Premiera "Ahsoki" już dziś, więc warto przypomnieć pewien serial animowany, którego znajomość może być istotna w odbiorze nowej produkcji ze świata "Gwiezdnych wojen". "Star Wars Rebels" to animacja licząca cztery sezony z lat 2014-2018. I jedna z ciekawszych rzeczy, które przydarzyły się marce Lucasa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 sierpnia 2023
czwartek, 22 września 2022
Star Wars: Andor - pierwsze wrażenia
Na gorąco po trzech pierwszych odcinkach "Andora" - na takie "Gwiezdne Wojny" czekałem. Nie kolejny fanfik, zrealizowany bez serca i na szybko, a pełnokrwistą historię nieco z pogranicza tego uniwersum. Bez ciągłego mrugania do widza, bez gościnnych występów i na siłę wpakowanych nawiązań do filmów Lucasa. Z postaciami, o których warto opowiadać, bo wciąż mają przed sobą wiele przygód, a nie o tych, które dostały serial, bo są popularne (na was patrzę, Fett i Kenobi).
niedziela, 19 czerwca 2022
Stranger Things, sezon 4 vs. seriale Star Wars
Z opóźnieniem nadrobiłem czwarty sezon "Stranger Things" i utwierdziłem się w przekonaniu, że to kawał porządnej nowoprzygodowej telewizji. Seans wypadł tym bardziej korzystnie, że na świeżo mam w pamięci i tragiczną "Księgę Boby Fetta" i najwyżej średniego "Obi-Wana Kenobiego". Czy powinno zestawiać się razem te pozycje? Na pewno zarówno serial braci Duffer, jak i seriale z gwiezdnowojennego uniwersum oparte są na nostalgii za spielbegowsko/lucasowskim Kinem Nowej Przygody i opierają się na recyklingu treści w lepszym lub gorszym wydaniu.
piątek, 7 maja 2021
Star Wars. The Bad Batch - wrażenia
"The Bad Batch" przywraca wiarę w "Gwiezdne wojny". Tytułowa grupa zmodyfikowanych genetycznie klonów jest inna nie tylko na zewnątrz. W czasie, gdy ich towarzysze broni ślepo wykonują Rozkaz 66, bohaterowie nowej animacji czują się zagubieni w niespodziewanej sytuacji. Są rozdarci wewnętrznie, a przyszłość maluje się dla nich w czarnych barwach. Przejęcie władzy przez Palpatine'a, nagłe zakończenie wojny, rzekoma zdrada Jedi, początek galaktycznego Imperium - to wszystko budzi ich wątpliwości moralne. Nie uchodzi to uwadze admirała Tarkina i dlatego wysyła oddział na kolejną misję. Misję, która ma dowieść ich lojalności.
wtorek, 23 lutego 2021
Galaxina - półnaga heroina ze złego kina
Ogromny sukces „Gwiezdnych Wojen” (1977) sprawił, że wielu mniej lub bardziej utalentowanych twórców próbowało iść w ślady George'a Lucasa i tworzyło własne wersje filmowych historii osadzonych „dawno, dawno temu w odległej galaktyce”. Jednym z nich był William Sachs, reżyser i scenarzysta filmu „Galaxina” z 1980 roku.
sobota, 28 grudnia 2019
Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie - wrażenia
Obejrzałem najnowsze "Gwiezdne Wojny" - z opóźnieniem i bez jakichkolwiek oczekiwań, bo negatywne sygnały niemal z każdej strony sprawiły, że ekscytacja gdzieś wyparowała. Po seansie jest mi smutno, bo jednak seria Lucasa jest ważną częścią mojego popkulturowego życia, a tu trudno szukać czegokolwiek, co świadczyło o jej wyjątkowości.
Nie psioczyłem na prequele, choć wszyscy wiemy, że Lucas to kiepski reżyser i scenarzysta - nie można odmówić mu wizjonerstwa i wyobraźni, ale średnio radzi sobie przekładaniem pomysłów na taśmę celuloidową (tak, wiem, że prequele były kręcone w całości cyfrowo). Nie psioczyłem na filmy Disneya - ujęło mnie nostalgiczne "Przebudzenie Mocy", podobała mi się odwaga wywrotowego "Ostatni Jedi", mimo wad naprawdę lubię awanturniczego "Solo" i zachwycającego militarnymi scenami "Łotra 1". A i tak trudno mi powiedzieć o "Skywalker. Odrodzenie" cokolwiek dobrego.
piątek, 25 maja 2018
Solo: A Star Wars Story - recenzja
Solo jest w porządku. To mniej niżbym chciał, ale więcej niż oczekiwałem. Zamieszanie na planie, wymiana reżyserskiego duetu Lord-Miller na Rona Howarda, praktycznie brak jakiejkolwiek promocji i nieopierzony aktor w głównej roli - wszystko to prognozowało klapę. Tragedii nie ma, do ideału też daleko, ale bawiłem się dobrze.
czwartek, 14 grudnia 2017
Krótko: Star Wars: The Last Jedi
Seansowi "Star Wars: The Last Jedi" towarzyszą sprzeczne emocje. Zaczyna się z przytupem, od porywającej bitwy w przestrzeni kosmicznej, w której pierwsze skrzypce gra Poe Dameron. Następnie akcja skacze od postaci do postaci, film gubi tempo, na zmianę oglądamy sceny, które wywołują żywe emocje, jak i te, które najzwyczajniej w świecie nudzą bądź irytują. Problematyczny pod względem tempa wydaje się zwłaszcza środkowy akt, przeciągnięty, epizodyczny, z całymi sekwencjami, które niewiele wnoszą (wizyta na planecie-kasynie). Śledzenie kilku równolegle rozwijanych wątków ma negatywne konsekwencje - film kończy się kilkukrotnie, tak, by każda postać dostała zakończenie własnego wątku. Konstrukcyjnie "Ostatni Jedi" kuleje.
niedziela, 24 stycznia 2016
Najlepsze filmy 2015 roku
W 2015 roku obejrzałem 466 filmów, około 50 więcej niż w roku 2014 i około 50 mniej niż w 2013. Regularnie odwiedzałem kinowe sale, byłem również gościem trzech festiwali filmowych (z których najmilej wspominam Zwierzyniec). Niżej prezentuję czternaście filmów, które trafiły do oficjalnej dystrybucji kinowej w Polsce i wywarły na mnie największe wrażenie. Ponadto polecam kilka tytułów, które z różnych przyczyn nie trafiły na polskie ekrany, a zdecydowanie warto je sprawdzić.
Etykiety:
Dope,
Ex Machina,
Fargo,
film,
Homesman,
Inside Out,
It follows,
Kingsman,
Mad Max: Fury Road,
Mandarynka,
najlepsze filmy roku,
Star Wars,
Victoria,
Youth
sobota, 26 stycznia 2013
Kino Nowej Przygody – w pełni autonomiczny gatunek czy jedynie hybrydyczny?
Nakręcone na przestrzeni dwudziestu
siedmiu lat cztery części przygód Indiany Jonesa - profesora
archeologii, awanturnika i poszukiwacza przygód - dały widzom
jednego z bardziej wyrazistych i rozpoznawalnych bohaterów kina
rozrywkowego. Nieodłączny kapelusz, skórzana kurtka i bat są dziś
już symbolami nierozłącznie wiązanymi z tym bohaterem i znakiem
dla widza, że gdy tylko pojawią się na ekranie, można się
spodziewać spektakularnego widowiska.
Nic dziwnego – twórcy Indiany, George Lucas i Steven Spielberg, tworząc pierwsze obrazy Kina Nowej Przygody mieli tylko jedno założenie: chcieli kręcić takie filmy, jakie sami chętnie oglądali. Legendarni dziś filmowcy, wychowani na kinie science-fiction klasy B lat pięćdziesiątych i filmach przygodowych lat trzydziestych, powołali do życia szereg kultowych postaci, których perypetie bawią widzów w różnym wieku do dziś i dostarczają czystej, niczym nie skrępowanej rozrywki na najwyższym poziomie.
Nic dziwnego – twórcy Indiany, George Lucas i Steven Spielberg, tworząc pierwsze obrazy Kina Nowej Przygody mieli tylko jedno założenie: chcieli kręcić takie filmy, jakie sami chętnie oglądali. Legendarni dziś filmowcy, wychowani na kinie science-fiction klasy B lat pięćdziesiątych i filmach przygodowych lat trzydziestych, powołali do życia szereg kultowych postaci, których perypetie bawią widzów w różnym wieku do dziś i dostarczają czystej, niczym nie skrępowanej rozrywki na najwyższym poziomie.
Wszystko zaczęło się od George'a
Lucasa, który w 1977 roku nakręcił Gwiezdne Wojny. Film o
stosunkowo małym budżecie (13 mln dolarów), bez pierwszoligowych
gwiazd w obsadzie stał się prawdziwym hitem i wraz z Bliskimi
spotkaniami trzeciego stopnia Spielberga (z listopada tego samego
roku) zapoczątkował nową modę. Narodziło się Kino Nowej
Przygody. Jak pisze Jerzy Płażewski, twórca terminu, tego rodzaju
kino charakteryzują „gwałtowne sceny akcji, wartkie tempo
wzajemnie napędzających się wydarzeń, mroczne tajemnice, raptowne
zaskoczenia, wyjątkowe zbiegi okoliczności, straszliwe
niebezpieczeństwa, sytuacje pozornie bez wyjścia, obrazy
wstrząsające rozmachem (…), epatowanie egzotyką i co pewien czas
szczyptę humoru – przerwę na odśmianie”11.
Nastąpił gwałtowny zwrot ku gatunkom popularnym, które w tamtych
czasach były postrzegane jako mało wartościowe. Postawiono na
widowiskowość, lekką ironię i pastisz. Taki charakter Kina Nowej
Przygody sprawiał, że były to filmy przystępne dla widzów w
różnym wieku i o odmiennych zainteresowaniach. Chciano pokazywać
widzom coś, czego jeszcze nie widzieli i to w sposób, którego się
nie spodziewali. Chciano zaskakiwać i wywoływać zadowolenie.
Poszukiwanie coraz nowszych atrakcji, które mogłyby zaciekawić
widza wiązało się z czerpaniem i mieszaniem wątków z gatunków
już istniejących. Kino Nowej Przygody jest pojęciem tak rozległym
i mieszczącym w sobie nagromadzenie cech charakterystycznych dla
innych gatunków filmowych, że wypada się zastanowić, czy jest to
autonomiczny gatunek filmowy, czy jedynie odnoga szeroko pojętego
kina akcji.
Chcąc udzielić satysfakcjonującej
odpowiedzi na to pytanie trzeba działać stopniowo. Najpierw
przypomnieć podstawowe cechy wspólne, charakterystyczne dla
określonego gatunku filmowego, wymienione przez Ricka Altmana w
książce Gatunki filmowe. Następnie zestawić z nimi wybrane
cechy tetralogii o przygodach słynnego archeologa, o którym filmy
stanowią doskonały przykład będąc reprezentacyjnymi obrazami
Kina Nowej Przygody.
Pierwsze na co Altman zwraca uwagę w
swojej książce, to dualizm. Możemy go zauważyć oczywiście w
zestawieniu Indiany z jego przeciwnikami – nazistami, sowietami czy
thugami (wyznawcami kultu bogini Kali) – co jest dość prostym
przykładem walki dobra ze złem. O wiele ciekawszym jednak będzie
zestawienie, na które pozwala nakręcona w 1989 roku trzecia część
serii – Indiana Jones i Ostatnia Krucjata. Właśnie w tym
filmie poznajemy ojca Indy'ego, granego przez Seana Connery'ego,
Henry'ego Jonesa Seniora. Relacje między ojcem i synem oraz
zestawienie ich charakterów są główną siłą obrazu Spielberga.
Podczas gdy bohater grany przez Harrisona Forda jest żądnym przygód
awanturnikiem, któremu nieobce są walki na pięści ani szalone
pościgi, tak jego ojciec spędził większość życia w bibliotece.
Najbardziej ceni wiedzę i umiejętności, które sam posiadł, nie
dostrzega osiągnięć syna, wiecznie go karcąc i będąc wciąż
niezadowolonym z jego postępów. Całkiem odmienne charaktery obu
postaci i brak wzajemnego zrozumienia owocują błyskotliwymi
dialogami i prowadzą do sytuacji pełnych humoru. Wspólna podróż
pozwoli nie tylko na przeżycie ekscytujących przygód, odnalezienie
legendarnego artefaktu, ale też na zbliżenie się tych dwóch
postaci – Indy poczuje, jak bardzo przez całe życie brakowało mu
ojca, ten drugi z kolei wreszcie dojrzeje do ojcostwa.
Zostając przy skomplikowanych
relacjach z ojcem, możemy poruszyć kolejną z cech wymienianych
przez Altmana – intertekstualność (postrzeganą również czasem
jako autorefleksyjność). Rozgrywający się dziewiętnaście lat
po Ostatniej Krucjacie Indiana Jones i Królestwo
Kryształowej Czaszki odwraca niejako role. Indiana Jones wraz ze
swym synem rusza na poszukiwanie tytułowego królestwa. Tym razem to
on nie może pojąć młodzieńczej głupoty i brawury, które
wykazuje jego syn – Henry Jones III. Najlepiej analogię widać w
scenach pościgów. W Ostatniej Krucjacie Indy wraz z ojcem
uciekają na motorze przed Niemcami. Prowadzi młodszy z Jonesów i
udaje mu się wrzucić kilku nazistów do wody. Rozbawiony i dumny
patrzy z uśmiechem na ojca, ten jednak nie widzi w tym nic zabawnego
i patrzy na syna z dezaprobatą. Uśmiech zamiera Indianie na ustach,
porozumienia z ojcem nie udało się nawiązać, więc skupia się na
dalszej ucieczce. W Królestwie Kryształowej Czaszki mamy
podobną scenę – Jonesowie uciekają przed agentami KGB, tym razem
to Ford siedzi na miejscu pasażera. Po skomplikowanej sekwencji
pościgowej bohaterom w końcu udaje się uciec – ceną za to jest
jednak zniszczenie pomnika Marcusa Brody'ego. Młody Jones patrzy
szczęśliwy na ojca, ten jednak odpowiada spojrzeniem pełnym smutku
– zniszczona rzeźba przypomniała mu o zmarłym przyjacielu.
Podobnych w wymowie scen jest więcej, ta jednak wydaje mi się
najlepiej ilustrować autorefleksyjność w obu filmach.
Równie ciekawie wyglądają zestawione ze sobą sceny z Poszukiwaczy zaginionej Arki oraz Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady. Jedną z najsłynniejszych scen, jakie pojawiają się w pierwszym filmie, jest ta pokazująca pojedynek na bazarze. Naprzeciw Indiany staje nowy przeciwnik – potężnych rozmiarów Arab, doskonale władający mieczem. Indy, rozkojarzony poszukiwaniem ukochanej, po prostu wyjmuje pistolet i strzela, jednocześnie wygrywając w ułamku sekundy pojedynek, który zapowiadał się na długą i spektakularną walkę. W ostatnich scenach Świątyni Zagłady, która powstała trzy lata później, lecz stanowi prequel Poszukiwaczy, mamy podobną scenę – drogę Indy'emu zagradzają dwaj thugowie z mieczami. Rozluźniony archeolog sięga dłonią do kabury... ta jednak okazuje się pusta! Humorystyczne nawiązanie do poprzedniego filmu z serii jest oczywiste, jednocześnie wyraźnie gloryfikuje kolejność, w jakiej należy serię oglądać. Gdyby oglądać ją według chronologii wydarzeń – nawiązanie straci całą moc, a na twarzy widza nie zagości uśmiech. Warto również wspomnieć o odniesieniach do innych filmów Kina Nowej Przygody. Początek Świątyni Zagłady rozgrywa się w japońskim nocnym klubie, który nazywa się tak samo, jak jeden z bohaterów Gwiezdnej Sagi – Obi-Wan. Z kolei w jednej z finałowych scen Królestwa Kryształowej Czaszki główny bohater filmu mówi w dość charakterystyczny sposób, że ma złe przeczucia. Podobne odczucia, wyrażane w podobny sposób, mieli również bohaterowie Gwiezdnej Sagi Lucasa. Przykłady można mnożyć, warto natomiast wspomnieć, że w samej tylko części pierwszej tetralogii o przygodach archeologa można znaleźć 350 odniesień do innych filmów2.
Równie ciekawie wyglądają zestawione ze sobą sceny z Poszukiwaczy zaginionej Arki oraz Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady. Jedną z najsłynniejszych scen, jakie pojawiają się w pierwszym filmie, jest ta pokazująca pojedynek na bazarze. Naprzeciw Indiany staje nowy przeciwnik – potężnych rozmiarów Arab, doskonale władający mieczem. Indy, rozkojarzony poszukiwaniem ukochanej, po prostu wyjmuje pistolet i strzela, jednocześnie wygrywając w ułamku sekundy pojedynek, który zapowiadał się na długą i spektakularną walkę. W ostatnich scenach Świątyni Zagłady, która powstała trzy lata później, lecz stanowi prequel Poszukiwaczy, mamy podobną scenę – drogę Indy'emu zagradzają dwaj thugowie z mieczami. Rozluźniony archeolog sięga dłonią do kabury... ta jednak okazuje się pusta! Humorystyczne nawiązanie do poprzedniego filmu z serii jest oczywiste, jednocześnie wyraźnie gloryfikuje kolejność, w jakiej należy serię oglądać. Gdyby oglądać ją według chronologii wydarzeń – nawiązanie straci całą moc, a na twarzy widza nie zagości uśmiech. Warto również wspomnieć o odniesieniach do innych filmów Kina Nowej Przygody. Początek Świątyni Zagłady rozgrywa się w japońskim nocnym klubie, który nazywa się tak samo, jak jeden z bohaterów Gwiezdnej Sagi – Obi-Wan. Z kolei w jednej z finałowych scen Królestwa Kryształowej Czaszki główny bohater filmu mówi w dość charakterystyczny sposób, że ma złe przeczucia. Podobne odczucia, wyrażane w podobny sposób, mieli również bohaterowie Gwiezdnej Sagi Lucasa. Przykłady można mnożyć, warto natomiast wspomnieć, że w samej tylko części pierwszej tetralogii o przygodach archeologa można znaleźć 350 odniesień do innych filmów2.
Nie można zapomnieć o
powtarzalności, przewidywalności i kumulacji. W kontekście przygód
Indiany Jonesa można te trzy cechy opisać łącznie. Każdy z
czterech filmów jest podobny w warstwie fabularnej: archeolog szuka
legendarnego artefaktu, przeciwnicy starają się mu w tym
przeszkodzić, by pozyskać skarb dla siebie. Filmy mogą sprawiać
wrażenie przewidywalnych, wiemy przecież, że bohater osiągnie
obrany cel. Jednak bardziej istotne niż pytanie: „czy to zrobi”
jest pytanie: „jak do tego dojdzie”. Jakie niebezpieczeństwa
będzie musiał pokonać, jakie zagadki rozwikłać, co poświęcić,
czego się nauczyć itd. Podobnie jak wcześniejsze (Gwiezdne
Wojny) oraz późniejsze (przykładowo Piraci z Karaibów)
filmy Kina Nowej Przygody miały przede wszystkim dostarczać
rozrywki. Skłonność do happy endów była niejako wpisany w
konwencję, podobnie jak archetypiczne cechy bohaterów czy wyraźny
podział na dobro i zło. Tak samo jak dziecięce spojrzenie na
świat, charakteryzujące się wiarą w istnienie większego
porządku. Spojrzenie, które kazało Jonesowi zamknąć oczy, gdy
była otwierana Arka, Luke'owi zaufać Mocy, a kolejnym widzom
odwiedzać sale kinowe i z prawdziwą przyjemnością przeżywać
kolejne przygody.
Pozostaje jeszcze kwestia symbolizmu.
Podobnie jak w przypadku intertekstualności można tu przywołać
przynajmniej kilka przykładów: od sceny, w której zamknięta w
skrzyni ze swastyką Arka Przymierza wypala symbol nazizmu, po
rytuały rozgrywające się w Świątyni Zagłady. Uważam jednak, że
warto tu napisać o najsłynniejszym atrybucie Indiany – jego
kapeluszu. Z pozoru to zwyczajna brązowa fedora, w dodatku nieco już
nadgryziona zębem czasu. Jednak bez niej Indiana jest tylko zwykłym
profesorem, podobnie jak superbohaterowie bez swych kostiumów
przestają być super, tak i on z poszukiwacza przygód zmienia się
w zwykłego nauczyciela. Ukochany kapelusz naszego bohatera
towarzyszy mu w każdej przygodzie, prawdopodobnie przynosi szczęście
i w pewien sposób jest cechą charakterystyczną postaci. Indy
otrzymał kapelusz w wieku trzynastu lat (sekwencja początkowa
Ostatniej Krucjaty) od przywódcy gangu, z którym się
wówczas mierzył. Od tamtego czasu kilkukrotnie prawie stracił
kapelusz, zawsze jednak próbował go odzyskać za wszelką cenę (co
doskonale widać w Świątyni Zagłady, gdzie Indy prawie
traci rękę w jednej z pułapek byle tylko odzyskać fedorę).
Kapelusz definiuje tę postać. Wyrzucony z bagażnika człowiek na
początku Królestwa Kryształowej Czaszki nie jest nikim
szczególnym, dopóki nie zobaczymy jak zakłada na głowę fedorę
(czemu towarzyszy główny motyw dźwiękowy serii).
Natomiast w jednej z kulminacyjnych
scen Ostatniej Krucjaty bohater walczy z nazistami znajdując
się na pędzącym czołgu, którym nikt nie kieruje. Pojazd zmierza
w kierunku przepaści – Doliny Półksiężyca. Indy pomaga ojcu i
przyjacielowi opuścić czołg, rozprawia się z niedobitkami
przeciwników i jesteśmy niemal pewni, że sam zaraz będzie
bezpieczny. Jednak wiatr zwiewa z głowy Jonesa fedorę. Widz traci
pewność, uśmiech zamiera mu na ustach, wstrzymuje oddech. Również
sam Jones jakby traci rezon. Czołg spada. Towarzysze Indy'ego
podbiegają do krawędzi klifu, spoglądają w dół, wiedzą jednak
równie dobrze co widzowie, że nikt nie przeżyłby takiego upadku.
Nawet Indiana Jones w filmie o własnych przygodach. To koniec. W tym
właśnie momencie pojawia się mocno oszołomiony bohater i –
lekko chwiejnym krokiem – podchodzi do krawędzi i patrzy na
rozbity czołg. Następuje wylewne powitanie, gdy ojciec uświadamia
sobie, że obok stoi syn, którego właśnie w myślach pogrzebał.
Widząc, że syn jest cały, nie zważając na jego liczne rany i
stłuczenia, zarządza dalszą wędrówkę. Wyczerpany Indy pada na
kolana i zostaje z tyłu. Właśnie wtedy wiatr postanawia zwrócić
mu zgubę, a bohater w niewyjaśniony, wręcz magiczny sposób
odzyskuje siły.
Myślę, że powyższe przykłady dość
dobrze ukazują Kino Nowej Przygody nie tylko jako nurt czy poetykę,
ale jako samodzielny gatunek filmowy. Charakteryzując się
wszystkimi cechami niezbędnymi do definicji gatunku w pojęciu Ricka
Altmana, Kino Nowej Przygody może godnie stać w jednym rzędzie z
filmami science-fiction, fantasy czy akcji. Każdy bowiem z tych
gatunków jest hybrydyczny z natury, czyli łączy w sobie elementy
kilku odmian gatunkowych. Nieustające poszukiwanie atrakcji, którymi
można zaintrygować widza, wiąże się z poszukiwaniem nowej
formuły, która może te atrakcje pomieścić. Gatunkowe wymieszanie
jest więc nieuniknione, warto jednak mieć na uwadze proporcje i
uważać, by były one odpowiednie.
Bibliografia:
Książki:
Altman Rick, Filmy mają pewne
podstawowe cechy wspólne [w:] Gatunki filmowe, Warszawa
2012, Wydawnictwo Naukowe PWN.
Szyłak Jerzy, Kino Nowej Przygody,
Gdańsk 2011, wydawnictwo słowo/ obraz terytoria.
Czasopisma:
Jerzy Płażewski, Czy „Nowa Przygoda” zdobędzie
kino światowe?, „Kino” 1990, nr 3.
Filmografia:
Gwiezdne Wojny: Część IV – Nowa Nadzieja
(Star Wars), reż. George Lucas, USA 1977.
Bliskie spotkania trzeciego stopnia
(Close Encounters of the Third Kind),
reż. Steven Spielberg, USA 1977.
Poszukiwacze zaginionej Arki (Raiders of the
Lost Ark), reż. Steven Spielberg, USA 1981.
Indiana Jones i Świątynia Zagłady (Indiana
Jones and the Temple of Doom),
reż. Steven Spielberg, USA 1984.
Indiana Jones i Ostatnia Krucjata (Indiana
Jones and the Last Crusade),
reż. Steven Spielberg, USA 1989.
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki
(Indiana Jones and the Kingdom od the Crystal Skull),
reż. Steven Spielberg, USA 2008.
___________________________________
11J.
Płażewski, Czy „Nowa Przygoda” zdobędzie kino światowe?,
„Kino” 1990, nr 3.
2O.
Calabrese, Neo-Baroque: A Sign of the Times, Princeton 1992.
czwartek, 5 marca 2009
Post 80- Recenzjaczki #2
Bolt- dawno nie ubawilem się tak na filmie Disneya. Niezla parodia przesyconego efektami specjalnymi wspolczesnego kina, świetny wątek telewizyjnej rzeczywistości, parę niezlych dowcipów, przekomiczny chomik Rhino i Golebie. Oglądane w oryginale, z sampli wersji z polskim dubbingiem komizm gubi się wśród idiotycznych tekscikow dla 7 latków
Star Wars: Force Unleashed (PSP)- najlepsza (obok Battlefronta) gra na handheldy z serii SW. Na przystawkę parę trybów (zwlaszcza smakowity historic battles pozwalający odtworzyć momenty z filmów), na glowne danie story mode. Jak na przenosne konsolki calkiem niezla grafika, filmikami i nadzwyczajnie przyjemnym gameplayem. Mnostwo, roznorodnych mocy, ciekawie zrealizowane walki z bossami i wiele epickich lokacji do odwiedzenia.
Na minus zaliczam idiotyczna kamere i slabo rozwinietą opcję rozwijania bohatera

Futurama: Into the wild green yonder- kolejna pelnometranżowa Futurama. Stary Wong niszczy środowisko kosmiczne na rzecz wlasnych przyjemności nie zdając sobie sprawy, że jego dzialania skazują galaktykę na zagladę. Na tle serialu jak każda pelnometranzówka mierna. Na tle filmów z serii ustępuje tylko Bender's Big Score. Kilkanaście dowcipów, które sprawily ze oplulem się Jogurtem, dobry (nieco dlużący się) scenariusz i zaskakujące zakończenie. Plus rozwój wątku milosnego Leili i Frya.

Solo:Tim Sale- pierwsza część seryjki traktujących wokól artystow komiksowych. Sięgnąlem z ciekawości bo Sale'a naprawdę lubię. Parę historyjek z motywem przewodnim milosci. Niektóre nawiązują do komiksów Sale'a ( "Date Knight" czy epizod z Supergirl). Cieniutki zeszycik, warto zakupić.
Kryzys idzie, coraz mniej pieniędzy na komiksy.
Co robić?
Nie wiem, ale musicie wysuplac te dwie dyszki na kino i isc na Watchmenów. Dlugo zastanawialem sie czy iść, ale pozytywne opinie z różnych stron przekonaly mnie. Recenzja w sobotę!
Star Wars: Force Unleashed (PSP)- najlepsza (obok Battlefronta) gra na handheldy z serii SW. Na przystawkę parę trybów (zwlaszcza smakowity historic battles pozwalający odtworzyć momenty z filmów), na glowne danie story mode. Jak na przenosne konsolki calkiem niezla grafika, filmikami i nadzwyczajnie przyjemnym gameplayem. Mnostwo, roznorodnych mocy, ciekawie zrealizowane walki z bossami i wiele epickich lokacji do odwiedzenia.
Na minus zaliczam idiotyczna kamere i slabo rozwinietą opcję rozwijania bohatera
Futurama: Into the wild green yonder- kolejna pelnometranżowa Futurama. Stary Wong niszczy środowisko kosmiczne na rzecz wlasnych przyjemności nie zdając sobie sprawy, że jego dzialania skazują galaktykę na zagladę. Na tle serialu jak każda pelnometranzówka mierna. Na tle filmów z serii ustępuje tylko Bender's Big Score. Kilkanaście dowcipów, które sprawily ze oplulem się Jogurtem, dobry (nieco dlużący się) scenariusz i zaskakujące zakończenie. Plus rozwój wątku milosnego Leili i Frya.

Solo:Tim Sale- pierwsza część seryjki traktujących wokól artystow komiksowych. Sięgnąlem z ciekawości bo Sale'a naprawdę lubię. Parę historyjek z motywem przewodnim milosci. Niektóre nawiązują do komiksów Sale'a ( "Date Knight" czy epizod z Supergirl). Cieniutki zeszycik, warto zakupić.
Kryzys idzie, coraz mniej pieniędzy na komiksy.
Co robić?
Nie wiem, ale musicie wysuplac te dwie dyszki na kino i isc na Watchmenów. Dlugo zastanawialem sie czy iść, ale pozytywne opinie z różnych stron przekonaly mnie. Recenzja w sobotę!
piątek, 9 stycznia 2009
Post 62 - Nie jest martwym co może spoczywać wiekami
Jedziemy z obiecanymi rzeczami:
Wartości idą na pierwszy ogień. Mam mieszane uczucia co do tego komiksu. Z jednej strony, jest bardzo przyjemny klimat, miejscami rośnie banan na twarzy. Rysunki są bardzo chłodne. Mogę spokojnie powiedzieć, że jeśli nowe rzeczy Śledzia będą w takim stylu to ja biorę wszystko (i tak biorę wszystko co podpisane "Śledź", ale w takim stylu biorę z podwójną przyjemnością). Z drugiej strony mogło być lepsze i czegoś lepszego się spodziewałem. Ale uważam, że w miarę rozwoju serii, będzie coraz lepiej. Mało kiedy pilotowe odcinki mnie zachwycają, a potem i tak wsiąkam na całego.
BTW - w przeszukiwaniu neta znalazłem coś takiego. Śledziu?
To nie tak jak myślisz, kotku. Chyba śmiało mogę powiedzieć, że druga najzabawniejsza komedia roku (obok Lejdis). Oparta na samych dialogach. Mistrzostwo. Nie wiem, jak można napisać coś takiego. Serio. W sumie chyba nie mogę powiedzieć niczego o fabule, by nie zdradzić jakiś istotnych szczegółów. Polecam. Naprawdę śmieszne gagi, dobrze zagrane, bez przynudzania i, z ciekawym, zaskakującym, zakończeniem. I to wcale NIE JEST KOMEDIA ROMANTYCZNA! Żeby Was różowość plakatu nie zmyliła! I w ogóle, to trudno się o takim filmie pisze.
Ile waży koń trojański? Z załogą, czy bez? - kolejna polska komedia. Ostatnia na podium w tym roku. Juliusz Machulski pokazał po raz kolejny, że umie robić filmy. Co tu dużo mówić. To mój ulubiony polski reżyser i scenarzysta filmowy. Zresztą chyba jeden z bardziej znanych. Wystarczy wymienić tylko kilka tytułów: VaBank, Seksmisja czy Killer. Nowy film jest inny. Nie jest to chyba taka 100% komedia, bo na dobrą sprawę, nie ma tam dużej ilości żartów. Jest ich trochę, ale jak już jakiś się pojawi to naprawdę śmieszy. Chyba w zamyśle nie miał to być film całkowicie nastawiony na śmiechowość, jak choćby Killer czy Kingsajz. Akcja jest leniwa (co ma swój urok), a film skłania do refleksji na temat "tamtych czasów". Choć sam nie mogę pamiętać PRLu, to film pokazał mi jak one wyglądały. I chyba przemówił bardziej, niż lekcje historii.
Nie zraźcie się początkiem. Potem jest dużo lepiej. Babcia wymiata!
Ta gra jest genialna. Lego: Star Wars całkowicie mnie zniszczyło. Zagrywam się w nią, niby dzieciak. Prosta, bezstresowa i baaaardzo klimatyczna. Przeszedłem całą w jeden wieczór, a teraz się męczę, by wymaksować wszystkie bonusy, znaleźć wszystkie klocki i zdobyć dojście do ukrytego poziomu. Wielopoziomowość gry bardzo wydłuża jej grywalność (niektóre plansze trzeba przejśc po kilka(naście!) razy i to różnymi postaciami) i przyciąga do komputera na długie godziny. Mam nadzieję, że wszystkie gry lego stoją na równie wysokim poziomie, co zdaje się potwierdzać widziany na jutubie gameplay Indiany Jonesa i wielogodzinna zabawa z Batman Lego (opisana kilka postów wcześniej). Małe klocki, a cieszą.
Czytam "Żarna Niebios" Kossakowskiej, przeczytałem "Narrenturma" Sapokowskiego.
Wartości idą na pierwszy ogień. Mam mieszane uczucia co do tego komiksu. Z jednej strony, jest bardzo przyjemny klimat, miejscami rośnie banan na twarzy. Rysunki są bardzo chłodne. Mogę spokojnie powiedzieć, że jeśli nowe rzeczy Śledzia będą w takim stylu to ja biorę wszystko (i tak biorę wszystko co podpisane "Śledź", ale w takim stylu biorę z podwójną przyjemnością). Z drugiej strony mogło być lepsze i czegoś lepszego się spodziewałem. Ale uważam, że w miarę rozwoju serii, będzie coraz lepiej. Mało kiedy pilotowe odcinki mnie zachwycają, a potem i tak wsiąkam na całego.BTW - w przeszukiwaniu neta znalazłem coś takiego. Śledziu?
To nie tak jak myślisz, kotku. Chyba śmiało mogę powiedzieć, że druga najzabawniejsza komedia roku (obok Lejdis). Oparta na samych dialogach. Mistrzostwo. Nie wiem, jak można napisać coś takiego. Serio. W sumie chyba nie mogę powiedzieć niczego o fabule, by nie zdradzić jakiś istotnych szczegółów. Polecam. Naprawdę śmieszne gagi, dobrze zagrane, bez przynudzania i, z ciekawym, zaskakującym, zakończeniem. I to wcale NIE JEST KOMEDIA ROMANTYCZNA! Żeby Was różowość plakatu nie zmyliła! I w ogóle, to trudno się o takim filmie pisze.
Ile waży koń trojański? Z załogą, czy bez? - kolejna polska komedia. Ostatnia na podium w tym roku. Juliusz Machulski pokazał po raz kolejny, że umie robić filmy. Co tu dużo mówić. To mój ulubiony polski reżyser i scenarzysta filmowy. Zresztą chyba jeden z bardziej znanych. Wystarczy wymienić tylko kilka tytułów: VaBank, Seksmisja czy Killer. Nowy film jest inny. Nie jest to chyba taka 100% komedia, bo na dobrą sprawę, nie ma tam dużej ilości żartów. Jest ich trochę, ale jak już jakiś się pojawi to naprawdę śmieszy. Chyba w zamyśle nie miał to być film całkowicie nastawiony na śmiechowość, jak choćby Killer czy Kingsajz. Akcja jest leniwa (co ma swój urok), a film skłania do refleksji na temat "tamtych czasów". Choć sam nie mogę pamiętać PRLu, to film pokazał mi jak one wyglądały. I chyba przemówił bardziej, niż lekcje historii.Nie zraźcie się początkiem. Potem jest dużo lepiej. Babcia wymiata!
Ta gra jest genialna. Lego: Star Wars całkowicie mnie zniszczyło. Zagrywam się w nią, niby dzieciak. Prosta, bezstresowa i baaaardzo klimatyczna. Przeszedłem całą w jeden wieczór, a teraz się męczę, by wymaksować wszystkie bonusy, znaleźć wszystkie klocki i zdobyć dojście do ukrytego poziomu. Wielopoziomowość gry bardzo wydłuża jej grywalność (niektóre plansze trzeba przejśc po kilka(naście!) razy i to różnymi postaciami) i przyciąga do komputera na długie godziny. Mam nadzieję, że wszystkie gry lego stoją na równie wysokim poziomie, co zdaje się potwierdzać widziany na jutubie gameplay Indiany Jonesa i wielogodzinna zabawa z Batman Lego (opisana kilka postów wcześniej). Małe klocki, a cieszą.Czytam "Żarna Niebios" Kossakowskiej, przeczytałem "Narrenturma" Sapokowskiego.
sobota, 18 października 2008
Post 27- Long time ago in steamgalaxy

Jak wszystcy wiemy, Gwiezdne Wojny wywarły olbrzymi wpływ na naszą kulturę, spojrzenie na SF itp itp. Lecz ja nie o tym. Bo ukazaniu się sagi, nerdowaci fani zaczęli ostro kombinować z konwencją. I oto co wymyślili- steampunk star wars. Czym jest steampunk nie będę tłumaczyć, dociekliwi powinni wyguglać.Ale do sedna. Powstają szkice przedstawiające steamwarsy. Przede wszystkim polecam tę stronę, bo co Bjorn Hurri wyczynia jest nieziemskie. Yoda jako anemiczny stworek podłączony do machiny czy Boba Fett z rewolwerem, skórzanym czepkiem, na który nałożony jest klimatyczny chełm, czy olej wyciekający z misternego strzępku rur, blach, śmigieł, zbiorników, który w rzeczywistości jest jetpackiem.
Następnie fanatycy zaczęli sami w zaciszu garażu przerabiać swoje gadżety, sklejać puchy, rwać pręty, kręcić nimbusami i z tego wychodzą takie i takie cuda.
W końcu fani dostali to na co czekali czyli figurkasy! Yay! R2-D2 wyglądający jak ogromny parujący bojler, zardzewiały C3PO poruszający się przy pomocy mechanizmu opartego na obrotach kół zębatych. No i Han Solo, ze swoim łobuzerskim uśmieszkiem i ogromnymi goglami na głowie. Wszystko do ogarnięcia tu i szczegółowo tu.
Niewyobrażalne co przyjdzie do głowy ludziom. Ale takie klimatyczne połączenie dwóch konwencji jest wg mnie bardzo smaczne i polecam zanurzyć się głębiej w temat.
PS. Jeszcze parę tapet w tym klimaciku.
Let the force be with you ;]
Subskrybuj:
Posty (Atom)












