Powrót do dzieciństwa z przełomu lat 80. i 90. XX wieku wydaje się ostatnio coraz chętniej poruszanym tematem licznych komiksów autobiograficznych. Wątki te podjęli w ostatnim czasie m.in. Kasia Babis (“Okruchy”), Marcin Podolec (“Sezon spadających gwiazd”) czy Natalia Legutko (“To był najlepszy koniec świata”). Niedawno do tego grona dołączyła również Maria Rostocka z albumem “Mały palec pod gilotynę” wydanym pierwotnie we Francji.
Tym, co wyróżnia album Rostockiej na tle wyżej wymienionych, jest zagraniczna perspektywa. Jako sześciolatka Maria wyjechała do Francji - wydarzenia lat 80. XX wieku w kraju śledziła więc z dystansu. Jest to wręcz dystans podwójny, bo z jednej strony oparty na dziecięcej naiwności, z jaką mówi się tutaj o wielkiej polityce i ważnych wydarzeniach (co często bywa źródłem humoru), a z drugiej - wyznaczony przez odległość i nowe warunki życia. Widziałem, że niektórzy zarzucają Rostockiej, że opowiadając o tych sprawach, nie wplata w opowieść odpowiedniej dramaturgii, przez co historii brakuje stawki i napięcia. Nie wiem, na ile to świadoma decyzja, ale akurat kupuję takie rozwiązanie bez mrugnięcia okiem - dla dziecka wszelkie przekazy telewizyjne, radiowe czy prasowe mogły być niezrozumiałe i abstrakcyjne, ergo: nie trzeba się było nimi przejmować tak, jak czynili to dorośli. Jest to spójne z perspektywą nie tylko dziecka, ale również dziecka, które żyje w dalekim kraju i przez to ma zupełnie inne problemy.
“Mały palec pod gilotynę” kojarzył mi się w najlepszych momentach z “Na szybko spisane” Śledzia. W obu pozycjach perspektywa dziecka jest dominantą narracyjną, która ustala styl i sposób przedstawienia fabuły tak fabularnie, jak i formalnie. Wspomniana już wcześniej dziecięca naiwność często stanowi źródło humoru, a uproszczony styl odsyła do rysunków, które się tworzyło na marginesach zeszytu do matematyki w podstawówce. Jednocześnie na korzyść komiksu Śledzia przemawia większa dynamika prezentowanej historii - u Rostockiej dominują jednostajnie zaplanowane plansze (identyczna liczba kadrów tego samego rozmiaru na stronie), które wprowadzają pewną monotonię. Brak kolorów - który na podstawowym poziomie interpretacyjnym odsyła do szaro-burej rzeczywistości schyłku PRL-u - również może mieć wpływ na odbiór komiksu.
Finalnie “Mały palec pod gilotynę” uważam za komiks udany, konsekwentnie poprowadzony, choć rozumiem, że pewne decyzje Autorki mogą zniechęcić część czytelników do tego albumu. Spośród ostatnio wydanych komiksów poruszających podobną tematykę, wyżej stawiam “Sezon spadających gwiazd” i “To był najpiękniejszy koniec świata”, mimo że w komiksie Rostockiej doceniam inną perspektywę, podyktowaną doświadczeniem życia na obczyźnie.
Album “Mały palec pod gilotynę” ukazał się nakładem wydawnictwa Kultura Gniewu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz