> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 30 listopada 2012

305 - Czerwona Mgła

Tomasz Kołodziejczak wraca do świata, który szerzej poznaliśmy dzięki wydanej w 2010 roku powieści Czarny Horyzont. W zbiorze czterech opowiadań, pod wspólnym tytułem Czerwona Mgła, ponownie spotykamy królewskiego geografa, bohatera i niezwykłego podróżnika – Kajetana Kłobudzkiego. I trzeba przyznać, że każde ze spotkań jest niezwykle interesujące.


Pisarz buduje niezwykły, żyjący własnym życiem świat. Świat dotknięty Apokalipsą, pełen magii, niezwykłych – i niezwykle groźnych – stworów, mitycznych stworzeń i nowoczesnej technologii. W takim właśnie świecie, podzielonym Planami i Czarnym Horyzontem, nieustannie nękanym nowymi zagrożeniami, żyje Kajetan, znajomy hetmana i nieustraszony badacz nieznanego. Podróżnik, który zbadał inne światy i jako jeden z niewielu powrócił żywy. Słowem: bohater jak się patrzy, łączący w sobie wiele lubianych przez czytelników cech. Jednak nie jest wszechmocny i przygody, w których wir rzuca go Kołodziejczak na stronach Czerwonej Mgły, niejednokrotnie potrafią przyspieszyć bicie serca i zatrzymać oddech. 

Jednak nie przygody ani nie bohater – mimo, że oba te składniki są świetne – stanowią największy plus książki. Właśnie wspomniany wyżej świat jest hipnotyzujący. To jedna z bardziej oryginalnych i lepiej dopracowanych wizji przyszłości Polski, z jakimi miałem do czynienia w rodzimej literaturze fantasy, a trzeba pamiętać, że jest to temat często eksploatowany przez naszych fantastów. Magia fascynuje, nowo odkrywane, wraz z przewracaniem kolejnych stron, miejsca zachwycają pięknem, bestie atakujące bohaterów wzbudzają wstręt i strach, ale jednocześnie intrygują swą odmiennością. Wszystko jest doskonale przemyślane, spójne i po prostu niezwykłe – wręcz cudownie magiczne. Kołodziejczak, mimo dość długiej przerwy w pisaniu, włada piórem nie mniej sprawnie, niż jego bohaterowie bronią. Poszczególne opowiadania wciągają bardzo mocno, ich styl jest piękny (przywodzi na myśl klasykę gatunku) i należą do tych, które połyka się jednym tchem. Nie brakuje dynamizmu, genialnego klimatu i zaskakujących rozwiązań czy pomysłów. Kołodziejczak zgrabnie łączy różne elementy, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują i z zaskakującą świeżością podchodzi do ogranych tematów. Wszystko to sprawia, że po zamknięciu książki ma się ochotę na więcej, więcej, więcej...

Z czterech zamieszczonych w zbiorze opowiadań, tylko jedno jest premierowe. Pozostałe trzy mogliśmy wcześniej znaleźć w antologiach Tempus Fugit, Niech żyje Polska! Hurra! i w magazynie Science-Fiction, Fanatsy i Horror. Nie warto się jednak tym zniechęcać – tytułowa Czerwona Mgła to praktycznie mini-powieść i do tego jedno z najlepszych opowiadań jakie dane mi było w tym roku czytać. Urzeka pomysłem, rozplanowaniem akcji a także postaciami (zwłaszcza adwersarzy Kajetana). Może chwycić za serce scenami pełnymi dramatu, wzbudzić obrzydzenie i współczucie, gdy autor czyni nas świadkami egzekucji i zniewolić klaustrofobicznym i tajemniczym klimatem. Pozostałe opowieści są również sprawnie napisane, niejednokrotnie zaskakują, rozśmieszają i mają ciekawych bohaterów, jednak to tytułowe opowiadanie uważam za najlepsze. Wydaje mi się, że Kołodziejczak lepiej się czuje w dłuższych formach, gdzie ma czas i miejsce na dopracowanie i rozwinięcie wszystkich wątków.

Mimo pewnej schematyczności, jaką można dostrzec w konstrukcji opowiadań zawartych w wydanym właśnie tomie opowiadań Tomasza Kołodziejczaka, nie można im odmówić istotnych zalet. To sprawnie napisane teksty, pełne dobrych pomysłów i ciekawych postaci, i co najważniejsze, z genialnie zbudowanym światem. Historie bawią nas, bądź straszą i nieprzerwanie zniewalają klimatem. Warto znać, warto mieć na półce. I warto namawiać autora, by prędzej czy później dał nam więcej historii z tego uniwersum. Bo wykreowany przez niego świat może udźwignąć przynajmniej jeszcze kilka książek.


 Recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu Valkiria.

niedziela, 25 listopada 2012

303 - Siedzimy, nic się nie dzieje, nuda...

Listopad ubogi w notki. Moja wina - z jednej strony nie było o czym pisać, bo mało ostatnio czytam, z drugiej jeśli już się coś pojawiło, to jakoś chęci nie starczyło by przysiąść do klawiatury i wystukać choćby kilkaset znaków. Oglądnąłem jednak ostatnio kilka ciekawych filmów, więc w telegraficznym skrócie podzielę się wrażeniami:

Pokłosie - bardzo dobry, mocny film. Ciężki (choć widziałem cięższe), dobrze zagrany (cieszą gościnne występy aktorów starego pokolenia), gęsty od klimatu. Jedyne, co przeszkadzało mi podczas seansu to sztucznie wypowiadane kwestie. Zwłaszcza na początku dialogi wydawały mi się nazbyt deklamowane.

V/H/S - nie przepadam za horrorami kręconymi "z łapy" (tzw. found footage), ale ten mi się podobał. Nowelowa budowa całości pozwala przedstawić kilka ciekawych historii. Niby nic szczególnie oryginalnego, ale całość wywołuje dobre wrażenie, a sama koncepcja ułożenia (i fabularnego wytłumaczenia) nowel jest interesująca i działa na plus. Poza tym są cycki, a film naprawdę straszy.

Gangster - spotkałem się z różnymi opiniami na temat tego filmu, ale mi bardzo się spodobał. Zaskoczył głównie klimatem i sposobem snucia opowieści. Ale muzyka i postaci (Tom Hardy!) też robią swoje. Muszę nadrobić westernową "Propozycję" tego samego scenarzysty.

Miłość - smutna historia, głosy zewsząd o genialności tejże, płaczący ludzie w kinie, a ja się okropnie wynudziłem. Film o umieraniu i w żmudny i realistyczny sposób dokładnie je przedstawiający. Zabrakło mi chyba większej ilości scen "sprzed choroby" głównej bohaterki, które z pewnością wzmocniłyby moją z nią więź, w czego konsekwencji reszta filmu wywarła by na mnie większe wrażenie. A tak, film zupełnie do mnie nie trafił. Cytując samego siebie: "nie moje klimaty". Oczekiwałem po tym filmie porządnego pierdolnięcia między oczy, a nie dostałem nawet leciutkiego szturchańca w żebra. Jeśli rozumiecie, o co mi chodzi.

Na dziś tyle. Jeszcze w listopadzie powinna się pojawić na blogu recenzja "Czerwonej Mgły" Kołodziejczaka. Obiecuję nie wspominać w kontekście tytułu o katastrofie Smoleńskiej. Bo ile można. Będzie też o "Daytripperze", czwartym zbiorczym Lucky Luke'u, trzecim tomie Akt Dresdena i - jeśli Egmont przyśle egzemplarz recenzencki - o nowych Baśniach. Będzie, prędzej czy później. Bo stosik rzeczy, o których wypada napisać, jest nadzwyczaj wysoki i niebezpiecznie się już chwieje.

środa, 14 listopada 2012

302 - Diabeł wśród piasków i amerykańskie wampiry dwa

Półtora roku po wydaniu tomu pierwszego w serii „Obrazy Grozy” ukazuje się kontynuacja opowieści o amerykańskich wampirach. Główni bohaterowie poprzedniej części – Skinner Sweet i Pearl Jones – schodzą tu na dalszy plan. Dzięki temu możemy oglądać pierwszą połowę XX wieku z nieco innej perspektywy. Również miejsce akcji się zmienia – z Los Angeles przenosimy się do Las Vegas, które w roku 1936 było istnym „Miastem Grzechu”.


Drugi tom „Amerykańskiego Wampira” to dwie historie. W pierwszej z nich, zatytułowanej „Diabeł wśród piasków”, opowieść skręca w stronę kryminału. Głównym bohaterem jest prawdziwy twardziel w płaszczu i kapeluszu – szef policji Cash McCogan. Gdy jego miastem wstrząsa seria zabójstw biznesmenów powiązanych z budową nowej tamy, McCogan rusza do akcji i zrobi wszystko, by odnaleźć mordercę. Czymkolwiek by nie był. Scott Snyder buduje świetny, duszny klimat małego – acz pełnego brudów – miasta. Tworzy wyraziste postaci i pakuje je w nie lada kłopoty. Dobrze snuje opowieść, odsłaniając karty stopniowo, by w końcówce zaskoczyć czytelnika i zmusić go do smutnego uśmiechu. Również wplątanie wątków wampirów w historię kryminalną wyszło mu całkiem nieźle. Może przy lekturze tego komiksu nie będziemy piali z zachwytu, a niespodzianki przygotowane przez autora nie sprawią, że stanie nam serce, ale trzeba powiedzieć, że to bardzo porządna historia kryminalna, a wątki paranormalne dodają jej tylko smaku.

Z kolei kończące tom „Wyjście” wypada gorzej. Mamy tu trzy równoległe wątki, jakby scenarzysta nie mógł się zdecydować, który wyszczególnić. Jest to opowieść o zemście kobiety, która została niedawno przemieniona w wampira, a następnie poddana długim i męczącym eksperymentom. Równoległe wracamy do znanej z pierwszego tomu Pearl Jones – widzimy, jak próbuje ułożyć sobie życie wraz z mężem i jak jej wampirzą duszę targa wiele wątpliwości. W końcu trzeci wątek opowiada o zdradzonej przyjaźni, kiedy mąż Pearl spotyka starego znajomego, a ten okazuje się być całkiem innym człowiekiem. Historia jest niespójna i często zmienia rytm – od pięknych i romantycznych obrazków przeskakujemy nagle do pełnych akcji pościgów samochodowych bądź scen pełnych krwi i przemocy. Zniknął gdzieś duszny klimat, a cała historia zamknięta w dwóch zeszytach wydała mi się zapychaczem. Całkiem niezłym co prawda, ale jednak zapychaczem.

Rysunkowo „Amerykański Wampir” prezentuje świetny poziom. Pierwszą historię rysuje (prawie w całości, bez kilku stron poświęconych retrospekcjom) doskonale znany fanom serii Rafael Albuquerque. Jego kreska jest dynamiczna i klimatyczna, doskonale sprawdza się w mrocznych historiach pisanych przez Snydera. Do ekipy w drugim tomie dołącza Mateus Santolouco, który zajął się rysowaniem wspomnianych retrospekcji i całego „Wyjścia”. Jego styl jest bardzo podobny do tego, co prezentują prace Albuquerque'a, jednak widać, że ten artysta przywiązuje większą wagę do szczegółów. Całości składu dopełnia kolorysta Dave McCaig, którego prace może nie są szczególnie oryginalne i zbytnio się nie wyróżniają, ale dobrze pasują do stylu obu rysowników i klimatu przedstawianych opowieści.

Drugi tom „Amerykańskiego Wampira” nie powinien nikogo rozczarować. To bardzo porządnie napisana historia, z dobrymi dialogami (które chyba nieco tracą w przekładzie, bo niektóre kwestie brzmią bądź co bądź dziwacznie) i gęsta od klimatu. Historia, trzeba dodać, wyśmienicie zilustrowana. Na deser dostajemy sporo okładek (zarówno tych użytych, jak i niewykorzystanych), garść szkiców i projektów postaci, a także – co niecodzienne – swoistą, czterostronicową zajawkę trzeciego tomu. Cytaty na ostatniej stronie okładki jak zwykle trochę przesadzają, jednak jest to komiks, który powinien się spodobać każdemu miłośnikowi wampirów oraz wymagającemu czytelnikowi komiksów spod szyldu Vertigo.


Recenzja pierwotnie została opublikowana na Alei Komiksu.
Pierwszy tom "Amerykańskiego wampira" trafił do mojego zestawienia najlepszych komiksów z 2011 roku.

piątek, 2 listopada 2012

301 - Gdy znika granica między fikcją a rzeczywistością, czyli co zrobić, kiedy zombie wychodzą z ekranu

Tekst napisany na zajęcia z Analizy Dzieła Filmowego.

Na samym początku trzeba chyba wyraźnie powiedzieć, że kiedyś rzadko bywałem w kinie. Praktycznie bywałem tam od święta, przez co każde wyjście na film było małym świętem. Z czasem, gdy odkryłem magię kina i ta zniewoliła mnie całą swą czarodziejską mocą, seanse w kinie zaczęły być częstsze – spowszedniały można by rzec. Wyjście do kina nie jest już wydarzeniem, na które czeka się z wypiekami na twarzy, a czymś zwyczajnym, co robi się praktycznie bez zastanowienia. Wraz z poznaniem magii kina, z głębszym wejściem w filmowy świat, paradoksalnie zniknęła gdzieś magia, która kiedyś – będąc dzieckiem – towarzyszyła mi przy każdej wizycie w kinie. Kino, z miejsca szczególnego, stało się zwykłym budynkiem, w którym można zobaczyć film na większym niż w domu ekranie. Popcorn przestał smakować, a w coli zaczęło się wyczuwać większą ilość wody niż przewidywałaby to ustawa – nawet ta, dotycząca rozcieńczania napojów gazowanych sprzedawanych na skalę masową w tego typu przybytkach. Wszystkie te obserwacje uderzyły mnie całkowicie niespodziewanie, z ogromną mocą i w jednym momencie. Przyczyna była oczywista, prozaiczna i nieubłagana – zacząłem dorastać.

Tak się dziwnie złożyło, że im jestem starszy, tym częściej bywam w kinie. Może wiąże się to ze stopniowym usamodzielnianiem się i braniem pewnych spraw we własne ręce – kiedyś by wybrać się do kina trzeba było namówić na wyjście jednego z rodziców lub znaleźć opiekuna zastępczego. A to wcale nie było tak łatwe, jak mogłoby się wydawać – choć starsza siostra prawie zawsze stawała na wysokości zadania. Po przekroczeniu pewnej nie do końca zdefiniowanej granicy wiekowej, wyjścia mogły stać się samodzielne. I się zaczęło...

Jestem o tyle dziwnym, co szczęśliwym przypadkiem, że rzadko kiedy me filmowe seanse były zakłócane w jakikolwiek sposób. Najczęściej w ogóle nie dzieje się nic wartego późniejszego wspomnienia, więc trudno szukać u mnie ciekawych i emocjonujących historii po wyjściu z kina. Spotyka mnie raczej krajowy standard – irytujące dzieci powtarzające co lepsze w ich mniemaniu kwestie filmowych bohaterów, pijani dresiarze bełkoczący w odpowiedzi na zagadnienia poruszane na ekranie, czy przerażająco głucha cisza pustej kinowej sali. Często jestem w kinie sam, gdyż tak zwane „poranki”, które z lubością wybieram, nie cieszą się zbytnią popularnością. W tygodniu o poranku ludzie śpieszą do pracy, a w weekend wolą dłużej pospać, niż zrywać się skoro świt na film, który przecież mogą obejrzeć później. Ja natomiast wolę ten czas zagospodarować na wyjście do kina właśnie – dojazd jest łatwiejszy, nie trzeba stać w kolejce po bilet ani do toalety. Pustka kinowej sali może jednak przytłaczać i można jej zalety, jak i wady rozpatrywać z kilku punktów widzenia. Z pewnością brak irytujących dzieci i awanturujących się z fikcyjnymi postaciami łysych mężczyzn bez karków jest niewątpliwym plusem, jednak zawsze czuję się trochę nieswojo siedząc samotnie w ciemnej sali. Często reaguję emocjonalnie na filmy pod wpływem siedzącym wokół osób – komedia oglądana w samotności niekoniecznie śmieszy tak, jak oglądana w grupie znajomych czy nawet całkiem obcych osób. Śmiech jest zaraźliwy. Z kolei horror bardziej oddziałuje na wyobraźnie w pustej sali, gdy nie ma nikogo, kto mógłby pomóc, gdyby znienacka wybuchła apokalipsa zombie, a potwory czy szaleńcy z ekranu zaatakowali naprawdę.

Umówmy się – kino nie jest do końca bezpiecznym miejscem. Niedawne tragiczne wydarzenia w Kolorado dobitnie to pokazały. Nie można oczywiście popadać w paranoję, podobna sytuacja mogły mieć miejsce w restauracji czy komunikacji miejskiej. Jednak to, że miały miejsce w kinie – i to na filmie o superbohaterze – ukształtowały w pewien sposób falę artykułów i tekstów pisanych przez dziennikarzy, jakie powstały po tej tragedii. Skupiono się głównie na napastniku i jego motywach – niepoczytalnym mordercy przebranym za komiksową postać. Podano suche liczby podsumowujące stracone życia i wstawiono obowiązkową formułkę o łączeniu się w bólu. Temat starano się ugryźć z różnej strony, między innymi obwiniając o całą tragedię zły wpływ dzisiejszej popkultury. Powstały nawet memy internetowe, które z oczywistych względów i szacunku dla ofiar pominę milczeniem. Mówiąc krótko: masakra stała się pożywką dla dziennikarzy, którzy bezwzględnie i brutalnie ją wykorzystali. Zapominając jednocześnie o jaśniejszym, choć również skażonym mrocznym ziarnem śmierci, aspekcie całej tragicznej sytuacji. W całym tym zamieszaniu i szukaniu dziennikarskiej sensacji zapomniano o prawdziwych bohaterach, jacy byli tamtego dnia na premierze nowego filmu Christophera Nolana. Marynarze US Navy czy zwykły chłopak, którzy swoimi ciałami zasłaniali innych (ten ostatni przypłacił to własnym życiem). Dziewczyna, która bez jakiegokolwiek przeszkolenia uratowała życie koleżance. John Larimer, Jonathan Blunk, Matthew Robert McQuinn, Stephanie Davies – to nazwiska, które warto zapamiętać. To jest naprawdę ważne w tym wszystkim. Może właśnie teraz, gdy cała sprawa nieco ucichła, poświęci się temu trochę należytej uwagi. Ratowanie życia nie jest może tak spektakularnym tematem, jak ból, śmierć, ludzki dramat i szalony morderca przebrany za komiksową postać, ale warto poświęcić chwilę by przyjrzeć się sprawie i chwilę zastanowić. Właśnie na tym należałoby się skupić - może wtedy, gdy na chwilę zapomnimy o oderwanym od rzeczywistości szaleńcu z karabinem, a pomyślimy o bohaterach z krwi i kości, ludziach takich jak my, którzy dokonali czegoś niezwykłego, to świat stanie się choć trochę lepszym miejscem, niż ten prezentowany przez masowe media... 

Wspominałem o memach opartych na tej tragedii, miałem je co prawda przemilczeć, jednak wydaje mi się, że w pewien sposób pokazują one to, czego dzisiejszy świat oczekuje od kina i nie tylko. Owe memy opierają się bowiem na żartach oscylujących wokół ofiar tragedii, które dzięki niej miały szansę poznać Batmana lub przeżyć godną go przygodę. Słowo wyjaśnienia – Christian Bale, czyli aktor wcielający się w tytułowego bohatera The Dark Knight Rises, spotkał się z rannymi ludźmi uczestniczącymi w wydarzeniach w kinie Aurora w Kolorado. Może moje kolejne słowa będą zbyt odważne, jednak wydaje mi się, że do tego dąży dzisiejsze kino – do niemalże wchodzenia w skórę bohaterów, przeżywania ich przygód i życiu w ich świecie. Dzisiejsza publiczność wymaga coraz to nowych emocji, chce by wszystko było bardziej realne, mocniejsze, szybsze i głośniejsze.

To jeden z powodów, dla których filmy zaczęły być wypuszczane do kin w trójwymiarze. Oczywiście powodów jest wiele, a chyba najbardziej oczywistym jest zarobienie większej ilości pieniędzy przez dystrybutora, jednak z punktu widzenia widza, mocniejsze przeżycia to powód najważniejszy. Filmy oglądane w 3D mocniej na nas oddziałują. Czujemy większą interakcję z obrazem, w teorii mamy większe szanse na polubienie bohaterów – są przecież tacy realni, wręcz stoją obok nas! Cały ten trójwymiar średnio mnie przekonuje – okulary uciskają nasadę nosa, oczy bolą, obraz jest ciemny, a gdy jakiś pirat z Karaibów wymachuje mi przed nosem swą wielką szablą to czuję się trochę nieswojo. Ale rozumiem, że jestem w mniejszości i reszta dzisiejszych widzów ceni możliwość głębszego wejścia w filmowy świat dzięki technologii 3D.

Obawiam się jednak, że trójwymiar to tylko początek. Odnotowano już eksperymentowanie z czwartym, a nawet piątym wymiarem, wprowadzając do kina zapachy i ruchome fotele. Jak na razie sukces nie został odniesiony. Widzowie narzekali na nieprzyjemną woń, a ktoś nawet zakrztusił się kukurydzą, gdy jego fotel gwałtownie się odchylił. Czas jednak pokaże, co z tego wszystkiego wyjdzie – być może za kilka lat będziemy musieli zabierać do kina parasol idąc na Deszczową Piosenkę, a kolejne części filmów o rekinach-ludojadach będziemy mogli oglądać tylko zaopatrzeni w butlę tlenową i po przejściu błyskawicznego kursu dla płetwonurków. Bo od zawsze kino dąży do osiągnięcia wciąż większego i większego realizmu – stąd wprowadzenie dźwięku, koloru i najwyższej jakości HD. Trójwymiar może być tylko jednym z kolejnych etapów urealniania filmowego świata. Wszak nie wiemy, czy w bliższej lub dalszej przyszłości kino nie zostanie całkowicie wyparte przez o wiele bardziej oddziałujące na wszystkie nasze zmysły gry komputerowe, które cieszą się wciąż rosnącą popularnością i eksploatują coraz to nowe platformy.

Jest pewna scena w filmie Drużyna A z 2010 roku, scena, którą darzę szczególną sympatią, mimo że sam film uważam za żart z serialu nadawanego w latach osiemdziesiątych. W szpitalu dla umysłowo chorych odbywa się projekcja filmu w trójwymiarze. Pacjenci siedzący na krzesłach z zapartym tchem oglądają jadący samochód opancerzony. W tle leci klasyczny motyw przewodni z serialu telewizyjnego. Usta same układają się w dzióbek i zaczynają pogwizdywać znaną melodię. W pewnym momencie samochód na ekranie zaczyna jechać w stronę widzów, zbliża się coraz bardziej i nagle przez ścianę przebija się dokładnie takie samo auto. Widzowie-szaleńcy wyją z zachwytu, myśląc, że to cud nowoczesnej techniki. Ale to auto naprawdę przejechało przez ścianę i w akompaniamencie huku rozbijanych cegieł i unoszącego się wszędzie pyłu znalazło się w zaimprowizowanej sali kinowej. Granica między fikcją a rzeczywistością została zatracona. To właśnie przyciąga do kina widzów – chęć zapomnienia o nudnej i pełnej problemów rzeczywistości na rzecz przeniesienia się do bajkowego filmowego świata pękającego od przygód i nowych wyzwań. Filmowcy doskonale to wiedzą, dlatego czuję, że to tylko kwestia czasu, gdy auta rzeczywiście będą się przebijały przez ściany kinowych sal. Obawiam się jednak, że może to nie zadziałać – gdy fikcja stanie się zbyt rzeczywista przestanie być atrakcyjna.

Mam jedynie nadzieję, że widzom nie zostanie odebrana możliwość wyboru wersji filmu. W dzisiejszych czasach obecnego wszędzie trójwymiaru, gdy tylko istnieje taka możliwość, decyduję się na seans filmu w tradycyjnym 2D. Podobnie chciałbym móc wybierać w przyszłości – a jeśli kina zostaną zdominowane przez nowoczesne technologie zapewniające atrakcje podobne do tych z Drużyny A, nie pozostanie mi nic innego jak oglądać filmy w zaciszu domowego ogniska. W domu mam przynajmniej pewność, że żaden samolot nie wyleci z ekranu i nie zdemoluje mi salonu. Będę się musiał zaopatrzyć w duży ekran i maszynę do rozcieńczania coli, by móc obcować choćby z namiastką prawdziwej kinowej projekcji. Prawdopodobnie będzie mi smutno – przyzwyczaiłem się już do częstego odwiedzania kilku ulubionych kin. Ale może wyjdzie mi to na dobre i takie sporadyczne wyjścia znów staną się dla mnie czymś niezwykłym i z utęsknieniem wyczekiwanym. Czymś cudownie magicznym...


Filmografia:

Drużyna A (A-Team), reż. Joe Carnahan, USA 2010.
Mroczny Rycerz powstaje (The Dark Knight Rises), reż. Christopher Nolan, USA 2012.

niedziela, 28 października 2012

300 - New Avengers: Kolektyw

Na łódzki festiwal Mucha przywiozła trzy tytuły - „Daytrippera”, drugi tom „Opowieści Wojennych” Ennisa i czwarty tom przygód nowego składu Avengers. Ci ostatni, jak zwykle, nie mają łatwo. Ziemię atakuje enigmatyczny przybysz z kosmosu o niebywałej wręcz mocy – nawet zjednoczeni Avengers z Sentrym na czele (który przecież posiada moc miliona wybuchających słońc) będą mieli problemy z pokonaniem tak potężnego przeciwnika. Jesteśmy również świadkami tego, co w uniwersum Marvela zmienił „Ród M”. Ponadto w „Kolektywie” powracają starzy i niekoniecznie żywi znajomi, epizodycznie pojawia się sam Stan Lee, a jeden z członków supergrupy bierze ślub.


Zawsze chwalę Bendisa za dobre dialogi, oryginalne rozwiązania i rzemieślniczą sprawność – w „Kolektywie” wszystkie atuty amerykańskiego pisarza gdzieś znikają. Trudno znaleźć tu równie dobre teksty, co w poprzednich częściach, cała fabuła przypomina inne, niczym nie wyróżniające się komiksy o trykociarzach. Bohaterowie błądzą po omacku, zwyczajnie nie wiedząc, co zrobić ze swoim przeciwnikiem. Walą w niego wszystkim, co mają, szkoda że nie daje to praktycznie żadnego efektu, przez co czytelnik otrzymuje dość nużącą i monotonną "nawalankę". Dopiero gdzieś pod koniec albumu ktoś w ogóle zaczyna myśleć, choć i tak zakończenie jest mocno naciągane. Ech, nie do tego przyzwyczaiłeś mnie panie Bendis, oj nie. Nawet Spidey nie rzuca żartami, a jeśli już to robi, to są one niecelne (a zwykle uśmiecham się czytając jego kwestie i lubię jego wygłupy). Po świetnych dwóch pierwszych tomach, dobrym trzecim, czwarta część „New Avengers” obniża loty. Czyżby Bendis czuł już zmęczenie? Oby była to tylko chwilowa słabość.

Rysunkowo jest nierówno. Trzej artyści pracujący przy tym tomie operują odmiennymi stylami. Najbardziej do gustu przypadł mi Mike Dedato Jr., którego kreska jest najbardziej realistyczna, charakteryzuje ją rozmach i świetnie pasuje do konwencji komiksu. Z kolei rysunki Steve'a McNivena (który odpowiadał również za drugi tom „New Avengers”) są w moim odczuciu zbyt sztuczne – jego bohaterowie sprawiają wrażenie plastikowych lalek (może to wina kolorów?). Na koniec zostaje Olivier Coipel, który niejedne już trykoty rysował i tym razem nie zawodzi (choć czasem patrząc na jego rysunki, nie byłem do końca pewny, czy nie pomylili nazwisk w stopce). Niestety we wszystkich pracach widać pośpiech, przez co nie można w pełni docenić talentu twórców, którzy przecież pokazali niejednokrotnie, że gdy dać im wystarczająco dużo czasu, potrafią stworzyć naprawdę genialne rysunki.

Nie wiem, kiedy Mucha zamierza wydać kolejny tom „New Avengers”. Nie wiem również, czy „Cywil War” (o którym sygnały możemy wyłapać już w recenzowanym komiksie) będzie równie dobry, co pierwsze dwa tomy serii. Ale mam szczerą nadzieję, że właśnie tak się stanie, a Mucha wyda komiks na tyle szybko, byśmy mogli w ekspresowym tempie zapomnieć o potknięciu Bendisa w ramach serii, która przecież przywróciła blask drużynie największych bohaterów Marvela.


Recenzja pierwotnie została opublikowana na Alei Komiksu.
Tutaj znajdziecie recenzję New Avengers: Sentry.

środa, 24 października 2012

295 (299) - Viva l'Kłamca!

Wszelakie połączenia wiążą się z pewnym ryzykiem. Nie chodzi nawet o tak zwane „mash-upy” międzygatunkowe występujące między innymi w kinematografii i literaturze, ale biorąc pierwszy z brzegu przykład – połączenie naleśników i dżemu agrestowego daje bardzo dobry efekt, jednak połączenie tego samego dżemu z galaretą śledziową już niekoniecznie. Jak to jest, skoro i kochamy śledzika i wprost uwielbiamy dżem? Połączenia mają różne efekty, może z nich wyjść coś pysznego, lub coś niestrawnego. Musicie więc zrozumieć moje obawy, gdy usłyszałem, że kłamliwy Loki zmienia medium i atakuje komiks. Jak wypadł pierwszy komiks o sławnym Kłamcy? Czy przeniesienie bohatera z pewnego gruntu literackiego, na ten – jakże chwiejny w naszym kraju – komiksowy było dobrym posunięciem?


Fabuła jest prosta. Bezdomny mający zostać nowym prorokiem zostaje porwany, a jego anioł stróż ginie, brutalnie zamordowany. Jak zawsze w takich wypadkach, nie chcąc pobrudzić sobie rączek, aniołowie zwracają się po pomoc do nordyckiego boga kłamstwa – Lokiego. Ten, za sowitą zapłatę, podejmie się każdego zadania. Tropy prowadzą do kanałów, gdzie rozrabia pradawna sekta, a we wszystko zamieszany jest pewien niesforny malarz. Historia dziejąca się pomiędzy pierwszym a drugim tomem cyklu Jakuba Ćwieka jest przyjemną i nostalgiczną podróżą do znanego świata i lubianych bohaterów.

Muszę przyznać, że mając w pamięci poziom ostatnich prac Jakuba Ćwieka, po komiksie o Kłamcy spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. Przedstawiona na 54 planszach komiksu fabuła jest prosta i krótka. Sama intryga jest oczywiście ciekawa oraz wciągająca, Loki wciąż jest przebiegły i obdarzony ciętym językiem, postacie drugoplanowe wzbudzają ciekawość, jednak czegoś mi zabrakło, wszystko zbyt szybko się kończy. Z drugiej strony, rozumiem, że poziom genialnego w moim odczuciu Kill'em all trudno przeskoczyć. Zabrakło jednak charakterystycznych dla cyklu odniesień do szeroko pojętej popkultury, tekstów, które można by później cytować, znanego humoru (historia jest raczej mroczna) i jakiejś podsumowującej wszystko puenty. Mimo to, nie mogę narzekać. Kłamca komiksowy jest może trochę inny, jednak i medium jest inne – to co świetnie się sprawdza w książce, w komiksie już niekoniecznie. Wybaczam więc i z radością witam nowego-starego Kłamcę.

Największą nowością dla fanów Lokiego są oczywiście rysunki. Wizja Dawida Pochopienia jest bardzo odmienna od tego, co na okładkach książkowego cyklu prezentował Piotr Cieśliński. Szczerze mówiąc, oglądając przykładowe plansze w Internecie, nie byłem przekonany. Po przeczytaniu Viva l'arte muszę przyznać, że Pochopień był doskonałym wyborem. Kreska jest  brudna i szybka, doskonale wpisuje się w panujący w komiksie klimat. Loki jest cudownie kościsty, wciąż wykrzywia usta w ironicznym uśmiechu, nie wypuszczając z nich nieodłącznej wykałaczki. Rysownika należy pochwalić za dobre, dość nietypowe, kadrowanie (zwłaszcza te przekrzywione kadry przykuwają uwagę i budują klimat) i świetne sceny akcji (za kilku planszową rozpierduchę w kanałach należą się gromkie brawa, rysownik pokazuje, że świetnie czuje język komiksu na zmianę operując małymi i dużymi kadrami i doskonale regulując dzięki temu tempo opowieści). Wisienką na torcie są kolory Grzegorza Nity, bez wysiłków którego album nie wyglądałby tak dobrze.

Również wydawnictwo SQN, kolokwialnie mówiąc, „dało radę”. Komiks jest porządnie wydany i w obu wersjach (miękko- i twardo-okładkowej) prezentuje się bardzo dobrze. Niewątpliwą zaletą jest gruby papier, który żywo oddaje paletę barw. Początkowo przeszkadzał mi nieporęczny format (większy niż A4), jednak szybko zrozumiałem, że na mniejszym rysunki Dawida nie wyglądałby tak okazale. Na deser dostajemy garść szkiców, cztero-planszową historyjkę i kilka słów od scenarzysty. Szkoda, że rysownik nie pokusił się choćby o krótki komentarz.


Mówiąc szczerze, nie wiedziałem co napisać o tym komiksie zaraz po jego przeczytaniu. Wystarczyła jednak chwila namysłu i zrozumiałem, że Kłamcę. Viva l'arte można spokojnie polecić. Na gorąco, komiks mnie nieco rozczarował (spodziewałem się nie wiadomo czego), jednak gdy spojrzeć nań chłodnym okiem – nie mam mu czego zarzucić. Dla wszystkich fanów Lokiego to pozycja obowiązkowa, reszcie polecam jednak sięgnięcie najpierw po tetralogię książkową. Ćwiek pokazuje swój prawdziwy kunszt właśnie w książkach, komiks zaś jest jedynie smakowitym i pięknie zilustrowanym bonusem. Bardzo się cieszę, że Kłamca wrócił, mam również nadzieję, że Viva l'arte to nie jednorazowy występ. Wierzę, że z czasem Ćwiek lepiej poczuje specyfikę pisania do komiksu i kolejne przygody Kłamcy z tym i w tym medium będą tylko lepsze. Viva l'Kłamca!


Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Valkiria.
Tutaj pisałem o ostatnim tomie książkowego cyklu Ćwieka - Kill'em all.

piątek, 12 października 2012

294 - Pierwszy roczek Małopolskiego Studia Komiksu

Wczoraj bądź dzisiaj (ostateczna wersja wciąż jest ustalana) mija rok, odkąd w Krakowie działa Małopolskie Studio Komiksu w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej.


Prawie w każdy piątek w bibliotece przy ulicy Rajskiej w Krakowie odbywa się spotkanie poświęcone komiksom. Są warsztaty ze scenarzystami i rysownikami, są naukowe debaty, są spotkania z twórcami. Piątkowe spotkania dzielą się na cztery uzupełniające się linie tematyczne: popularyzatorską, naukową, warsztatową i klubową. Były projekcje filmów komiksowych w kinie (kinokawiarni) KiKa i kilka wystaw. Jest też oczywiście całkiem spory księgozbiór (komiksozbiór) w specjalnie wydzielonym miejscu wypożyczalni głównej z kolekcją ok. 1800 albumów.

W grudniu zeszłego roku odbył się Krakowski Festiwal Komiksu, również organizowany przez MSK, który może był przygotowywany na wariata, i choć nie można go porównywać do innych tego typu imprez, to jednak warto docenić inicjatywę. Działo się. Cały czas się dzieje. Jest fajnie.

Dziś odbyło się już 25. spotkanie Małopolskiego Studia Komiksu - tym razem poświęcone wspominkom z MFK. Nie dowiedziałem się co prawda niczego nowego, jednak osobom, które na festiwalu w Łodzi nie były, spotkanie mogło dostarczyć kilku ciekawych informacji. Frekwencja może nie była zabójcza, jednak każdy chyba zdążył się już przyzwyczaić do miłego i kameralnego klimatu tych zgromadzeń.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko złożyć najlepsze życzenia i życzyć dalszych sukcesów. Wypadałoby może jakoś podsumować roczną działalność Studia, jednak przyznam szczerze, że nie mam dziś na to sił. Jest dobrze, dzieje się, to jest najważniejsze. O MSK pewnie jeszcze niejednokrotnie będę pisał, więc kto jest ciekaw, niech zagląda. Zwłaszcza, że szykują się pewne istotne zmiany, związane z otwarciem Ogrodu Sztuk. Szerzej o tej kwestii już wkrótce.
No i wpadajcie na piątkowe spotkania. Kto nie był ten trąba!