Na „Tenet” Christophera Nolana czekali wszyscy. To pierwsza duża premiera po kilkumiesięcznym okresie zamknięcia kin i kolejny film wielkiego wizjonera, którego poprzednie produkcje cieszyły się ogromnym uznaniem. Mimo to sala na czwartkowym seansie w jednym z krakowskich multipleksów świeciła pustkami, a mnie ciężko było się zaangażować w wydarzenia na ekranie. Do dziś pamiętam niesamowite emocje, które towarzyszyły premierowym seansom filmów „Gwiezdne Wojny. Przebudzenie Mocy” (2015) czy „Avengers. Koniec gry” (2019), gdzie sale pękały w szwach, a widowiska przeżywało się kolektywnie. Były momenty, gdy ludzie zaczynali klaskać lub krzyczeć z ekscytacji, które tylko wzmacniały poczucie brania udziału w czymś niezwykłym. „Tenet” oglądało się zupełnie inaczej - na pustej sali i w grobowej ciszy każdy przeżywał film samotnie. Jakbyśmy mieli do czynienia nie z odrodzeniem kina, a jego pogrzebem.
