Gdy jako nastolatek, mniej więcej w okresie wczesnego gimnazjum, starałem się wrócić do czytania komiksów, odkryłem, że niektóre serie Marvela są dostępne na oficjalnej stronie wydawnictwa w formie ruchomych kadrów. Internet ledwo zipał, ładowało się to wszystko o wiele za długo, ale hej – byłem na bieżąco z „Ultimate Spider-Manem” i „Ultimate X-Men”. O ile pierwszy tytuł zaczął w pewnym momencie pojawiać się w kioskach za sprawą FunMedia, tak o odświeżonych mutantach mogliśmy zapomnieć. A popyt na ich przygody był ogromny. W kinach niedawno wyświetlano pierwszy film Bryana Singera, a Cartoon Network zaczął emitować „X-Men: Ewolucję”. Chłonąłem więc „altimejtowych” wychowanków profesora Xaviera, w pierwszej kolejności w sieci, a w pewnym momencie na papierze za sprawą Dobrego Komiksu (który był tak uprzejmy, że nawet dodawał tekst w dymkach).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Millar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Millar. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 14 grudnia 2020
czwartek, 10 stycznia 2019
Starlight. Gwiezdny blask - Duke McQueen powraca
Duke McQueen uratował świat. Inny świat, do którego dostał
się przez tunel czasoprzestrzenny. Po powrocie do domu nikt mu nie
uwierzył – jego niezwykłe opowieści o heroicznych czynach
zostały potraktowane jak ględzenia wariata. Duke założył więc
rodzinę i wiódł spokojne życie, co jakiś czas wspominając
z rozrzewnieniem dawne przygody. Dziś jego żona nie żyje, a
dorośli synowie są tak pochłonięci pracą, że nie mają czasu
dla starego ojca. Duke coraz częściej wraca wspomnieniami do swych
niezwykłych przygód. Wkrótce na jego podwórku
wyląduje statek kosmiczny, a on będzie miał okazję sprawdzić,
czy ciągle zmieści się w swój stary kombinezon bojowy.
piątek, 31 sierpnia 2018
KM/H [Mark Millar, Duncan Fegredo] – recenzja
Mark Millar to taki gość, co ma bardzo dużo fajnych pomysłów, tylko nie zawsze potrafi je zadowalająco rozpisać. Blokers jako Agent Jej Królewskiej Mości? Pomysł intrygujący, ale skończyło się na ta takim sobie Kingsman: Tajne służby. Akt rejestracji superbohaterów? Mogło być wybitnie, a wyszła przegięta Wojna domowa. Nic dziwnego, że do KM/H podchodziłem bardzo nieufnie.
poniedziałek, 16 października 2017
Kingsman. Tajne służby - recenzja komiksu
Kingsman. Tajne Służby ze scenariuszem Marka Millara i rysunkami Dave’a Gibbonsa trafia na nasz rynek przy okazji wejścia do polskich kin sequela jego filmowej adaptacji. Porównania z obrazem w reżyserii Matthew Vaughna z 2014 roku wydają się nieuniknione. Byłyby one jednak jak zestawienie Bondów z Seanem Connerym i Rogerem Moorem. Bohater niby ten sam, ale filmy skrajnie różne. Kingsman Vaughna to taki Moore’owy 007, tyle że na bombie, a miejscami sięgający po jakieś halucynogeny. Niby super zabawa, ale czasem bodźców jest za dużo. Z kolei komiksowy Kingsman to jednocześnie pastisz i hołd dla Bondów ery Connery’ego. Takie przynajmniej wydają się jego założenia.
Etykiety:
Bond,
Dave Gibbons,
Icon Comics,
Jakub Izdebski,
James Bond,
Kingsman,
komiks,
Mark Millar,
Marvel,
Matthew Vaughn,
Mucha Comics,
recenzja,
Tajne służby
piątek, 31 lipca 2015
Towarzysz ze Stali, czyli recenzja Superman: Red Son
Franz Kafka, George Orwell, Benjamin Franklin – w przedmowie do Czerwonego Syna przywoływane są nazwiska wielkie. Tym większa szkoda, że największą zaletą albumu i jednocześnie jego największą wadą jest pomysł. Dobrze – bo to ciekawa wizja, w momencie powstanie (1995 rok, premiera 2003) z pewnością robiła wrażenie oryginalnością i świeżością. Źle – bo Millar wszystko owej wizji podporządkowuje, bawi się z czytelnikiem, raz za razem mrugając do niego okiem, machając i podtykając pod nos intertekstualne nawiązania do bogatej mitologii Człowieka ze Stali. Nawiązania, oczywiście, odpowiednio zaaranżowane i wtopione w socjalistyczny origin „Klarka Kentowicza”.
niedziela, 17 maja 2015
Relacja: Komiksowa Warszawa 2015 (6. Warszawskie Targi Książki) - prężny festiwal
Czym inspirował się John Layman pisząc Gambita i jakie są jego ulubione serie komiksowe? Co łączy Judith
Vanistendael i hiszpańskiego ochroniarza? Ilu twórców utrzymuje się z
komiksowania w Finlandii? Ile Image Comics płaci za planszę?
Trzeci komiksowy festiwal w 2015 roku zaliczony. Po Wrocławiu i Krakowie przyszedł czas na wizytę w stolicy. Komiksowa Warszawa ponownie odbywała się przy okazji Warszawskich Targów Książki, jak zawsze były to bardzo miłe dwa dni, spędzone wśród znajomych, przyjaciół i komiksowych idolów. Zgodnie z sugestiami czytelników skupię się na spotkaniach, gościach, informacjach wartych poznania, które mogą być cenne dla wszystkich, którzy z różnych przyczyn festiwal ominęli. Obiecuję, że nie będzie o piwie i kolegach. No, prawie.
Trzeci komiksowy festiwal w 2015 roku zaliczony. Po Wrocławiu i Krakowie przyszedł czas na wizytę w stolicy. Komiksowa Warszawa ponownie odbywała się przy okazji Warszawskich Targów Książki, jak zawsze były to bardzo miłe dwa dni, spędzone wśród znajomych, przyjaciół i komiksowych idolów. Zgodnie z sugestiami czytelników skupię się na spotkaniach, gościach, informacjach wartych poznania, które mogą być cenne dla wszystkich, którzy z różnych przyczyn festiwal ominęli. Obiecuję, że nie będzie o piwie i kolegach. No, prawie.
Zapraszam do czytania.
poniedziałek, 30 marca 2015
Najlepsze komiksy 2014 roku
W 2014 roku czytałem głównie wydania zagraniczne, dużo superhero i nadrabiałem zaległości. Stąd też dość trudno było mi wybrać 10 najlepszych komiksów, jakie ukazały się po polsku w minionym roku - przeglądając podobne listy zdałem sobie po prostu sprawę, że większości tytułów zwyczajnie nie znam. Mimo wszystko niżej znajdziecie moją dyszkę, mam nadzieję, że wybaczycie ogromne opóźnienie. Gdybym miał więcej czasu i mógł nadrobić zaległości lista wyglądałaby zupełnie inaczej. Czyli standard.
poniedziałek, 15 grudnia 2014
473 - Kick-Ass 3 - żegnaj, panie Lizewski
Hit-Girl
siedzi w więzieniu. Kick-Ass, do niedawna przywódca grupy zamaskowanych
superbohaterów, postanawia odwiesić strój płetwonurka na kołek i wieść spokojne
życie u boku ukochanej. Nemezis bohaterów, Mother Fucker, leży w szpitalu, a do
miasta przybywa jego wuj - nikczemny Rocco Genovese, który chce podporządkować
sobie wszystkie mafijne rodziny. Nie zabraknie krwi, seksu ani humoru.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
412 - Kick-Ass 2 & Hit-girl
Polskie wydanie Kick-Ass 2 oprócz tytułowego komiksu zawiera również
pięcioczęściową mini-serię Hit-Girl. Mini-seria skupia się na dalszych
losach tytułowej dziewczynki, która z jednej strony stara się zakończyć
porachunki z mafijnymi bossami, a z drugiej przystosować do normalnego
życia, nawiązać szkolne przyjaźnie i – zgodnie z obietnicą złożoną
ojczymowi – odwiesić pelerynę na kołek. Kick-Ass 2 bezpośrednio
kontynuuje te wątki, jednak zgodnie z tytułem bardziej skupia się na
postaci Dave’a Lizewskiego. Przystępuje on do drużyny superbohaterów i
poddaje się wycieńczającemu treningowi pod okiem Hit-Girl. Do miasta
powraca również nemesis bohatera, Red Mist - znany obecnie, jako
Motherfucker - i formułuje własną drużynę superłotrów. Starcie jest
nieuniknione.
![]() |
| Fragment alternatywnej okładki Billa Sienkiewicza |
Mark Millar wciąż doskonale bawi się materią superbohaterską, do której
niejednokrotnie podchodził na poważnie. Widać, że doświadczenie, jakie
wyniósł z pisania scenariuszy dla DC i Marvela, przydaje mu się również w
spojrzeniu na herosów z przymrużeniem oka. Scenarzysta łamie znane
schematy, nie patyczkuje się ze swoimi bohaterami, szokuje potężną dawką
przemocy i brutalności. I właśnie owa przemoc wychodzi w komiksie na
plan pierwszy, znika gdzieś spora dawka humoru znana z pierwszej części,
tak, jakby Miller chciał przede wszystkim szokować, a nie bawić.
Zabawne, rozluźniające atmosferę sytuacje pojawiają tak naprawdę rzadko.
Zabrakło lekkości i świeżości oryginału - może dlatego Szkot postanowił
dodać kilka scen wzbudzających niesmak, by mimo wszystko komiks został
zapamiętany i był dyskutowany. Z pewnością się to udało, sam w kilku
miejscach czułem się cokolwiek nieswojo przy lekturze.
John Romita Jr. tworzy kolejne rysunki ze znaną sobie manierą. Postaci są zwaliste, tła oszczędne, walki kadrowane dynamicznie. Wrażenie robią całostronicowe kadry i sekwencje ukazane na dwóch stronach (np. podczas pogrzebu). Kolory Deana White’a i Michaela Kellehera dodają pracom Romity głębi, dzięki czemu styl rysownika wypada korzystniej niż w części pierwszej (gdzie rysunki sprawiały wrażenie bardziej płaskich). Na deser możemy podziwiać galerię okładek zeszytowych oraz alternatywnych, z których najlepiej w mojej opinii prezentuje się ta wykonana przez Billa Sienkiewicza.
Dyptyk Kick-ass 2 i Hit-girl to komiks wciągający, stworzony wedle schematu „mocniej, szybciej, więcej”, do którego w tym przypadku należałoby również dodać „brutalniej”. Przerysowanie jest dla Millara głównym środkiem wyrazu i esencją jego komiksu. Każdy, kto lubi superbohaterskie historie opowiedziane z przymrużeniem oka powinien się dobrze bawić - o ile nie straszne mu hektolitry krwi, zabójstwa dzieci, gwałty oraz zwierzęca przemoc. Czytelnikom bardziej wrażliwym i mniej skłonnym do zaakceptowania tej specyficznej poetyki polecam bardziej klasyczne spojrzenie na superbohaterów.
John Romita Jr. tworzy kolejne rysunki ze znaną sobie manierą. Postaci są zwaliste, tła oszczędne, walki kadrowane dynamicznie. Wrażenie robią całostronicowe kadry i sekwencje ukazane na dwóch stronach (np. podczas pogrzebu). Kolory Deana White’a i Michaela Kellehera dodają pracom Romity głębi, dzięki czemu styl rysownika wypada korzystniej niż w części pierwszej (gdzie rysunki sprawiały wrażenie bardziej płaskich). Na deser możemy podziwiać galerię okładek zeszytowych oraz alternatywnych, z których najlepiej w mojej opinii prezentuje się ta wykonana przez Billa Sienkiewicza.
Dyptyk Kick-ass 2 i Hit-girl to komiks wciągający, stworzony wedle schematu „mocniej, szybciej, więcej”, do którego w tym przypadku należałoby również dodać „brutalniej”. Przerysowanie jest dla Millara głównym środkiem wyrazu i esencją jego komiksu. Każdy, kto lubi superbohaterskie historie opowiedziane z przymrużeniem oka powinien się dobrze bawić - o ile nie straszne mu hektolitry krwi, zabójstwa dzieci, gwałty oraz zwierzęca przemoc. Czytelnikom bardziej wrażliwym i mniej skłonnym do zaakceptowania tej specyficznej poetyki polecam bardziej klasyczne spojrzenie na superbohaterów.
Więcej Kick-Assa na blogu:
wtorek, 10 września 2013
357 - Woody Allen lata USS Enterprise i kopie tyłki?
Krótko o ostatnich wciągniętych rzeczach:
Zakochani w Rzymie (Woody Allen, 2012)
Długo zwlekałem z oglądnięciem najnowszej (jeszcze do niedawna) produkcji Mistrza. Słyszałem wiele głosów, które twierdziły, że to najsłabszy film Allena. Nie chciałem wierzyć, ale po seansie niestety muszę przyznać im rację. Rozbicie opowieści na kilka wzajemnie przeplatających się wątków z jednej strony pomaga (żaden wątek nie jest prezentowany na tyle długo, by nas znudzić, a jeśli już to następuje, to szybko zastępuje go kolejny), z drugiej strony sprawia wrażenie, jakby reżyserowi nie wystarczyło pomysłów by z dominującego wątku stworzyć pełnometrażowy film (najlepszy z nich - trójkąta miłosnego między założycielem facebooka, jego dziewczyną a Shadowcat z X-Menów - mógłby sam udźwignąć całą fabułę), więc musiał posłużyć się niejako zapychaczami, wątkami pobocznymi, wymyślonymi jakby naprędce, mało "allenowskimi" (wątek Begniniego, czy przewidywalny prysznic w operze) i w gruncie rzeczy niepotrzebnymi (Penelope Cruz). Zaskakująco dobrze wypada Ellen Page, przyjemnie ogląda się duet Eisenberg - Baldwin i jak zawsze dobrze na ekranie widzieć Allena w niemal klasycznej kreacji. Uwielbiam jego filmy, acz Zakochanym... zabrakło humoru - nigdy nie ryczałem ze śmiechu, ale tym razem uśmiechnąłem się raptem dwa razy, a scenariusz sprawia wrażenie pisanego w pośpiechu i jakby wymuszonego. Może Allen jest zmęczony tempem, jakie sam sobie narzucił, a może to ja jestem nim zmęczony. Blue Jasmine zbiera o wiele lepsze oceny, wkrótce sprawdzę, czy zasłużenie.
Kick-Ass 2 (Jeff Wadlow, 2013)
Z jednej strony dobrze się bawiłem, film ma kilka dobrych i śmiesznych momentów, z drugiej - właśnie, owych scen jest zaledwie kilka. Brakuje świeżości i lekkości jedynki, reżysersko jest o wiele mniej sprawnie, zwłaszcza w sekwencjach akcji. Całość ma nierówne tempo, a obietnice zrzucania superbohaterstwa pojawiają się zdecydowanie zbyt często. I za często są łamane. Tak jak w komiksie, większość dobrej zabawy gdzieś znika, zastąpiona scenami przemocy i choć film jest mniej hardkorowy od komiksowego pierwowzoru, to jednak krwiste fragmenty ogląda się dużo gorzej, niż w filmowej części pierwszej. Są też żarty kloaczne, których osobiście nie cierpię, nieważne jak przystępnie byłby prezentowane. Rozumiem również wyśmiewanie życia współczesnych nastolatek, które zamiast Stana Lee wielbią Stephanie Meyer, jednak w moim odczuciu wątków z "normalnego życia" bohaterów było zbyt wiele. Na plus doskonały Jim Carrey w roli Pułkownika (którego było zdecydowanie za mało), świetny Christopher Mintz-Plasse jako Motherfucker i Chloë Grace Moretz, wcielająca się w podrośniętą Hit-Girl.
Z jednej strony dobrze się bawiłem, film ma kilka dobrych i śmiesznych momentów, z drugiej - właśnie, owych scen jest zaledwie kilka. Brakuje świeżości i lekkości jedynki, reżysersko jest o wiele mniej sprawnie, zwłaszcza w sekwencjach akcji. Całość ma nierówne tempo, a obietnice zrzucania superbohaterstwa pojawiają się zdecydowanie zbyt często. I za często są łamane. Tak jak w komiksie, większość dobrej zabawy gdzieś znika, zastąpiona scenami przemocy i choć film jest mniej hardkorowy od komiksowego pierwowzoru, to jednak krwiste fragmenty ogląda się dużo gorzej, niż w filmowej części pierwszej. Są też żarty kloaczne, których osobiście nie cierpię, nieważne jak przystępnie byłby prezentowane. Rozumiem również wyśmiewanie życia współczesnych nastolatek, które zamiast Stana Lee wielbią Stephanie Meyer, jednak w moim odczuciu wątków z "normalnego życia" bohaterów było zbyt wiele. Na plus doskonały Jim Carrey w roli Pułkownika (którego było zdecydowanie za mało), świetny Christopher Mintz-Plasse jako Motherfucker i Chloë Grace Moretz, wcielająca się w podrośniętą Hit-Girl.
Star Trek 2 (J.J. Abrams, 2013)
Bo tytuł W ciemność. Star Trek to jakieś nieporozumienie. O ile Star Trek Into Darkness ma sens, tak polski przekład brzmi okropnie. Zresztą nie do końca odpowiada mi też zmiana klimatu. Po genialnej jedynce, gdzie akcja gnała na łeb na szyję, a błyskotliwe onelinery i gagi wypełniały jej brak, dostajemy film dużo poważniejszy, mroczniejszy (niczym Świątynia Zagłady), gdzie głównym powodem do śmiechu jest Simon Pegg pojawiający się na ekranie tylko w kilku scenach. Choć akcji, wybuchów, pościgów i bijatyk nie brakuje, zabrakło luzu i przygodowego podejścia znanego z pierwszej części serii. Choć Benedict Cumberbatch jest genialnym villainem, to po seansie nie mogę powiedzieć, że Khan to najgorszy przeciwnik, z jakim przyszło się mierzyć załodze USS Enterprise. Nie przeraził mnie swą siłą, nie przekonał swoim planem ani motywacją, nie zaimponował inteligencją i przebiegłością - choć na takiego jest kreowany. Jestem pewny, że w kosmosie czyha ktoś gorszy. Z całego filmu najbardziej podobał mi się początek utrzymany w konwencji Kina Nowej Przygody, szkoda że cała reszta jest już poważna i mhhhroooczna. No i szkoda, że znowu cała afera kręci się wokół Matki Ziemi. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach (bo choć Abrams zajął się nowymi Star Warsami, to może i nowe Star Treki będą powstawać) zwiedzimy dalsze części kosmosu. Te mniej mroczne.
Bo tytuł W ciemność. Star Trek to jakieś nieporozumienie. O ile Star Trek Into Darkness ma sens, tak polski przekład brzmi okropnie. Zresztą nie do końca odpowiada mi też zmiana klimatu. Po genialnej jedynce, gdzie akcja gnała na łeb na szyję, a błyskotliwe onelinery i gagi wypełniały jej brak, dostajemy film dużo poważniejszy, mroczniejszy (niczym Świątynia Zagłady), gdzie głównym powodem do śmiechu jest Simon Pegg pojawiający się na ekranie tylko w kilku scenach. Choć akcji, wybuchów, pościgów i bijatyk nie brakuje, zabrakło luzu i przygodowego podejścia znanego z pierwszej części serii. Choć Benedict Cumberbatch jest genialnym villainem, to po seansie nie mogę powiedzieć, że Khan to najgorszy przeciwnik, z jakim przyszło się mierzyć załodze USS Enterprise. Nie przeraził mnie swą siłą, nie przekonał swoim planem ani motywacją, nie zaimponował inteligencją i przebiegłością - choć na takiego jest kreowany. Jestem pewny, że w kosmosie czyha ktoś gorszy. Z całego filmu najbardziej podobał mi się początek utrzymany w konwencji Kina Nowej Przygody, szkoda że cała reszta jest już poważna i mhhhroooczna. No i szkoda, że znowu cała afera kręci się wokół Matki Ziemi. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach (bo choć Abrams zajął się nowymi Star Warsami, to może i nowe Star Treki będą powstawać) zwiedzimy dalsze części kosmosu. Te mniej mroczne.
Ograłem ostatnio również Bulletsotrma - świetna sprawa, tony niczym nieskrępowanej radości, pretekstowa fabuła i teksty, których nie powstydziliby się Sly i Schwarz w latach 80. Dziesiątki sposobów na zabicie przeciwnika, kilka niezłych giwer i świetny feeling strzelania (oczywiście o realizmie nie ma mowy). Polecam, odmóżdżająca rozrywka na wysokim poziomie.
Dajcie znać, czy taka forma krótkich blogowych opinii Wam odpowiada. Wiadomo - na napisanie pełnoprawnej recki nie zawsze jest czas lub chęć, a takie krótkie, mniej profesjonalne notki mogę częściej wrzucać. Bo i jest o czym pisać.
wtorek, 20 sierpnia 2013
355 - Wjeżdża z buta!
Kick-Ass Marka Millara i Johna Romity Jr to kolejna próba pokazania,
jak wyglądałby świat, gdyby żyli w nim prawdziwi bohaterowie. Millar nie
próbuje opowiedzieć poważnej historii (jak Moore w Strażnikach czy
Busiek w Marvels), stawia przede wszystkim na humor i dobrą zabawę.
Bliżej więc mu do tego, co wyczynia Justin Jordan w cudownie
przerysowanym The strange talent of Luther Strode. Jednak, w
przeciwieństwie do serii Jordana, w świecie Kick-Assa nikt nie ma
nadnaturalnych zdolności, nikt nie przeszedł niezwykłego treningu, a
praktycznie jedynym superbohaterem jest nastolatek w stroju płetwonurka.
Mark Millar niejednokrotnie pokazał, że potrafi pisać świetnie historie
dla Wielkiej Dwójki. Równie dobrze wychodzi mu pastisz swoich
największych dokonań. Scenarzysta łamie konwencje i co jakiś czas nas
zaskakuje, serwując coraz bardziej przesadzone i zupełnie
nieprawdopodobne akcje. Wbrew przyjętym schematom, jego bohater po
założeniu kostiumu wciąż pozostaje takim samym nieudacznikiem jak na co
dzień. To zwykły nastolatek, geek czytający tony komiksów. Łomot od
osiedlowych dresów jeszcze przetrwał, jednak gdy do akcji wkracza mafia,
robi się srogo. Wraz z rozwojem akcji jest coraz brutalniej i coraz
zabawniej.
Rysunki Johna Romity Jr były dla mnie bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Po tym, jaką fuszerkę odstawił w Avengers vs X-Men, jego nazwisko na okładce komiksu może jedynie zmartwić. Na szczęście w warstwie graficznej Kick-Assowi bliżej do wcześniejszych dokonań Romity niż do najnowszych projektów. Wydaje się, że rysownik, pracując nad scenariuszem Millara, dostał wystarczającą ilość czasu, dzięki czemu rysunki są dopracowane i widać, że nie były tworzone w pośpiechu. Na deser dostajemy garść szkiców, okładki wydań zeszytowych i przyjemny wstęp do komiksu Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego.
Mimo drobnych mankamentów (przykładowo za bardzo przypakowana postać Hit-Girl) Kick-Ass wydaje się pozycją obowiązkową dla wszystkich fanów amerykańskiego mainstreamu i komiksu superbohaterskiego. Historia, choć miejscami chora, sprawia czytelnikowi dużo radości. Tym, którzy widzieli film – komiks różni się w kilku miejscach od adaptacji - polecam samemu ocenić, które zmiany wyszły na dobre, a które nie. Napis na ostatniej stronie sugeruje, że Mucha ma zamiar wydać również kontynuację. Czekam, bo przy pierwszym tomie bawiłem się doskonale.
Rysunki Johna Romity Jr były dla mnie bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Po tym, jaką fuszerkę odstawił w Avengers vs X-Men, jego nazwisko na okładce komiksu może jedynie zmartwić. Na szczęście w warstwie graficznej Kick-Assowi bliżej do wcześniejszych dokonań Romity niż do najnowszych projektów. Wydaje się, że rysownik, pracując nad scenariuszem Millara, dostał wystarczającą ilość czasu, dzięki czemu rysunki są dopracowane i widać, że nie były tworzone w pośpiechu. Na deser dostajemy garść szkiców, okładki wydań zeszytowych i przyjemny wstęp do komiksu Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego.
Mimo drobnych mankamentów (przykładowo za bardzo przypakowana postać Hit-Girl) Kick-Ass wydaje się pozycją obowiązkową dla wszystkich fanów amerykańskiego mainstreamu i komiksu superbohaterskiego. Historia, choć miejscami chora, sprawia czytelnikowi dużo radości. Tym, którzy widzieli film – komiks różni się w kilku miejscach od adaptacji - polecam samemu ocenić, które zmiany wyszły na dobre, a które nie. Napis na ostatniej stronie sugeruje, że Mucha ma zamiar wydać również kontynuację. Czekam, bo przy pierwszym tomie bawiłem się doskonale.
Recenzja ukazała się pierwotnie na Alei Komiksu.
wtorek, 12 lutego 2013
Wojna Domowa
Po tragicznej w skutkach interwencji New Warriors opinia publiczna jest –
delikatnie mówiąc – wzburzona. Pojawiają się liczne głosy o bezkarności
superbohaterów, w umysłach zwykłych ludzi kiełkuje myśl, że herosi mogą
stanowić zagrożenie. Amerykanie przestają wiwatować na widok bohaterów,
a w ich zachowaniu coraz częściej widać wrogość, nieufność, żal i
strach. Na takie nastroje odpowiada „góra”, wprowadzając w życie ustawę o
rejestracji superbohaterów. Każdy, kto chce legalnie działać, musi
ujawnić swoją tożsamość. Herosi dzielą się na dwa obozy. Zaczyna się
walka...
Wojnę Domową czyta się jednym tchem. Mark Millar niejednokrotnie
pokazał, że potrafi pisać niebanalne opowieści o meta-ludziach. Ultimate X-Men, Ultimates czy Kick-Ass jego autorstwa udowodniły,
że świetny komiks akcji nie opiera się jedynie na spektakularnych
pojedynkach. Podobnie jest z Wojną Domową - epickich potyczek między
bohaterami oczywiście nie brakuje, na szczęście jednak komiks nie
sprowadza się jedynie do nich. Nie brakuje błyskotliwych dialogów (które
wcale nie spowalniają akcji, mimo że tak można by sądzić po ich
pokaźniej ilości), efektywnych zwrotów akcji, kilku zaskoczeń. Całość
jest dobrze przemyślana i trzyma w napięciu od początku do końca. Przez
fabułę przewijają się najwięksi bohaterowie Marvela (pojawia się nawet
dawno u nas niewidziany Punisher), którzy muszą zmierzyć się z nowym
zagrożeniem – tym razem na ich drodze nie stają superłotrowie, a dawni
przyjaciele. Każdy z nich reaguje inaczej na nową, niecodzienną sytuację
– Millar świetnie czuje charaktery poszczególnych postaci i ich
działania są sprawnie umotywowane. Nie ma podziału na dobrych i złych –
wszyscy są dobrzy, różnią ich tylko wyznawane wartości i racje, którym
pozostają wierni, a które trudno jednoznacznie ocenić. W komiksie nie
brakuje momentów wzruszających ani zabawnych, stonowanych ani
przepełnionych akcją - wszystko jest natomiast idealnie wyważone.
Odpowiadający za warstwę graficzną Steve McNiven spisał się na medal.
Przyznam szczerze, że nie do końca przekonywało mnie to, co prezentował w New Avengers, jednakże nie mogę narzekać na jego pracę przy Wojnie
Domowej. Kadry Kanadyjczyka są bardzo filmowe – pokazuje historię z
różnej perspektywy, nie brakuje mu dynamizmu, jednocześnie nie traci
pewnej swobody i naturalnego wyczucia. Świetnie radzi sobie zarówno z
sekwencjami akcji, jak i ilustrowaniem statycznych sytuacji. Wiele
kadrów – zwłaszcza tych w większym formacie - po prostu zapiera dech.
Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to spora oszczędność w
wypełnianiu teł.
Wojna Domowa to komiks niezwykle ważny dla uniwersum Marvela.
Przełomowy, medialny, mający na koncie ogromny sukces finansowy i
wyznaczający nową drogę dla przyszłych komiksów tego wydawnictwa. Nie
jest to event w stylu tych, które nie mają żadnego znaczenia - Wojna
Domowa odcisnęła ogromne piętno na praktycznie wszystkich
superbohaterach, a często kontrowersyjne reperkusje na długi czas
zmieniły niektóre serie Domu Pomysłów. Dodatkowo jest to po prostu
świetnie napisany i zilustrowany tytuł, który do dziś pozostaje świeży,
mimo kilku lat, które minęły od jego premiery i wielu innych komiksowych
wydarzeń o podobnej skali. Wojna Domowa to nie tylko świetny komiks
superbohaterski, ale bardzo dobry komiks w ogóle. Rozrywka na najwyższym
poziomie. Mucha żegna się z Marvelem w wielkim stylu.
Recenzja została pierwotnie opublikowana na Alei Komiksu.
Tutaj pisałem o tomie New Avengers bezpośrednio związanym z Wojną Domową.
Tutaj pisałem o tomie New Avengers bezpośrednio związanym z Wojną Domową.
piątek, 5 sierpnia 2011
214 - W obronie Logana (gościnnie: Gombie Zoblin)
-->
"Staruszek Logan, czyli Tam i z Powrotem"
Nie będę ukrywał, że choć uniwersum Marvela nie należy do moich ulubionych, a team-upy przekraczają zazwyczaj moją tolerancję dla ilości superbohaterów na ekranie, mimo to album "Old Man Logan" polecam każdemu, kto nie jest zaprzysiężonym wrogiem historyjek obrazkowych. Do tego komiksu przyciąga oczywiście nazwisko Marka Millara, ogłoszonego mniej lub bardziej słusznie "cudownym dzieckiem" branży. Jego wcześniejsze dzieło - mowa tu o "Superman: Red Son" doczekało się nieuzasadnionych przykładów czołobitności. Millar w swym - według niektórych - "sztandarowym" dziele poległ sromotnie w warstwie historycznej, politycznej i zdroworozsądkowej (obrońców "SRS" proszę o ponowne przeczytanie tego albumu i przypatrzenie się m.in. "strategicznej" mapce przy postaci Bizarro). Jednak w "SRS" można było zobaczyć wyjątkowo udanego twórcę komiksowych historii o bohaterach - te bowiem wątki Millar przeprowadził spójnie i sprawnie. Dobrze więc, że wrócił on do matecznika, w którym czuje się dobrze, i w którym może prawdziwie rozwinąć skrzydła - do stricte fikcyjnego świata superbohaterów. Z niewyjaśnionych, a co najmniej niezrozumiałych przyczyn "Old Man Logan" doczekał się wśród recenzentów nieuzasadnionego potoku żalu. Spóźniona krytyczna reakcja wobec wcześniejszej twórczości Millara?
Po tym przydługim wstępie, przejdźmy do właściwej sprawy.
Mark Millar, jak to ma w zwyczaju, swoją historię wysnuł z jednego szczególnego pomysłu. Tym razem jego uwaga skupiła się na fakcie, iż w długich żywotach komiksowych serii jeden lub najwyżej kilku bohaterów staje przez lata naprzeciw rosnącej armii szwarccharakterów. Wrogowie mniej lub bardziej groteskowi przewijają się przez strony rozwijanych przez dziesięciolecia serii, znikając w pomroce dziejów lub powracając raz po raz z kolejnymi planami osiągnięcia swych niecnych celów. Millar postanowił pomóc nieszczęśnikom i dostarczył im w formie scenariusza plan, na jaki ograniczone do pojedynczych serii lub najwyżej kolaży w rodzaju "The Avengers" niecnoty nigdy by nie wpadły. Wzorem B.L. Montgomery'ego, Millar wskazuje na oczywiste źródło siły, jakim dla jego nowych podopiecznych jest gigantyczna przewaga liczebna. Wystawiając do jednej bitwy wszystkie swoje siły, antybohaterowie uniwersum Marvela zdobywają USA i zmiatają z powierzchni Ziemi-90210 swoich przeciwników. Na dobry początek - wszyscy giną. Lub prawie wszyscy. Wolverine został wyeliminowany z walki na samym jej początku i od tej pory nikt o nim nie słyszał. Po przeszło pół wieku od pamiętnej bitwy, w Sacramento na pustkowiu dawnej Kalifornii Czytelnik poznaje zwykłego rolnika, a przy tym zatwardziałego pacyfistę - Logana. Wraz z żoną i dziećmi wiedzie proste i niełatwe życie pod butem rodu Bannerów, władców ziemi Hulkland. Od lat nie ma bowiem Stanów w ich dawnej formie. Podzielone zostały między zwycięzców na szereg mniejszych państw - patrząc z zachodu na wschód: Hulkland, Królestwo Kingpina (dawniejsza Domena Magneto), Szaniec Doom'a, Osborn County i Dzielnica Prezydencka, formalnie nadrzędna (pragnę uprzedzić, iż choć wszyscy znamy jedynie słuszną polityczną linię wydawnictwa Marvel, władcą absolutnym Dzielnicy Prezydenckiej NIE jest George W. Bush). Każde z nowopowstałych państw jest poletkiem dla eksperymentów nareszcie zwycięskich "Złych" lub po prostu krwawym placem zabaw. Części dawnych Stanów, które nie znalazły się pod bezpośrednią kontrolą antybohaterskiej elity nawiedzane są przez wszelkiego rodzaju mniejsze plugastwo. Właśnie w podróż przez blisko trzy tysiące mil spustoszonych USA los rzuci Logana. Towarzyszyć mu będzie stary i ślepy łucznik - Hawkeye (nawiązanie do Green Arrow z "Dark Knight Returns" Millera?), zleceniodawca podróży z Zachodniego Wybrzeża w kierunku, w którym musi być jakaś cywilizacja.
Mark Millar dobrze
rozumie realia komiksu o superbohaterach. Potrafi precyzyjnie znaleźć punkty, które można wykorzystać do ponownego określenia się bohaterów - wydawałoby się - znanych na wylot. Nowe spojrzenie, jakie Millar przedstawia w swoich historiach, zapewnia sporą dozę ciekawej rozrywki, nie ograniczającej się tylko do zwykłego porównywania między wizją starą a nową, jak to bywa w niektórych niedoszlifowanych historiach alternatywnych. Choć oczywiście i takie spojrzenie na wypaczoną wersję uniwersum Marvela jest samo w sobie interesujące. Millar zadbał w "Old Man Logan" o sporą ilość zwrotów akcji, zwykle niespodziewanych - choć o to nietrudno, w momencie, w którym udało mu się skreślić świat Marvela do potrzeb swojej historii. Millar dba o to, by nie znudzić Czytelnika zwykłym oglądaniem zdewastowanego krajobrazu i robi to wyjątkowo finezyjnie. Niektórzy narzekali, na starą teatralną prawdę, że strzelba, którą ktoś zawiesił na ścianie w drugim akcie, w ostatnim zawsze wystrzeli. Nie jest to jednak wada historii Millara - jego strzelba wystrzeliła celnie, i ani o moment za wcześnie.
rozumie realia komiksu o superbohaterach. Potrafi precyzyjnie znaleźć punkty, które można wykorzystać do ponownego określenia się bohaterów - wydawałoby się - znanych na wylot. Nowe spojrzenie, jakie Millar przedstawia w swoich historiach, zapewnia sporą dozę ciekawej rozrywki, nie ograniczającej się tylko do zwykłego porównywania między wizją starą a nową, jak to bywa w niektórych niedoszlifowanych historiach alternatywnych. Choć oczywiście i takie spojrzenie na wypaczoną wersję uniwersum Marvela jest samo w sobie interesujące. Millar zadbał w "Old Man Logan" o sporą ilość zwrotów akcji, zwykle niespodziewanych - choć o to nietrudno, w momencie, w którym udało mu się skreślić świat Marvela do potrzeb swojej historii. Millar dba o to, by nie znudzić Czytelnika zwykłym oglądaniem zdewastowanego krajobrazu i robi to wyjątkowo finezyjnie. Niektórzy narzekali, na starą teatralną prawdę, że strzelba, którą ktoś zawiesił na ścianie w drugim akcie, w ostatnim zawsze wystrzeli. Nie jest to jednak wada historii Millara - jego strzelba wystrzeliła celnie, i ani o moment za wcześnie.
Rysunki Steve McNivena wykonane są bez zarzutu. McNiven dynamicznie przedstawia Czytelnikowi perypetie duetu bohaterów w drodze. Jego dobór kadrów dzielnie sekunduje mu w tym zadaniu. Można by powiedzieć, że rysownik płynnie wykonuje także bardziej statyczne ujęcia, i pewnie byłoby to zgodne z prawdą - ale nie w tej historii. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut - gdzie jak gdzie, ale w postapokaliptycznych klimatach trudno o sielskie sceny. Na bezludnym pustkowiu w każdym momencie bohater może stać się uczestnikiem krwawej jatki, z tym czy innym paskudztwem w udziale. W "OML" niemal każdy kadr zdaje się być zwarty i gotowy, wyczekując na moment, w którym scenarzysta pozwoli obrazowi na przejście do akcji. Wspominałem już o tej strzelbie na ścianie, tak?
Ach, warto zaznaczyć, że koloryści zadbali o to, by barwy albumu nie przypominały festyniarskiego stylu, znanego niestety z dużej ilości współczesnych komiksów (jak np. pstrokacizna i dyskotekowe efekty świetlne z "Batman: Hush" wg. Jima Lee i jego zespołu). Nie jest to oczywiście tonacja barw na miarę historii wg. Tima Sale'a, ale wystarcza z nawiązką do ukazania nędzy i rozpaczy pozostałych po minionej epoce świetności.
Trudno mi powiedzieć, czy "OML" zauroczył mnie ze względu na klimat utrzymany w duchu post-atomowej klasyki, czy też za bohatera żywcem wyjętego z "Gran Torino". Jedno jest pewne - to komiks wart przeczytania, szczególnie wart przeczytania na tle wielu "dzikich" nowości wielkich wydawnictw. Czy jest to komiks wybitny, o którym pamiętać się będzie za lat dwadzieścia? Trudno mówić o wybitności w przypadku popularnych obrazowych historyjek, których głównym celem było i będzie zapewnienie rozrywki na niewygórowanym poziomie. Bo to jest komiks. Ale za to nie można powiedzieć, by "OML" dostarczał rozrywki na niskim poziomie. Bo to jest bardzo dobry komiks.
Gombie Zoblin
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















