> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel Cinematic Universe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel Cinematic Universe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 sierpnia 2021

What If...? - wrażenia z alternatywnej wersji Marvel Cinematic Universe

Z drobnym poślizgiem nadrobiłem trzy pierwsze odcinki nowego serialu animowanego Marvela. "What if...?" to alternatywne wersje wydarzeń znanych z filmów Marvel Cinematic Universe. I tak w pierwszym odcinku to Peggy Carter, a nie Steve Rogers, dostaje serum superżołnierza, w drugim T'Chala zostaje porwany z Ziemi przez Yondu i przybiera przydomek Star-Lord, a w trzecim giną członkowie Avengers i plan Fury'ego nie może dojść do skutku w kształcie, jaki znamy z filmów.


sobota, 10 lipca 2021

Czarna Wdowa (2021, reż. Cate Shortland) - recenzja

Dwa lata bez Marvela w kinie zrobiły swoje. Stęskniłem się. "Black Widow" przez długi czas uchodził w świadomości fanów za film-zapychacz: osadzony pomiędzy "Civil War" a "Infinite War", z bohaterką, która więcej nie pojawi się w MCU, z wydarzeniami na małą skalę. Coś w tym jest, ale to wszystko pozwoliło reżyserce Cate Shortland opowiedzieć bardziej osobistą historię, bez wielkiego parcia na podbudowę kolejnych etapów multiwersum, skupioną na bohater(k)ach.


niedziela, 7 lipca 2019

Spider-Man: Daleko od domu (2019, reż. Jon Watts) - recenzja


Istniało ryzyko, że Spider-Man: Daleko od domu będzie kolejnym sequelem-zapchajdziurą. Na szczęście twórcy doszli do wniosku, że – by utrzymać uwagę odbiorców w czasach post-avengersowych – muszą wprowadzić do filmu elementy, które rozwiną świat przedstawiony i nadadzą mu nowy tor. Udało im się to nad wyraz dobrze – świat po End Game nie tylko otwiera się na nowe (zostańcie w kinie, by obejrzeć dwie sceny w trakcie i po napisach), ale jednocześnie nie traci tego, co świadczyło o wyjątkowości pierwszej odsłony przygód Parkera z Tomem Hollandem pod maską Pająka. A było to wyważenie we właściwych proporcjach komedii o nastolatkach oraz historii o uczeniu się odpowiedzialności i ratowaniu świata. Innymi słowy w Daleko od domu, podobnie jak w Homecoming, superbohaterska drama Spider-Mana nie przytłacza równie ważnej dla historii Petera Parkera dramy licealnej.


czwartek, 25 kwietnia 2019

Avengers: Endgame - wrażenia

Zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie napisać pełnoprawnej recenzji „Avengers: Endgame” po jednorazowym seansie. To film, który wywołuje za dużo emocji, bym mógł go na zimno poddać analizie. Jednocześnie nie podchodzę do niego zupełnie bezkrytycznie, a mimo wielu wspaniałych scen (być może najwspanialszych w całym MCU) nie będzie on moim ulubionym filmem z tego świata.


czwartek, 13 kwietnia 2017

Najlepsze filmy 2016 roku

W 2016 roku obejrzałem 466 filmów. Dokładnie tyle samo, co w roku ubiegłym. Jak możecie zobaczyć na filmwebowym wykresie (zapraszam do znajomych) tylko sześć filmów było wybitnych (9/10), jeden sprawił mi problem w ocenie (Plac zabaw Bartosza M. Kowalskiego), a najwięcej obejrzałem typowych średniaków (5/10) i pozycji po prostu solidnych (7/10). Niżej lista najlepszych tytułów, mocno spóźniona, prawdopodobnie wtórna wobec innych list tego typu. Zważywszy na czas publikacji swojej topki (kwiecień!) postanowiłem nie bawić się w żadne wymyślne uzasadnienia (o części wyróżnionych produkcji pisałem na blogu lub funpagu, więc odsyłam do linków). Łapcie listę i sami zdecydujcie, czy warto tym tytułom dać szansę.


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Marvel Cinematic Universe - TOP5

Już za chwilę na ekrany kin wejdzie trzynasty film Marvel Studios rozgrywający się we wspólnym filmowym świecie. Zanim jednak Tony Stark zmierzy się w nierównej walce na pięści ze Steve’em Rogersem, warto przyjrzeć się budowanemu od 2008 roku uniwersum. Niżej prezentuję subiektywny wybór moim zdaniem najlepszych filmów z Marvel Cinematic Universe poprzedzających Kapitana Amerykę: Wojnę Bohaterów.


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozmowy na dwie głowy: Daredevil od Netflixa

Na miesiąc przed premierą flagowej marvelowskiej produkcji tego roku, czyli Avengers: Czas Ultrona, tamtejsze uniwersum powiększyło się o kolejnego bywalca. Nie sprawdzajcie kalendarzy, nie przegapiliście niczego w kinach – mowa o serialowym Daredevilu. Wrażeniami z projekcji dzielą się Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz.



piątek, 8 maja 2015

Age of Ultron: potwór Frankensteina z kompleksem Edypa

Ultron zadebiutował w 54. numerze regularnej serii The Avengers w 1968 roku pod postacią Crimson Cowla – odzianego w szkarłat od stóp do głów złoczyńcy, który przewodził kolejnej reinkarnacji grupy Masters of Evil. Złoczyńcy szybko zostali pokonani przez Mścicieli, zaś sam Ultron uciekł, by dopracować swój diaboliczny plan zniszczenia ludzkości. Stworzył androida na swoje podobieństwo, któremu nakazał zniszczenie supergrupy. Nie przewidział jednak, że Vision stanie po stronie dobra i pomoże Mścicielom. Dzięki niemu udało im się pokonać Ultrona oraz zdobyć informacje na jego temat. Tak naprawdę mordercza maszyna była tworem jednego z członków-założycieli Avengers: doktora Henry’ego Pyma noszącego kilka pseudonimów, spośród których chyba najbardziej znany to Ant-man.



poniedziałek, 9 marca 2015

485 - Rozmowy na dwie głowy: Telewizja w trykotach

Filmowe adaptacje komiksów święcą coraz większe triumfy jako wysokobudżetowe blockbustery, nic więc dziwnego, że nie brakuje takich, którzy chcą się ogrzać w ich blasku. W tym przypadku chodzi o twórców telewizyjnych. Za ich sprawą widzowie preferujący mały ekran mogą cieszyć się wieloodcinkowymi seriami o swoich ulubionych superbohaterach, których w ostatnim czasie emitowano aż sześć. Przyglądają się im Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz.



środa, 13 sierpnia 2014

440 - [KONKURS] Wygraj bilety na Kosmiczny Maraton - WYNIKI!

Walka była zaciekła, konkurencja spora, a wybór trudny.
Poniższe filmy:
  • Strażnicy Galaktyki (Guardians of the Galaxy), reż. James Gunn, USA 2014.
  • Pacific Rim, reż. Guillermo del Toro, USA 2013.
  • Na skraju jutra (Edge of Tommorow), reż. Doug Liman, Australia, USA 2014.
razem ze mną obejrzą zupełnie za darmo i z dolewką pepsi:
Tomek i Rodzyn

Dzięki za udział w zabawie. Zwycięzców proszę o jak najszybszy kontakt mailowy. Piszcie na:

AnonimowyGrzybiarz@gmail.com

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

439 - [KONKURS] Wygraj bilety na Kosmiczny Maraton

W najbliższy czwartek, 14.08.2014, w kinie Planet Cinema w Katowicach odbędzie się maraton filmów science-fiction:
  • Strażnicy Galaktyki (Guardians of the Galaxy), reż. James Gunn, USA 2014.
  • Pacific Rim, reż. Guillermo del Toro, USA 2013.
  • Na skraju jutra (Edge of Tommorow), reż. Doug Liman, Australia, USA 2014.
Pierwsze dwa filmy ogromnie polecam, zapraszam do sprawdzenia recenzji tego drugiego, superprodukcji z Tomem Cruisem zaś nie znam, więc tym chętniej obejrzę.


Przed seansem wygłoszę krótką prelekcję dotyczącą Marvel Cinematic Universe i komiksowych Strażników Galaktyki. Zabawa zaczyna się o 23:00 i kończy o 5:50 następnego dnia. Będzie też konkurs z atrakcyjnymi nagrodami i darmowa dolewka pepsi. Krótko mówiąc: 
noc pełna atrakcji za 29 zło!

KONKURS!

Żeby jednak było jeszcze lepiej - dzięki uprzejmości Planet Cinema, mam do oddania dwa zaproszenia na maraton. By je zdobyć, wystarczy w komentarzu do tej notki napisać, 

jak wg. Ciebie powinna wyglądać adaptacja Kaczora Howarda osadzona w Marvel Cinematic Universe.

piątek, 8 sierpnia 2014

438 - Batman: Arkham Origins i garść informacji

Ograłem Batman: Arkham Origins. Choć kocham poprzednie części serii Arkham i z wytęsknieniem czekam na Arkham Knight, tak z kupnem Origins długo się wstrzymywałem. Wszystko za sprawą sporej ilości bugów, które utrudniają rozgrywkę, zabierają przyjemność oraz nie pozwalają w pełni skończyć gry (na szczęście tyczy się to misji pobocznych, główną fabułę można poznać bez przeszkód). Najbardziej w grach Arkham kocham samego Batmana, to, że można nim sterować i po prostu CZUĆ się Mrocznym Rycerzem - nieważne, czy akurat prowadzimy śledztwo, używamy wymyślnych gadżetów, po cichu, skąpani w cieniu, eliminujemy niczego nieświadomych przeciwników czy po prostu miażdżymy im kości w otwartym starciu. Jak dla mnie Batman przedstawiony jest w tych grach lepiej niż gdziekolwiek indziej - wiadomo, duży wpływ na to ma samo medium, dzięki któremu zachodzi znacznie większa interakcja między dziełem a odbiorcą niż w przypadku komiksu, animacji czy filmu. W tym aspekcie gra, podobnie jak dwie poprzednie produkcje, jest wyśmienita.


Fabuła jest dobra i zaskakująco prosta - nie jest to jednak wada. Black Mask wyznaczył nagrodę za głowę Nietoperza, którą spróbują strącić mu z karku najlepsi zabójcy na zlecenie - m.in. Bane (który wreszcie wygląda jak należy), Deathstroke (którym możemy pokierować w trybie wyzwań) czy Firefly. Wszystko dzieje się podczas wigilijnej nocy, brudne Gotham, śnieg i muzyka łącząca motywy z Powrotu Batmana Burtona i TDKR Nolana tworzą razem niesamowity klimat. Walki z bossami są wymagające i absorbujące, zdecydowanie lepsze niż w poprzednich częściach. Choć fenomenalny system walki nie zmienił się w porównaniu do Arkham City, to regularne walki na ulicach sprawiały mi o wiele mniej radości niż poprzednio. Mnóstwo smaczków dla komiksiarzy tylko dopełnia bardzo dobrej całości i jedyną rysą na tym niemal nieskazitelnym obrazie są wspomniane wcześniej bugi. Wisienką na torcie jest długość zabawy - po 16 godzinach, przejściu głównej fabuły i kilku misji pobocznych, nawet nie zbliżyłem się do ukończenia 40% gry.


piątek, 1 sierpnia 2014

436 - Guardians of the Galaxy - przeczytaj przed wizytą w kinie [cdp.pl]

W kinach króluje dziesiąty już film rozgrywający się we wspólnym filmowym Uniwersum Marvela – Strażnicy Galaktyki. O ile bohaterowie poprzednich filmów już od lat dziewięćdziesiątych cieszyli się w Polsce popularnością dzięki serialom animowanym i komiksom, tak Strażnicy Galaktyki mogą być dla wielu zupełnie anonimowymi postaciami.



Kto już dziś chce poznać fenomen Strażników Galaktyki oraz odrobić lekcje przed wizytą w kinie, ten powinien sięgnąć po zrestartowaną serię z 2008 roku. To właśnie na niej bazował James Gunn, przenosząc materiał źródłowy na ekran. Osobiście jestem wielkim fanem pracy Dana Abnetta i Andy’ego Lanninga, którzy odpowiadają za nowoczesną wizję komiksu. To właśnie dzięki tym scenarzystom przygody Strażników zyskały rzesze fanów.

piątek, 9 maja 2014

417 - Marvel Studios: Assembling a Universe [cdp.pl]

Wspólne filmowe uniwersum Marvela, Marvel Cinematic Universe, to obecnie druga najdroższa filmowa franczyza na świecie, którą wyprzedza jedynie seria filmów o nastoletnim czarodzieju z blizną na czole (choć nieoficjalnie mówi się już o detronizacji Pottera, wszystko będzie jasne, gdy Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz zniknie z kin i wszystkie zyski zostaną dokładnie podliczone). To dziewięć filmów, kilka krótkometrażówek oraz serial telewizyjny, które składają się na jedną z najciekawszych i najlepiej zaprezentowanych opowieści transmedialnych w historii konwergencji kultury popularnej.


Marvel Studios: Assembling a Universe to czterdziestominutowy film dokumentalny, który można było zobaczyć w stacji ABC 18 marca 2014 roku zamiast jednego z odcinków serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y. Wraz z filmowcami cofniemy się w czasie i będziemy świadkami zapowiedzi pierwszego z serii filmów – Iron Mana z 2008 roku. Usłyszymy wypowiedzi twórców, poznamy historię powstawania scenariusza (co ciekawe, początkowo żaden z trzydziestu scenarzystów wybranych przez studio nie chciał się podjąć napisania skryptu), zobaczymy niepokazywane wcześniej zdjęcia z planu i niewykorzystane filmowe fragmenty. Szef Marvel Studios, Kevin Feige opowie o możliwości nakręcenia filmu o grupie superbohaterów Avengers, co w tamtym czasie wydawało się wielu fanom marzeniem ściętej głowy.

Cały artykuł o dokumencie Marvel: Assembling a Universe znajdziecie na CDblogu.
 
Inne teksty o MCU:

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozmowy na dwie głowy: "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz"

W kinach gości właśnie najnowszy, dziewiąty już film Marvel Studios wchodzący w skład budowanego od kilku lat wspólnego filmowego Uniwersum. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz przynosi nam zmianę klimatu znanego z poprzednich produkcji oraz nieco mniej humoru. O tych zmianach, decyzjach obsadowych, fabularnych inspiracjach i samym filmie rozmawiają Mateusz Piesowicz i Jan Sławiński.


M(ateusz): Zimowy żołnierz to już trzecia produkcja zaliczająca się do tzw. Drugiej Fazy filmowego Uniwersum Marvela. Dwie poprzednie, tj. Iron Man 3 i Thor: Mroczny świat zebrały ogólnie pozytywne recenzje, tym samym zawieszając sequelowi Kapitana dosyć wysoko poprzeczkę. Nie ukrywam, że ja miałem pewne obawy przed tym filmem, wynikające głównie z osób reżyserów – braci Russo, ale okazały się one niepotrzebne. Jak było u Ciebie?

J(an): Marvel Studios ma specyficzny talent do dobierania współpracowników. Choć nazwisko braci Russo niewiele mi mówiło, miałem nadzieję, że i tym razem – podobnie jak chociażby przy wyborze Alana Taylora – szefowie studia dokonają właściwego wyboru, dając możliwość wykazania się artystom związanym wcześniej głównie z formatem telewizyjnym. Po raz kolejny Marvel postawił na mniej znane nazwiska i opłaciło mu się to chyba nawet bardziej niż zwykle.

M: Moje wątpliwości wynikały stąd, że braci Russo kojarzyłem do tej pory z niezbyt lotnymi komediami w stylu Witajcie w Collinwood i obawiałem się, że zatrudnienie ich może być przejawem próby „rozluźnienia” wizerunku Kapitana Ameryki. Na szczęście film poszedł w zupełnie innym kierunku, a sami bracia podpisali już kontrakt na realizację jego kontynuacji (nie licząc sprawującego pieczę nad całym Uniwersum Jossa Whedona, tylko Jon Favreau miał możliwość wyreżyserowania dwóch filmów). Ale dość o nich – tak się zachwycamy Zimowym żołnierzem, a tymczasem nie padły jeszcze żadne konkrety. Co właściwie zrobiło na Tobie największe wrażenie?

J: Trudno powiedzieć, co konkretnie podobało mi się najbardziej, bo Zimowy żołnierz to dla mnie zbiór kilku świetnych elementów, które składają się na doskonałą całość. Na pewno poważniejszy niż we wszystkich poprzednich filmach studia klimat to niewątpliwy plus. Dostajemy poważną historię szpiegowską, gdzie ubrani w pstrokate kostiumy herosi schodzą tak naprawdę na dalszy plan. Intryga trzyma w napięciu, sceny akcji są zrealizowane na najwyższym poziomie i ogląda się je z otwartymi ustami. Wielkie brawa dla twórców, że postanowili pokazać walki wręcz w starym stylu – stawiając na długie ujęcia i choreograficzną precyzję zamiast na dynamiczne cięcia i szaloną pracę kamery. Duże piwo należy się również decydentom Marvela za to, że wybrali na materiał źródłowy pierwszy story arc z genialnego runu Eda Brubakera i udało im się przenieść go na ekran z szacunkiem i wyczuciem. Kiedy Zimowy żołnierz pojawił się na ekranie, autentycznie przeszły mnie ciary, coś świetnego!

M: Zgadzam się, komiks Brubakera należy do moich ulubionych, przez co śledzenie w jaki sposób dopasowano go do prawideł rządzących filmowym Uniwersum przysporzyło mi sporo dodatkowej przyjemności. Jednak największą pozytywną niespodzianką była dla mnie fabuła. Muszę przyznać, że pod tym względem Zimowy żołnierz bije wszystkie poprzednie marvelowskie produkcje na głowę. Spodziewałem się dość luźnej historii rozwijającej wątek niedopasowania Kapitana do współczesnych czasów, a tymczasem dostałem intrygę zakrojoną na tak szeroką skalę, jakiej jeszcze Uniwersum nie widziało. Powiedzieć, że wywraca ona fundamenty świata przedstawionego do góry nogami, to nic nie powiedzieć. Dlatego też, w przeciwieństwie do ciebie, potrafię wymienić co podobało mi się najbardziej – scenariusz, scenariusz i jeszcze raz scenariusz! Do tego dodać należy to, o czym wspominałeś, czyli świetny klimat przywodzący na myśl polityczne thrillery z lat 70., na czele z klasykami gatunku autorstwa Alana J. Pakuli i Sydneya Pollacka. Twórcy zresztą nawiązali do nich zupełnie świadomie, o czym świadczy udział Roberta Redforda. Atmosfera osaczenia, nieufności, wszechobecnej podejrzliwości – mi się to podejście typu „ściany mają uszy” bardzo spodobało. Cieszy, że Uniwersum rozwija się tak wszechstronnie, unikając prostego zaszufladkowania jako kina o superbohaterach.


J: Zgadza się, wszystko wydaje się być na swoim miejscu w opowiadanej historii, nie ma miejsca na choćby jedno ziewnięcie. Cała fabuła bardzo mocno zakorzeniona jest również w filmowym Uniwersum i aż pęka od nawiązań. Poczynając od najbardziej oczywistych (jak wymienienie z nazwy zakutego w zbroję miliardera), po te dla widzów bardziej wtajemniczonych – rzucone mimochodem nazwisko jednego z bohaterów, który nie miał jeszcze okazji zadebiutować na wielkim ekranie czy oczywiste inspiracje nie tylko Zimowym żołnierzem Brubakera, ale i chociażby pierwszą serią Ultimates pisaną przez Marka Millara. Jestem ogromnie ciekaw, w jakim kierunku pójdą twórcy w następnych filmach z Uniwersum, wszak kontynuowanie ekranizacji zarówno runu Brubakera w trzecim Kapitanie, jak i kolejne inspiracje Ultimates w Avengers: Age of Ultron, wydają się być świetnym pomysłem.

M: To prawda, fani Marvela będą w pełni usatysfakcjonowani ilością odwołań do poprzednich i zapowiedzi przyszłych tytułów. Z drugiej strony, zastanawiam się czy Uniwersum nie doszło już do tego momentu, gdy staje się powoli rozrywką dla tych, jak powiedziałeś, „bardziej wtajemniczonych widzów”. Próbowałem wyobrazić sobie, jak czułbym się na seansie bez znajomości poprzednich filmów, mając w głowie ledwie lekki zarys całej historii i wydaje mi się, że słowo „niekomfortowo” pasuje tu jak ulał. Oczywiście fabułę da się śledzić bez większych problemów, jednak odnoszę wrażenie, że wypełniono ją taką ilością nawiązań i aluzji, że bez ich rozumienia traci się około 40% przyjemności z odbioru. Może to jeszcze za wcześnie, żeby mówić, że niezaznajomieni z Uniwersum nie mają tu czego szukać, ale nie masz wrażenia, że podąża to trochę w tym kierunku?

J: Wydaje mi się, że podążanie w kierunku, o którym mówisz jest nieuniknione. To naturalna droga ewolucji filmowego Uniwersum. Od pierwszego Iron Mana i Hulka, które – gdyby nie sceny po napisach i subtelne easter eggs – były niemal autonomicznymi produkcjami, wiele się zmieniło. Sądzę, że Marvel Studios wychowało sobie pokaźną liczbę widzów zaangażowanych w śledzenie wszystkich elementów, które tworzą wspólne filmowe Uniwersum. O to chyba przecież chodziło, by zainteresować odbiorców jak największą liczbą produkcji. Jest tak jak piszesz – na razie nawet widzowie nieznający poprzednich filmów studia powinni się na Zimowym żołnierzu bawić przynajmniej dobrze, chłonąc widowisko na podstawowym poziomie. Jednak myślę, że będzie to stopniowo ewoluowało, ale i samych „niewtajemniczonych widzów” będzie coraz mniej. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie filmowe Uniwersum rozrasta się bardzo dynamicznie. Niezależnie od tego, co można mówić o poszczególnych produkcjach, czy nam się podobają czy nie, to wszystko wydaje się mieć ręce i nogi, a ilość nawiązań – choć z filmu na film coraz większa – nie przeszkadza czerpać zwykłej przyjemności z obcowania z kinem popularnym na naprawdę wysokim poziomie.

M: Wydaje się więc, że dopóki jakość kolejnych produkcji będzie stale rosnąć, to Marvel nie ma się co martwić o spadek zainteresowania. Wróćmy jednak do Zimowego żołnierza. Mówiliśmy o scenariuszu, ale nawet najlepsza historia na niewiele by się zdała, gdyby w parze z nią nie poszli interesujący bohaterowie. Kapitan Ameryka „cieszy się” łatką najmniej ciekawej postaci z filmowego Uniwersum – harcerzyka, który świat postrzega w czarno-białych barwach i kieruje się zasadami, które z użycia wyszły pół wieku wcześniej. Tak przynajmniej pokazano nam go w pierwszym filmie. W Avengers próbowano już ten stereotyp trochę nagiąć, a Kapitanowi otworzyć oczy na to, że reguły walki uległy sporej zmianie od czasów II wojny światowej. Tym razem twórcy wykonali kolejny krok naprzód, znacznie rozbudowując tylko lekko poruszony u Whedona wątek przystosowania bohatera do nowej rzeczywistości (w internecie karierę robi już jego lista rzeczy do nadrobienia z ostatnich 50 lat), ale też urządzili mu niezłą karuzelę emocjonalną. Kapitan na własnej skórze przekonuje się, że wyraźny podział na dobro i zło nie ma już zastosowania, a kwestie moralne to sprawa co najmniej dyskusyjna. Myślę, że takie podejście do tematu to strzał w dziesiątkę – nie tylko „odbrązawia” to samego bohatera, nadając mu nieco swojskich cech, ale też prowadzi film w zaskakującym kierunku. Tak szczerze, z ręką na sercu: spodziewałeś się, że akurat w Zimowym żołnierzu problemy osobowościowe odegrają tak istotną rolę?

J: Nie spodziewałem się i jestem rad, że twórcy nie poszli na łatwiznę prezentując nam Kapitana „Ojej, co to jest? Za moich czasów tego nie było…” Amerykę, a psychologicznie pogłębili postać, stawiając przed nią niełatwe pytania. Zresztą podobnie było w Brubakerowskim pierwowzorze, tam też Kapitan był zagubiony i bardziej ludzki niż zwykle, niezachwiane wartości i przekonania odeszły na dalszy plan, zastąpione przez nadzwyczajną w wykonaniu tego bohatera brutalność. I choć Kap w filmie nie zatraca się w owej brutalności, to nie można powiedzieć by się z kimkolwiek patyczkował. Podoba mi się również, jak świetny duet tworzą Kapitan i Falcon, nie spodziewałem się, że będzie się oglądało ich równie dobrze, a czuć, że obaj panowie doskonale się w swoim towarzystwie bawią. Jak już jesteśmy przy decyzjach obsadowych i pogłębianiu charakterów, trudno nie wspomnieć o Czarnej Wdowie. Jeszcze nigdy w tej roli Johansson nie była równie przekonująca, dopiero tutaj wyrasta na pełnoprawną bohaterkę. W drugim Iron Manie była ładnym elementem tła, w Avengersach wydawała się zupełnie zbędna przy reszcie superherosów i dopiero tutaj wydaje się być na swoim miejscu. Jeśli solowy film ze Scarlett w roli głównej byłby utrzymany w podobnej konwencji gatunkowej, co drugi Kapitan, to z chęcią wybrałbym się do kina nawet jutro.


M: Świetnie, że wyciągnąłeś temat Falcona, bo ja mam zupełnie odmienne zdanie co do tej postaci – według mnie to jedyny bohater, który jest filmowi zbędny. Rozumiem, że pojawił się w komiksie, co uzasadnia jego obecność, ale… szczerze powiedziawszy to nie dostrzegam innych zalet tego rozwiązania. Miałem wrażenie, że głównym (jedynym?) celem wprowadzenia go na ekran była konieczność posiadania w historii bohatera, który potrafi latać, co otworzyło drogę specom od efektów specjalnych, by wykazali się kunsztem w tworzeniu sekwencji powietrznych (swoją drogą szalenie efektownych). Poza tym jednak niewiele wnosi do samej historii, a i jego dialogi z Kapitanem wydały mi się wyjątkowo „drewniane”, ale może się czepiam. Nie mam natomiast takich wątpliwości przy Nicku Furym. Bardzo się cieszę, że twórcy pozwolili mu w końcu odkleić się od konsoli, zza której wydawał rozkazy i wziąć udział w jakiejś konkretnej akcji. Samuel L. Jackson do tej pory tylko się w tej roli marnował, więc duży plus za to. Ciekawi mnie jeszcze co sądzisz o czarnym charakterze, czyli tytułowym Zimowym żołnierzu? Bo spotkałem się z opinią, że w jego osobie Uniwersum doczeka się wreszcie kolejnego po Lokim, pełnokrwistego „bad guy’a”. Wydaje mi się, że to jednak zupełnie inny typ postaci i zestawianie ich ze sobą to spore nadużycie, ale nie ulega wątpliwości, że to pierwszy od dawna antagonista, który zostaje w pamięci po seansie.

J: Zgadzam się – porównywanie Winter Soldiera do Lokiego mija się z celem, bo to zupełnie inne postaci. Jak pisałem wyżej – pierwsze pojawienie się bohatera na ekranie wywołało u mnie ciary, a to znaczy wiele. Nie inaczej było w dalszej części filmu, Sebastian Stan każdą swoją sceną kradnie show. Wreszcie Kapitan dostaje przeciwnika, który dorównuje mu, a może nawet i przewyższa fizycznie, dzięki czemu sceny potyczek obu bohaterów są niezwykle widowiskowe, a ich wynik nie jest z góry przesądzony. Dużo bardziej ciekawi mnie natomiast inna kwestia – czy filmowcy pójdą tą samą drogą rozwoju postaci, co komiksiarze (fani z pewnością wiedzą, co mam na myśli)? Zważywszy na fakt, że Stan podpisał umowę aż na dziewięć filmów, twórcy zdają się mieć konkretny pomysł na jego bohatera…

M: Zostaje jeszcze kwestia tego, co stało się już swego rodzaju wyznacznikiem filmowego Uniwersum, czyli sceny po napisach. Nie wiem jak Ty, ale ja byłem absolutnie zachwycony, a czekanie na Avengers: Age of Ultron jawi mi się teraz jako udręka…

J: Co tu dużo mówić: jaram się. I na tym możemy chyba powoli kończyć, dzięki za miłą rozmowę, mam nadzieję, że Czytelnicy znajdą ją równie przyjemną. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na nowe odcinki Agentów T.A.R.C.Z.Y., które po drugim Kapitanie nie powinny być już nigdy takie jak wcześniej i kolejne filmy z Uniwersum – Strażnicy Galaktyki zapowiadają się co najmniej bosko!

M: Dzięki wielkie!

 Dwugłos został napisany dla magazynu "16mm" i tam pierwotnie opublikowany.

Mateusz Piesowicz - student filmoznawstwa. Oddany wielbiciel (pop)kultury ze znaczkiem ‚Made in USA’. Twierdzi, że blockbusterom się nie odmawia. Chyba, że na rzecz seriali.


Inne teksty o Marvel Cinematic Universe:

środa, 9 kwietnia 2014

411 - Skąd się wziął Zimowy Żołnierz? [cdp.pl]

Spektakularne zgony i cudowne zmartwychwstania w komiksach superbohaterskich to już niemal element przyjętej odgórnie konwencji. I mimo, że te pierwsze stają się coraz bardziej powszednie i przestają wzbudzać równie wielkie emocje, co kiedyś (przypomnijmy śmierć Supermana i Kapitana Ameryki, które odbiły się szerokim echem również w mediach nie komiksowych), a czytelnicy wiedzą, że prędzej czy później, w lepszym lub gorszym stylu, ich ulubione serie powrócą do poprzedniego status quo, to drugie wciąż mogą wzbudzać kontrowersje.


Swoją ośmioletnią kadencję na stanowisku scenarzysty Kapitana Ameryki Ed Brubaker zaczyna z przytupem – od zabójstwa Red Skulla, największego przeciwnika Steve’a Rogersa. Czytelnik, podobnie jak Kapitan, czuje się zagubiony w całej historii – zostaje wrzucony w wir wydarzeń, wraz z bohaterem odsłania kolejne elementy zawiłej układanki i do samego końca nie jest pewny, co jest prawdą, a co doskonale spreparowaną fikcją. Cała sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na scenę wkracza tytułowy żołnierz – doskonale wyszkolony zabójca, legenda, duch.

Cały artykuł o Zimowym Żołnierzu i serii Brubakera znajdziecie na CDblogu.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

410 - Marvel One-Shots [cdp.pl]


Początkowo owe krótkometrażówki nie były niczym więcej niż tylko humorystycznymi uzupełniaczami. Pierwsza z nich, The Consultant, wyjaśnia pojawienie się Tony’ego Starka w scenie po napisach The Incredible Hulk (2008) i znalazła się na krążku z filmem Thor (2011). Do Thora nawiązuje A Funny Thing Happened on the Way to Thor’s Hammer, rozgrywający się między ostatnią sceną Iron Mana 2 (2010), a sceną po napisach. W obu produkcjach głównym bohaterem jest Agent Phil Coulson, mimo że w pierwszej głównie gada, to w drugiej udaje mu się nawet udaremnić napad na stację benzynową i rzucić na koniec zjadliwym onelinerem. Całkiem nieźle, zważywszy na fakt jak bezpłciowo wypada, jako główny bohater Agentów T.A.R.C.Z.Y. 


Cały artykuł o krótkometrażówkach Marvel Studios znajdziecie na CDblogu.

Wszystko wskazuje na to, że moje teksty będą się tam pojawiały całkiem często i nie będą to zwykłe recenzje, którymi zalewam niniejszy blog, a bardziej luźne w formie artykuły o komiksach i filmach. Już teraz zapraszam do odwiedzania, jest nawet moje zdjęcie i krótkie bio. Następny tekst będzie poświęcony Zimowemu żołnierzowi Brubakera. Stay tyuned!

środa, 13 listopada 2013

378 - Krótko o ostatnio widzianych adaptacjach komiksów

Ostatnio oglądane:


Thor: Mroczny Świat (Alan Taylor, 2013)
Sequel filmu Kennetha Branagha z 2011 wypada o niebo lepiej niż pierwowzór. Jest dużo luźniej, bardzo Marvelowo, w stylu, do jakiego przyzwyczaili nas Avengersi. Więcej tu humoru słownego i sytuacyjnego, który pozwala odetchnąć od nadmiaru spektakularnej akcji, a zamiast porównań do Szekspira na usta cisną się porównania do Drużyny Pierścienia Petera Jacksona (zwłaszcza sekwencja otwierająca przypomina pierwszą potyczkę z Sauronem). Dwie godziny mijają bardzo szybko, 3D zaskakująco nie przeszkadza, a niektóre sekwencje wręcz wgniatają w fotel. Szkoda natomiast, że Malekith, czyli główny przeciwnik gromowładnego, grany przez dziewiątego Doktora, jest zły bo tak chyba należy i nie kieruje nim żadna głębsza motywacja. Niestety wypada całkowicie bezpłciowo, pozbawiony jakichkolwiek ludzkich uczuć czy odruchów. Na szczęście Tom Hiddleston nadrabia to z nawiązką (co objawia się zwłaszcza w słownych potyczkach z Thorem, zaś scena w korytarzu to jedno z najfajniejszych cameo w historii Marvel Cinematic Universe), na dalszym planie błyszczy Rene Russo i świeci (nie tylko w przenośni) Stellan Skarsgård, Natalie Portman jest piękna, a Chris Hemsworth to obok Roberta  Downeya Jr najlepszy castingowy wybór Marvela. Jest też Idris Elba, który stoi i patrzy. Fajnie, że wykorzystano Londyn jak tło tego widowiska. Zresztą właśnie "widowisko" najlepiej określa film Taylora i każdy, kto spodziewa się dobrej zabawny nie powinien być zawiedziony. Może i muzyka jest "niesłyszalna" ale to trzeci najlepszy film z Marvel Studios (po pierwszym Iron Manie i Avengers).


Iron Man 3 (Shane Black, 2013)
Z kolei nie rozumiem hajpu na Iron Mana 3 - był okej, porządnie zrealizowany, dobrze zagrany (świetny Kingsley) ale trochę marnował potencjał: kiepskie rozwiązanie wątku Mandaryna (choć to podobno ma naprawić nadchodzący Marvel One-Shot, który ujrzymy prawdopodobnie w dodatkach do DVD/BR opisywanego wyżej Thora), niewykorzystanie w warstwie fabularnej alkoholizmu Tony'ego, które się wręcz narzucały przy tej całej traumie po wydarzeniach w NY, humor, który śmieszył tylko za pierwszym razem - wszystkie żarty i gagi, które w kinie mnie szczerze bawiły, przy powtórnym seansie w zaciszu domowego ogniska nie miały już tej mocy. Oczywiście "kryptonim melanż" i finał z wykorzystaniem mnóstwa nowych zbrój wciąż wywołuje na mej twarzy ogromny uśmiech, podobnie jak pierwszy wybuch, jednak i tak uważam, że to najsłabsza część trylogii. Nawet Marvel One-Shot o Agentce Carter, z dodatków, niespecjalnie mi podszedł, może dlatego, że nie zaprezentował absolutnie nic nowego i był mocno przewidywalny.


 Agenci (Baltasar Kormákur, 2013)
Buddy movie w starym stylu. Mnóstwo akcji, testosteronu, niewybrednych żartów, a wszystko oparte na konflikcie charakterów dwóch głównych bohaterów. Całkiem zgrabna fabuła i widowiskowe strzelaniny przyćmiewa duet Mark Wahlberg - Denzel Washington. Widać, że obaj doskonale się bawią w swoim towarzystwie. Aktorzy tworzą wyraziste kreacje tajnych agentów - pierwszy jest z marynarki, drugi z DEA - którzy niezależnie od siebie rozpracowują narkotykową mafię. Choć nieustannie się kłócą, kochają się jak bracia i na polu walki rozumieją lepiej niż ktokolwiek. Odmienne charaktery prowadzą do wielu zabawnych konfrontacji słownych, w których czuć wpływ Shane'a Blacka (z czasów Ostatniego Skauta i Zabójczej Broni), a które dostarczają widzowi mnóstwa frajdy. Całość może jest obrzydliwie wtórna wobec kina gatunkowego, jednak ogląda się to wyśmienicie, bo Baltasar Kormákur czuje konwencję, bawi się nią i składa hołd kinu akcji lat 80.


Arrow traktowałem zawsze jako "guilty pleasure", z jednej strony dobrze się bawiłem (nawiązania do komiksów, kilka ciekawych wątków, gościnne występy znanych postaci), z drugiej cierpiałem (melodramatyczne pierdoły, rozterki bohaterów, wkurzająca Laurel, często komiczne sceny akcji, męczące retrospekcje, nuuuda) i w pewnym momencie zarzuciłem całkiem oglądanie na kilka miesięcy. Wróciłem do serialu kilka dni temu, nadrobiłem zaległe odcinki pierwszego sezonu (z których odcinek finałowy był zdecydowanie najlepszy) i zacząłem sezon drugi. Jest dobrze, więcej miejsca poświęcono wątkom komiksowym, te melodramatyczne marginalizując, dzięki czemu ogląda się to wiele lepiej. Nowe postaci, które pojawiają się na scenie (m.in. Black Canary i Liga Zabójców) skutecznie kradną show. I choć główny bohater niezmiennie ma wciąż tę samą minę, to całość sprawia o wiele lepsze wrażenie. Kilka wątków wręcz intryguje i z chęcią zobaczę ich rozwinięcie, tak samo jak gościnny występ Flasha i Harpera w stroju Speedy'ego. Ciekawe czy przyćpa.

Poza tym zabijam tysiące zombie w Dead Rising 2 oraz bawię się klockami w LEGO MARVEL Super Heroes. Ale o tym może kiedy indziej.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

334 - Dlaczego po seansie The Avangers boli mnie twarz?

Z braku czasu wrzucam tekst, z którego nie jestem do końca zadowolony. Sporo się teraz dzieje, więc mam nadzieję, że już niedługo znajdę chwilę na zrobienie porządnego update'a opisującego ostatnie wydarzenia. 
Tekst napisany na Analizę Filmu i najniżej oceniony z dotychczasowych (m.in. za "formę wielce wadliwą" :)).  


Komiksy towarzyszą mi przez całe życie. Doskonale pamiętam tanie wydania przygód Spider-Mana i Batmana, które pod koniec lat 90. kupowali mi w kioskach rodzice. Koszmarne tłumaczenie, niska cena i mnóstwo zabawy. Kilkanaście lat później ciągle zbieram „kolorowe zeszyty”, nic więc dziwnego, że również regularnie odwiedzam kinowe sale, gdy tylko na horyzoncie pokazuje się nowa komiksowa adaptacja.  
 
Jakiś czas temu po raz kolejny obejrzałem Avengers - pierwszy w historii kinowych adaptacji komiksów crossover, historię, w której bohaterowie samodzielnych produkcji łączą siły i wspólnie pojawiają się na ekranie. Film, gdzie spotyka się grupa najbardziej znanych bohaterów – od Kapitana Ameryki po Iron Mana - był spełnieniem moich marzeń. Nieważne, czy na ekranie dzieje się coś zabawnego, czy nie, ja się uśmiecham niczym szaleniec, bo wszystko w tym filmie sprawia mi przyjemność. Poczynając od scenariusza, który został dobrze wyważony – jest miejsce dla zapierających dech w piersiach scen akcji, jest chwila na poznanie bohaterów, są momenty wzruszające i pełne humoru. Relacje między bohaterami - grupą indywidualistów, którzy nagle muszą tworzyć drużynę - są elektryzujące, a różnorodność charakterów daje niezwykle połączenie prowadzące do ciekawych interakcji. Każdy z nich zachowuje swe charakterystyczne cechy: Hulk wszystko niszczy podczas ataku furii, Thor wywyższa się z racji boskiego pochodzenia, Stark traktuje niebezpieczeństwo jak zabawę, a Rogers – będąc bohaterem minionej epoki – jest uroczo zagubiony w XXI wieku. Mnóstwo frajdy daje odnajdywanie nawiązań i smaczków, których widz nieznający materiału źródłowego w postaci komiksów, zapewne nawet nie zauważy.  
 
Innym powodem do zadowolenia jest sprawna realizacja całości. Efekty specjalne, stojące na wysokim poziomie, pozwalają w pełni cieszyć się kreatywnością filmowców. Pomysły mające rodowód w historiach obrazkowych sprawiają piorunujące wrażenie. Na długo zapada w pamięć animacja przemienionego w potwora Bannera, pozaziemska rasa atakująca Manhattan czy lotniskowiec S.H.I.E.L.D. unoszący się wśród chmur. Nie pozostaje nic innego, jak tylko podziwiać to wszystko z szeroko otwartymi oczami i – co nieco wstydliwe – równie szeroko otwartą buzią.  
 
Film Jossa Whedona idealnie wpisuje się nowoczesne kino superbohaterskie, równocześnie prezentując jego jaśniejszą i mniej poważną stronę. Właśnie dzięki tej lekkości i odstąpieniu od pseudo- realizmu i pokładów mroku, znanych z ostatnich przygód Batmana w reżyserii Christophera Nolana, film Marvel Studios może być według mnie postrzegany również jako należyty następca przygód Indiany Jonesa. The Avengers kontynuują i powielają wiele elementów, które dziś nierozłącznie kojarzymy z konwencją Kina Nowej Przygody. Film zaskakuje widza, przede wszystkim dostarczając mu czystej, niczym nieskrępowanej rozrywki. Nie brakuje w nim spektakularnych przygód i zabawnych onelinerów. Bohater – w tym przypadku zbiorowy – jest zbudowany wedle doskonale nam znanego wzorca: szlachetny i odważny, mogący poświęcić się dla dobra ludzkości. Całość – choć po brzegi wypełniona akcją – jest lekka i w inteligentny sposób zabawna. To kino popularne pierwszej próby.  
 
Nie przestaję się uśmiechać nawet wtedy, gdy seans dobiega końca, na ekranie pojawiają się napisy, a w tle słychać motyw przewodni filmu. I chwilę później, mój uśmiech staje się jeszcze szerszy (sam się zastanawiam, jak to w ogóle możliwe!). W dodatkowej scenie, rozgrywającej się gdzieś na obrzeżach kosmosu widzimy fioletowego Thanosa. To jedna z najpotężniejszych istot w uniwersum Marvela i jeden z najgroźniejszych adwersarzy Avengers – postać, przy której Loki (będący źródłem całego zamieszania w omawianym filmie) to łobuz niszczący innym dzieciom zamki w piaskownicy. Pojawienie się tej postaci w scenie po napisach zwiastuje rozmach, z jakim będzie zrealizowana kolejna część (jej premierę zaplanowano na maj 2015 roku, już odliczam dni do premiery). Właśnie z tego powodu się cieszę, układam w głowie możliwe scenariusze kontynuacji i już nie mogę się doczekać. Po prostu czuję, że sequel dostarczy mi równie wiele radości, co oryginał. Gdy tylko o tym pomyślę, znów zaczynam się uśmiechać, a od tej ciągłej radości boli mnie już twarz. Ale przecież nie mogę narzekać.
 Filmografia:

Avengers (The Avengers), reż. Joss Whedon, USA 2012.