> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2014

470 - Recenzja: Wzorzec zbrodni Warrena Ellisa

John Tallow właśnie stracił partnera. Przymusowy urlop szybko się kończy, gdy detektyw zostaje przydzielony do beznadziejnego śledztwa. W mieszkaniu w starej kamienicy przy Pearl Street odkryto składowisko broni. Z każdej zabito jednego człowieka, na barki Tallowa spada zadanie rozwikłania wielu umorzonych w przeszłości spraw i połączenia ich sensowną teorią. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy okazuje się, że ułożenie broni w mieszkaniu nie było wcale przypadkowe…




czwartek, 19 grudnia 2013

385 - Niezwykła historia Marvel Comics

Marvel to jedno z największych komiksowych wydawnictw na świecie. Praca nad jedną z flagowych serii tego wydawcy może wydawać się spełnieniem marzeń. Książka Seana Howe'a demitologizuje wizerunek Marvela jako „wesołej zagrody”, gdzie wszyscy są jedną wielką i szczęśliwą rodziną. Niestety, rzeczywistość jest zgoła odmienna i Howe piętnuje wszystko bez zająknięcia.


Książka to kronika niemal osiemdziesięciu lat działalności wydawnictwa, które pierwsze kroki stawiało pod nazwą Timely Comics w latach 30. ubiegłego wieku. Przez te wszystkie lata wydawnictwo sukcesywnie zdobywało swoją pozycję na rynku, będąc w superbohaterskim biznesie niemal od samego początku. Przez te wszystkie lata przez biuro przewinęło się tysiące scenarzystów i rysowników, powstały setki serii komiksowych, tysiące postaci i jedno gigantyczne, wspólne uniwersum. Marka przechodziła z rąk do rąk, autorzy poszczególnych serii byli zatrudniani i zwalniani bez mrugnięcia okiem. Książka opisuje pierwsze kroki monopolisty na komiksowym rynku, przybliża czytelnikowi wiele sylwetek twórców, wiele mówi o samych komiksach, o tym, jak ewoluowały, jak zmieniał się proces tworzenia zeszytów, kiedy wprowadzono wydania specjalne i zbiorcze. Jak i dlaczego ewoluowali sami bohaterowie, dlaczego otwierano kolejne serie ze Spider-Manem, a inne zamykano. Sporo miejsca autor poświęca również ekonomii i sprawom finansowym, bo trzeba pamiętać, że wydawanie komiksów to poza dobrą zabawą przede wszystkim biznes.

Dopiero w 1961 roku wydawnictwo przyjęło nazwę, pod którą dziś jest rozpoznawalne. Właśnie wtedy Stan Lee stawiał swoje pierwsze kroki w roli scenarzysty, co zaowocowało publikacją superbohaterskiego komiksu, który odmienił całą branżę – przygód Fantastycznej Czwórki. Lee i Kirby (rysownik F4) z miejsca stali się gwiazdami. Zresztą Lee to jedyny stały pracownik, reszta rysowników i scenarzystów często podlegała bezceremonialnej cyrkulacji. W książce Howe'a nie jest on jednak bohaterem, jawi się czytelnikowi jako wiecznie pazerny celebryta, który przypisuje sobie zasługi innych. Wiele tu mówi się o Lee i niestety prawie wszystko przedstawia go w złym, a przynajmniej niekorzystnym świetle. Nie można mu co prawda odmówić tego, że zrewolucjonizował przemysł komiksowy, jednak z dobrotliwego wizerunku „wujka Stana” niewiele zostaje po lekturze. O wiele lepiej prezentują się równie zasłużeni, a dużo mniej rozpoznawalni Steve Ditko czy Jack Kirby, którzy mieli zaskakująco duży wpływ na to, czego autorstwo przypisuje sobie Lee (wystarczy wspomnieć, że w pewnym momencie to rysownicy rysowali i wymyślali całą historię, a scenarzyści ograniczali się jedynie do dopisania dialogów do gotowych już stron). Niestety, dwaj wyżej wymienieni twórcy, jak i wielu innych, zostało przez Marvela wykorzystanych i tylko niektórzy po wielu latach doszli do porozumienia na drodze sądowej. Na 500 stronach Howe przywołuje wypowiedzi wielu osób, które kiedyś pracowały dla Marvela i na palcach można policzyć pozytywne wspomnienia...

Howe często wspomina o największym rywalu Marvela – DC Comics – głównie na zasadzie porównania jednego wydawnictwa z drugim. Cały jeden rozdział poświęcony jest powstaniu Image Comics, które stworzyli zbuntowani twórcy pracujący wcześniej dla Marvela, m.in. Todd McFarlane, Jim Lee i Erik Larsen. Opisano początki karier takich sław jak Chris Clearmont (który nieprzerwanie przez szesnaście lat pracował przy komiksach o X-Men) czy Frank Miller. Nie brakuje anegdot, ciekawostek i dygresji. Sporo miejsca poświęcono Hollywood i światu filmu, bo od pewnego czasu Stana Lee bardziej interesowały filmy niż komiksy. Bez skutku starał się wprowadzić na ekrany superbohaterów, acz pierwsze finansowe sukcesy w tej branży wydawnictwo osiągnęło dopiero pod koniec lat 90. XX wieku, kiedy do kin wszedł Blade. Dziś kolejne ekranizacje i adaptacje zdobywają szczyty box office'u i nic nie wskazuje na to, by tendencja zwyżkowa miała się ku końcowi.

Niezwykła historia Marvel Comics to miejscami przerażająca i ciągle pasjonująca lektura, od której trudno się oderwać, a która dosadnie piętnuje zalety i wady amerykańskiego rynku komiksowego na przestrzeni kolejnych dekad. To wspaniała kronika, napisana lekko i co ważne – obiektywnie. Czytając kolejne rozdziały, widać, że Howe kocha komiksy i ma na ich temat ogromną wiedzę, jednak opisuje wydawniczego giganta w sposób skrajnie obiektywny, nie buduje mu fałszywego ołtarza, wręcz przeciwnie. To fascynująca pozycja, obowiązkowa dla wszystkich fanów, zainteresowanych historią Marvela i poszczególnych bohaterów, procesem wydawniczym i pracą rysowników, scenarzystów, inkierów i kolorystów. Poza nieocenioną wartością poznawczą, jaką niesie ze sobą lektura, warto wspomnieć o walorach estetycznych: wydawnictwo SQN stanęło na wysokości zadania, oddając w ręce czytelników 500 stron zapisanych maczkiem, w twardej oprawie i poręcznym formacie. 

Ocena: 10/10

środa, 2 stycznia 2013

313 - Zagubieni Chłopcy dwadzieścia lat później

Można się było tego spodziewać. Po zakończeniu swojego najsłynniejszego cyklu o przygodach nordyckiego boga kłamstw, po dodaniu do tegoż „kropki nad i” w postaci komiksu, przyszedł czas na coś nowego. Padło na Zaginionych Chłopców – zgraję urwisów, której kiedyś przewodził sam Piotruś Pan. Wiele się jednak zmieniło. Chłopcy urośli, zapuścili brody, ubrali skórzane kurtki i zaczęli przeklinać. Nie stronią od piwa i innych używek, a ich głównym środkiem transportu są motocykle. Zmienił się również ich przywódca – teraz największym szacunkiem darzą zabójczo piękną Dzwoneczek. Można chyba powiedzieć, że Chłopcy dorośli. Ale to tylko pozory.


W siedmiu opowiadaniach, które składają się na nową książkę Jakuba Ćwieka, mamy okazję poznać najciekawszy gang motocyklowy na świecie. Historie są raczej krótkie, przepełnione humorem, ciekawymi pomysłami i dobrze napisane. Niektóre opowiadania mogłyby być dłuższe - czasem zabrakło mi rozwinięcia poszczególnych wątków, czy głębszego nakreślenia niektórych spraw. Nie mam jednak zamiaru narzekać, Chłopcy to lekka i przyjemna lektura. Nie brakuje w niej dobrych dialogów ani wartkiej akcji. Podobnie jak w cyklu o Kłamcy, znajdziemy tu sporo nawiązań do szeroko pojętej popkultury. Jednak to postacie są największym atutem książki. Każdy z siedmiu członków gangu jest oryginalny, nie tylko różni się wyglądem, ale i charakterem oraz sposobem bycia od pozostałych. Z początku mogą się oni wydawać bandą stereotypowych harlejowców, jednak to tylko pozory. Ćwiek sprytnie połączył charakterystyczne dziecięce cechy oryginalnych Zagubionych Chłopców z powieści Barriego z własnymi pomysłami. Mimo, że książka utrzymana jest raczej w lekkim klimacie, nie brakuje tu momentów poważniejszych, wzruszających czy nostalgicznych. Bo tak naprawdę przygody Chłopców, poza tym, że głównie bawią, zmuszają do zastanowienia się nad sensem i celem dojrzewania. Byłoby pięknie móc na zawsze zostać dzieckiem, niczym się nie martwić, całe dnie spędzać na beztroskiej zabawie. Przychodzi jednak czas, kiedy trzeba wynieść zabawki na strych i stawić czoła problemom. Właśnie o tym są Chłopcy.

Należy pochwalić piękne wydanie, jakim uraczyło nas Wydawnictwo SQN. Świetne, klimatyczne, choć nieco szkicowe ilustracje stworzył Robert Adler, którego żadnemu miłośnikowi komiksów nie trzeba przedstawiać. Autor takich serii jak 48 stron czy Status 7 nie tylko przepięknie zilustrował tekst, ale czasem dodał coś od siebie, być może pomagając niektórym czytelnikom w interpretacji opowiadań. Sztywna (bo ani twarda, ani miękka) i „grawerowana” oprawa, porządny papier i nawet czerwona tasiemka do zaznaczania ilości przeczytanych już stron... Czego chcieć więcej?

Chłopcy Jakuba Ćwieka byli dla mnie miłym zaskoczeniem. Wiedziałem, że Ćwiek potrafi pisać i nie stroni od dobrych pomysłów, jednak Chłopcy naprawdę miło mnie zaskoczyli. Po świetnym cyklu o Kłamcy, autor udowadnia, że nie jest ojcem jednego bohatera. Mam nadzieję, że kontynuacja historii motocyklowego gangu z Nibylandii szybko trafi na księgarskie półki. Umarł Kłamca, niech żyją Chłopcy!


Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Valkiria Network.

środa, 24 października 2012

295 (299) - Viva l'Kłamca!

Wszelakie połączenia wiążą się z pewnym ryzykiem. Nie chodzi nawet o tak zwane „mash-upy” międzygatunkowe występujące między innymi w kinematografii i literaturze, ale biorąc pierwszy z brzegu przykład – połączenie naleśników i dżemu agrestowego daje bardzo dobry efekt, jednak połączenie tego samego dżemu z galaretą śledziową już niekoniecznie. Jak to jest, skoro i kochamy śledzika i wprost uwielbiamy dżem? Połączenia mają różne efekty, może z nich wyjść coś pysznego, lub coś niestrawnego. Musicie więc zrozumieć moje obawy, gdy usłyszałem, że kłamliwy Loki zmienia medium i atakuje komiks. Jak wypadł pierwszy komiks o sławnym Kłamcy? Czy przeniesienie bohatera z pewnego gruntu literackiego, na ten – jakże chwiejny w naszym kraju – komiksowy było dobrym posunięciem?


Fabuła jest prosta. Bezdomny mający zostać nowym prorokiem zostaje porwany, a jego anioł stróż ginie, brutalnie zamordowany. Jak zawsze w takich wypadkach, nie chcąc pobrudzić sobie rączek, aniołowie zwracają się po pomoc do nordyckiego boga kłamstwa – Lokiego. Ten, za sowitą zapłatę, podejmie się każdego zadania. Tropy prowadzą do kanałów, gdzie rozrabia pradawna sekta, a we wszystko zamieszany jest pewien niesforny malarz. Historia dziejąca się pomiędzy pierwszym a drugim tomem cyklu Jakuba Ćwieka jest przyjemną i nostalgiczną podróżą do znanego świata i lubianych bohaterów.

Muszę przyznać, że mając w pamięci poziom ostatnich prac Jakuba Ćwieka, po komiksie o Kłamcy spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. Przedstawiona na 54 planszach komiksu fabuła jest prosta i krótka. Sama intryga jest oczywiście ciekawa oraz wciągająca, Loki wciąż jest przebiegły i obdarzony ciętym językiem, postacie drugoplanowe wzbudzają ciekawość, jednak czegoś mi zabrakło, wszystko zbyt szybko się kończy. Z drugiej strony, rozumiem, że poziom genialnego w moim odczuciu Kill'em all trudno przeskoczyć. Zabrakło jednak charakterystycznych dla cyklu odniesień do szeroko pojętej popkultury, tekstów, które można by później cytować, znanego humoru (historia jest raczej mroczna) i jakiejś podsumowującej wszystko puenty. Mimo to, nie mogę narzekać. Kłamca komiksowy jest może trochę inny, jednak i medium jest inne – to co świetnie się sprawdza w książce, w komiksie już niekoniecznie. Wybaczam więc i z radością witam nowego-starego Kłamcę.

Największą nowością dla fanów Lokiego są oczywiście rysunki. Wizja Dawida Pochopienia jest bardzo odmienna od tego, co na okładkach książkowego cyklu prezentował Piotr Cieśliński. Szczerze mówiąc, oglądając przykładowe plansze w Internecie, nie byłem przekonany. Po przeczytaniu Viva l'arte muszę przyznać, że Pochopień był doskonałym wyborem. Kreska jest  brudna i szybka, doskonale wpisuje się w panujący w komiksie klimat. Loki jest cudownie kościsty, wciąż wykrzywia usta w ironicznym uśmiechu, nie wypuszczając z nich nieodłącznej wykałaczki. Rysownika należy pochwalić za dobre, dość nietypowe, kadrowanie (zwłaszcza te przekrzywione kadry przykuwają uwagę i budują klimat) i świetne sceny akcji (za kilku planszową rozpierduchę w kanałach należą się gromkie brawa, rysownik pokazuje, że świetnie czuje język komiksu na zmianę operując małymi i dużymi kadrami i doskonale regulując dzięki temu tempo opowieści). Wisienką na torcie są kolory Grzegorza Nity, bez wysiłków którego album nie wyglądałby tak dobrze.

Również wydawnictwo SQN, kolokwialnie mówiąc, „dało radę”. Komiks jest porządnie wydany i w obu wersjach (miękko- i twardo-okładkowej) prezentuje się bardzo dobrze. Niewątpliwą zaletą jest gruby papier, który żywo oddaje paletę barw. Początkowo przeszkadzał mi nieporęczny format (większy niż A4), jednak szybko zrozumiałem, że na mniejszym rysunki Dawida nie wyglądałby tak okazale. Na deser dostajemy garść szkiców, cztero-planszową historyjkę i kilka słów od scenarzysty. Szkoda, że rysownik nie pokusił się choćby o krótki komentarz.


Mówiąc szczerze, nie wiedziałem co napisać o tym komiksie zaraz po jego przeczytaniu. Wystarczyła jednak chwila namysłu i zrozumiałem, że Kłamcę. Viva l'arte można spokojnie polecić. Na gorąco, komiks mnie nieco rozczarował (spodziewałem się nie wiadomo czego), jednak gdy spojrzeć nań chłodnym okiem – nie mam mu czego zarzucić. Dla wszystkich fanów Lokiego to pozycja obowiązkowa, reszcie polecam jednak sięgnięcie najpierw po tetralogię książkową. Ćwiek pokazuje swój prawdziwy kunszt właśnie w książkach, komiks zaś jest jedynie smakowitym i pięknie zilustrowanym bonusem. Bardzo się cieszę, że Kłamca wrócił, mam również nadzieję, że Viva l'arte to nie jednorazowy występ. Wierzę, że z czasem Ćwiek lepiej poczuje specyfikę pisania do komiksu i kolejne przygody Kłamcy z tym i w tym medium będą tylko lepsze. Viva l'Kłamca!


Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Valkiria.
Tutaj pisałem o ostatnim tomie książkowego cyklu Ćwieka - Kill'em all.