Jed MacKay rozpoczyna swój run w "Avengers" wedle sprawdzonej zasady "przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę". Mściciele zostają reaktywowani pod dowództwem Carol Denvers, która spędza pierwsze zeszyty na rekrutacji kolejnych członków ekipy. MacKay nie idzie drogą Jasona Aarona i stawia na klasykę: obok Iron Mana i Thora na wezwanie Kapitan Marvel odpowiadają Black Panther, Sam Wilson, Scarlet Witch i Vision.
Trącący latami 60. i 70. XX wieku skład nie oznacza jednak letnich emocji. U MacKaya są one bardzo żywe z racji dawnych animozji między bohaterami. Zresztą zhańbiony T'Challa słyszy, że otrzymał zaproszenie do nowych Avengers właśnie po to, by kwestionować decyzje Kapitan Marvel. Chociaż niektóre wątki, między innymi dawny związek Wandy Maximoff i Visiona, nie zostają jeszcze poruszone, czuć, że siódemka bohaterów sporo ze sobą przeszła, a w drużynie każdy pełni konkretną funkcję.
Scenarzysta kreśli także wątek Kanga, który będzie główną osią runu, oraz przedstawia nowe zagrożenie. Jest ono raczej pretekstem do sprawdzenia swoich bohaterów w akcji. Decyzja o ich rozdzieleniu w czasie misji może zaskakiwać. MacKay, podobnie jak w swoim "Moon Knighcie", wyciąga traumy i wątpliwości herosów, a następnie konfrontuje ich z nimi. Tym samym wyjaśnia poniekąd, dlaczego właśnie ich widział w prowadzonym przez siebie tytule.
"Niemożliwe miasto" zachęca, by dać szanse tej odsłonie "Avengers". Scenarzysta ma zresztą u mnie duży kredyt zaufania za wspomnianego wcześniej "Moon Knighta". Z ciekawością sięgnę po następny tom serii.
7/10
Autor recenzji: Psaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz