W drugim tomie prequela serialu animowanego serialu "Legenda Vox Machiny" tytułowa zgraja łowców nagród zmierzy się z klątwą, która zagrozi życiu Groga, silnego i niezbyt lotnego goliata. Przy okazji dowiemy się, jak do ekipy dołączyli Pike i Percy oraz dlaczego z członkostwa w niej zrezygnował smoczy czarnoksiężnik Tiberius. Wraz z drugim tomem funkcję scenarzystki przejęła Jody Houser. Muszę przyznać, że przedstawiona przez nią historia przypadła mi do gustu bardziej od tej z pierwszej przygody. Miejsca akcji się zmieniają, jest o wiele więcej humoru (chociaż nie tak wulgarnego, jak w serialu), a stawka jest bardzo osobista dla członków drużyny — czyli o wiele bardziej angażująca dla czytelnika.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kreskówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kreskówki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 stycznia 2025
poniedziałek, 22 stycznia 2024
Critical Role: Vox Machina Początek, tom 1
Bohaterów „Legendy Vox Machiny”, animowanej adaptacji serialu internetowego „Critical Role”, poznaliśmy jakiś czas po zebraniu się drużyny. Ekipa była w miarę zgrana, a między jej członkami było zaufanie i przyjaźń. Niektórzy mogą się jednak zastanawiać, w jaki sposób przecięły się drogi łowców nagród. O tym właśnie opowiada komiksowy prequel serialu.
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Samuraj Jack: Sploty czasu
Samuraj Jack to kultowa kreskówka stworzona przez Genndy'ego Tartakovsky'ego. Pierwsze sezony były emitowane na Cartoon Network w latach 2001-2004, ostatni ukazał się w zeszłym roku na Adult Swim. O ile początkowe 52 epizody były kierowane do wszystkich, tak ostatnia, dziesięcioodcinkowa seria była już dedykowana dorosłemu odbiorcy, zaś to podejście wzbudziło sporo kontrowersji. Jeśli tęskniliście za małomównym samurajem, jakiego pamiętacie z dzieciństwa, to Studio JG wychodzi naprzeciw tym potrzebom, publikując komiks, którego akcja rozgrywa się pomiędzy oryginalną serią a jej zeszłorocznym epilogiem.
piątek, 7 lipca 2017
Scooby-Doo! Mystery Incorporated - Scooby-Doo i brygada detektywów (2010)
Przystojniak,
ślicznotka, mól książkowy, głodomór i strachliwy
dog niemiecki. Od niemal 50 lat (bo już od 1969 roku) rozwiązują
tajemnicze sprawy i racjonalnie tłumaczą to, co wydaje się
paranormalne. Liczba tytułów, w jakich wystąpili może przyprawić o zawrót głowy: 12 seriali animowanych (czyli w sumie 27 sezonów i ponad 230 odcinków); ponadto 41 filmów animowanych, średnio- i długometrażowych oraz 4 tytuły łączące komputerowe efekty specjalne z występami prawdziwych aktorów. Wielka popularność psiego detektywa przerodziła się również na całą tonę gadżetów, gier komputerowych i komiksów. Jeśli kiedykolwiek zatęskniliście za przygodami
nastoletnich detektywów, to koniecznie dajcie szansę
serialowi Scooby-Doo i brygada detektywów (2010).
piątek, 25 maja 2012
264 - Adventure time!
Jadę na tydzień na Mazury. Pod żagle. Wracam w przyszłą sobotę, mam nadzieję, cały i zdrowy.
Jeśli tylko będę miał dostęp do neta, to pewnie coś napiszę. Kilka recenzji czeka w kolejce do publikacji, zobaczymy co z tego wyjdzie, bo jak na razie maj jest całkowicie bez-recenzyjny ;)
Tymczasem polecam "Avengersów", na prawdę fajny film. Spodziewałem się co prawda czegoś więcej, ale to co otrzymałem całkowicie mnie satysfakcjonuje. Banan na twarzy przez dwie i pół godziny - czego chcieć więcej? Może nie jest to Pulp Fiction, Sherlock Holmes Ritchiego czy Ostatnia Krucjata, ale na prawdę świetnie się bawiłem. Iron Man i Hulk kradną szoł. Cieszę się, bo obawiałem się wymiany Nortona na Rufallo, a wszyło bardzo dobrze, nawet nie wiem, czy nie lepiej. Tam, gdzie film powinien śmieszyć - śmieszy, tam gdzie miał być epicki - jest. Wielu ludzi narzeka na prostą fabułę, ale kaman - czego Wy się spodziewaliście? Gdyby były seanse w 2D to z chęcią wybrałbym się jeszcze raz. Bo - co tu dużo mówić - 3D wciąż mnie nie przekonuje.
Warto zwrócić uwagę również na dwa nowe tracki Kaliego - Tu gdzie żyjemy i Wybij się z jego nowej płyty "Gdy zgaśnie słońce" - oraz nowy tom New Avengers od Muchy, który może nie jest tak dobry jak Breakout, ale trzyma porządny poziom. Reszty nowości, które kupiłem na KW jeszcze nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Choć nie, zaraz, czytałem czwartego Bicepsa - jest jak trzy razy wcześniej - bardzo fajna publicystyka i średnie komiksy (choć "Polewacz polany" w wydaniu ogrowym bardzo przypadł mi do gustu i szczerze mnie rozbawił, pewnie dzięki temu, że wiele razy widziałem oryginał z 1895 roku i dostrzegam zabwaną analogię między tymi dwoma dziełami - studiowanie filmoznawstwa zobowiązuje). Wkrótce powinna ukazać się recenzja "Maga Niezależnego" i "Bieguna", więc o nich nie będę teraz pisał.
Z pewną fascynacją zagłębiłem się w świat Avengers: Earth's Mightiest Heroes. Po rekomendacji Kuby Oleksaka, z ciekawością sięgnąłem po kreskówkę Marvela. Nie obeszło się bez pewnej rezerwy, która jest zrozumiała po oglądnięciu Ultimate Spider-Mana, ale szybko okazało się, że nowi Avengersi to bardzo porządnie zrealizowana seria. Po oglądnięciu jedenastu odcinków, muszę przyznać, że serial jest na prawdę ciekawy i mocno zakorzeniony w historii Avengers. Polecam.
To tyle, bo trzeba się jeszcze spakować, a ja wciąż nie wiem, co do czytania wziąć na łódkę. Komiksów nie biorę, mimo że kilka ciekawych czeka na półce, boję się, że się zniszczą nadto. Chyba skończy się tak, że wezmę wszystkie książki, które biorę pod uwagę - najwyżej przeczytam tylko kilka.
piątek, 25 marca 2011
Opowieść o dwóch kaczorach (gościnnie: Maciek Kur)
~Opowieść o dwóch Kaczorach~
czyli Maciek Kur o Daffym, Elmerze, Bugsie i Porkim.
***
Czasem nie trzeba wiele, by zmienić czyjeś życie o 180 stopni. Jak się okazuje, również bohaterowie kreskówek czasem tego doświadczają...
Ale po kolei! Nigdy nie lubiłem „Loony Tunes” tak bardzo, jak cenię kreskówki Disneya, jednak jest tam trochę pozycji które szczerze ubóstwiam. „Porky in Wackyland” ma wspaniały surrealny klimat. Część, w której Daffy jest szkarłatnym Pumperniklem definitywnie była moją ulubioną gdy byłem mały.... No i jest słynna trylogia Chucka Jonesa. Każda z odsłon krąży wokół tego samego schematu: jest sezon na kaczory, Daffy chcąc ratować skórę próbuje nabrać myśliwego Elmera, że to sezon na króliki, ale Bugs obraca to przeciw niemu.
Wszyscy to znają:
Bugs : To sezon na kaczory!
Daffy : Sezon na króliki!
Bugs : Na kaczory!
Daffy : Na króliki!
I tak w kółko, Bugs jest spokojny, Daffy coraz bardziej sfrustrowany. W końcu Bugs mówi: „Na króliki”, na co Daffy drze się do Elmera: „A JA CI MÓWIĘ, ŻE NA KACZORY! STRZELAJ!” i zostaje postrzelony w twarz... Ha-ha! Klasyk!

Choć zagranie genialne, jakoś nigdy nie lubiłem Bugsa. Zresztą zawsze uważałem, że aby się z nim utożsamiać, trzeba mieć poważnie zawyżone Ego. Zawsze panujący sytuacją, na luzie i sprytniejszy od reszty świata… On jest za dobry, aby być prawdziwy. Zresztą wiele sytuacji w tych kreskówkach ma tak absurdalny przebieg, że co tu wiele mówić, wygrywa bardziej dzięki szczęściu (czyt. scenarzyście), no i jakby nie patrzeć... Jest palantem. Gdybyśmy musieli z takim cwaniakiem obcować na co dzień znienawidziliśmy go bardzo szybko.
Daffy oczywiście na swój sposób nie jest lepszy, ale przynajmniej on się ze swoim draństwem nie ukrywa. On reprezentuje bardzo ludzkie cechy – chciwość, zazdrość, agresję... no i ma zawsze pecha, więc jak coś mu się udaje to dochodzi do tego przez wiele ciężkich prób i z ogromnym wysiłkiem. Podoba nam się czy nie, utożsamiamy się z nim i podświadomie chcemy by wygrał z Bugsem.
Aż chce się popatrzeć na jakąś inną kreskówkę... O! Zerknijmy na tą : „Boobs in the woods”. Tak! Stary dobry Daffy taki jak zawsze: śpiewa piosenki o tym jaki z niego świrus, płata Porkiemu kawały... CO? CO? CO? Chwila! Stop! Czy to ten sam Daffy?! Gdzie agresja? Gdzie chciwość? Gdzie pechowa natura? Luknijmy na inną - „Yankee Doodle Daffy” – znów to samo! Daffy wariat-wesołek! To on podstawia wszystkim nogę, to on rządzi sytuacją, to on uprzykrza innym życie swoją pokręconą naturą! Jest sprytny, tryska energią i pomysłowością.

Czuję się jakbym oglądał kompletnie inną postać! Kompletnie inna osobowość, o kompletnie innym usposobieniu i podejściu do życia! Po prostu ma ten sam wygląd, głos i imię (BTW – „Daffy” oznacza świrniętego)… Więc co się stało? Cóż wiadomo, te kreskówki są wcześniejsze, starsze, a postacie zawsze ewoluowały. Miki miał całkiem psotną naturę nim stał się harcerzykiem którego znamy dzisiaj. Lepszy przykład to Ned Flanders z „Simpsonów” – zaczął jako bardzo porządnicki i sympatyczny sąsiad tytułowych bohaterów, a w kilka sezonów ewoluował w fanatyka religijnego.
Aż ciekawe jak długo przebiegła ewolucja Daffego z beztroskiego, zbzikowanego wesołka w zachłannego, sfrustrowanego wszystkim złośliwca... CO TAKIEGO? Między „Boobs in the Woods” a „Rabbit Fire” (ta o opolowaniu) minął niecały rok i garstka kreskówek? Skąd taki gwałtowny przeskok w osobowości?
Co ciekawe „Rabbit Fire” to pierwszy film w którym Daffy występuje w duecie z Bugsem. Wyobraźmy sobie na moment, że nie znamy jakiejkolwiek kreskówki z tymi dwoma naraz, ale wiemy jacy Bugs i Daffy byli wcześniej i dowiadujemy się, że będzie film w którym wystąpią wspólnie! Toż to zapowiadał się pojedynek tytanów! I kaczora, i królika charakteryzuje zdolność do manipulowania sytuacją i umiejętność stawiania na swoim. Obaj ociekają sprytem i zdolnością do robienia z innych głupków.
Ba! Daffy z wcześniejszych kreskówek notorycznie sypie z rękawa sztuczkami i zagraniami. Jest szalony, ale sprytny. Patrząc na niego widzimy kogoś pewnego siebie, kto nie tylko z łatwością oszukałby Bugsa podobnym numerem, a nie dałby się na takowy nabrać. Tu jednak scenarzyści wzięli stronę Bugsa i na potrzebę filmu ogłupili Daffego by dał się nabrać na numer królika. A skoro już nabrał się raz, to idąc za ciosem, nabiera znowu i znowu i znowu i znowu – jak to z kreskówkami bywa – za każdym razem w coraz banalniejszy sposób i coraz bardziej sfrustrowany, aż pod koniec jest kompletnie oczyszczony ze swoich dawnych cech charakteru. Wiadomo! Mogło być to tylko jedno razowe zajście – ale nie. Po tej kreskówce scenarzyści nie myślą już o Daffym jak dawniej. Teraz jedyny humor jaki przychodzi do głowy, to jak mogą mu jeszcze bardziej obrzydzić życie. Ba! Dawniej Daffy zawsze dominował nad Porkim, teraz notorycznie wychodzi przed nim na idiotę.

Nic dziwnego, że Daffy jest zawsze taki zazdrosny i zawistny wobec Bugsa! On dosłownie zrujnował mu życie. Szkoda! Na początku „Rabbit Fire” Daffy miał jeszcze swój cudaczny śmiech i pomysłowość. Tu jedną decyzją scenarzysty w kilka minut ewoluował w kompletnie innego bohatera i już się od tego nie uwolni. To o tyle ironiczne, że jedyna wcześniejsza kreskówka w której Bugs i Daffy występują naraz to powstała wiele lat wcześniej „Porky Pigs Freat”, gdzie Bugs pojawia się co prawda tylko na chwilę, jednak nie dość, że jego stosunki z Daffym wydają się przyjazne, to w dodatku ten drugi wypowiada się o nim w samych superlatywach.
Zawsze myślałem o Kojocie ze Strusia Pędziwiatra, jako pozytywnym protagoniście. No, bo hej – on głoduje i próbuje zdobyć pożywienie. Jakoś działa, stara się, kombinuje a nie bezmyślnie biega jak idiota po drodze wygrywając przez zwykłe szczęście - zasługuje na naszą sympatię. Teraz mam podobne odczucia wobec Daffego. On jest jak łotry z Batmana, którym jeden pechowy dzień rozwalił całe życie...
Kto by przypuszczał, że w „Loony Tunes” kryje się tyle tragedii...

Pan Miluś
http://panmilus.blogspot.com/
czyli Maciek Kur o Daffym, Elmerze, Bugsie i Porkim.
***
Czasem nie trzeba wiele, by zmienić czyjeś życie o 180 stopni. Jak się okazuje, również bohaterowie kreskówek czasem tego doświadczają...
Ale po kolei! Nigdy nie lubiłem „Loony Tunes” tak bardzo, jak cenię kreskówki Disneya, jednak jest tam trochę pozycji które szczerze ubóstwiam. „Porky in Wackyland” ma wspaniały surrealny klimat. Część, w której Daffy jest szkarłatnym Pumperniklem definitywnie była moją ulubioną gdy byłem mały.... No i jest słynna trylogia Chucka Jonesa. Każda z odsłon krąży wokół tego samego schematu: jest sezon na kaczory, Daffy chcąc ratować skórę próbuje nabrać myśliwego Elmera, że to sezon na króliki, ale Bugs obraca to przeciw niemu.
Wszyscy to znają:
Bugs : To sezon na kaczory!
Daffy : Sezon na króliki!
Bugs : Na kaczory!
Daffy : Na króliki!
I tak w kółko, Bugs jest spokojny, Daffy coraz bardziej sfrustrowany. W końcu Bugs mówi: „Na króliki”, na co Daffy drze się do Elmera: „A JA CI MÓWIĘ, ŻE NA KACZORY! STRZELAJ!” i zostaje postrzelony w twarz... Ha-ha! Klasyk!

Choć zagranie genialne, jakoś nigdy nie lubiłem Bugsa. Zresztą zawsze uważałem, że aby się z nim utożsamiać, trzeba mieć poważnie zawyżone Ego. Zawsze panujący sytuacją, na luzie i sprytniejszy od reszty świata… On jest za dobry, aby być prawdziwy. Zresztą wiele sytuacji w tych kreskówkach ma tak absurdalny przebieg, że co tu wiele mówić, wygrywa bardziej dzięki szczęściu (czyt. scenarzyście), no i jakby nie patrzeć... Jest palantem. Gdybyśmy musieli z takim cwaniakiem obcować na co dzień znienawidziliśmy go bardzo szybko.
Daffy oczywiście na swój sposób nie jest lepszy, ale przynajmniej on się ze swoim draństwem nie ukrywa. On reprezentuje bardzo ludzkie cechy – chciwość, zazdrość, agresję... no i ma zawsze pecha, więc jak coś mu się udaje to dochodzi do tego przez wiele ciężkich prób i z ogromnym wysiłkiem. Podoba nam się czy nie, utożsamiamy się z nim i podświadomie chcemy by wygrał z Bugsem.
Aż chce się popatrzeć na jakąś inną kreskówkę... O! Zerknijmy na tą : „Boobs in the woods”. Tak! Stary dobry Daffy taki jak zawsze: śpiewa piosenki o tym jaki z niego świrus, płata Porkiemu kawały... CO? CO? CO? Chwila! Stop! Czy to ten sam Daffy?! Gdzie agresja? Gdzie chciwość? Gdzie pechowa natura? Luknijmy na inną - „Yankee Doodle Daffy” – znów to samo! Daffy wariat-wesołek! To on podstawia wszystkim nogę, to on rządzi sytuacją, to on uprzykrza innym życie swoją pokręconą naturą! Jest sprytny, tryska energią i pomysłowością.

Czuję się jakbym oglądał kompletnie inną postać! Kompletnie inna osobowość, o kompletnie innym usposobieniu i podejściu do życia! Po prostu ma ten sam wygląd, głos i imię (BTW – „Daffy” oznacza świrniętego)… Więc co się stało? Cóż wiadomo, te kreskówki są wcześniejsze, starsze, a postacie zawsze ewoluowały. Miki miał całkiem psotną naturę nim stał się harcerzykiem którego znamy dzisiaj. Lepszy przykład to Ned Flanders z „Simpsonów” – zaczął jako bardzo porządnicki i sympatyczny sąsiad tytułowych bohaterów, a w kilka sezonów ewoluował w fanatyka religijnego.
Aż ciekawe jak długo przebiegła ewolucja Daffego z beztroskiego, zbzikowanego wesołka w zachłannego, sfrustrowanego wszystkim złośliwca... CO TAKIEGO? Między „Boobs in the Woods” a „Rabbit Fire” (ta o opolowaniu) minął niecały rok i garstka kreskówek? Skąd taki gwałtowny przeskok w osobowości?
Co ciekawe „Rabbit Fire” to pierwszy film w którym Daffy występuje w duecie z Bugsem. Wyobraźmy sobie na moment, że nie znamy jakiejkolwiek kreskówki z tymi dwoma naraz, ale wiemy jacy Bugs i Daffy byli wcześniej i dowiadujemy się, że będzie film w którym wystąpią wspólnie! Toż to zapowiadał się pojedynek tytanów! I kaczora, i królika charakteryzuje zdolność do manipulowania sytuacją i umiejętność stawiania na swoim. Obaj ociekają sprytem i zdolnością do robienia z innych głupków.
Ba! Daffy z wcześniejszych kreskówek notorycznie sypie z rękawa sztuczkami i zagraniami. Jest szalony, ale sprytny. Patrząc na niego widzimy kogoś pewnego siebie, kto nie tylko z łatwością oszukałby Bugsa podobnym numerem, a nie dałby się na takowy nabrać. Tu jednak scenarzyści wzięli stronę Bugsa i na potrzebę filmu ogłupili Daffego by dał się nabrać na numer królika. A skoro już nabrał się raz, to idąc za ciosem, nabiera znowu i znowu i znowu i znowu – jak to z kreskówkami bywa – za każdym razem w coraz banalniejszy sposób i coraz bardziej sfrustrowany, aż pod koniec jest kompletnie oczyszczony ze swoich dawnych cech charakteru. Wiadomo! Mogło być to tylko jedno razowe zajście – ale nie. Po tej kreskówce scenarzyści nie myślą już o Daffym jak dawniej. Teraz jedyny humor jaki przychodzi do głowy, to jak mogą mu jeszcze bardziej obrzydzić życie. Ba! Dawniej Daffy zawsze dominował nad Porkim, teraz notorycznie wychodzi przed nim na idiotę.

Nic dziwnego, że Daffy jest zawsze taki zazdrosny i zawistny wobec Bugsa! On dosłownie zrujnował mu życie. Szkoda! Na początku „Rabbit Fire” Daffy miał jeszcze swój cudaczny śmiech i pomysłowość. Tu jedną decyzją scenarzysty w kilka minut ewoluował w kompletnie innego bohatera i już się od tego nie uwolni. To o tyle ironiczne, że jedyna wcześniejsza kreskówka w której Bugs i Daffy występują naraz to powstała wiele lat wcześniej „Porky Pigs Freat”, gdzie Bugs pojawia się co prawda tylko na chwilę, jednak nie dość, że jego stosunki z Daffym wydają się przyjazne, to w dodatku ten drugi wypowiada się o nim w samych superlatywach.
Zawsze myślałem o Kojocie ze Strusia Pędziwiatra, jako pozytywnym protagoniście. No, bo hej – on głoduje i próbuje zdobyć pożywienie. Jakoś działa, stara się, kombinuje a nie bezmyślnie biega jak idiota po drodze wygrywając przez zwykłe szczęście - zasługuje na naszą sympatię. Teraz mam podobne odczucia wobec Daffego. On jest jak łotry z Batmana, którym jeden pechowy dzień rozwalił całe życie...
Kto by przypuszczał, że w „Loony Tunes” kryje się tyle tragedii...

Pan Miluś
http://panmilus.blogspot.com/
piątek, 11 marca 2011
190 - DYSPUTY NA DWIE NUTY III - ZŁO W POTRAWCE
W trzecim odcinku Dysput na Dwie Nuty rzucamy okiem wspólnie z Malvagio, czyli Adamem Czernatowiczem, na musicalowy odcinek serialu "Evil Con Carne" (pol. "Zło w potrawce") z ciastem w roli głównej, czyli "Pie whole loved me" - "Ciastko, które mnie kochało".

GRIM: Serial "Zło w potrawce", pomimo lepszych momentów, nigdy nie był szczególnie wybitnym tworem. Dokoptowany do "Mrocznych przygód Billy'ego i Mandy" (nim te ewoluowały w samodzielną serię) prezentował jednak dość ciekawego antybohatera; Hektor Potrawka, multimilioner i awanturnik, ginie w eksplozji spowodowanej przez Majora Dorsza, komandosa na usługach Ligi Narodów. Jego mózg (i żołądek) udaje się odratować i przytwierdzić do ciała radzieckiego niedźwiedzia cyrkowego, który staje się zastępczym ciałem złoczyńcy. W poszczególnych odcinkach Potrawka, dysponujący swą małą armią, stara się podbić świat, jednak wiecznie coś idzie nie tak. "Ciastko, które mnie kochało" nie jest w tej materii wyjątkiem.
MALVAGIO: "Małą armią" - genialne określenie na, że się tak wyrażę, "zakapiorów" najętych przez Hektora (dla niewtajemniczonych - jest ich niezbyt wielu i wszyscy są malutcy, yay!). Przechodząc jednak do sedna - w mojej opinii musicalowy odcinek "Zła w potrawce" jest chyba najlepszy w całym serialu i śmiało może konkurować z innymi kreskówkami (nie tylko epizodami muzycznymi). Praktycznie rzecz biorąc, jest śpiewany w całości - pojawiają się drobne dialogowe wtręty, ale nie są one zbyt duże. A poza tym mamy tu chyba WSZYSTKO, co musicalowe odcinki mają do zaoferowania - piosenkę czarnego charakteru, chórki, niezrozumiały dla nikogo tekst, repryzę, miłość, Meksykan i przede wszystkim - CIASTKO łamane przez CIASTO. W ogromnej ilości.
GRIM: Plan zawładnięcia ludzkością opiera się bowiem na...zbombardowaniu (póki co jednego) nienazwanego miasta olbrzymią ilością placków, wypieczonych przez major dr Upiorną, naczelnego szalonego naukowca sił uderzeniowych Potrawki. Wszyscy rzucają się na wyśmienite wypieki, opychając się do granic przyzwoitości - na całe szczęście grupa komandosów Majora Dorsza jest zawsze gotowa do akcji i rusza do ataku i...cóż, to koniec. Fabularnie nie ma do dodania nic więcej, więc przejdźmy do piosenek.
MALVAGIO: Pierwszą piosenkę śpiewa sam Hektor (kogoś to dziwi?), intonują ją zaś wspomniani Meksykanie, czyli stereotypowe (ale nawet zabawne) trio latynoskich muzyków. Jeśli idzie o treść - nasz dziarski mózg złego milionera opisuje w swej pieśni, jak bardzo wspaniały jest świat i jak bardzo Hektor go kocha, całościowo i każdą jego część z osobna. Oraz pieniążeczki. I na miodzie babeczki - tu mózgowi wtóruje żołądek, co sprawia, że otwierająca piosenka jest chyba jedyną, którą śpiewa w duecie jedna osoba... A może dwa głosy solo? Erm... to skomplikowane, przejdźmy dalej. Piosenka ciągnie się w dosyć miłym i sielankowym stylu, aż do momentu KONKLUZJI HEKTORA. A jest nią, rzecz jasna, konieczność upadku całego tego pięknego świata przez wrażym mózgiem z dyktatorskimi zapędami. No cóż, w dyskretny sposób pokazano tym, którzy serial widzą po raz pierwszy, że mózg i żołądek przyczepione do radzieckiego niedźwiedzia są jednak ZŁE. Jakie to zaskakujące.
GRIM: Szczególnie dobrze brzmi polskie wykonanie (ale też ogólnie dubbing bije wersję oryginalną na głowę i w reszcie odcinków) - silny i przerażający śpiew, który przechodzi w grzmiący krzyk robi wrażenie - zwłaszcza w połączeniu z pogodniejszym klimatem drugiej piosenki. Major dr Upiorna, pozostająca przez całą emisję postacią bez potencjału, tutaj nareszcie pokazuje charakter - jej piosenka o przygotowywaniu tytułowego ciasta jest fantastycznie złowieszcza, a równocześnie wpada w ucho dzięki chwytliwej melodii i niezłym możliwościom głosowym aktorek oryginalnej i polskiej wersji.
MALVAGIO: Nahh, o dubbingu chciałem powiedzieć na koniec, kradzieju! Ale dobra, ze swojej strony także mogę zapewnić, że polski Hektor zjada oryginalnego bez popitki. Major Doktor w obu wersjach wypadła natomiast podobnie. Wracając do tematu - następna piosenka to pierwszy chórek! Składają się nań mieszkańcy miasta zaatakowanego przez Hektora (w tym niejako osobna grupka - komandosi), swoje kwestie mają też Generał Szrama (który w zasadzie... no, ciężko nazwać to śpiewem, oj tak), Hektor, Miśkov, przede wszystkim zaś - PREZYDENT LINCOLN! (no dobrze, nie pamiętam, czy tak się w serialu nazywał, w każdym bądź razie na pewno na nim właśnie był oparty). Treść piosenki jest bardzo prosta - ludze nie mogą się oprzeć boskiemu ciastu, pragną mieć go coraz więcej i nic nie robić poza pałaszowaniem go - w tej grupie znaleźli się także komandosi, nad czym ręce załamuje PREZYDENT LINCOLN!, a Hektor - wręcz przeciwnie. Szrama ogłasza jedynie, że nikt się przed ciastem nie uchroni. Miśkov zaś porykuje machając łapami. Czy warto jeszcze o czymś wspomnieć? Hmm... a tak, pojazd Hektora i spółki to WIELKI, LATAJĄCY I WIRUJĄCY PLACEK!
GRIM: Tak, to Lincoln we własnej osobie - w serialu robił za przywódcę Ligi Narodów i wcielenie prawości i demokracji w ogóle. A sama piosenka jest świetna, bardzo melodyjna i dobrze zaśpiewana. Obok finałowej, to mój ulubiony kawałek muzyczny odcinka z bardzo wyrazistym refrenem i melodią, którą zaczyna się nucić jeszcze w trakcie słuchania.
MALVAGIO: W moim prywatnym rankingu to będzie jednak drugie miejsce, na równi z ostatnią piosenką. Na pierwszym zaś pieśń o pieczeniu, pewnie przez moją niewytłumaczalną słabość do Major Doktor, heh.
GRIM: Po krótkiej przyśpiewce Hektora na identyczną jak piosenka otwierająca odcinek melodię (tłumaczenie polskie brzmi dużo bardziej złowrogo, nie wspominając o wieńczącym refren śmiechu) następuje interwencja Majora Dorsza, który, "wyśpiewując" (postać ta nigdy nie mówi nic poza BLAH), dyscyplinuje swoich kolegów i razem ruszają do ataku na latający placek - oczywiście, ich pojazdem będzie helikopter zaopatrzony w gigantyczny nóż do krojenia ciasta, standardowe wyposażenie śmigłowców wojskowych. Następuje bitwa na ciasta... i finałowa piosenka.
MALVAGIO: Która stanowi chyba kwintesencję musicalowości - obezwładnieni zbyt dużą ilością ciast bohaterowie (zarówno Hektor i spółka wraz z "zakapiorami", jak Dorsz i jego komandosi) łączą się w wielki chór, który jednym głosem wyśpiewuje swoje zmartwienie w bardzo nastrojowy, liryczny wręcz sposób z przebijającą nutą smutku, wynikającą z niezdolności do dalszej walki. Piękna scena (która jest jednocześnie tak potwornie ŚMIESZNA), podbudowana jeszcze partiami solowymi, a w szczególności Komandosa Pierwszego Po Dorszu, wyrażający absolutny tragizm sytuacji. Szczególnie w połączeniu z łzą spływającą ukradkiem po jego licu. Ostatecznie wszyscy łapią się za ręce i wciąż śpiewając (przechodząc też w nucenie) zadają sobie jedno, najważniejsze pytanie - CO KRYJE SEKRET CIAST?
GRIM: To moim zdaniem najlepsza - zarówno treściowo, jak i muzycznie piosenka w odcinku. Tak jak ogólnie kompozytorzy odwalili kawał dobrej roboty z prawie każdym kawałkiem (każdy ma inny charakter, każdy wpada w ucho, każdy ma świetną, chwytliwą linię melodyczną) tak tutaj przeszli samych siebie. Fantastycznie wykonana zamykająca piosenka musicalowa rzuca na resztę odcinka zupełnie nowe światło - oto okazuje się, że tajemniczym składnikiem diabolicznego ciasta jest MIŁOŚĆ! Wszyscy więc we wspólnej harmonii stają na tle pełnym serc i różu, aby wzajemnie przebaczyć sobie i uśmiechnąć. Poza Hektorem, który wciąż nienawidzi świata.
MALVAGIO: No i całe szczęście! A tak przy okazji, to serduszkowe tło strasznie pachnie Atomówkami, ale to w zasadzie nie jest istotne. Tak, czy inaczej, podsumowanie - odcinek jest ŚWIETNY. Kapitalne piosenki, zarówno pod kątem melodii, jak i treści, interesujący bohaterowie, doskonały dubbing (wiecie, że "kwestie" Dorsza i Miśkova też zostały "zdubbingowane"? niesamowita sprawa) wraz z tłumaczeniem i przede wszystkim - CIASTO, składają się na jeden z moich ulubionych musicalowych epizodów. W mojej opinii ma tylko jedną wadę - jest strasznie krótki.
GRIM: To prawda - jak już powiedziałem, tutaj nie ma słabych piosenek, jedyną ich wadą jest zbyt krótki czas trwania. Naprawdę znakomita rzecz i dowód na to, że można napisać świetny, zapadający w pamięć musical nawet o czymś tak idiotycznym, jak próba zawładnięcia światem przy pomocy ciasta. Wielkie brawa.

P.S. od Grzybiarza - Ukazał się pierwszy pełny zwiastun nowego filmu o Smurfach. Lubię to.

GRIM: Serial "Zło w potrawce", pomimo lepszych momentów, nigdy nie był szczególnie wybitnym tworem. Dokoptowany do "Mrocznych przygód Billy'ego i Mandy" (nim te ewoluowały w samodzielną serię) prezentował jednak dość ciekawego antybohatera; Hektor Potrawka, multimilioner i awanturnik, ginie w eksplozji spowodowanej przez Majora Dorsza, komandosa na usługach Ligi Narodów. Jego mózg (i żołądek) udaje się odratować i przytwierdzić do ciała radzieckiego niedźwiedzia cyrkowego, który staje się zastępczym ciałem złoczyńcy. W poszczególnych odcinkach Potrawka, dysponujący swą małą armią, stara się podbić świat, jednak wiecznie coś idzie nie tak. "Ciastko, które mnie kochało" nie jest w tej materii wyjątkiem.
MALVAGIO: "Małą armią" - genialne określenie na, że się tak wyrażę, "zakapiorów" najętych przez Hektora (dla niewtajemniczonych - jest ich niezbyt wielu i wszyscy są malutcy, yay!). Przechodząc jednak do sedna - w mojej opinii musicalowy odcinek "Zła w potrawce" jest chyba najlepszy w całym serialu i śmiało może konkurować z innymi kreskówkami (nie tylko epizodami muzycznymi). Praktycznie rzecz biorąc, jest śpiewany w całości - pojawiają się drobne dialogowe wtręty, ale nie są one zbyt duże. A poza tym mamy tu chyba WSZYSTKO, co musicalowe odcinki mają do zaoferowania - piosenkę czarnego charakteru, chórki, niezrozumiały dla nikogo tekst, repryzę, miłość, Meksykan i przede wszystkim - CIASTKO łamane przez CIASTO. W ogromnej ilości.
GRIM: Plan zawładnięcia ludzkością opiera się bowiem na...zbombardowaniu (póki co jednego) nienazwanego miasta olbrzymią ilością placków, wypieczonych przez major dr Upiorną, naczelnego szalonego naukowca sił uderzeniowych Potrawki. Wszyscy rzucają się na wyśmienite wypieki, opychając się do granic przyzwoitości - na całe szczęście grupa komandosów Majora Dorsza jest zawsze gotowa do akcji i rusza do ataku i...cóż, to koniec. Fabularnie nie ma do dodania nic więcej, więc przejdźmy do piosenek.
MALVAGIO: Pierwszą piosenkę śpiewa sam Hektor (kogoś to dziwi?), intonują ją zaś wspomniani Meksykanie, czyli stereotypowe (ale nawet zabawne) trio latynoskich muzyków. Jeśli idzie o treść - nasz dziarski mózg złego milionera opisuje w swej pieśni, jak bardzo wspaniały jest świat i jak bardzo Hektor go kocha, całościowo i każdą jego część z osobna. Oraz pieniążeczki. I na miodzie babeczki - tu mózgowi wtóruje żołądek, co sprawia, że otwierająca piosenka jest chyba jedyną, którą śpiewa w duecie jedna osoba... A może dwa głosy solo? Erm... to skomplikowane, przejdźmy dalej. Piosenka ciągnie się w dosyć miłym i sielankowym stylu, aż do momentu KONKLUZJI HEKTORA. A jest nią, rzecz jasna, konieczność upadku całego tego pięknego świata przez wrażym mózgiem z dyktatorskimi zapędami. No cóż, w dyskretny sposób pokazano tym, którzy serial widzą po raz pierwszy, że mózg i żołądek przyczepione do radzieckiego niedźwiedzia są jednak ZŁE. Jakie to zaskakujące.
GRIM: Szczególnie dobrze brzmi polskie wykonanie (ale też ogólnie dubbing bije wersję oryginalną na głowę i w reszcie odcinków) - silny i przerażający śpiew, który przechodzi w grzmiący krzyk robi wrażenie - zwłaszcza w połączeniu z pogodniejszym klimatem drugiej piosenki. Major dr Upiorna, pozostająca przez całą emisję postacią bez potencjału, tutaj nareszcie pokazuje charakter - jej piosenka o przygotowywaniu tytułowego ciasta jest fantastycznie złowieszcza, a równocześnie wpada w ucho dzięki chwytliwej melodii i niezłym możliwościom głosowym aktorek oryginalnej i polskiej wersji.
MALVAGIO: Nahh, o dubbingu chciałem powiedzieć na koniec, kradzieju! Ale dobra, ze swojej strony także mogę zapewnić, że polski Hektor zjada oryginalnego bez popitki. Major Doktor w obu wersjach wypadła natomiast podobnie. Wracając do tematu - następna piosenka to pierwszy chórek! Składają się nań mieszkańcy miasta zaatakowanego przez Hektora (w tym niejako osobna grupka - komandosi), swoje kwestie mają też Generał Szrama (który w zasadzie... no, ciężko nazwać to śpiewem, oj tak), Hektor, Miśkov, przede wszystkim zaś - PREZYDENT LINCOLN! (no dobrze, nie pamiętam, czy tak się w serialu nazywał, w każdym bądź razie na pewno na nim właśnie był oparty). Treść piosenki jest bardzo prosta - ludze nie mogą się oprzeć boskiemu ciastu, pragną mieć go coraz więcej i nic nie robić poza pałaszowaniem go - w tej grupie znaleźli się także komandosi, nad czym ręce załamuje PREZYDENT LINCOLN!, a Hektor - wręcz przeciwnie. Szrama ogłasza jedynie, że nikt się przed ciastem nie uchroni. Miśkov zaś porykuje machając łapami. Czy warto jeszcze o czymś wspomnieć? Hmm... a tak, pojazd Hektora i spółki to WIELKI, LATAJĄCY I WIRUJĄCY PLACEK!
GRIM: Tak, to Lincoln we własnej osobie - w serialu robił za przywódcę Ligi Narodów i wcielenie prawości i demokracji w ogóle. A sama piosenka jest świetna, bardzo melodyjna i dobrze zaśpiewana. Obok finałowej, to mój ulubiony kawałek muzyczny odcinka z bardzo wyrazistym refrenem i melodią, którą zaczyna się nucić jeszcze w trakcie słuchania.
MALVAGIO: W moim prywatnym rankingu to będzie jednak drugie miejsce, na równi z ostatnią piosenką. Na pierwszym zaś pieśń o pieczeniu, pewnie przez moją niewytłumaczalną słabość do Major Doktor, heh.
GRIM: Po krótkiej przyśpiewce Hektora na identyczną jak piosenka otwierająca odcinek melodię (tłumaczenie polskie brzmi dużo bardziej złowrogo, nie wspominając o wieńczącym refren śmiechu) następuje interwencja Majora Dorsza, który, "wyśpiewując" (postać ta nigdy nie mówi nic poza BLAH), dyscyplinuje swoich kolegów i razem ruszają do ataku na latający placek - oczywiście, ich pojazdem będzie helikopter zaopatrzony w gigantyczny nóż do krojenia ciasta, standardowe wyposażenie śmigłowców wojskowych. Następuje bitwa na ciasta... i finałowa piosenka.
MALVAGIO: Która stanowi chyba kwintesencję musicalowości - obezwładnieni zbyt dużą ilością ciast bohaterowie (zarówno Hektor i spółka wraz z "zakapiorami", jak Dorsz i jego komandosi) łączą się w wielki chór, który jednym głosem wyśpiewuje swoje zmartwienie w bardzo nastrojowy, liryczny wręcz sposób z przebijającą nutą smutku, wynikającą z niezdolności do dalszej walki. Piękna scena (która jest jednocześnie tak potwornie ŚMIESZNA), podbudowana jeszcze partiami solowymi, a w szczególności Komandosa Pierwszego Po Dorszu, wyrażający absolutny tragizm sytuacji. Szczególnie w połączeniu z łzą spływającą ukradkiem po jego licu. Ostatecznie wszyscy łapią się za ręce i wciąż śpiewając (przechodząc też w nucenie) zadają sobie jedno, najważniejsze pytanie - CO KRYJE SEKRET CIAST?
GRIM: To moim zdaniem najlepsza - zarówno treściowo, jak i muzycznie piosenka w odcinku. Tak jak ogólnie kompozytorzy odwalili kawał dobrej roboty z prawie każdym kawałkiem (każdy ma inny charakter, każdy wpada w ucho, każdy ma świetną, chwytliwą linię melodyczną) tak tutaj przeszli samych siebie. Fantastycznie wykonana zamykająca piosenka musicalowa rzuca na resztę odcinka zupełnie nowe światło - oto okazuje się, że tajemniczym składnikiem diabolicznego ciasta jest MIŁOŚĆ! Wszyscy więc we wspólnej harmonii stają na tle pełnym serc i różu, aby wzajemnie przebaczyć sobie i uśmiechnąć. Poza Hektorem, który wciąż nienawidzi świata.
MALVAGIO: No i całe szczęście! A tak przy okazji, to serduszkowe tło strasznie pachnie Atomówkami, ale to w zasadzie nie jest istotne. Tak, czy inaczej, podsumowanie - odcinek jest ŚWIETNY. Kapitalne piosenki, zarówno pod kątem melodii, jak i treści, interesujący bohaterowie, doskonały dubbing (wiecie, że "kwestie" Dorsza i Miśkova też zostały "zdubbingowane"? niesamowita sprawa) wraz z tłumaczeniem i przede wszystkim - CIASTO, składają się na jeden z moich ulubionych musicalowych epizodów. W mojej opinii ma tylko jedną wadę - jest strasznie krótki.
GRIM: To prawda - jak już powiedziałem, tutaj nie ma słabych piosenek, jedyną ich wadą jest zbyt krótki czas trwania. Naprawdę znakomita rzecz i dowód na to, że można napisać świetny, zapadający w pamięć musical nawet o czymś tak idiotycznym, jak próba zawładnięcia światem przy pomocy ciasta. Wielkie brawa.

P.S. od Grzybiarza - Ukazał się pierwszy pełny zwiastun nowego filmu o Smurfach. Lubię to.
sobota, 16 maja 2009
Post 93 - Lupin, incorrigible Lupin

Bardzo cenię sobie Włochów. Naród ten, znany z kuchni wyśmienitej (która nawet francuską w moim mniemaniu przebija) ostatnio dał mi powód do kolejnego parogodzinnego przeszukiwania youtube'a. Mianowicie Włosi taki mają cwany myk, że bardzo rzadko, dostając jakąś kreskówkę do zdubbingowania, tłumaczą ją od początku do końca (jak robią to inne nacje). Właściwie to chodzi głównie o początek. Bowiem co drugi serial, jaki do Włoch poleciał, doczekał się nowego openingu. Tak, właśnie! Naród czołowych zjadaczy makaronu bowiem nie ogranicza się do przetłumaczenia i zaśpiewania piosenki introdukcji pod melodię narzuconą przez wytwórnię, o nie! Serial doczekuje się więc i nowej piosenki, i nowego intro, montowanego z fragmentów kreskówki. Efekty są najróżniejsze: niektóre są dość pocieszne, niektóre sympatyczne, niektóre to świętokradztwo w czystej postaci, sporo to potworki do utopienia zaraz po urodzeniu. Chociaż zdarzają naprawdę niezłe wyjątki: ot, chociażby wg mnie przebijający nijaki i pozbawiony klimatu oryginał opening Iznogouda czy bardzo zgrabne intro "Wyspy Skarbów". Jednak na pierwszym miejscu autonomicznych openingów utrzymują się (także we Włoszech, gdzie doczekały się interwencji kilku DJ-ów i służą lub na pewno służyły za przeboje dyskotek) obydwie piosenki do mało znanego w Polsce anime "Lupin the 3rd". Wnuk gentlemana włamywacza doczekał się bowiem dwóch wersji serialowego motywu. I obydwie, pomimo swej kiczowatości i tandety zapewne keybordowych dźwięków są naprawdę miłe dla ucha. Do posłuchania i pośmiania się.
środa, 27 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)





