> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 30 czerwca 2026

007 First Light - wrażenia

"007 First Light" w jednym zdaniu? That was fun. Sporym sentymentem darzę filmowy cykl o Bondzie (choć nie wszystkie filmy wytrzymują próbę czasu) i z niecierpliwością czekam, żeby się dowiedzieć, w jaką stronę pójdzie seria pod wodzą Villeneuve'a i Amazona. Kiedyś marzyłem, żeby filmowy Bond wrócił do korzeni, akcja rozgrywała się znów w latach 60. XX wieku, a całości dopełniał klimat retro (doskonale się coś takiego udało w powieści "Cyngiel śmierci" Anthony'ego Horowitza). "First light" udowadnia, że współczesny Bond wciąż ma wiele do zaoferowania i nie musi iść podobną ścieżką, co filmy z Craigiem.



W grze wcielamy się w młodego Bonda, który dołącza do MI6 i dopiero musi udowodnić, że jest godny numeru z dwoma zerami. Bierzemy więc udział w treningu dla agentów, dostajemy pierwszą misję i szybko wpadamy na trop znacznie większej afery, która zdominuje resztę narracji w grze. Wśród atrakcji zbuntowany agent znający sekrety MI6, a także szalony miliarder z przerostem ego. Klasycznie, choć nie nudno.

Z Bondem zwiedzamy pół świata, a projekty poziomów są fajnie zróżnicowane i najzwyczajniej w świecie klimatyczne. Od zamku na Słowacji, przez londyńskie muzeum i ekskluzywny hotel w Wietnamie, po tajną bazę na Antarktydzie - każda miejscówka jest zaprojektowana inaczej i oferuje inne wrażenia. Na każdym levelu twórcy ukryli sporo nawiązań i często puszczają oczko do gracza - całe laboratorium Q to jeden wielki easter egg, bo znajdziemy tam multum odwołań do filmów z agentem OO7 i - oczywiście - jego słynnych gadżetów. O ile jednak w "Indiana Jones i wielki krąg" wszelkie znajdźki działały na rzecz poszerzenia świata gry i lepszego zakorzenienia jej w większym świecie filmów Spielberga i Mangolda, tak "First Light" rozgrywa się w innym (nowym względem filmów i książek) uniwersum, a wspomniane elementy są jedynie fanservice'em. Twórcy cytują filmy, parafrazują znane kwestie, a często pozwalają nam też znaleźć dobrze znane elementy (w jeden z misji możemy kupić sztuczną szczękę Buźki). W "Wielkim kręgu" znalezienie listu Marion czy notatek ojca Indiany mówiło nam coś o świecie przedstawionym w grze, wydarzeniach nie ukazanych na ekranie, a także relacjach Indy'ego z jego bliskimi. W grze z Bondem podobne znaleziska mają tylko wywołać uśmiech u graczy, którzy znają książki/filmy o 007. I spoko, nic w tym złego, ale pomyślałem, że podzielę się tym spostrzeżeniem, bo gdy wpadło mi do głowy, to później nie mogłem się go pozbyć.

Pod względem rozgrywki, jak pewnie doskonale wiecie, bo piszą o tym wszyscy, "First Light" to nieślubne dziecko "Uncharted" i "Hitmana". Jest więc solidna rozpierducha na pięści, broń palną i gadżety, ale są też momenty na skradanie się, przebieranki i ciche eliminacje. Oba podejścia fajnie urozmaicają zabawę, choć przyznam, że często wybierałem rozpierduchę. To w końcu Bond, James Bond. Jeśli chodzi o gameplay to pod koniec byłem już trochę znużony pokonywaniem tabunów wrogów, a same misje miały zbyt często podobny schemat: najpierw rozpoznanie, potem rozpierducha i na koniec ucieczka/pościg jakimś pojazdem.

Na koniec kilka słów o scenariuszu, bo ten wydaje mi się bardzo udany i spokojnie mógłby posłużyć jako podstawa kolejnego filmu o agencie w tajnej służbie Jego Królewskiej Mości. Mnie ta historia wciągnęła i mimo korzystania ze znanych elementów bondowskiego koktajlu miała w sobie sporo świeżości. Duża w tym zasługa oczywiście skupienia się na młodym bohaterze, mniej doświadczonym, nie zawsze słuchającym rozkazów, za to nadrabiającym zaangażowaniem i ułańską fantazją. Postacie poboczne (Moneypenny, Q, Greenaway, czy pewna tajemnicza dama) też zostały dobrze napisane. Są tu świetne linijki dialogowe (zabawne, mocne, wzruszające, doskonale podane przez aktorów), kilka ładnych scen (Q uczący Bonda wiązać muszkę), dobre tempo i kilka naprawdę spektakularnych - fabularnie i wizualnie - sekwencji (finał misji na Słowacji, strzelanina w muzeum, ucieczka pojazdem budowy). Każdy fragment gry ma własny klimat, a jednocześnie całość wydaje się spójna i przemyślana. Zakończenie (dialog z M i to, co następuje po nim) to perfekcja. Krótko mówiąc: wielce udana produkcja, a dla fanów Bonda rzecz obowiązkowa.

Brak komentarzy: