> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 14 września 2026

Nowy świat Ultimate. Inwazja - recenzja

Start nowego świata Ultimate w Marvelu to obok utworzenia uniwersum Absolute u konkurencyjnego wydawnictwa DC jedno z najważniejszych wydarzeń ostatnich lat w komiksie superbohaterskim. Obie linie wprowadzają alternatywne wizje znanych bohaterów i światów, prezentując po kilka tytułów i wśród nich mając zarówno sukcesy komercyjne, jak i kreatywne. Kto, choć trochę interesuje się peleryniarzami od Wielkiej Dwójki, ten na pewno słyszał o “Absolute Batman” i nowym “Ultimate Spider-Manie”. Dziś sprawdźmy, jak wyglądał początek nowego świata Ultimate, który w albumie “Inwazja” zaserwowali nam komiksowi weterani Marvela: scenarzysta Jonathan Hickman i rysownik Bryan Hitch.



“Inwazja” zaczyna się od zuchwałego napadu, którego stawka okazuje się zupełnie inna, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać (łącznie z rabusiami). Pierwsze sceny mogą kojarzyć się z otwarciem “Mrocznego Rycerza” Christophera Nolana, gdzie również mamy napad, a wszystko okazuje się częścią większego planu. W ten sposób poznajemy Stwórcę - zły wariant Reeda Richardsa, który postanawia pozbyć się większości superbohaterów, pozostałych sobie podporządkować, a w efekcie tego stworzyć całkiem nowy świat. Może motywacje złola nie są zbyt oryginalne, ale sposób, w jaki zabiera się do pracy, już tak.

Jak to u Hickmana (którego moim ulubionym komiksem dalej pozostaje “Fantastyczna Czwórka”) - mamy podróże w czasie, achronologiczną narrację, genialnych protagonistów i antagonistów z przerostem ego, a także miks magii, nauki i niezdrowych ambicji. Mimo że jak okazało się po latach, miniseria rodziła się w bólach (czego efektem jest dość niefortunny tytuł - początkowo architektem nowego świata Ultimate miał być Donny Cates, o czym można przeczytać tutaj), to czytając te cztery zeszyty łatwo dać się porwać tej opowieści. Hickman to fachura, więc nawet jeśli niekiedy brakuje mu zaprawy murarskiej, to wie, jak oczarować czytelnika, by tego nie zauważył. Choć cały świat Ultimate to koncept ambitny, a jego pierwsza odsłona ma dodatkową trudność przedstawić nieznaną wizję, to jednocześnie po prostu sprawdza się jako komiks rozrywkowy. “Inwazja” zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie - gdy na scenie pojawia się Stark, będący głównym bohaterem, robi się naprawdę ciekawie.

Jak to Iron Man - ma głośne wejście. Tym razem będące parafrazą przedstawienia bohatera na łamach serii “Ultimates” z 2002 roku, którą do scenariusza Marka Millera rysował Bryan Hitch. Widząc znajome kadry, trudno się nie uśmiechnąć - wspomniana seria to był game changer i jako dzieciak czytałem ją w wydaniu Egmontu milion razy (zresztą do dziś pozostaje ona moją ulubionym komiksem rysowanym przez Hitcha), a kilka lat później okazała się wizualnym fundamentem dla Marvel Cinematic Universe. W “Inwazji” szerokokątna soczewka rysownika, przejawiająca się w kadrach pełnych filmowego rozmachu, nie robi już takiego wrażenia, jak ponad dwie dekady temu, gdy było to coś nowego, ale sprawdza się jako solidne narzędzie opowiadania historii o tej skali.

“Nowy świat Ultimate. Inwazja” to dla mnie niezłe wprowadzenie do nowej wersji uniwersum Marvela - na tyle intrygujące, że chcę sięgnąć po kolejne serie (jeszcze w tym miesiącu dostaniemy po polsku nowe wersje “Ultimates” i przygód Ścianołaza), a także nie będące prostą łupaniną, co bywa przekleństwem wielu tytułów o superbohatrach. Hickman i Hitch nieźle wyważyli proporcje między akcją a stawianiem podwalin pod Ultimate 2.0 - i choć oczywiście zastanawiam się, jak mogłaby wyglądać ta inicjatywa w rękach Donny'ego Catesa, to i tak na tym etapie jestem usatysfakcjonowany tym, co dostaliśmy.

7/10

Brak komentarzy: