“Ancymonstra. Co z tą mumią?” - scenarzystka Ewa Betlewska i rysownik Łukasz Mazur zabierają nas do barwnego świata potworów, który trochę stoi na głowie. Bo rzecz zaczyna się w starym zamczysku, którego opustoszałe korytarze są udekorowane pajęczynami, podłoga wydaje złowieszcze skrzypienia, a tajemnice zdają się skrywać za każdym rogiem. Jednak tym, co odbija się echem od ścian, nie jest demoniczne zawodzenie czy piekielne jęki, których można byłoby się spodziewać, a… beztroski śmiech kilku dzieciaków.
Te na pierwszy rzut oka różnią się od docelowej grupy czytelniczej “Ancymonstrów”, chociażby przez to, że z aparycji przypominają miniaturowe wersje klasycznych potworów, ale tak naprawdę Wampirka, duch Henryk, monstrum Franek, Mumia i pies Kieł mają podobne marzenia i problemy, co ich “normalni” rówieśnicy. Dość powiedzieć, że już na początku komiksu próbują wspólnymi siłami dostać się do słoika pełnego ciastek, straszą się nawzajem opowieściami o przerażających “Tamtych” i nie chcą słuchać rodziców (Wampirce bliżej do zamczyska babci, niż jej domu, gdzie żyją nowocześni i postępowi staruszkowie, którzy najchętniej wyrzekliby się swej wampirzej natury). W krótkiej, dwustronicowej scenie, w której Wampirka rozmawia z mamą, zamknięte jest sedno tej opowieści, a młoda bohaterka zadaje niepozorne, ale jakże istotne pytanie: “czy zostaniemy zaakceptowani jedynie wtedy, gdy będziemy udawać kogoś innego?”.
Fabuła pędzi dalej i po tym wstępie, który przedstawił nam bohaterów, przechodzimy do jej właściwej części, czyli poszukiwania tytułowej mumii, która zniknęła podczas zabawy w chowanego. Wraz z paczką przyjaciół odkrywamy ich dziwaczny świat (biblioteka, gdzie należy krzyczeć to jedno z wielu “odstępstw od normy”), a twórcy co rusz raczą nas wszelkiej maści żartami - burząc czwartą ścianę, bawiąc się słowem, igrając z naszymi oczekiwaniami i eksperymentując z warstwą formalną albumu (kadrowanie, onomatopeje, wybiórczy kolor, który z czasem pojawia się coraz częściej).
W tym wszystkim nie zapominają o fabule i przesłaniu, bo niekiedy nawet niepozorny żart potrafi w przystępny sposób sprzedać dzieciakom, do których przecież skierowane są “Ancymonstra”, odrobinę wiedzy. W finale całość skręca w naprawdę ładne rejony pod kątem przekazu: okazuje się opowieścią o szukaniu własnej tożsamości, mocy przyjaźni i stawianiu czoła krzywdzącym stereotypom, które mogą wynikać z niewiedzy. Jasne, wymądrzam się, bo podobne problemy miałem ostatnio ponad dwie dekady temu, ale mam wrażenie, że Ewa i Łukasz trafiają w punkt. Jeśli macie pod ręką jakiegoś dzieciaka, który lubi komiksy, dajcie mu do poczytania “Ancymonstra”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz