwy prymitywizm, czy mieszkacie na typowym osiedlu będziecie, lub nie, zachwyceni. Prawdziwa ufopatologia.

GRIM: Na koniec autor, po którego obecności w zinie obiecywałem sobie więcej, niż króciutki pasek. Mowa o wspominanym wcześniej Ytronie, który prześmiesznym, homofobicznym i obrazoburczym stripie o AIDS zakończył część komiksową zeszytu. Ostatnią stronę pokrywa też bzdurny i zupełnie pozbawiony sensu tekst manifestu zbulwersowanego nastolatka, który, jak sądzę, miał być żartem, wybranym przez Skarżę na zakończenie. Zabawna, ale i żenująca rzecz.

MALVAGIO: Podsumowując, eeeee...co by tu... Są perełki, ale w ogólnym rozrachunku... Wiecie co Linkara robi ze złymi komiksami? Jeśli nie - sprawdźcie, ja tymczasem zatęskniłem za prysznicem, dzięki Ytron (CZEMU JAAA?!). Bez odbioru.

GRIM: Ja ze swojej strony mam nadzieję, że niebawem zobaczymy kolejny numer "Hałabały". I że będzie więcej Ytrona, Cyryla Bobarczyka i Mazok.

piątek, 22 kwietnia 2011

czwartek, 14 kwietnia 2011

197 - Pogodniejszy Maus


„We Włoszech wszyscy są mężczyznami”


Scenariusz: Luca de Santis


Rysunki: Sara Colaone


Wydawnictwo: Centrala East Cover 2011-03-29


Cena z okładki: 39,90 zł



Pogodniejszy młodszy brat Mausa


Gdy w faszystowskich Włoszech podczas uaktualniania kodeksu karnego w latach 30. ubiegłego wieku proponowano umieścić zapis dotyczący represjonowania homoseksualistów, Mussollini zaprotestował - stwierdził, że nie jest to potrzebne, gdyż „We Włoszech wszyscy są mężczyznami.”. Kłamał . Homoseksualiści (głównie geje, wobec kobiet prawo było łagodniejsze) byli prześladowani już od 1928, zaś w drugiej połowie dekady aż do dnia wybuchu wojny wielu odsiadywało wyroki za „przestępstwa wobec moralności” w odizolowanych obozach dla więźniów politycznych, by ukryć fakt, że w faszystowskim Nowym Rzymie mogli istnieć mężczyźni tak otwarcie pogwałcający swym postępowaniem kult siły i hartu ducha. Do jednego z internowanych na wyspie San Domingo w archipelagu Tremiti w ostatnim okresie zsyłania tam gejów po czterdziestu latach od zakończenia wojny przybywa dwójka dziennikarzy telewizyjnych z pomysłem na reportaż o stosunku dyktatury do homoseksualistów. Antonio Angelicola, zwany „Ninellą” (postać wzorowana na Giuseppie B., więźniu San Domingo , który ujawnia się w posłowiu jako Pepinella), młody i przystojny krawiec z Salerno, zostaje podczas jednego ze spotkań miejscowych gejów w pobliskim lesie aresztowany przez ochotniczą milicję i skazany na izolację „by zdusić rozprzestrzenianie się pederastii”. Po latach, stary, zdziwaczały i zgorzkniały, zgadza się (chociaż nie bez oporów) opowiedzieć swoją historię młodym reporterom. Brzmi znajomo? Powinno. Komiks de Santisa i Colaone jawnie nawiązuje do genialnego „Mausa” Spiegelmana, zarówno konstrukcją (przenikanie się dwóch planów – współczesnego i wspomnień wojennych), jak i motywem wpływu opowiadanej historii na dziennikarzy (dla jednego z nich, który przejawia homoseksualne skłonności, szczególnie), ale i na samego Ninellę, który stopniowo coraz chętniej otwiera się przed towarzyszami podróży na miejsce dawnego uwięzienia. Zgrabne przejścia między fragmentami nagrań, wypowiedziami starego geja i jego retrospekcjami (chociaż te ostatnie są mocno naginane dla uatrakcyjnienia historii – chwilami Antonio ma przed oczyma zdarzenia, w których nie uczestniczył) są zaletą albumu – przemieszanie wątków działa stymulująco na podtrzymanie uwagi czytelnika, chociaż sporo jest sekwencji nużących i zbędnych wypowiedzi. Oczywiście, to stała bolączka komiksu obyczajowego, jednak przy subtelności de Santisa w prezentowaniu emocji niektóre sceny rażą poziomem banału w dialogach . Scenariusz poza prezentacją życia w obozie (zaskakująco lekkiego i przyjemnego dla osadzonych, którzy mogli nareszcie otwarcie okazywać swe skłonności), miejscami sili się na symbolizm i głębszą refleksję – autor wkłada w usta postaci chwytliwe aforyzmy dotyczące ludzkiej kondycji i zagadnień egzystencjalnych, jednak robi to niezgrabnie i na siłę. Na całe szczęście stosuje ten zabieg na tyle rzadko, by nie psuć przyjemności z lektury. Ninella, pomimo niechęci do rozgrzebywania przeszłości, wspomina o pobycie na Tremiti z wyraźną nostalgią – pomimo mrocznych, a nawet krwawych wydarzeń, które stały się jego udziałem. Mój problem z tym komiksem polega na tym, że jak na publikację historyczną zawiera znikome ilości danych, zaś jak na dzieło psychologiczne lub obyczajowe ma zbyt schematycznych bohaterów (co widać zwłaszcza w postaciach mieszkańców San Domingo, kreślonych na podobieństwo obsady melodramatu – pociągający łajdak, krewki wesołek, oślizgły szpicel , niewinny chłopiec czy szlachetny żołnierz). Mimo tego jednak opowiada zajmującą (chociaż bardzo prostą) historię, kapitalnie zarysowuje relacje pomiędzy bohaterami (zarówno tymi z przeszłości, jak i w czasie teraźniejszym) no i ma fantastyczną szatę graficzną. Stylizowane na stare, pożółkłe fotografie rysunki Sary Colaone fenomenalnie wprowadzają w klimat, a delikatne i nieliczne naleciałości estetyki mangowej szybko przestają przeszkadzać w rozkoszowaniu się minimalistycznym kunsztem rysowniczki.


Grim.

piątek, 11 marca 2011

190 - DYSPUTY NA DWIE NUTY III - ZŁO W POTRAWCE

W trzecim odcinku Dysput na Dwie Nuty rzucamy okiem wspólnie z Malvagio, czyli Adamem Czernatowiczem, na musicalowy odcinek serialu "Evil Con Carne" (pol. "Zło w potrawce") z ciastem w roli głównej, czyli "Pie whole loved me" - "Ciastko, które mnie kochało".


GRIM: Serial "Zło w potrawce", pomimo lepszych momentów, nigdy nie był szczególnie wybitnym tworem. Dokoptowany do "Mrocznych przygód Billy'ego i Mandy" (nim te ewoluowały w samodzielną serię) prezentował jednak dość ciekawego antybohatera; Hektor Potrawka, multimilioner i awanturnik, ginie w eksplozji spowodowanej przez Majora Dorsza, komandosa na usługach Ligi Narodów. Jego mózg (i żołądek) udaje się odratować i przytwierdzić do ciała radzieckiego niedźwiedzia cyrkowego, który staje się zastępczym ciałem złoczyńcy. W poszczególnych odcinkach Potrawka, dysponujący swą małą armią, stara się podbić świat, jednak wiecznie coś idzie nie tak. "Ciastko, które mnie kochało" nie jest w tej materii wyjątkiem.

MALVAGIO: "Małą armią" - genialne określenie na, że się tak wyrażę, "zakapiorów" najętych przez Hektora (dla niewtajemniczonych - jest ich niezbyt wielu i wszyscy są malutcy, yay!). Przechodząc jednak do sedna - w mojej opinii musicalowy odcinek "Zła w potrawce" jest chyba najlepszy w całym serialu i śmiało może konkurować z innymi kreskówkami (nie tylko epizodami muzycznymi). Praktycznie rzecz biorąc, jest śpiewany w całości - pojawiają się drobne dialogowe wtręty, ale nie są one zbyt duże. A poza tym mamy tu chyba WSZYSTKO, co musicalowe odcinki mają do zaoferowania - piosenkę czarnego charakteru, chórki, niezrozumiały dla nikogo tekst, repryzę, miłość, Meksykan i przede wszystkim - CIASTKO łamane przez CIASTO. W ogromnej ilości.

GRIM: Plan zawładnięcia ludzkością opiera się bowiem na...zbombardowaniu (póki co jednego) nienazwanego miasta olbrzymią ilością placków, wypieczonych przez major dr Upiorną, naczelnego szalonego naukowca sił uderzeniowych Potrawki. Wszyscy rzucają się na wyśmienite wypieki, opychając się do granic przyzwoitości - na całe szczęście grupa komandosów Majora Dorsza jest zawsze gotowa do akcji i rusza do ataku i...cóż, to koniec. Fabularnie nie ma do dodania nic więcej, więc przejdźmy do piosenek.

MALVAGIO: Pierwszą piosenkę śpiewa sam Hektor (kogoś to dziwi?), intonują ją zaś wspomniani Meksykanie, czyli stereotypowe (ale nawet zabawne) trio latynoskich muzyków. Jeśli idzie o treść - nasz dziarski mózg złego milionera opisuje w swej pieśni, jak bardzo wspaniały jest świat i jak bardzo Hektor go kocha, całościowo i każdą jego część z osobna. Oraz pieniążeczki. I na miodzie babeczki - tu mózgowi wtóruje żołądek, co sprawia, że otwierająca piosenka jest chyba jedyną, którą śpiewa w duecie jedna osoba... A może dwa głosy solo? Erm... to skomplikowane, przejdźmy dalej. Piosenka ciągnie się w dosyć miłym i sielankowym stylu, aż do momentu KONKLUZJI HEKTORA. A jest nią, rzecz jasna, konieczność upadku całego tego pięknego świata przez wrażym mózgiem z dyktatorskimi zapędami. No cóż, w dyskretny sposób pokazano tym, którzy serial widzą po raz pierwszy, że mózg i żołądek przyczepione do radzieckiego niedźwiedzia są jednak ZŁE. Jakie to zaskakujące.

GRIM: Szczególnie dobrze brzmi polskie wykonanie (ale też ogólnie dubbing bije wersję oryginalną na głowę i w reszcie odcinków) - silny i przerażający śpiew, który przechodzi w grzmiący krzyk robi wrażenie - zwłaszcza w połączeniu z pogodniejszym klimatem drugiej piosenki. Major dr Upiorna, pozostająca przez całą emisję postacią bez potencjału, tutaj nareszcie pokazuje charakter - jej piosenka o przygotowywaniu tytułowego ciasta jest fantastycznie złowieszcza, a równocześnie wpada w ucho dzięki chwytliwej melodii i niezłym możliwościom głosowym aktorek oryginalnej i polskiej wersji.

MALVAGIO: Nahh, o dubbingu chciałem powiedzieć na koniec, kradzieju! Ale dobra, ze swojej strony także mogę zapewnić, że polski Hektor zjada oryginalnego bez popitki. Major Doktor w obu wersjach wypadła natomiast podobnie. Wracając do tematu - następna piosenka to pierwszy chórek! Składają się nań mieszkańcy miasta zaatakowanego przez Hektora (w tym niejako osobna grupka - komandosi), swoje kwestie mają też Generał Szrama (który w zasadzie... no, ciężko nazwać to śpiewem, oj tak), Hektor, Miśkov, przede wszystkim zaś - PREZYDENT LINCOLN! (no dobrze, nie pamiętam, czy tak się w serialu nazywał, w każdym bądź razie na pewno na nim właśnie był oparty). Treść piosenki jest bardzo prosta - ludze nie mogą się oprzeć boskiemu ciastu, pragną mieć go coraz więcej i nic nie robić poza pałaszowaniem go - w tej grupie znaleźli się także komandosi, nad czym ręce załamuje PREZYDENT LINCOLN!, a Hektor - wręcz przeciwnie. Szrama ogłasza jedynie, że nikt się przed ciastem nie uchroni. Miśkov zaś porykuje machając łapami. Czy warto jeszcze o czymś wspomnieć? Hmm... a tak, pojazd Hektora i spółki to WIELKI, LATAJĄCY I WIRUJĄCY PLACEK!

GRIM: Tak, to Lincoln we własnej osobie - w serialu robił za przywódcę Ligi Narodów i wcielenie prawości i demokracji w ogóle. A sama piosenka jest świetna, bardzo melodyjna i dobrze zaśpiewana. Obok finałowej, to mój ulubiony kawałek muzyczny odcinka z bardzo wyrazistym refrenem i melodią, którą zaczyna się nucić jeszcze w trakcie słuchania.

MALVAGIO: W moim prywatnym rankingu to będzie jednak drugie miejsce, na równi z ostatnią piosenką. Na pierwszym zaś pieśń o pieczeniu, pewnie przez moją niewytłumaczalną słabość do Major Doktor, heh.

GRIM: Po krótkiej przyśpiewce Hektora na identyczną jak piosenka otwierająca odcinek melodię (tłumaczenie polskie brzmi dużo bardziej złowrogo, nie wspominając o wieńczącym refren śmiechu) następuje interwencja Majora Dorsza, który, "wyśpiewując" (postać ta nigdy nie mówi nic poza BLAH), dyscyplinuje swoich kolegów i razem ruszają do ataku na latający placek - oczywiście, ich pojazdem będzie helikopter zaopatrzony w gigantyczny nóż do krojenia ciasta, standardowe wyposażenie śmigłowców wojskowych. Następuje bitwa na ciasta... i finałowa piosenka.

MALVAGIO: Która stanowi chyba kwintesencję musicalowości - obezwładnieni zbyt dużą ilością ciast bohaterowie (zarówno Hektor i spółka wraz z "zakapiorami", jak Dorsz i jego komandosi) łączą się w wielki chór, który jednym głosem wyśpiewuje swoje zmartwienie w bardzo nastrojowy, liryczny wręcz sposób z przebijającą nutą smutku, wynikającą z niezdolności do dalszej walki. Piękna scena (która jest jednocześnie tak potwornie ŚMIESZNA), podbudowana jeszcze partiami solowymi, a w szczególności Komandosa Pierwszego Po Dorszu, wyrażający absolutny tragizm sytuacji. Szczególnie w połączeniu z łzą spływającą ukradkiem po jego licu. Ostatecznie wszyscy łapią się za ręce i wciąż śpiewając (przechodząc też w nucenie) zadają sobie jedno, najważniejsze pytanie - CO KRYJE SEKRET CIAST?

GRIM: To moim zdaniem najlepsza - zarówno treściowo, jak i muzycznie piosenka w odcinku. Tak jak ogólnie kompozytorzy odwalili kawał dobrej roboty z prawie każdym kawałkiem (każdy ma inny charakter, każdy wpada w ucho, każdy ma świetną, chwytliwą linię melodyczną) tak tutaj przeszli samych siebie. Fantastycznie wykonana zamykająca piosenka musicalowa rzuca na resztę odcinka zupełnie nowe światło - oto okazuje się, że tajemniczym składnikiem diabolicznego ciasta jest MIŁOŚĆ! Wszyscy więc we wspólnej harmonii stają na tle pełnym serc i różu, aby wzajemnie przebaczyć sobie i uśmiechnąć. Poza Hektorem, który wciąż nienawidzi świata.

MALVAGIO: No i całe szczęście! A tak przy okazji, to serduszkowe tło strasznie pachnie Atomówkami, ale to w zasadzie nie jest istotne. Tak, czy inaczej, podsumowanie - odcinek jest ŚWIETNY. Kapitalne piosenki, zarówno pod kątem melodii, jak i treści, interesujący bohaterowie, doskonały dubbing (wiecie, że "kwestie" Dorsza i Miśkova też zostały "zdubbingowane"? niesamowita sprawa) wraz z tłumaczeniem i przede wszystkim - CIASTO, składają się na jeden z moich ulubionych musicalowych epizodów. W mojej opinii ma tylko jedną wadę - jest strasznie krótki.

GRIM: To prawda - jak już powiedziałem, tutaj nie ma słabych piosenek, jedyną ich wadą jest zbyt krótki czas trwania. Naprawdę znakomita rzecz i dowód na to, że można napisać świetny, zapadający w pamięć musical nawet o czymś tak idiotycznym, jak próba zawładnięcia światem przy pomocy ciasta. Wielkie brawa.


P.S. od Grzybiarza - Ukazał się pierwszy pełny zwiastun nowego filmu o Smurfach. Lubię to.

piątek, 4 marca 2011

189 - DYSPUTY NA DWIE NUTY II - BATMAN

W drugim wydaniu naszej specjalnej serii "Rozmów na dwie głowy" razem z Adamem Czernatowiczem, czyli Malvagio, bierzemy na tapetę musicalowy odcinek serialu Batman: Brave and the Bold z najmuzykalniejszym złoczyńcą wszech czasów - Mayhem of the Music Meister (pol. Król Muzyki)



GRIM: Serial "Batman: Brave and the Bold", choć wzbudzający kontrowersje wśród fanów Mrocznego Rycerza, jest niezrównany we wskrzeszaniu najdziwniejszych i najbardziej oryginalnych/idiotycznych/absurdalnych (niepotrzebne skreślić) postaci komiksowych z odmętów niepamięci i archiwaliów DC. Podczas dwóch sezonów emisji przewinęli się przezeń m.in. Zebra-man, Polka - Dot Man czy Crazy Quilt. Twórcy stworzyli także kilku nowych villainów - m.in. bohatera dzisiejszej Dysputy, czyli Music Meistera, obłąkanego żądzą władzy nad światem przestępcę obdarzonego niesamowitą mocą - jego śpiew powoduje, że wszyscy wokół wykonują w transie... numery musicalowe. "Król Muzyki" nie pojawił się w komiksie, ale jego pierwowzór, Music Mastera, można odnaleźć w odcinku "Ligii Sprawiedliwych", gdzie bohaterowie trafiają do alternatywnej rzeczywistości komiksów ze złotej ery, w której odziany w fiolet rudzielec z przerwą między zębami wchodził w skład grupy złoczyńców. Obaj panowie natomiast są hołdem dla klasycznej postaci z uniwersum Flasha - The Fiddler, bo to o nim mowa, zmuszał ludzi do wykonywania swych rozkazów dzięki hipnotycznej mocy skrzypiec. Tyle historii postaci.

MALVAGIO: Ach, Król Muzyki... Jeden z moich ulubionych złoczyńców z Brave&Bold. I to nie tylko dlatego, że większość z nich jest idiotyczna i że po prostu KOCHAM piosenki czarnych charakterów. Dlaczego więc? Ponieważ dał nam, biednym i wyczekującym pewną namiastkę tego, jak mógł wyglądać BATMAN W WERSJI MUSICALU! Były takie plany, ale je porzucono, a szkoda, bo temat jest nośny. Bardzo bardzo nośny, jak to wykazał serial - dość powiedzieć, że wydano nawet płytę z muzyką pochodzącą z tegoż odcinka! MOŻECIE TO SOBIE WYOBRAZIĆ?! Muszę przy okazji zaznaczyć, że piosenki są bardzo ciekawe, ciągną się przez niemal cały odcinek (przeplatane są krótkimi fragmentami mówionymi, ale kto by się tym przejmował... ja nie) i można w sumie powiedzieć, że posłuchać można sobie całego przekroju - o miłości, z musicalowa choreografia, złoczyncy i i tak dalej i tak dalej. Piłeczka po Twojej stronie, Grim.

GRIM: Warto zaznaczyć, że ten odcinek różni się od reszty, które opracujemy w Dysputach, jak i od musicalowych odcinków w ogóle. Przede wszystkim - tutaj wszystkie tańce i śpiewy postaci są w pełni uzasadnione (idiotycznie, ale zawsze) hipnotyczną działalnością Meistera. Tytułowy łotr jest motorem każdej piosenki - chociaż w chórkach albo solówkach pojawiają się dziesiątki innych bohaterów, główne partie śpiewa wyłącznie on lub Black Canary. To, muszę przyznać, osłabia nieco wyrazistość tego epizodu.

MALVAGIO: Ojtam, ojtam, wyrazistości Ci brakuje - jest, ale skupiona w Meisterze i Black Canary, jak dla mnie nie ma problemu, szczególnie, że to dosyć ciekawe - musical z uzasadnionym śpiewaniem, zawsze to jakaś miła odmiana, po dosyć zastygłej formie. Ale mniejsza z tym, przejdźmy do fabuły! Ważne kryterium, które nie jest absolutnie żadnym kryterium, bo ma jedynie posłużyć za pretekst do śpiewania. Tak więc - Black Manta, Gorilla Grodd i Clock King postanawiają ukraść satelitę, przeszkadzają im Aquaman, Black Canary i Zielona Strzała, potem pojawia się Music Meister i wszyscy śpiewają. Aż wszystkiego nie powstrzymuje Batman (jak zawszeeeee, tym razem przy pomocy Czarnego Kanarka), po drodze goniąc Meistera, ratując bohaterów (i złoczyńców też), a później siebie oraz rzucając przaśne teksty (spotęgowane przez przaśność Radosława Pazury) i NIE ŚPIEWAJĄC. Dokładnie tak. Co prawda w pewnej chwili robi coś, co można nazwać śpiewaniem, ale jak potem sam przyznaje oszukiwał. Tyle w telegraficznym skrócie, weźmy na warsztat ciekawsze rzeczy - same piosenki!



GRIM: Nie dodałeś najważniejszego - satelita, podebrany Groddowi, Mancie i Clock Kingowi ma posłużyć Music Meisterowi do przesłania na cały świat jego hipnotycznego głosu, co sprawi, że cała ludzkość pogrąży się w chaosie, kradnąc absolutnie wszystko dla niego (plan niezbyt wyszukany, ale nie odbiegający od normy komiksowej nikczemności). Ale zajmijmy się piosenkami. Wszystko rozpoczyna prezentacja nowego złoczyńcy, który nie tylko przedstawia się, wspomina o swym planie, ale także dorzuca retrospekcję, gdy to, dręczony przez szkolnych opryszków za śpiewanie w chórze, odkrył swoją niezwykłą umiejętność. Piosenka ma niezłą, wpadającą w ucho melodię z charakterystycznym refrenem i oscyluje pomiędzy delikatnymi dźwiękami, ledwie zarysowującymi linię melodyczną, a potężnym uderzeniem orkiestry (świetne skrzypce i trąbki!) w triumfalnym "I'm the Music Meister!" Każda ze zwrotek różni się klimatem, a nawet systemem tonalnym - ostatecznie wszystkie zostają podporządkowane tonacji refrenu.

MALVAGIO: No cóż... pomimo mojego zwyczajowego pobłażania w tej materii, muszę przyznać, ze origin Meistera jest dosyć idiotyczny (a poza tym - co on robił do tej pory? Dlaczego ujawnił się dopiero teraz? CO JEST GRANE?!)

GRIM: (I dlaczego, dysponując mocą podporządkowującą mu całą obdarzoną słuchem populację świata, ogranicza się do globalnej, ale wciąż tylko kradzieży?)



MALVAGIO: Trzeba zaznaczyć, że już w pierwszej piosence mamy do czynienia z fikuśną choreografią - między innymi z "ludzkimi schodami", które tworzą zahipnotyzowani bohaterowie i złoczyńcy, a po których żwawo schodzi sobie Meister oraz z WALKO-BALETEM (jak sam nazywam to... zjawisko), czyli... no... walką połączoną z... no tańcem. I NIE, nijak się to nie wiąże z capoeirą, zapewniam was. Tak, czy inaczej, "walka" ta odbywa się pomiędzy zahipnotyzowani i Batmanem. Jeśli zaś chodzi o osobiste wrażenia słuchowe - jest to moja druga ulubiona piosenka z odcinka, głównie ze względu na kapitalny refren i cichy, spokojny śpiew, który natęża się do poziomu EPIKI i w połączeniu z obrazem daje wrażenia, które WBIJAJĄ w ścianę, przed którą stoi fotel! Uaaaa, trochę mnie poniosło, ale piosenka jest zaprawdę przednia!

GRIM: Meister udaje się do swej kryjówki za pomocą...hm...NUTOMOBILU (świetny pomysł, swoją drogą) w sali koncertowej, gdzie "dopieszcza" swój plan przed tysięczną, wyciętą z kartonu publicznością, którą złoczyńca raczy swą muzyką, licząc na aplauz (dość niepokojąca scena, przyznam). Tam odnajduje go Batman, którego interwencja skutkuje... KOLEJNĄ PIOSENKĄ!

MALVAGIO: Nie obyło się, rzecz jasna, przaśnego tekstu - "Twój występ będzie miał dłuższą przerwę, śpiewaku - jakieś 20 lat!". Ach... No więc po tym budującym wstępie i ripoście Meistera, która jest jednocześnie preludium i tytułem następnej piosenki zaczyna się kolejna sekwencja śpiewana. Tym razem solo Music Meistera wspomagane będzie przez chór złoczyńców z Arkham i Blackgate, którzy włączają się, gdy nadchodzi czas na refren. O, pardon, są jeszcze krótkie, bo jednowersowe wstawki poszczególnych postaci, które są jednak w zasadzie nieważne. Treść piosenki traktuje o tym, jak to Batman strasznie irytuje samego Meistera, jak i złoczyńców ogólnie. Wszystko podczas pościgu bohatera za muzycznym hipnotyzerem (który znowu dosiadł swojego wiernego Nutomobilu). Oczywiście, postronni świadkowie dostają się pod kontrolę Meistera i przeszkadzają Gackowi, jak tylko mogą. Wrażenia? Wypowiem się jako drugi.



GRIM: Ta piosenka nie jest tak monumentalna, jak pierwsza - da się wyczuć pewne podobieństwo przez nagłe zmiany nastroju i instrumentów (znienacka po szarpanych dźwiękach gitary elektrycznej następuje druga, wręcz liryczna zwrotka), jednak jest ona o wiele żywsza i czerpiąca bardziej z popu i rocka. Świetnie zaśpiewana i najbardziej zapadająca w pamięć po pierwszym usłyszeniu, ale na pewno nie moja ulubiona z tego odcinka. No i cóż - tekst jest idiotyczny. Ale plus za przywołanie legendarnego Batusie, bat - tańca rodem z serialu z Adamem Westem!

MALVAGIO: W tym punkcie nie ma zgody między nami, bo "Drives us bats!" to moja ulubiona piosenka. Tekst może i idiotyczny, ale za to jak wpada w ucho razem z melodią! To była pierwsza piosenka z odcinka, której tekstu nauczyłem się na pamięć i którą często i z wielką chęcią podśpiewuję sobie, gdy nikt nie słucha (no dobrze, czasami jest to irytujące, gdy nie mogę się czegoś pozbyć z mózgu, ale... to jest przeca ŚWIETNE!). Poza tym wiele zyskuje w połączeniu z obrazem - szczególnie w scenie, gdy Nutomobil rozdziela się na dwie części, a Batman dosiadając jednej z nich ściga Meistera po pięciolinii... to znaczy przewodach wysokiego napięcia. Albo nagłe przebieranki złoczyńcy, podczas których zaczyna on, przynajmniej na chwilę, śpiewać w inny sposób, niż przed chwilą. A przez ogólną żywość rytmu, bardzo łatwo można wczuć się a atmosferę pościgu. Jak dla mnie - marzenie. Ale teraz przejdźmy dalej, bo oto zaczyna się "Can you feel the love tonight" by DC, czyli na scenę wkracza Black Canary!

GRIM: Najsłabsza piosenka odcinka. Nijaka, pozbawiona oryginalności - puszczona w radio, zlałaby się z masą identycznie brzmiących smętnych songów o miłości. Canary wyraża w niej (uwaga - to pierwsza piosenka, gdy ktoś poza łotrem śpiewa z własnej woli!) swoje uczucie do gromiącego zahipnotyzowanych Batmana. Meister, który już na początku zwrócił uwagę na niezwykły głos Kanarka, pragnie połączyć się z nią - niestety, w imię zła, na co bohaterka z kabaretkach zgodzić się nie może. Na skutek zmasowanego ataku tłumu Nietoperz i Kanarek padają na ziemię - ich bezwładne dłonie uderzają o chodnik o centymetry od siebie, nie stykając się. Rozdziela ich triumfujący "Król". Ta dramatyczna wizja jest jedynym plusem nieciekawej w warstwie melodycznej piosenki.

MALVAGIO: No cóż... treściowo faktycznie niezbyt oryginalnie. Jeśli idzie o wokal - no cóż, Canary ma całkiem ładny głos. Warto wspomnieć, że bohaterka śpiewa jednocześnie obijając niecnych gangsterów, którzy otoczyli ją na dachu i zapewne przeszkadzali w odbiorze Batmana. W przeciwieństwie do poprzedniej piosenki, jej osadzenie w obrazie nie opiera się więc na "jedności" nastroju z akcją, a na kontraście pomiędzy nimi. Hm... to można chyba uznać za ciekawostkę, prawda? I jeszcze to "niezsynchronizowanie" śpiewu Canary i Meistera... Gash... Mniejsza z tym, scena z dłońmi jest naładowana emocjonalnie i zgodzę, się, że jest kapitalna. Przejdźmy dalej, do sceny, gdy Batman i Canary są uwięzieni przez Meistera w jednej z NAJBARDZIEJ EPICKICH (i, przyznajmy to szczerze - przesadzonych aż do bólu) PUŁAPEK, JAKIE KIEDYKOLWIEK WIDZIAŁ ŚWIAT. Powiązana z nią piosenka traktuje o tym, jaka to nieciekawa sytuacja panuje dookoła i dzieli się ona na dwie części - w pierwszej śpiewa Meister, w drugiej Canary. Batman nie śpiewa. Batman działa.



GRIM: Tu warto odnotować, że polska wersja - i treściowo, i wokalnie - jest dużo lepsza od angielskiej. Poza tym niezbyt wyszukana melodycznie przyśpiewka - twórcy się nie popisali, do kilku dźwięków na krzyż pisząc pół tuzina krótkich zwrotek. Piosenka zapada w pamięci tylko dzięki tekstowi - poza tym ani wykonanie, ani melodia nie powala.

MALVAGIO: Nie tylko tekstowi - jeszcze samej pułapce, która wykorzystuje i lejący się kwas i ruchome ostrza (w kształcie gitary, a co!) i zbiornik z kwasem i lasery i miażdżące ściany i bombę metronomową i... a nie, to już wszystko. A tłumaczenie bardzo mnie cieszy, bo jest naprawdę fajne i z "Death Trap!" zrobiono "Kres dni!". Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby zdecydowano się tłumaczyć bardziej dosłownie na np. "Pułapka". Yuck! Dobrym podsumowaniem jest tutaj tekst Batmana na zakończenie, gdy już wydostał z pułapki i siebie i Canary - "Czy to śpiewanie było potrzebne?". Porzućmy więc to niegościnne miejsce, bo oto nadszedł czas na WIELKI FINAŁ!



GRIM: Oto Music Meister w zbroi - głośniku przesyła swój śpiew na cały świat, w którym absolutnie wszyscy - poza Batmanem i Canary z bat-zatyczkami w uszach - zaczynają oddawać mu cześć, śpiewać wraz z nim, a nawet formować się w jego twarz na środku oceanu. Brzmieniowo bardzo podobna do piosenki otwierającej odcinek, ponownie wykorzystuje pełne możliwości orkiestry. Jest jednak o wiele bardziej melodyjna. Tym razem zwrotki nie są tak zróżnicowane, ale za to dostajemy olbrzymie chórki - wielka szkoda, że twórcy nie zaryzykowali i nie spróbowali śpiewu na głosy. Moim zdaniem mógłby dodać tylko kolorytu. Mimo to, jest to moja ulubiona piosenka odcinka pod względem fantastycznie prowadzonej saksofonem melodii.

MALVAGIO: Dla mnie to trzecia w kolejności piosenka, jeśli idzie o podobanie się. Melodycznie całkiem fajnie, chór... no wow, to się nazywa CHÓR, w dodatku z epicką oprawą, a to jest coś, co wysoko sobie cenię. Całość sprawia MONUMENTALNE wręcz wrażenie, z którego ciężko jest się otrząsnąć. Dlaczego więc dopiero miejsce numer 3? Hmmm... chyba dlatego, że w zasadzie Meister odgrywa tu drugie skrzypce, jeśli idzie o budowanie klimatu, poza tym niezbyt podoba mi się jego głośnikowy pancerz. Tak, czy inaczej, podczas piosenki Batman i Black Canary walczą z kontrolowanym przez Meistera tłumem (wśród którego znajdują się też Aquaman i Zielona Strzała, czyli pokażmy wszystkim raz jeszcze, że się do Batmana nie umywają, skoro dostali się pod kontrolę złoczyńcy... ZNOWU). O-o-o! Jest też siła miłości, bo Zielona Strzała wstrzymuje swoją PIĄCHĘ (no wreszcie, wreszcie mogłem to napisać!) i zamiast uderzyć Canary raczy swoim ciosem Aquamana!

GRIM: Siła miłości zawsze potężniejsza jest od mocy symfonii zła! Tako uczył Disney!

MALVAGIO: Zdecydowanie niezrozumiała jest dla mnie sekwencja końcowa, gdy Music Meister pozwala Black Canary śpiewać (jej "kanarczy" głos jest szkodliwy dla jego hipnotyzującego śpiewu) i pozwala sobie ot tak wyrwać mikrofon przez Batmana, w wyniku czego głos "Kanarki" obiega cały świat i rujnuje jego plany (to też zaliczę do uzasadnienia, że nie jest to moja ulubiona piosenka, oooo tak!). Finał się kończy, ale...

GRIM: Ale na zakończenie otrzymujemy repryzę nudnej piosenki miłosnej. Batman, wzgardzając uczuciem Canary, odchodzi w mrok, zaś swe uczucia wyznaje jej Zielona Strzała. Canary jest chyba dość zdesperowana (albo zauroczona SIŁĄ MIŁOŚCI jego piosenki), bo błyskawicznie się zgadza zostać jego kochanką. Tym cudownym akcentem odcinek się kończy. Nie, nie wiadomo, co się stało z Music Meisterem po epickim ciosie Batmana.



MALVAGIO: O ile się nie mylę, to Zielona Strzała jest uważany za kopię Batmana (i to w dodatku podrzędną). Może to więc dlatego? Nie mogę mieć czekolady to zadowolę się wyrobem czekoladopodobnym? Tak, czy inaczej - repryza nie wnosi nic nowego, a Meister albo umarł i wyparował albo uciekł, bo nikt się już nim nie zajmuje, a jego samego też jakoś nigdzie nie widać. Woah, dokonaliśmy tego, omówiliśmy wszystkie piosenki!

GRIM: Nie było ich znowu tak dużo. Podsumowując, odcinek jest bardzo nierówny pod względem muzycznym (scenariusz to, jak zostało wspomniane, pretekst do śpiewania, nie niesie absolutnie nic więcej poza mnożeniem sytuacji, w których można potańczyć albo coś zaintonować). Kawałki świetne i monumentalne przeplatają się z nijakimi przyśpiewkami. Twórcy nie wychodzą obronną ręką z próbowania swych sił w różnych gatunkach muzycznych, ale jedno trzeba im przyznać - ten odcinek to w pełnej krasie MUSICAL w swym prawdziwym znaczeniu. Nie "odcinek śpiewany". To jedyna znana mi stylizacja musicalowa (opadanie i rozsuwanie się kurtyny pomiędzy poszczególnymi scenami) i słychać próby ukazania tego w piosenkach - chociaż są różne, słychać, że mają tworzyć jedną całość przedstawienia, nie zbiorek niezwiązanych songów.

MALVAGIO: No cóż, do ogólnego podsumowania nie mam już chyba nic do dodania. Na zakończenie słówko więc na temat polskiej wersji - jest dobra, w paru miejscach zdarzają się co prawda dziwne tłumaczenia (w szczególności supermarket, który Batman ma w pasie, wydaje mi się, że można to było zrobić lepiej), ale zdecydowana większość jest w jak najlepszym porządku. Głosowo - Music Meister jest jak dla mnie lepszy od oryginalnego, Black Canary wypada niestety trochę gorzej, wydaje mi się też, że część głosów się powtarza, a Batman jest przaśny (choć w tym serialu nawet mu to służy). Tyle ode mnie.

GRIM: A ja zapraszam za tydzień - udowodnimy, że postaci z kreskówek potrafią śpiewać, nawet nie mając ust!

piątek, 25 lutego 2011

188 - DYSPUTY NA DWIE NUTY I - ATOMÓWKI

MUZYCZNE ROZMOWY NA DWIE GŁOWY,
Czyli
DYSPUTY NA DWIE NUTY


W serii gościnnych rozmów z Malvagio, czyli Adamem Czernatowiczem, tajemniczym scenarzystą i współtwórcą komiksu „Człowiek Bez Szyi” (premiera podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa) postaramy się przybliżyć kilka najbardziej wartościowych i interesujących musicalowych odcinków seriali animowanych, jakie dane nam było oglądać w polskiej telewizji. Ponieważ muzyka i animacja łączą się nierozerwalnie od czasu Dinner Time i Parowca Willy, wyłoniliśmy z kreskówek o odcinkach śpiewanych w całości bądź wypełnionych piosenkami wyłącznie produkcje z ostatniego dziesięciolecia. Na pierwszy ogień – legendarny odcinek Atomówek – See me, feel me, Gnomey (Pol. Róży kwiat zmienia świat)

GRIM: Jeśli mówimy o tym odcinku, ważne są dwie informacje. Pierwsza: musical miał być zakończeniem całej serii, jej podsumowaniem i epilogiem zarazem. Druga: odcinek został zakazany przez swą (rzekomo) komunistyczną wymowę i nie został wyemitowany.

MALVAGIO: W taki to oto prosty sposób odcinek ten stał się chyba najbardziej znany ze wszystkich. Świetny marketing, zawsze to powtarzam. Przechodząc już jednak do bardziej "technicznych" szczegółów - odcinek jest długi, bo zajmuje prawie 22 minuty. Poza tym - jest śpiewany. W CAŁOŚCI (nie licząc drobniutkiej części w końcówce, ale mniejsza). Całkiem niezłe osiągnięcie, jak na mój gust.


GRIM: Słowo o fabule - podczas gigantycznej bitwy z niemal wszystkimi łotrami ze swojej obszernej galerii zła Atomówki przegrywają bitwę o miasto Townsville ze współpracującymi złoczyńcami. Pokonane, leżąc na gruzach zrujnowanego miasta, zawierają pakt z tytułowym gnomem - ukrytym w kwiecie róży małym, wrednie wyglądającym czarownikiem w spiczastej, czerwonej czapeczce i takimż płaszczu (ciekawostka - OFICJALNYM powodem zakazania emisji był właśnie płaszczyk, mieniący się czerwono-srebrnymi rozbłyskami, co miało stanowić zagrożenie wystąpienia oczopląsu u małoletnich widzów), który w zamian za - drobnostka - ich moce sprawi, że Townsville stanie się utopią, nieznającą zła. Dziewczynki zgadzają się, wierząc, że to uwolni je od brzemienia wiecznej walki i pozwoli cieszyć się życiem. Gnom pozbywa się więc zła (co polega na dosłownym USUNIĘCIU przestępców) i magią odbudowuje miasto, które obrasta gigantycznymi różami. W największej gnom urządza swą kwaterę i odbiera hołd od wdzięcznych mieszkańców, którzy stają się jego radosnymi i wiernymi niewolnikami i wyznawcami. Co więcej, Atomówki też są zadowolone z takiego obrotu sprawy, dopóki na ich drodze nie stanie profesor Atomus w...rzeźnickim uniformie, z tasakami w dłoniach. Uświadamia on córkom (w dość obrazowy sposób), że umowa między nimi a gnomem jest nieważna - nie może istnieć pokój bez wolności, odebranej zaślepionym ludziom przez różanego tyrana. Dziewczynki lecą więc do jego kwatery, by obalić samozwańczego bożka, uświadamiając sobie, jak ważne jest istnienie zła obok dobra dla równowagi świata. Całość zamyka powrót złoczyńców, którzy ramię w ramię z pozytywnymi bohaterami i szarymi obywatelami śpiewają o cudzie różnorodności świata, który ma najróżniejsze odcienie, nie tylko czerń i biel.



MALVAGIO: Tu warto się zatrzymać, bowiem mamy do czynienia z pierwszą naprawdę ciekawą piosenką, która towarzyszy pojawieniu się gnoma (swoja drogą, STRASZNIE przywodzi mi na myśl niesławnego Rumpelstiltskina, który też operuje na transakcjach wiązanych) i złożeniu przezeń propozycji. Piosenka o tyle ciekawa, że gnom pokazuje w niej swoje dwa oblicza - najpierw jawi się jako miły/przyjazny do bólu różany karzełek z bródką jak choinka zapachowa - wyraża to ciepły i spokojny głos, gwarantujący naprawę sytuacji w mieście. A chwileczkę później z jednym z najbardziej złośliwych uśmiechów podkreśla, ŻE NIE MA NIC ZA DARMO. A potem... zgrzyt maksymalny, bo piosenka robi się OSTRA. Zarówno pod kątem słów gnoma, który nie prosi, a wręcz żąda, jak i wykonywanych przez niego gestów. Tu mała dygresja - ja się pytam, GDZIE TE ATOMÓWKI MAJĄ ROZUM?! Ostry głos, stawianie żądań, wyginanie rąk w szpony.... Kto zaufałby komuś takiemu?! No cóż... odpowiedź już znamy, więc przejdźmy dalej. Zaznaczę jeszcze tylko, że gnom ma najlepszy głos w całym odcinku.
MALVAGIO: Trzeba profe... a może rzeźnikowi/masarnikowi Atomusowi przyznać, że na czym, jak na czym, ale na sugestywnych obrazach to się zna. I to bardzo dobrze. Jego piosenka nosi wymowny tytuł "Freedom beef" (co w polskiej wersji zostało przetłumaczone na "Kotlet raz!", NIE WYCIĄGAJCIE JEDNAK SIEKIER. Ani pochopnych wniosków. Zaczekajcie grzecznie do akapitu z omówieniem polonizacji odcinka). Tytułową wołowinką są mieszkańcy Townsville, a może nawet ogólnie ludzie, którzy są "jak tłum prowadzeni na RZEŹ!". A dlaczego? Ponieważ poświęcili, wszystko co posiadali, dla bezpieczeństwa. A kiedy człowiek jest najbardziej bezpieczny? GDY JEST ZNIEWOLONY I INNI MYŚLĄ ZA NIEGO, co Atomus ładnie wyraża podczas ciachania tasakami i rytmicznego nawalania w półtuszę, zapewne wołową. Tak czy inaczej, Atomówki uświadamiają sobie, że gnom nie wypełnił warunków umowy, została ona zatem zerwana (Rumpelstiltiskin, Rumpelstilstkin... oj, przepraszam). I tutaj najdziwniejsza rzecz... skoro umowa byłą cały czas nieważna, TO JAKIM CUDEM ONE NIE WIEDZIAŁY, ŻE DALEJ MAJĄ SWOJĄ MOC?! To nie ma najmniejszego sensu, to nie jest logiczne, a jeśli ktoś będzie chciał to wyjaśnić mówiąc, że to magia, to strzelę go półtuszą przez łeb. Tako rzekłem ja.



GRIM: Poza wymienionymi, na szczególną uwagę zasługuje też piosenka przywołania nieokreślonych STARSZYCH, przodków gnoma, którzy mają go wesprzeć swą mocą - fenomenalnie zaśpiewana inkantacja i fantastyczny instrumental na końcu z naprawdę solidnymi riffami gitarowymi. Kawał dobrej roboty. Następująca bezpośrednio po niej i zupełnie odmienna w stylistyce modlitwa do słońca, które na nowo zalśniło na niebie czerpie z estetyki hipisowskiej i jest kolejną fantastyczną melodią, pełną ciepła i optymizmu. Pozostałe są niezłe, ale nie zostają w pamięci. Najbardziej zawodzi starcie z gnomem (świetne w warstwie tekstowej, ale kulejące melodycznie) i finał (zupełnie nijaki i błyskawicznie uciekający z pamięci).

MALVAGIO: Co do finału - piosenka owszem, nie za ciekawa, klimatem przywodząca Disneya, ale tego najgorszego sortu, bleh. Poza tym mieszkańcy miasta, z których większość wygląda, jak gdyby była owocem "ZŁEGO ZWIĄZKU". Ale ad rem - warto wspomnieć o śmierci gnoma, której towarzyszy eksplozja... W CAŁKOWITEJ CISZY. I czerni i bieli. Niesamowita sprawa.

GRIM: To prawda. Poprzedzona (zaprawioną psychodelicznym klimatem) melorecytacją, przechodzącą z zdławiony szept (wspomniany jedyny mówiony fragment), sprawia naprawdę niesamowite wrażenie. Co prawda, za moment efekt zostaje zburzony najbardziej idiotyczną z napisanych na potrzeby odcinka piosenek. Szkoda.

MALVAGIO: Całą esencją swojej istoty się zgadzam. A teraz polonizacja - z mojej strony szybko, bo... bo boli. Moje nacjonalistyczne serce krwawi, przyznać bowiem muszę, że nasza wersja językowa nie umywa się do oryginalnej. Pod prawie KAŻDYM względem... Ech, lepiej Ty im to przybliż...

GRIM: Największym plusem naszej wersji językowej jest fakt, że piskliwe głosy Atomówek nie brzmią aż tak irytująco, jak oryginalne. Piosenki przetłumaczone są zawodowo, oddają przesłanie i wychwytują symboliczne znaczenia. Niestety, ich wykonanie zawodzi. Na plus można zaliczyć tylko "Kotlet raz" z naprawdę przejmującym tekstem i świetnym wokalem. Reszta piosenek...nie jest zła, ale nie jest też dobra. Aktorzy czasem nie śpiewają w rytmie, burzą melodię i wpadają w dysonanse. Pierwszej piosenki (wspólny numer złoczyńców) mniej więcej od połowy nie można zrozumieć. Niestety, nasz fantastyczny zazwyczaj dubbing w tym wypadku zawiódł. Nie martw się, nie wspomnę o burmistrzu.

MALVAGIO: ... Wspomniałeś. Dla świętego spokoju powiem tylko, że CIA mogłoby go wykorzystywać w swoich przesłuchaniach. Sukcesy murowane.

GRIM: Podsumowując, ten odcinek jest bardzo dziwny. Od pewnego momentu przemienia się ze standardowej opowiastki w atomówkowych klimatach w sugestywną parabolę dotyczącą nie tylko konieczności współistnienia dobra i zła, ale także problemu wolności i indywidualności. Owszem, przez szafowanie amerykańską flagą i symbolami demokracji ten aspekt zostaje spłycony, ale jednak wciąż pozostaje niezwykle mocno przemawiający nie tylko do młodego widza. Przetkane symboliką piosenki (spora ich część dotyka spraw uniwersalnych) przemycają treści, jakich zazwyczaj nie widuje się w animacjach. A zwłaszcza w Atomówkach, które rzadko kiedy pretendowały do ukazania tak wzniosłych idei i to na poważnie.
MALVAGIO: Podsumuję to tak - bardzo ciekawy zabieg, bardzo ciekawy odcinek, zarówno jeśli idzie o formę, jak i treść. Atomówki z refleksjami zamiast WALENIEM PIĄCHĄ? No wreszcie... A do WALENIA PIĄCHĄ jeszcze wrócimy.
GRIM: Oj tak, bo w następnym odcinku odwiedzimy mroczne Gotham City i jednego z najdziwniejszych i najbardziej rozśpiewanych superzłoczyńców, jakich zrodziła popkultura. Do usłyszenia!

środa, 23 lutego 2011

187 - Chopin i hieny

Tutaj wszystko ładnie streszczone - kto, jak, gdzie i za czyje pieniądze.

Co jakiś czas możemy się przekonać, jak fantastycznie działają polscy dziennikarze. Słowa "Smoleńsk" i "katastrofa" będą obecne w codziennych wydaniach wiadomości jeszcze przez co najmniej najbliższy rok, gdy tylko Kubica stanie na nogi, zaraz znajdzie się ktoś inny, najlepiej ofiara wypadku, aby można było posnuć parę teorii spisku. To ulubiona część pracy dziennikarskiej: szukanie SPRAWCY. Wiadomo, że nic nie dzieje się przypadkiem, więc tajemniczy SPRAWCA zawsze macza w całym źle tego świata paluchy. Kubica rozbija się nie dlatego, że to normalna sytuacja w sporcie, który uprawia - ktoś musiał zawinić. Sprawę Smoleńska pominę, nie chcąc wywoływać pyskówki w temacie i tak rozjątrzonej (i codziennie dźganej w porze dziennika zardzewiałym prętem) rany, jaką była ta katastrofa, ale mam nadzieję, że jasny jest już mój punkt widzenia.
Identyczny mechanizm - szukania SPRAWCY - rozpętał się wokół komiksu o Chopinie, który przeklina. PAN DZIENNIKARZ wychwytuje łatwy temat - wychodzi komiks promujący Polskę ZA GRANICĄ. Dopiero co śmialiśmy się z unijnych bączków, a tu grubsza sprawa - wszak Chopin, i to bez wierzby, za to z bluzgami, o wyglądzie Wiśniewskiego i w więzieniu! Zgrozo! PAN DZIENNIKARZ, oburzony tak plugawym zbezczeszczeniem naszego wybitnego kompozytora wychwytuje, że za komiks ktoś zapłacił. I to niemało. Gdy przychodzi do wyjaśnień - wszyscy rozkładają ręce. Nikt nic nie wie, czeski film. Wiadomo tylko, że Ostrowski pewnie siłą lub groźbami zmusił nieszczęsnych urzędników, by wydrukowano jego komiks - ale oni, zastraszeni przez degenerata, solidarnie milczą na ten temat. PAN DZIENNIKARZ, mając temat w garści, dodaje trochę panikarstwa (to coś wszak już prawie, prawie dotykało rąk niewinnych niemieckich dzieci!), szczyptę standardowego narzekania na politykę ogólnie i oto mamy wysmażony tłusty, ociekający histerią SKANDAL. PAN DZIENNIKARZ zaciera ręce - wie, że to chwyci. I chwyta. Dziennikarskie hieny rzucają się na publikację, rozrywając ją na strzępy - nagle z "jednego komiksu" skala zgromadzenia ohydy przenosi się na "cały album" pełen przekleństw i patologii. Lektor o sympatycznym głosie w telewizyjnej jedynce odczytuje dialogi, z kultowym "-Co? Ch**ów sto!" na czele, siejąc zgorszenie w narodzie.
Tego wszystkiego można było uniknąć. I to z pomocą elementarnego (chociaż tak wciąż enigmatycznego w działaniu) środka, jakim jest ROZUM. Czy ludzie, którzy wyłożyli na tę publikację 30 tysięcy euro, potrafią odczytywać tylko napisy na pieczątkach? Wiem, że komiks w ich oczach to jakieś ogłupiające obrazki dla słabiej rozwiniętych dzieci w wieku szkolnym, z których się wyrasta. Wiem, że te 30 tysięcy to koszty, jakie co tydzień państwo z MSZ wydaje na paliwo i waciki. Ale czy naprawdę nie można się przemóc i zobaczyć, za co się komuś zapłaciło? Wieszanie psów na autorze, który wykonał swoją robotę (jest o Chopinie? Jest. Jest niekonwencjonalnie? Jest. W kolorze? Jest.) jest przejawem najgorszego dziennikarskiego zaślepienia, bez cienia chęci na ujawnienie prawdy i wbicia się na ekran po linii najmniejszego oporu. Przecież ten komiks można było wstrzymać w każdej chwili! Ostrowski nikogo nie zmuszał, by go wydawał (chyba, że tak brzmiała umowa "MSZ wyda absolutnie wszystko, co narysuję", wtedy odwołam ten argument), a wszyscy tak się zachowują. Winnego "skandalu" PANA DZIENNIKARZA nie ma, 30 tysięcy znikło jak sen złoty (a potrzeba jeszcze trochę, na "utylizację" tego dziadostwa), a ktoś się obłowił i siedzi szczęśliwy na bezpiecznie obwarowanym stołeczku, z trudem składając literki we własnym podpisie.

Tu nie chodzi o to, czy komiks jest kontrowersyjny czy nie. Nie o to, czy jest dla dzieci czy nie. Nie o to, czy politycy kradną, czy nie. Tylko o zwykłą, elementarną logikę rozumowania. Przede wszystkim PANA DZIENNIKARZA i jego podobnych.
To pisałem ja, Grim.

niedziela, 26 września 2010

173 - Klasyfikacja widzów kinowych cz.2

Widz – fan
Charakterystyczna scena z Cinema Paradiso Giuseppe Tornatore, w której wzruszony kinoman recytuje dokładnie wszystkie dialogi, uprzedzając o kilka sekund każdą kwestię wypowiadaną przez aktorów, to doskonałe zobrazowanie przykładu widza – fana. Tę grupę tworzą głównie przedstawiciele dwóch innych kategorii: widzów przygotowanych i widzów bez pomysłu, chociaż mechanizmy rządzące odbiorem są na tyle nieprzewidywalne, że można zaobserwować przypadki przekształcenia w widza - fana członków wszystkich pozostałych grup. Widz – fan na film przychodzi średnio dwa razy (w pierwszym okresie wyświetlania go w kinach) i nie marnuje okazji, by obejrzeć go po raz kolejny w ramach przeglądów czy festiwali. Jest także głównym targetem rynku ekskluzywnych edycji DVD i Blu-ray – dla niego tworzone są wersje reżyserskie głośnych obrazów w niekończących się wznowieniach (czego przykładem chociażby błyskawicznie znikające ze sklepów i wypożyczalni kolejne, uaktualnione wydania Łowcy androidów Ridleya Scotta) oraz olbrzymi rynek filmowych gadżetów – zaczynając od koszulek i kubków, a kończąc na książkowych wersjach scenariuszy, serialach animowanych czy figurkach. Nie da się znaleźć lepiej skonstruowanej machiny zarabiającej na widzu-fanie, jak ta rozwinięta na bazie popularności cyklu Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa. Widzowie - fani to ukochana przez biznes filmowy grupa, najbardziej pożądana przez producentów filmowych – nie tylko znacząco zwiększa zyski z biletów, ale także pragnie potem jak najdłużej z filmem( i wszystkimi związanymi z nim dodatkami) obcować, przeznaczając na swą pasję każde pieniądze. Ciężko określić standardowe zachowanie widza – fana przed projekcją – wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z cyklem, kim jest reżyser i czy film jest adaptacją książki, gry komputerowej lub komiksu. Oraz, rzecz jasna, w ostatnim przypadku – jakim zainteresowaniem cieszy się pierwowzór. Faktem jest, że niekiedy film pomaga wypromować dane dzieło i uczynić z niego obiekt kultowy (choćby Love Story, Droga do zatracenia, Przeminęło z wiatrem czy Mechaniczna Pomarańcza) – wszystkie, chociaż cieszyły się w określonych kręgach odbiorców poczytnością, zostały uznane przez krytyków i czytelników za kiepską i trzeciorzędną literaturę, zaś dzięki kasowym ekranizacjom awansowały do kanonu wybitnych dzieł XX wieku – niemała w tym zasługa zafascynowanych filmem widzów – fanów. Widz – fan danej serii czy cyklu przypomina od strony „technicznej” widza przygotowanego: zapoznaje się dokładnie z premierowymi materiałami, wyszukuje fotosy i zwiastuny, czyta recenzje i opisy, bada materiał, na którym film bazuje. Jednak różni się od widza przygotowanego intencjami – nad całą teoretyczną „podbudową”, która ma wywołać u niego lepszy odbiór dzieła, pracuje ze względu na czystą pasję i ciekawość, nie zaś dla wspomnianej wyżej „usprawiedliwionej” możliwości krytyki. Niemniej, pojęcia widz – fan i widz przygotowany (w związku z rzadkim występowaniem tego drugiego) można używać synonimicznie. Także dlatego, że przedstawiciele obu tych kategorii rzadko przychodzą do kina sami; najczęściej w seansie uczestniczą w towarzystwie widza przypadkowego lub innych członków własnej grupy. Znaczącą wadą widza – fana jest chęć ukazania swojej pasji podczas seansu. Głośne recytowanie ścieżki dialogowej czy komentowanie akcji (głównie uprzedzanie osoby towarzyszącej, że za moment wydarzy się coś ważnego/strasznego/ niesamowitego etc. ) to tylko niektóre z charakterystycznych zachowań członków tej grupy. W przypadku filmów kultowych, powtarzanych okazjonalnie podczas konwentów i festiwali, widzowie – fani potrafią brać udział w seansie np. przebrani za bohaterów (w Polsce to zjawisko nie jest tak powszechne jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie urządza się specjalne pokazy m.in. The Rocky Horror Picture Show czy Priscilla – Królowa Pustyni, na które wstęp jest dozwolony wyłącznie w kostiumach postaci filmowych. Widzowie, podzieleni na grupy, recytują wszystkie dialogi z pamięci, śpiewają razem z aktorami lub wykonują oparte na filmowych układy taneczne), co miało miejsce w warszawskich kinach podczas premiery dwóch pierwszych części cyklu o Harry’m Potterze (Harry Potter i Kamień Filozoficzny oraz Harry Potter i Komnata Tajemnic), na które przybyli nastoletni miłośnicy powieści przebrani w szaty czarodziei, wyposażeni w miotły i charakterystyczne, okrągłe okulary tytułowego bohatera.

Widz przypadkowy
Kategoria, której przedstawicieli najprościej można określić jako „osoby towarzyszące”. Samotnie nie wybraliby się na dany film, jednak zaproszeni - nie odmawiają. Podczas seansu widz przypadkowy jest bardzo problematyczny: w przypadku cyklu, ponieważ nie orientuje się w fabule i postaciach poprzednich filmów, musi pytać o wszystko swojego towarzysza (najczęściej widza- fana lub widza przygotowanego), który w tej sytuacji może okazać pełnię swojego obeznania. Widz przypadkowy w trakcie projekcji jest zagubiony – nie potrafi wychwycić istotnych dla fabuły scen, nie do końca rozumie zwroty akcji i nie śmieje się w „odpowiednich” momentach. Jest zdany wyłącznie na osobę lub grupę, z którą przyszedł do kina, jednak w większości przypadków jego udział w seansie jest w najlepszym przypadku niepełny, głównie jednak znikomy bądź wręcz żaden (ze względu na brak orientacji i odpowiedniego nastawienia do obrazu). Widza przypadkowego można rozpoznać po tym, że bardzo często zasypia w trakcie trwania filmu, nie chcąc wyjść z sali i opuszczać towarzyszącemu mu widza – fana, ale także nie wyrażając chęci wzmożonego wysiłku skupienia uwagi na niezrozumiałym dla niego filmie.
Wśród dorosłych i nastoletnich klientów kin widzów przypadkowych spotyka się znacznie rzadziej niż wśród dzieci. Główna odpowiedzialność za to spoczywa na rodzicach, którzy zabierając swoją małoletnią pociechę na kolejne części Shreka czy Madagaskaru są przekonani, iż idą na film dla dzieci przeznaczony. W większości przypadków współczesna animacja stała się jednak rozrywką skierowaną dla dzieci powyżej dziesiątego roku życia – postmodernistyczne żonglowanie cytatami z klasycznych filmów i zabawa najróżniejszymi motywami bawią, owszem, ale dorosłych obecnych na seansie. Pokutuje tu też silnie zakorzenione w społeczeństwie przeświadczenie, że film animowany jest synonimem filmu dla dzieci. Tymczasem najbardziej przez wyżej wspomniany trend poszkodowane są dzieci. Nie będąc w stanie ogarnąć fabuły i zaprzyjaźnić się z postaciami, których nie rozumieją, śmieją się z najprostszych, slapstickowych gagów i ordynarnych żartów, bo tylko tyle im pozostaje. Oczywiście, właśnie te chwyty od wielu lat najbardziej bawią w kinie małoletnią publiczność (ze względu na jej ograniczone możliwości poznawcze i oczywiste psychologiczne uwarunkowania), jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że współczesna animacja traktuje je wyłącznie jako dodatek, wyżej stawiając rozrywkę i przychylne oceny obrazu rodzica niż dziecka. Właśnie DreamWorks, przodujący w produkcji „dziecięco/dorosłych” tworów animowanych, od Shreka poczynając, wykształcił niepisany kodeks tworzenia filmu „dla każdego”. Taka sytuacja ma też wpływ na odbiór starszych filmów stricte przeznaczonych dla dzieci. Najlepszym przykładem mogą być wyświetlane w ramach akcji promocyjnej najnowszego filmu wytwórni Pixar dwie pierwsze części najsławniejszego cyklu w dziejach animacji komputerowej, czyli Toy Story. Powstały przed 15 laty film był wówczas absolutną innowacją – nie tylko jeśli idzie o rozmach i poziom zastosowanej techniki komputerowej, ale także w kwestii rozbudowanego i dojrzałego scenariusza, który zapowiadał wielką rewolucję i awans obrazu animowanego do ścisłej czołówki filmów kasowych, co dziś, po spektakularnym sukcesie finansowym obu czołowych wytwórni: Pixara i DreamWorksa nikogo nie dziwi, wówczas natomiast było nie do pomyślenia dla krytyki i samych twórców. Dziś, dla przyzwyczajonych do technologii 3D widzów, gdy animacja komputerowa stała się powszechna, Toy Story dzięki swej uniwersalności nadal potrafi zainteresować zarówno dzieci, jak i dorosłych – jednak można zaobserwować różnice w mentalności nowego pokolenia. Podczas jednego z seansów w krakowskim Cinema City Bonarka małoletnim widzom zdarzało się reagować śmiechem w wie-lu najmniej odpowiednich momentach – m.in. podczas dramatycznej sceny finałowego pościgu trójki zabawek za ciężarówką. Gdy pozbawieni szansy na dogonienie pojazdu przy pomocy sterowanego zdalnie samochodziku bohaterowie decydują się na desperacki krok użycia przywiązanego do jednego z nich fajerweku , ich jedyną zapałkę gasi pęd powietrza przejeżdżającego drogą samochodu. Scena, która u mnie samego, gdy oglądałem film przed laty, powodowała stan bliski płaczu, rozbawiła kilkoro dzieci na sali kinowej. Był to zresztą jeden z niewielu przejawów ich aktywności w trakcie trwania seansu. Podczas ponad godzinnej projekcji dało się słyszeć pojedyncze opinie, jakoby film był „nudny” i dłużył się. Taka sytuacja umieszcza dziecko w kinie w swoistej pułapce: z jednej strony, przyzwyczajone do prostej, slapstickowej formuły dużej ilości gagów nie są w stanie czerpać pełni doznań podczas projekcji filmów wedle „starej szkoły”, z drugiej zaś – przez omówiony wyżej trend intertekstualnego natrętnego „cytowania”, przeznaczonego dla dorosłych i „wyrobionych” odbiorców podczas seansów są widzami przypadkowymi, wyłącznie towarzyszącymi i niejako usprawiedliwiającymi obecność dorosłego opiekuna w kinie.



Widz przymuszony
Najczęściej widz w wieku szkolnym, przybyły do kina nie z własnej woli, lecz zmuszony do tego z powodu zbiorowej decyzji grupy. Stały element widowni każdej adaptacji lektury szkolnej. Ponieważ nie znajduje żadnej przyjemności w uczestniczeniu w seansie, traktuje go jako zło konieczne (niezbędne do uniknięcia zajęć) i albo przyjmuje taktykę widzę przypadkowego (nie próbując zagłębić się w dzieło filmowe, ogląda wybiórczo i bezrefleksyjnie bądź zasypia), albo, co niestety występuje częściej, próbuje zapewnić sobie maksimum „rozrywki” w niesprzyjających temu okolicznościach. Aby w pełni uświadomić otoczeniu, jak bardzo wyświetlany film go nie interesuje, rozmawia głośno, ostentacyjnie świeci uniesionym w górę telefonem komórkowym lub zaczepia widzów w sąsiednich rzędach: może się posuwać nawet do rzucania w nich popcornem. Ma skłonności do komentowania i opisywania tego, co dzieje się na ekranie na głos. Najbardziej utrudniający odbiór filmu i irytujący typ widza w niniejszym zestawieniu.

W ostatnim odcinku: widz - konsument, widz obeznany i widz stonowany.

niedziela, 19 września 2010

171 - Widzowie kinowi - klasyfikacja, cz.1

Od dawna niczego nie pisałem na tym blogu. Z różnych powodów - a to braku czasu, a to braku pomysłu na wpis, a to braku chęci. Jednak Grzybiarz, nie dający mi spokojnie zanurzyć się w otchłani internetowego zapomnienia, dopytywał się "Czemu nie piszesz?". Odpowiadałem "Studia dostarczają mi wystarczająco wielu powodów i okazji do pisania, więc poza nimi staram się tego unikać, by nie odpadły mi palce." On znowu: "Napisz coś." W końcu osiągnęliśmy chwiejny kompromis - dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez Katedrę Wiedzy o Teatrze UJ i stanowi fragmenty mojej pracy rocznej z antropologii kultury. Dziś pierwsza część klasyfikacji widza kinowego w oparciu o obserwację jego zachowań.


Obserwując i zapamiętując szczególnie dosadne reakcje niektórych moich towarzyszy z sal kinowych na filmy należące do najróżniejszych gatunków i kategorii, zacząłem dostrzegać pewne powtarzające się warianty i prawidłowości ich zachowania, które posłużyły mi do stworzenia niniejszego zestawienia. Przywołane w nim sytuacje są w większości przypadków skrajne, co ma służyć lepszemu zarysowaniu głównych wyznaczników poszczególnych kategorii.

Widz „płacę i wymagam”
Widz należący do tej kategorii jest widzem leniwym. Rzadko kiedy interesuje się, o czym opowiada film, na który właśnie się wybiera, i do jakiego gatunku można go przypisać. Równocześnie jednak różni się znacząco od widza bez pomysłu – chociaż także nie chce zadawać sobie trudu związanego z wcześniejszym zapoznaniem się z opisem filmu, doskonale zdaje sobie sprawę z własnych praw. Wie, że gdy płaci za bilet, czyni go to panem sytuacji, zaś za jego ewentualne niezadowolenie, doznane na skutek nieodpowiedniego filmu odpowiedzialność ponosi wyłącznie kino i/lub dystrubutor. Najlepszym przykładem może tu być zachowanie grupy oburzonych i zbulwersowanych rodziców, którzy popełnili karygodny błąd, zabierając swoje małoletnie pociechy na film Koralina i tajemnicze drzwi. Obraz w reżyserii Henry’ego Selicka z 2009 roku został zrealizowany na podstawie poczytnej książki Neila Gaimana, jednego z najwybitniejszych pisarzy i scenarzystów fantastyki ostatnich lat. Film opowiada o małej dziewczynce, która przez sekretne drzwi odkryte w starym domostwie, gdzie właśnie przeprowadziła się z rodziną, znajduje wejście do innego świata, zamieszkanego przez lustrzane (zwłaszcza pod względem charakteru) odbicia jej krewnych i przyjaciół z czarnymi guzikami w miejscu oczu. Igrając z baśniową konwencją, Gaiman przedstawił świat na pozór zupełnie fantastyczny, który ze strony na stronę staje się coraz bardziej niepokojący i wrogi – zwłaszcza, gdy dziecko musi walczyć z diaboliczną „drugą matką” o swą prawdziwą rodzinę, uwięzioną przez guzikookie sobowtóry po drugiej stronie drzwi. Koralina w wersji książkowej jest historią z pogranicza horroru, co w swoim filmie starał się wiernie ukazać Selick, tworząc nastrojową i klimatyczną, iście burtonowską atmosferę. Jak się okazało, spora część widzów nie doceniła jednak jego reżyserskich ambicji. Bez zapoznania się ze zwiastunami czy opisami, sugerując się faktem, iż film jest animacją pozbawioną ograniczeń wiekowych (co uważam za zdecydowany błąd dystrybutora, który, jak sądzę, wprowadzając tego typu film jako kino familijne, liczył na większy zysk) rodzice bez strachu i niepokoju wybierali się na niego tłumnie wraz z pociechami. Do czasu. W niecałe dwa tygodnie od polskiej premiery powstała nieformalna grupa protestacyjna, zrzeszająca opiekunów, których małoletnie pociechy, przerażone filmem, jeszcze długo po projekcji śniły koszmary. Powstał paradoks: ludzie, którzy jeszcze kilka dni wcześniej nie potrafili znaleźć kilku minut na sprawdzenie, czy film może być nieodpowiedni dla ich dziecka, nagle potrafili poświęcić całe godziny, a nawet dni na formułowanie petycji i rozprowadzanie ich po portalach internetowych – dla przestrogi przed „niebezpiecznym” dla dzieci obrazem. Oczywiście, głównym oskarżonym w całej dyskusji został okrzyknięty dystrybutor – wspomniany już brak ograniczeń wiekowych stał się punktem zaczepienia dla większości oburzonych rodziców, których pociechy spotkała psychiczna krzywda. Pomimo protestów, które nigdy nie wyszły poza Internet (aktywność i zapał wyczerpał się dość szybko i działania opiekunów ograniczyły się do ostrzeżeń na forach i serwisach specjalistycznych, zarówno filmowych, jak i poświęconych wychowaniu dziecka), plany dystrybucji obrazu nie uległy zmianie.


Widz bez pomysłu
Łagodniejsza odmiana widza „wymagającego” to wspomniany wyżej widz bez pomysłu – zaludniający kina zwłaszcza w sezonie letnim konsument popkultury, pozbawiony konkretnych oczekiwań co do filmu, w którego projekcji zamierza za moment uczestniczyć. Wybiera tytuł losowo, nie interesują go grający w nim aktorzy, niekoniecznie przejmuje się, o czym mówi fabuła, a recenzje i ewentualne nagrody to już zupełnie nieistotne szczegóły. Kino stanowi dla niego wyłącznie miejsce miłego wypoczynku w klimatyzowanej sali, gdzie można w przyjemny i ( o ile dokona się dobrego wyboru) niewymagający zaangażowania sposób spędzić dwie godziny. Na niego najsilniej działają chwytliwe slogany i reklamowe hasła na plakatach, które ułatwiają mu wybór obrazu – głośne nazwisko reżysera bądź wyłącznie napomknienie, że ma do czynienia z nowym filmem twórców kasowego tytułu. Oczywiście, lenistwo i brak zdecydowania niejednokrotnie prowadzą do sytuacji zupełnie niespodziewanych dla widza bez pomysłu – przykładem może być dwójka dziewcząt w wieku nastoletnim, które wybrały się na jeden z pierwszych seansów Różyczki w reżyserii Jana Kidawy – Błońskiego w krakowskim Cinema City Bonarka, przekonane, że kupiły bilety na komedię romantyczną. Zmylone plakatem, na którym naga Magdalena Boczarska zerka zalotnie jednym okiem, leżąc na rubinowej draperii, zapewne uznały, iż hasło reklamowe „Każda miłość ma swoją historię” jest bez najmniejszych wątpliwości oznaką opowieści stricte miłosnej. Jak można wywnioskować z dialogów, które prowadziły podczas projekcji (m.in. wyrażona przez nie opinia, iż „Nikt znany tutaj nie gra”) , ich znajomość nazwisk odtwórców głównych ról zaczynała się i kończyła na Robercie Więckiewiczu („ten gość z Lejdis”), co w niezłomny sposób wzmocniło ich przekonanie do słuszności tezy postawionej na widok tajemniczego i pozbawionego czytelnych odniesień do pozostałych przedstawicieli gatunku plakatu (plakaty polskich komedii, nie tylko romantycznych, powstałych w ciągu ostatnich dziesięciu lat charakteryzuje w znakomitej większości przypadków niepisana zasada stosowania m.in. białego tła i nawiązującego do poprzednich produkcji hasła reklamowego, jak np. „Żeńska odpowiedź na Testosteron!” lub „Diabeł ubiera się nie tylko u Prady ”).

W następnym odcinku: widz przypadkowy, widz - fan i widz przymuszony. Zapraszam.

sobota, 13 marca 2010

146 - Tęsknię za Tobą, zeszytówko! Czyli o Rycerzach Polskiego Komiksu

Ja też tęsknię za zeszytami, które co miesiąc kupowałbym w kiosku, składował w segregatorach i odliczał dni, kiedy poznam dalszy ciąg historii po dramatycznym cliffhangerze. Jednak nie widzę tutaj przyszłości dla tytułów super-hero. Nie dziś, nie teraz. Bardzo chętnie ujrzałbym w kioskach poczytną serię pokroju "Baśni" czy "100 naboi", tudzież innych tytułów z Vertigo. Jednak superherosi - nie, dzięki. Tym się raczej nie zwojuje rynku. I wątpliwe, czy sprawi, że dzieciaki sięgną po komiks jako taki. Trochę jak z Harry'm Potterem czy "Zmierzchem" - teoretycznie nastoletnia brać z własnej i nieprzymuszonej woli czytała opasłe tomiszcza, ale TYLKO tę jedną konkretną serię, bez otwarcia się na inną literaturę. Małoletni nie sięgnęli po przygodach Belli i Edwarda po Anne Rice czy Brama Stokera, a fani czarodzieja w okularach nie zaczęli zgłębiać "Legend arturiańskich", ino zatrzymali się na poziomie Rowling i Meyer. Gdy wprowadzamy serie superhero dla dzieciaków do kiosków, możemy mieć nadzieję, że potem zaintrygowani nastolatkowie sięgną po Gaimana, Moore'a i Eisnera - ale znając życie i rynek, tak się nie stanie i nie można założyć, że od razu rynek komiksowy ruszy z kopyta. Co więcej, gdy w kioskach będzie tylko i wyłącznie czysty, nieskażony prosty mainstream PG 13, tym bardziej umysły większości rodaków zamkną się na znanej od lat klasyfikacji "Komiksy są dla dzieci, i to tych słabiej rozwiniętych, bez wyobraźni do czytania książek". Zatem przydałyby się też, razem z ewentualnym superhero, ambitniejsze serie, z widocznym z daleka znaczkiem, że są dla "wyrobionego" czytelnika. Tak, wiem, że DK miał Silent Hill. I że był Lobo. Ale jednak ani jednego, ani drugiego ambitnym zeszytem bym nie nazwał. Wiecie, o co mi chodzi.

To tak teoretyzując i marząc po trochu. Teraz na serio.
"Nieformalny Front Fanów Komiksowego Mainstreamu" to w moim mniemaniu nieszczególnie śmieszny żart, podobny do dziesiątek internetowych ugrupowań, które zajmują się wystosowywaniem (czysto teoretycznym, bo zazwyczaj nic z tego nie wychodzi) ankiet i podań do telewizji czy prasy, by emitować 156 sezon Star Treka w najlepszym czasie antenowym czy dodawać do Wyborczej płyty z włoskimi horrorami z lat 50, bo "jest wielu fanów i oni na pewno to obejrzą/kupią". Ta akcja, chociaż z góry wątpię w jej powodzenie, miałaby jakiekolwiek możliwości zaistnienia, gdyby faktycznie ktoś coś zrobił w interesie wprowadzenia zeszytów z powrotem do kiosków. Tymczasem straszliwie nielogiczny (i dość śmieszny) tekst, jaki wystosował jeden z "zaangażowanych" na blogu parę dni temu, zdradza, do jakiego stopnia nieznane są niektórym Rycerzom Polskiego Komiksu jakiekolwiek prawa rynku - zarówno ze strony czysto ekonomicznej, jak i w kwestii nawyków czytelniczych Polaków. Sam tekst polecam, łącznie z komentarzami, jako radosny przykład czystego absurdu, a do inicjatorów akcji mam prośbę - jeśli chcecie zrobić coś konkretnego dla komiksu, nie publikujcie na dzień dobry takich tekstów jako argumentu, bo w taki właśnie sposób pięknym, czystym strzałem odrąbujecie sobie kawał stopy. A jeśli już to zrobicie, nie dziwcie się, że z całej akcji wszyscy wokół się śmieją.