> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

środa, 18 lutego 2026

Ta teksańska krew - recenzja

Wydawnictwo KBOOM zapowiedziało na 2026 rok publikację kilku solidnych tytułów. Nowe wydawnicze okrążenie zaczyna od albumu “Ta teksańska krew” – pierwszego tomu nowej serii z Image, za którą odpowiadają scenarzysta Chris Condon i rysownik Jacob Phillips.


To sześć zeszytów i dwie historie. Pierwsza, jednozeszytowa, wprowadza na scenę głównego bohatera – szeryfa małego miasteczka w dniu jego siedemdziesiątych urodzin. Jednak nawet w tak spokojnym miejscu, raz na jakiś czas do głosu dochodzi coś złego i mrocznego. Wpleciona między inne obowiązki próba odzyskania od sąsiadów naczynia żaroodpornego żony w tym wypadku zakończy się bezsensowną przemocą, a z otchłani pamięci powrócą dawne wyrzuty sumienia.


W drugiej opowieści szeryf schodzi na dalszy plan, a sama fabuła jest bardziej rozbudowana i jeszcze mroczniejsza. Pozwala śledzić losy mężczyzny, który musi wrócić do rodzinnego miasteczka, mimo że przysięgał sobie, że nigdy tego nie zrobi. Jego prywatne śledztwo w sprawie śmierci brata szybko zmierza w złym kierunku, gdy nadeptuje na odcisk lokalnym gangsterem, a głęboko skrywane demony wychodzą na światło dzienne wraz z zajrzeniem na dno butelki.

“Ta teksańska krew” łączy elementy obyczajowe i kryminalne. Twórcy szybko przykuwają uwagę czytelnika dzięki energii włożonej w wiarygodne zarysowanie bohaterów - posiadających własne problemy i skrywających tajemnice, które definiują ich charakter. Pomaga też osadzenie akcji w miejscu, które od razu wywołuje konkretne skojarzenia (małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, a codzienność wypełnia monotonia, to idealna sceneria dla mrocznych tajemnic, które buzują pod pozornie idealną powierzchnią). W sprawnym prowadzeniu narracji pomaga także zmiana perspektywy – przybycie do miasteczka pisarza z Los Angeles, który próbował zostawić przeszłość dawno za sobą, pozwala czytelnikowi utożsamiać się z figurą outsidera, który wbrew swojej woli zostaje wciągnięty w lokalne interesy i porachunki.

Siłą “Tej teksańskiej krwi” nie jest zaskoczenie, które czyha na czytelnika – wręcz przeciwnie. Kolejne wydarzenia łatwo przewidzieć, co nie jest wadą, bo odbiorca z fascynacją przewraca kolejne strony, żeby dowiedzieć się jak poważne będą konsekwencje czynów postaci, które same pchają się w gips. Pytanie nie brzmi “czy coś pójdzie nie tak?” tylko “jak bardzo wszystko się spieprzy?” (wybaczcie kwiecisty język). A pieprzy się – znów wybaczcie – aż wióry lecą.

Miejsce akcji, do temperamentu którego autorzy odwołują się już w tytule, ewokuje konkretne skojarzenia, z czego twórcy skrupulatnie korzystają – muzyka country, powszechny dostęp do broni, pustynne bezdroża. Całość jest klimatyczna zarówno pod względem stosowania pierwszoosobowej narracji (możemy zajrzeć do głów bohaterów), jak i rysunków Jacoba Phillipsa (momentami nie do odróżnienia od stylu ojca, Seana Phillipsa znanego ze współpracy z Edem Brubakerem). Świetnie wypadają momenty nieme, spowalniające akcję i pozwalające jej wybrzmieć w szerokich, poziomych kadrach, jak i nagłe wybuchy przemocy, naznaczone dynamicznym ułożeniem kadrów na planszy i przewagą jaskrawej czerwieni.

Komiks udowadnia, że (wbrew pozorom) lubimy opowieści, które nie mają happy endu. Oglądanie kolejnych złych decyzji bohaterów daje wstydliwą satysfakcję i pobudza szare komórki do zastanawiania się, co też jeszcze tu pójdzie nie tak. Drobne wtręty (jak wyrzuty sumienia męczące szeryfa przybierające formę sennych koszmarów rodem z horroru) zasiewają ziarna niepokoju i pobudzają ciekawość. Pierwszy tom “Tej teksańskiej krwi” to klimatyczna opowieść z pogranicza kryminału i obyczaju, w której największą zaletą są dobrze napisane postacie. Chętnie sięgnę po kolejne tomy, by zobaczyć, jakie jeszcze inne okropieństwa szykują dla nich twórcy.

7/10

Album “Ta teksańska krew” ukazał się nakładem wydawnictwa KBOOM.

Brak komentarzy: