Drugi sezon netfliksowego Daredevila
to jedna z najbardziej oczekiwanych premier tej wiosny. Czy diabeł z
Hell’s Kitchen zachwycił równie mocno, jak w ubiegłym roku? Jak na
ekranie wypadło jego starcie z Punisherem i jak twórcy poradzili sobie
ze sportretowaniem niełatwej relacji łączącej Matta Murdocka z Elektrą
Natchios? Na te i inne pytania spróbują udzielić odpowiedzi Mateusz
Piesowicz i Jan Sławiński.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 16mm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 16mm. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
piątek, 22 stycznia 2016
Rozmowy na dwie głowy: Luther S04 - zbędny powrót
Przełom starego i nowego roku stał pod znakiem powrotów
współczesnych ikon brytyjskiej telewizji. Sherlock Holmes zagościł na
małym i dużym ekranie w specjalnym odcinku, natomiast John Luther
wrócił, by poprowadzić kolejne śledztwo – jak mu się to udało,
sprawdzają Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz. Uwaga: spoilery!
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Rozmowy na dwie głowy: Daredevil od Netflixa
Na miesiąc przed premierą flagowej marvelowskiej produkcji tego roku, czyli Avengers: Czas Ultrona,
tamtejsze uniwersum powiększyło się o kolejnego bywalca. Nie
sprawdzajcie kalendarzy, nie przegapiliście niczego w kinach – mowa o
serialowym Daredevilu. Wrażeniami z projekcji dzielą się Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz.
środa, 14 stycznia 2015
477 - 16mm - nowy numer i program na YouTube
Na popularnym serwisie YouTube zadebiutował pierwszy odcinek programu W 16. rzędzie tworzonego oczywiście przez członków Milimetrowej redakcji. Jeśli Bóg da i redakcja pozwoli, to postaram się pojawiać w kolejnych odcinkach.
Czy Disney ma coś wspólnego z Pięćdziesięcioma twarzami Greya? Czy gwiazda porno może napisać dobrą powieść? Czy śniegowy bałwan jest zdolny do seksualnego współżycia?
Odpowiedzi na te i inne palące pytania znajdziecie w pierwszym odcinku W 16. rzędzie:
poniedziałek, 8 grudnia 2014
472 - Rozmowy na dwie głowy: Olive Kitteridge
Coraz częściej seriale
telewizyjne zanim trafią na mały ekran, pokazywane są widzom wielkich
festiwali. Miało to już miejsce w Cannes i Sundance, a niedawno
tendencja ta pojawiła się w Wenecji, gdzie swoją premierę miała Olive Kitteridge w reżyserii Lisy Cholodenko. O serialu rozmawiają Mateusz Piesowicz i Jan Sławiński.
piątek, 17 października 2014
458 - Moda w kinie, film i moda
W dzisiejszych czasach nie sposób odciąć
się od mody. Nie tylko w sensie ubioru. Przenika ona każdy aspekt
naszego życia – język (pamiętacie jak kiedyś się mówiło nie rób siary?),
sposób bycia, styl życia; dotyczy starszych i młodszych, nie da się od
niej uciec, nawet jeśli wydaje nam się inaczej. A jeśli się z tym nie
zgadzacie, to koniecznie przypomnijcie sobie scenę z Diabeł ubiera się u Prady (2006, reż. David Frankel), w której Miranda Priestly (Meryl Streep), naczelna magazynu Runway, objaśnia Andrei (Anne Hathaway), że fakt, iż nosi nie niebieski, nie turkusowy, nie w barwie lapis lazuli, a modry sweter, jest wynikiem skomplikowanych mechanizmów, o których nawet nie ma pojęcia.
![]() |
| Powiększenie (1966, reż. Michelangelo Antonioni) |
piątek, 8 sierpnia 2014
438 - Batman: Arkham Origins i garść informacji
Ograłem Batman: Arkham Origins. Choć kocham poprzednie części serii Arkham i z wytęsknieniem czekam na Arkham Knight, tak z kupnem Origins długo się wstrzymywałem.
Wszystko za sprawą sporej ilości bugów, które utrudniają rozgrywkę,
zabierają przyjemność oraz nie pozwalają w pełni skończyć gry (na
szczęście tyczy się to misji pobocznych, główną fabułę można poznać bez
przeszkód). Najbardziej w grach Arkham kocham samego Batmana, to,
że można nim sterować i po prostu CZUĆ się Mrocznym Rycerzem -
nieważne, czy akurat prowadzimy śledztwo, używamy wymyślnych gadżetów,
po cichu, skąpani w cieniu, eliminujemy niczego nieświadomych
przeciwników czy po prostu miażdżymy im kości w otwartym starciu. Jak dla mnie Batman przedstawiony jest w tych grach lepiej niż gdziekolwiek indziej - wiadomo, duży wpływ na to ma samo medium, dzięki któremu zachodzi znacznie większa interakcja między dziełem a odbiorcą niż w przypadku komiksu, animacji czy filmu. W tym aspekcie gra, podobnie jak dwie poprzednie produkcje, jest wyśmienita.
Fabuła jest dobra i zaskakująco prosta - nie jest to jednak wada. Black Mask wyznaczył nagrodę za głowę Nietoperza, którą spróbują strącić mu z karku najlepsi zabójcy na zlecenie - m.in. Bane (który wreszcie wygląda jak należy), Deathstroke (którym możemy pokierować w trybie wyzwań) czy Firefly. Wszystko dzieje się podczas wigilijnej nocy, brudne Gotham, śnieg i muzyka łącząca motywy z Powrotu Batmana Burtona i TDKR Nolana tworzą razem niesamowity klimat. Walki z bossami są wymagające i absorbujące, zdecydowanie lepsze niż w poprzednich częściach. Choć fenomenalny system walki nie zmienił się w porównaniu do Arkham City, to regularne walki na ulicach sprawiały mi o wiele mniej radości niż poprzednio. Mnóstwo smaczków dla komiksiarzy tylko dopełnia bardzo dobrej całości i jedyną rysą na tym niemal nieskazitelnym obrazie są wspomniane wcześniej bugi. Wisienką na torcie jest długość zabawy - po 16 godzinach, przejściu głównej fabuły i kilku misji pobocznych, nawet nie zbliżyłem się do ukończenia 40% gry.
Fabuła jest dobra i zaskakująco prosta - nie jest to jednak wada. Black Mask wyznaczył nagrodę za głowę Nietoperza, którą spróbują strącić mu z karku najlepsi zabójcy na zlecenie - m.in. Bane (który wreszcie wygląda jak należy), Deathstroke (którym możemy pokierować w trybie wyzwań) czy Firefly. Wszystko dzieje się podczas wigilijnej nocy, brudne Gotham, śnieg i muzyka łącząca motywy z Powrotu Batmana Burtona i TDKR Nolana tworzą razem niesamowity klimat. Walki z bossami są wymagające i absorbujące, zdecydowanie lepsze niż w poprzednich częściach. Choć fenomenalny system walki nie zmienił się w porównaniu do Arkham City, to regularne walki na ulicach sprawiały mi o wiele mniej radości niż poprzednio. Mnóstwo smaczków dla komiksiarzy tylko dopełnia bardzo dobrej całości i jedyną rysą na tym niemal nieskazitelnym obrazie są wspomniane wcześniej bugi. Wisienką na torcie jest długość zabawy - po 16 godzinach, przejściu głównej fabuły i kilku misji pobocznych, nawet nie zbliżyłem się do ukończenia 40% gry.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
429 - X-Men: Days of Future Past - dwugłos, który nadszedł
Po bohaterskiej obronie Attyki, powstrzymaniu Zimowego żołnierza i przebujaniu się na pajęczynie, przyszedł czas na podróże w czasie u boku mutantów. Na ekranach kin
gości właśnie kolejny film z serii X-Men, o podtytule Przeszłość, która nadejdzie. Czy przygody Wolverine'a i spółki
utrzymują zaskakująco wysoki w tym roku poziom komiksowych adaptacji?
Rozmawiają Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz.
J(an): Pierwsza
część X-Men z 2000 roku była jedną z
pierwszych poważnych adaptacji komiksowych jakie widziałem. Do dziś pamiętam,
jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie początkowa scena z Wolverinem w klatce i
jak katowałem taśmę na domowym odtwarzaczu VHS oglądając film niemalże w kółko.
Potem przyszedł czas na X-Men 2,
który był filmem jeszcze lepszym, a video znów nie miało chwili wytchnienia. X-Men: Ostatni Bastion był pierwszą
częścią serii, którą zobaczyłem w kinie i... byłem zawiedziony. Podobało się,
ale nie tak, jak w dwóch poprzednich odsłonach, czegoś brakowało, czegoś było
za dużo. Dopiero później, przy powtórnym seansie w zaciszu domowego ogniska,
będąc już bardziej świadomym widzem, Ostatni
Bastion obnażył przede mną wszystkie swe wady. Dlatego cieszę się, że w
przypadku Przeszłości, która nadejdzie
na stanowisko reżysera powrócił Bryan Singer i odkręcił to, co Ratner zepsuł.
M(ateusz): Widzę,
że podzielamy "miłość" do Ostatniego bastionu... Również
pamiętam jak wielkim rozczarowaniem był dla mnie ten film, zwłaszcza, że po nim
powstała jeszcze gorsza X-Men Geneza:
Wolverine i cykl o mutantach wpadł w dołek, z którego wyciągać go musiał
Matthew Vaughn ze swoją świetną Pierwszą klasą. Po tym nowym otwarciu
wydawało się, że seria wróci na właściwe tory, tym bardziej, że ponownie zabrać
miał się za nią Singer. Niepokoiło mnie tylko trochę nazwisko scenarzysty -
Simona Kinberga, który był przecież współodpowiedzialny za skrypt do filmu
Ratnera, a tutaj dostał nie lada trudniejsze zadanie, czyli w jaki sposób
połączyć starą i nową ekipę, z zachowaniem chociaż podstaw logiki. Muszę
przyznać, że wyszło mu to całkiem zgrabnie, choć trochę zastrzeżeń mam...
piątek, 6 czerwca 2014
424 - "16mm": PRZEMOC na papierze
Co wcale nie znaczy, że papierowa.
![]() |
| foto. Dawid H. Groński & Sebastian Łuszczek, mod. Nastazja Ciupa, MUA Nena Nevermore |
Pierwszy od dawna papierowy numer 16mm jest już wydrukowany i od kilku dni można go dostać na terenie Grodu Kraka w trzech miejscach:
- Kampus UJ
- Kino pod Baranami
- Krakowskie centrum kinowe ARS
Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam do poszukiwań i czytania. Zalecam pośpiech, bo wydanie darmowe i w niewielkim nakładzie. Tych z dalszych zakątków świata lub bardziej leniwych zachęcam do odwiedzenia strony internetowej, gdzie również znajdziecie artykuły, które trafiły do wersji drukowanej. Życzę wszystkim miłego obcowania z papierem, a na zachętę pokazuję kilka zdjęć mojego egzemplarza autorskiego, bo sam byłem zaskoczony, jak ładnie wygląda:
poniedziałek, 19 maja 2014
420 - Idzie pająk po drabinie - recenzja The Amazing Spider-Man 2
Z tego, co zauważyłem, widzowie
dzielą się na takich, którzy przedkładają trylogię Sama Raimiego o
Spider-Manie nad filmy Marca Webba o tym bohaterze; tych, którzy wolą
nową odsłonę przygód Człowieka Pająka i takich, którzy w ogóle
Spider-Mana nie oglądają z przyczyn kompletnie mi niejasnych.
Najbardziej mi szkoda ostatnich, zwłaszcza, że nowy film o Pająku
udowadnia, że można stworzyć porządne kino superbohaterskie skierowane
do wszystkich, małych i dużych płci obojga, do kompletnych laików, jak i
zapaleńców wypatrujących każdego komiksowego smaczku.
Webb kontynuuje to, co zaprezentował w części pierwszej, tak pod względem fabuły jak i formy. Oczywiście Niesamowity Spider-Man 2
charakteryzuje się tym, czym charakteryzuje się każdy sequel –
wszystkiego jest więcej. Więcej akcji, więcej humoru, więcej sarnich
oczu Gwen, więcej przeciwników (na zjednoczenie tychże przyjdzie jeszcze
poczekać, nie dajcie się zwieść kampanii reklamowej) i zabawy. Jednak w
natłoku niebezpieczeństw, odkrywania tajemnic z przeszłości i ratowania
miasta przed maniakami z supermocami nie zginęło to, co w dużej mierze
świadczyło o niezwykłości (tytułowej niesamowitości?) pierwszej części: relacje między postaciami wciąż są szeroko eksploatowane.
Oczywiście najlepiej prezentują się te
między Peterem a Gwen. Trudno żeby było inaczej, skoro ekranowa para
jest ze sobą również prywatnie. Garfield i Stone budują niezwykłą
relację, prawdopodobnie najciekawszą i najbardziej prawdziwą w kinie
superbohaterskim. Czuć „to coś” w spojrzeniach, w uśmiechach. Siedzące
obok mnie w kinie dziewczyny raz za razem powtarzały są tacy słodcy! – cóż, trudno się nie zgodzić.
Ogromnie cieszę się, że klockowatego i
płaczliwego Maguire’a zastąpił rzucający żartami przy każdej okazji
Garfield. Widać, że jego Spider-Man wciąż jest niedojrzały i doskonale
bawi się swoimi mocami. Zamiast szybko wyeliminować zagrożenie woli się
pobujać na pajęczynie (co cudownie rejestruje kamera), rzucić sucharem i
podroczyć z przeciwnikiem. Takiego Spider-Mana pamiętam z komiksu,
takiego chcę oglądać na wielkim ekranie. Fajnie, że poza ratowaniem
miasta przed bandziorami, ten Spidey pomoże też gnębionemu w szkole
dzieciakowi. I choć można uważać, że czasami humoru jest zbyt wiele, to
mnie z twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Webb doskonale czuje Pająka i
wie, co w jego postaci jest najważniejsze – moc i odpowiedzialność, ale
bez zabawy się nie obejdzie.
Można filmowi zarzucić, że jest
przeładowany. Mamy tu wątki romansowe, mamy tajemnice z przeszłości,
które wychodzą na jaw, mamy powrót starych znajomych i wprowadzenie
kilku nowych postaci. Jest Electro, jest Goblin, jest Rhino (ten ostatni
przez jakieś cztery minuty). Są nawiązania do komiksów, jest cicha
obietnica czegoś więcej. Obietnica kolejnego wspólnego uniwersum
przeplatających się filmów. Historia jest tak sprawnie prowadzona, że
wcale się tego przeładowania nie czuje (może jedynie w finalnej scenie z
samolotami), a kolejne wydarzenia śledzi z zapartym tchem. Wątki z
poprzedniej odsłony cyklu są rozwijane i niektóre znajdują tu swój kres.
Mieszanka konwencji również bardzo uatrakcyjnia całość, tradycyjna
superbohaterska naparzanka przeplatana miłosnymi perypetiami Gwen i
Petera, scenami pełnymi humoru bądź tajemnic (nieźle prowadzony wątek
rodziców Spider-Mana) sprawia, że film ani na chwilę nie nudzi.
Jednocześnie wszystko jest tak przystępnie opowiedziane, że ewentualny
nadmiar wrażeń wcale nie przeszkadza, a każdy – niezależnie, czy jest
zadeklarowanym fanem komiksowych adaptacji – powinien znaleźć tu coś dla
siebie. To jeden z tych filmów, na który spokojnie można zabrać
dziewczynę, nawet jeśli tego typu filmy ją nudzą – wątki zaczerpnięte z
kina indie powinny sprawić, że i ona będzie zadowolona.
Warto
także zwrócić uwagę na muzykę Hansa Zimmera i jego zespołu towarzyszącą
konfrontacjom Electro ze Spider-Manem. Ciekawe połączenie klasycznych
brzmień, electro i dubstepu doskonale uzupełnia obraz i nadaje mu
dodatkowych znaczeń (delikatnie sugerując schizofrenię).
Spidey w interpretacji Andrew Garfielda
sprawuje się świetnie, każdy kto widział Emmę Stone na ekranie wie, że
trudno oprzeć się jej urokowi. A jak wypadają tym razem przeciwnicy
Pająka? Paul Giamatti, choć ma bardzo skromną rolę, zapada w pamięć
dzięki charakterystycznemu przerysowaniu. DeHaan sprawia wrażenie
podrośniętego dzieciaka, który lubi odrywać owadom kończyny, by zobaczyć
co się stanie. Doskonale wpasował się w rolę młodego Osborna, szkoda,
że nie poświęcono mu więcej miejsca. Jego relacje z Peterem, jak i
przejście na ciemną stronę mocy, mogą wydawać się nieco naciągane
właśnie przez niedostatek czasu ekranowego. Nie można tego samego
powiedzieć o Jamie Foxxie w roli Maxa Dillona aka Electro. Choć można i
jemu zarzucić, że zbyt łatwo poddał się mrocznej części swej natury, to
trzeba pamiętać, że od samego początku był kreowany na postać nie do
końca sprawną psychicznie. Samotny, odrzucony, zafascynowany władzą,
mający obsesję na punkcie Spider-Mana nagle dostaje ogromną moc, której
trudno się oprzeć.
Mógłbym się przyczepić zarówno do mocno
naciąganej genezy Electro (a zwłaszcza przestrzegania przepisów BHP w
OsCorpie), jak i samego wyglądu zaczerpniętego ze świata Ultimate. Wolę
klasyczny żółto-zielony kostium, a niebieski Afroamerykanin latający po
Nowym Jorku wygląda dość komicznie. Szkoda, że wraz z pozyskaniem mocy, w
usta Electro wkładane są pompatyczne teksty zupełnie do niego
niepasujące.
Darzę ogromnym sentymentem trylogię Sama
Raimiego o Spider-Manie, jednak muszę szczerze przyznać, że to wizja
Webba mnie przekonała. Wyważenie między wątkami obyczajowymi, a scenami
akcji, porządna dawka humoru, dobrze rozpisane postaci (a co równie
ważne, świetnie obsadzone!), a przede wszystkim odwaga i konsekwencja w
korzystaniu z komiksowej mitologii Spider-Mana, to w moim odczuciu
ogromne plusy tej produkcji. Na szczęście sceny akcji, które w
zwiastunach wyglądały sztucznie, komputerowo-plastikowo, w kinie i w 3D
prezentują się o wiele lepiej, a Spidey nigdy wcześniej nie bujał się na
pajęczynie tak zgrabnie i efektownie. Dużo frajdy sprawiło mi szukanie
smaczków, nawiązań do komiksów (warto zwrócić uwagę na stroje Gwen i
godzinę, o której rozgrywa się finałowa batalia) oraz tropów
prowadzących do budowania wspólnego Pajęczego Uniwersum. Czekam na część
trzecią, jak i oba spin-offy, które zapowiadają się co najmniej
ekscytująco.
Recenzja została napisana dla magazynu "16mm" i tam pierwotnie opublikowana.
Tekst ukazał się również na portalu Filmweb.
Tekst ukazał się również na portalu Filmweb.
piątek, 25 kwietnia 2014
Rozmowy na dwie głowy: "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz"
W kinach gości właśnie najnowszy,
dziewiąty już film Marvel Studios wchodzący w skład budowanego od kilku
lat wspólnego filmowego Uniwersum. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz przynosi
nam zmianę klimatu znanego z poprzednich produkcji oraz nieco mniej
humoru. O tych zmianach, decyzjach obsadowych, fabularnych inspiracjach i
samym filmie rozmawiają Mateusz Piesowicz i Jan Sławiński.
M(ateusz): Zimowy żołnierz to już trzecia produkcja zaliczająca się do tzw. Drugiej Fazy filmowego Uniwersum Marvela. Dwie poprzednie, tj. Iron Man 3 i Thor: Mroczny świat zebrały ogólnie pozytywne recenzje, tym samym zawieszając sequelowi Kapitana
dosyć wysoko poprzeczkę. Nie ukrywam, że ja miałem pewne obawy przed
tym filmem, wynikające głównie z osób reżyserów – braci Russo, ale
okazały się one niepotrzebne. Jak było u Ciebie?
J(an): Marvel Studios ma
specyficzny talent do dobierania współpracowników. Choć nazwisko braci
Russo niewiele mi mówiło, miałem nadzieję, że i tym razem – podobnie jak
chociażby przy wyborze Alana Taylora – szefowie studia dokonają
właściwego wyboru, dając możliwość wykazania się artystom związanym
wcześniej głównie z formatem telewizyjnym. Po raz kolejny Marvel
postawił na mniej znane nazwiska i opłaciło mu się to chyba nawet
bardziej niż zwykle.
M: Moje wątpliwości wynikały stąd, że braci Russo kojarzyłem do tej pory z niezbyt lotnymi komediami w stylu Witajcie w Collinwood
i obawiałem się, że zatrudnienie ich może być przejawem próby
„rozluźnienia” wizerunku Kapitana Ameryki. Na szczęście film poszedł w
zupełnie innym kierunku, a sami bracia podpisali już kontrakt na
realizację jego kontynuacji (nie licząc sprawującego pieczę nad całym
Uniwersum Jossa Whedona, tylko Jon Favreau miał możliwość
wyreżyserowania dwóch filmów). Ale dość o nich – tak się zachwycamy Zimowym żołnierzem, a tymczasem nie padły jeszcze żadne konkrety. Co właściwie zrobiło na Tobie największe wrażenie?
J: Trudno powiedzieć, co konkretnie podobało mi się najbardziej, bo Zimowy żołnierz
to dla mnie zbiór kilku świetnych elementów, które składają się na
doskonałą całość. Na pewno poważniejszy niż we wszystkich poprzednich
filmach studia klimat to niewątpliwy plus. Dostajemy poważną historię
szpiegowską, gdzie ubrani w pstrokate kostiumy herosi schodzą tak
naprawdę na dalszy plan. Intryga trzyma w napięciu, sceny akcji są
zrealizowane na najwyższym poziomie i ogląda się je z otwartymi ustami.
Wielkie brawa dla twórców, że postanowili pokazać walki wręcz w starym
stylu – stawiając na długie ujęcia i choreograficzną precyzję zamiast na
dynamiczne cięcia i szaloną pracę kamery. Duże piwo należy się również
decydentom Marvela za to, że wybrali na materiał źródłowy pierwszy story
arc z genialnego runu Eda Brubakera i udało im się przenieść go na
ekran z szacunkiem i wyczuciem. Kiedy Zimowy żołnierz pojawił się na
ekranie, autentycznie przeszły mnie ciary, coś świetnego!
M: Zgadzam się, komiks Brubakera
należy do moich ulubionych, przez co śledzenie w jaki sposób dopasowano
go do prawideł rządzących filmowym Uniwersum przysporzyło mi sporo
dodatkowej przyjemności. Jednak największą pozytywną niespodzianką była
dla mnie fabuła. Muszę przyznać, że pod tym względem Zimowy żołnierz
bije wszystkie poprzednie marvelowskie produkcje na głowę. Spodziewałem
się dość luźnej historii rozwijającej wątek niedopasowania Kapitana do
współczesnych czasów, a tymczasem dostałem intrygę zakrojoną na tak
szeroką skalę, jakiej jeszcze Uniwersum nie widziało. Powiedzieć, że
wywraca ona fundamenty świata przedstawionego do góry nogami, to nic nie
powiedzieć. Dlatego też, w przeciwieństwie do ciebie, potrafię wymienić
co podobało mi się najbardziej – scenariusz, scenariusz i jeszcze raz
scenariusz! Do tego dodać należy to, o czym wspominałeś, czyli świetny
klimat przywodzący na myśl polityczne thrillery z lat 70., na czele z
klasykami gatunku autorstwa Alana J. Pakuli i Sydneya Pollacka. Twórcy
zresztą nawiązali do nich zupełnie świadomie, o czym świadczy udział
Roberta Redforda. Atmosfera osaczenia, nieufności, wszechobecnej
podejrzliwości – mi się to podejście typu „ściany mają uszy” bardzo
spodobało. Cieszy, że Uniwersum rozwija się tak wszechstronnie, unikając
prostego zaszufladkowania jako kina o superbohaterach.
J: Zgadza się, wszystko wydaje
się być na swoim miejscu w opowiadanej historii, nie ma miejsca na
choćby jedno ziewnięcie. Cała fabuła bardzo mocno zakorzeniona jest
również w filmowym Uniwersum i aż pęka od nawiązań. Poczynając od
najbardziej oczywistych (jak wymienienie z nazwy zakutego w zbroję
miliardera), po te dla widzów bardziej wtajemniczonych – rzucone
mimochodem nazwisko jednego z bohaterów, który nie miał jeszcze okazji
zadebiutować na wielkim ekranie czy oczywiste inspiracje nie tylko Zimowym żołnierzem Brubakera, ale i chociażby pierwszą serią Ultimates
pisaną przez Marka Millara. Jestem ogromnie ciekaw, w jakim kierunku
pójdą twórcy w następnych filmach z Uniwersum, wszak kontynuowanie
ekranizacji zarówno runu Brubakera w trzecim Kapitanie, jak i kolejne inspiracje Ultimates w Avengers: Age of Ultron, wydają się być świetnym pomysłem.
M: To prawda, fani Marvela będą w
pełni usatysfakcjonowani ilością odwołań do poprzednich i zapowiedzi
przyszłych tytułów. Z drugiej strony, zastanawiam się czy Uniwersum nie
doszło już do tego momentu, gdy staje się powoli rozrywką dla tych, jak
powiedziałeś, „bardziej wtajemniczonych widzów”. Próbowałem wyobrazić
sobie, jak czułbym się na seansie bez znajomości poprzednich filmów,
mając w głowie ledwie lekki zarys całej historii i wydaje mi się, że
słowo „niekomfortowo” pasuje tu jak ulał. Oczywiście fabułę da się
śledzić bez większych problemów, jednak odnoszę wrażenie, że wypełniono
ją taką ilością nawiązań i aluzji, że bez ich rozumienia traci się około
40% przyjemności z odbioru. Może to jeszcze za wcześnie, żeby mówić, że
niezaznajomieni z Uniwersum nie mają tu czego szukać, ale nie masz
wrażenia, że podąża to trochę w tym kierunku?
J: Wydaje mi się, że podążanie w
kierunku, o którym mówisz jest nieuniknione. To naturalna droga ewolucji
filmowego Uniwersum. Od pierwszego Iron Mana i Hulka,
które – gdyby nie sceny po napisach i subtelne easter eggs – były niemal
autonomicznymi produkcjami, wiele się zmieniło. Sądzę, że Marvel
Studios wychowało sobie pokaźną liczbę widzów zaangażowanych w śledzenie
wszystkich elementów, które tworzą wspólne filmowe Uniwersum. O to
chyba przecież chodziło, by zainteresować odbiorców jak największą
liczbą produkcji. Jest tak jak piszesz – na razie nawet widzowie
nieznający poprzednich filmów studia powinni się na Zimowym żołnierzu
bawić przynajmniej dobrze, chłonąc widowisko na podstawowym poziomie.
Jednak myślę, że będzie to stopniowo ewoluowało, ale i samych
„niewtajemniczonych widzów” będzie coraz mniej. Pożyjemy, zobaczymy, jak
na razie filmowe Uniwersum rozrasta się bardzo dynamicznie. Niezależnie
od tego, co można mówić o poszczególnych produkcjach, czy nam się
podobają czy nie, to wszystko wydaje się mieć ręce i nogi, a ilość
nawiązań – choć z filmu na film coraz większa – nie przeszkadza czerpać
zwykłej przyjemności z obcowania z kinem popularnym na naprawdę wysokim
poziomie.
M: Wydaje się więc, że dopóki
jakość kolejnych produkcji będzie stale rosnąć, to Marvel nie ma się co
martwić o spadek zainteresowania. Wróćmy jednak do Zimowego żołnierza.
Mówiliśmy o scenariuszu, ale nawet najlepsza historia na niewiele by
się zdała, gdyby w parze z nią nie poszli interesujący bohaterowie.
Kapitan Ameryka „cieszy się” łatką najmniej ciekawej postaci z filmowego
Uniwersum – harcerzyka, który świat postrzega w czarno-białych barwach i
kieruje się zasadami, które z użycia wyszły pół wieku wcześniej. Tak
przynajmniej pokazano nam go w pierwszym filmie. W Avengers
próbowano już ten stereotyp trochę nagiąć, a Kapitanowi otworzyć oczy na
to, że reguły walki uległy sporej zmianie od czasów II wojny światowej.
Tym razem twórcy wykonali kolejny krok naprzód, znacznie rozbudowując
tylko lekko poruszony u Whedona wątek przystosowania bohatera do nowej
rzeczywistości (w internecie karierę robi już jego lista rzeczy do
nadrobienia z ostatnich 50 lat), ale też urządzili mu niezłą karuzelę
emocjonalną. Kapitan na własnej skórze przekonuje się, że wyraźny
podział na dobro i zło nie ma już zastosowania, a kwestie moralne to
sprawa co najmniej dyskusyjna. Myślę, że takie podejście do tematu to
strzał w dziesiątkę – nie tylko „odbrązawia” to samego bohatera, nadając
mu nieco swojskich cech, ale też prowadzi film w zaskakującym kierunku.
Tak szczerze, z ręką na sercu: spodziewałeś się, że akurat w Zimowym żołnierzu problemy osobowościowe odegrają tak istotną rolę?
J: Nie spodziewałem się i jestem
rad, że twórcy nie poszli na łatwiznę prezentując nam Kapitana „Ojej, co
to jest? Za moich czasów tego nie było…” Amerykę, a psychologicznie
pogłębili postać, stawiając przed nią niełatwe pytania. Zresztą podobnie
było w Brubakerowskim pierwowzorze, tam też Kapitan był zagubiony i
bardziej ludzki niż zwykle, niezachwiane wartości i przekonania odeszły
na dalszy plan, zastąpione przez nadzwyczajną w wykonaniu tego bohatera
brutalność. I choć Kap w filmie nie zatraca się w owej brutalności, to
nie można powiedzieć by się z kimkolwiek patyczkował. Podoba mi się
również, jak świetny duet tworzą Kapitan i Falcon, nie spodziewałem się,
że będzie się oglądało ich równie dobrze, a czuć, że obaj panowie
doskonale się w swoim towarzystwie bawią. Jak już jesteśmy przy
decyzjach obsadowych i pogłębianiu charakterów, trudno nie wspomnieć o
Czarnej Wdowie. Jeszcze nigdy w tej roli Johansson nie była równie
przekonująca, dopiero tutaj wyrasta na pełnoprawną bohaterkę. W drugim Iron Manie była ładnym elementem tła, w Avengersach
wydawała się zupełnie zbędna przy reszcie superherosów i dopiero tutaj
wydaje się być na swoim miejscu. Jeśli solowy film ze Scarlett w roli
głównej byłby utrzymany w podobnej konwencji gatunkowej, co drugi Kapitan, to z chęcią wybrałbym się do kina nawet jutro.
M: Świetnie, że wyciągnąłeś temat
Falcona, bo ja mam zupełnie odmienne zdanie co do tej postaci – według
mnie to jedyny bohater, który jest filmowi zbędny. Rozumiem, że pojawił
się w komiksie, co uzasadnia jego obecność, ale… szczerze powiedziawszy
to nie dostrzegam innych zalet tego rozwiązania. Miałem wrażenie, że
głównym (jedynym?) celem wprowadzenia go na ekran była konieczność
posiadania w historii bohatera, który potrafi latać, co otworzyło drogę
specom od efektów specjalnych, by wykazali się kunsztem w tworzeniu
sekwencji powietrznych (swoją drogą szalenie efektownych). Poza tym
jednak niewiele wnosi do samej historii, a i jego dialogi z Kapitanem
wydały mi się wyjątkowo „drewniane”, ale może się czepiam. Nie mam
natomiast takich wątpliwości przy Nicku Furym. Bardzo się cieszę, że
twórcy pozwolili mu w końcu odkleić się od konsoli, zza której wydawał
rozkazy i wziąć udział w jakiejś konkretnej akcji. Samuel L. Jackson do
tej pory tylko się w tej roli marnował, więc duży plus za to. Ciekawi
mnie jeszcze co sądzisz o czarnym charakterze, czyli tytułowym Zimowym
żołnierzu? Bo spotkałem się z opinią, że w jego osobie Uniwersum doczeka
się wreszcie kolejnego po Lokim, pełnokrwistego „bad guy’a”. Wydaje mi
się, że to jednak zupełnie inny typ postaci i zestawianie ich ze sobą to
spore nadużycie, ale nie ulega wątpliwości, że to pierwszy od dawna
antagonista, który zostaje w pamięci po seansie.
J: Zgadzam się – porównywanie
Winter Soldiera do Lokiego mija się z celem, bo to zupełnie inne
postaci. Jak pisałem wyżej – pierwsze pojawienie się bohatera na ekranie
wywołało u mnie ciary, a to znaczy wiele. Nie inaczej było w dalszej
części filmu, Sebastian Stan każdą swoją sceną kradnie show. Wreszcie
Kapitan dostaje przeciwnika, który dorównuje mu, a może nawet i
przewyższa fizycznie, dzięki czemu sceny potyczek obu bohaterów są
niezwykle widowiskowe, a ich wynik nie jest z góry przesądzony. Dużo
bardziej ciekawi mnie natomiast inna kwestia – czy filmowcy pójdą tą
samą drogą rozwoju postaci, co komiksiarze (fani z pewnością wiedzą, co
mam na myśli)? Zważywszy na fakt, że Stan podpisał umowę aż na dziewięć
filmów, twórcy zdają się mieć konkretny pomysł na jego bohatera…
M: Zostaje jeszcze kwestia tego,
co stało się już swego rodzaju wyznacznikiem filmowego Uniwersum, czyli
sceny po napisach. Nie wiem jak Ty, ale ja byłem absolutnie zachwycony, a
czekanie na Avengers: Age of Ultron jawi mi się teraz jako udręka…
J: Co tu dużo mówić: jaram się. I
na tym możemy chyba powoli kończyć, dzięki za miłą rozmowę, mam
nadzieję, że Czytelnicy znajdą ją równie przyjemną. Nie pozostaje nic
innego, jak czekać na nowe odcinki Agentów T.A.R.C.Z.Y., które po drugim Kapitanie nie powinny być już nigdy takie jak wcześniej i kolejne filmy z Uniwersum – Strażnicy Galaktyki zapowiadają się co najmniej bosko!
M: Dzięki wielkie!
Dwugłos został napisany dla magazynu "16mm" i tam pierwotnie opublikowany.
Mateusz Piesowicz - student filmoznawstwa. Oddany wielbiciel (pop)kultury ze znaczkiem ‚Made
in USA’. Twierdzi, że blockbusterom się nie odmawia. Chyba, że na rzecz
seriali.
Inne teksty o Marvel Cinematic Universe:
piątek, 18 kwietnia 2014
413 - Nuda, nic się nie dzieje.
Nuda.
Zwykle waloryzuje się ją negatywnie, niechętnie widzi się gdy występuje
ona w jednym zdaniu ze słowem „film”. A przecież nuda to bliska
przyjaciółka kina i trzeba to w końcu powiedzieć głośno. Poza filmami,
które są w jednoznaczny sposób nudne (i na ogół złe), nieraz
natknęliście się z pewnością na filmy nudne przyjemnie, rozleniwiająco,
albo wielkie arcydzieła tak nadęte, że, a jakże inaczej, też nudne. Ale
przecież nuda może być twórcza. Ileż scenariuszy napisano z nudy? Iluż
ludzi – z nudy – zostało aktorami i reżyserami? Kino wreszcie powinno
podać nudzie rękę. I chyba nawet już nieśmiało ją wyciąga, o czym
świadczyć może rosnąca popularność slow cinema.
Za wstępniakiem zapraszam do czytania nowego numeru 16mm.
niedziela, 23 marca 2014
407 - Spartan nie ma - recenzja "300: Początek imperium"
300: Początek imperium to sequel 300
z 2006 roku, który nie jest do końca sequelem i adaptacja komiksu,
która wcale nie jest adaptacją. Akcja filmu zaczyna się dziesięć lat
przed bitwą pod Termopilami przedstawioną u Snydera. Największa zaś jego
część rozgrywa się równolegle z tamtymi wydarzeniami i dopiero
efektowna końcówka dopisuje epilog historii. Jeśli zaś chodzi o komiks Franka Millera, którego film jest rzekomą adaptacją, to warto zaznaczyć, że Xerxes, bo taki miała nosić tytuł kontynuacja 300 Spartan, nigdy nie powstał. Z pięcioczęściowej historii zostały narysowane zaledwie dwa, zresztą niewydane, zeszyty. Praca przy Sin City: A Dame to Die For skutecznie odciągnęła Millera od rysowania.
Nic jednak nie było w stanie
przeszkodzić Hollywoodzkim włodarzom w stworzeniu filmowej „adaptacji”
nieistniejącego komiksu. Po wycofaniu się Zacka Snydera z reżyserii – na
rzecz budowania wspólnego filmowego uniwersum DC Comics – na jego
miejsce trafił nieopierzony Noam Murro. W roli scenarzysty powrócił Kurt
Johnstad wspomagany przez samego Snydera, który tym razem zasiadł
również na stołku producenta. Gdyby nie napisy końcowe, zmiana reżysera,
operatora oraz reszty ekipy mogłaby umknąć uwadze widza – Murro z
Simonem Dugganem, autorem zdjęć, doskonale kontynuują rozbuchaną
estetykę znaną z wcześniejszego filmu.
Tym razem fabularnym pretekstem do
efektownej bijatyki jest historia Temistoklesa, który zabijając Dariusza
sprowadził na swoją głowę (i całą Grecję) gniew jego syna – Xerxesa.
Obserwujemy przemianę tego ostatniego w złotego boga zemsty oraz próby
zjednoczenia Grecji przez Ateńczyka w obliczu nadciągającego zagrożenia.
Następnie jesteśmy świadkami, jak pycha sprowadza na Leonidasa i jego
Spartan zagładę (na szczęście cytaty z poprzedniej części nie są ani
nachalne, ani zbyt częste), a Temistokles przewodząc grecką flotą stawia
czoła tysiącom perskich okrętów pod rozkazami Artemizji.
Przeniesienie akcji na pełne morze
pozwoliło ekspertom od efektów wizualnych na stworzenie niczym
nieograniczonego widowiska. Widz może dać odpocząć swoim szarym
komórkom, skupiając się wyłącznie na akcji. Ta zaś jest urozmaicona,
nieprawdopodobna oraz spektakularna: obok morskich batalii statków mamy
cudowne walki wręcz, a stosowane bez umiaru slow motion dodaje
wszystkiemu smaku. Oczywiście nie każdemu będzie odpowiadała taka
stylistyka, gdzie przemowy są pompatyczne, muzyka podniosła, zabójstwa
dokonywane w sposób, co najmniej, widowiskowy, a krew bryzga na prawo i
lewo w zwolnionym tempie. Gdzie każdy mężczyzna jest istną maszyną do
zabijania, nie męczy się, nie czuje bólu, a strach jest mu obcy.
Przerysowanie i wyolbrzymienie stają się tu głównymi środkami wyrazu.
Wizualnie Początek imperium kontynuuje stylistykę filmu Snydera i
pod tym względem oba widowiska tworzą spójną całość doskonale się
uzupełniając i przeplatając fabularnie.
Niestety brak Gerarda Butlera w roli
głównej jest odczuwalny. Sullivan Stapleton jako protagonista wypada
niemrawo przy swoim poprzedniku. Brak mu charyzmy, a odgrywanej przez
niego postaci brakuje głębi, przekonującej historii, które zapewniłyby
mu sympatię widza. Z drugiej strony w swojej niezbyt rozwiniętej roli
sprawdza się całkiem nieźle, wygłaszając podtrzymujące na duchu przemowy
i przede wszystkim prezentując nienaganną sylwetkę. Najlepiej z całej
obsady wypada Eva Green, nic zresztą dziwnego, skoro – jak się wydaje –
to właśnie jej scenarzyści poświęcili najwięcej uwagi. Doskonale
prezentuje się w bojowych sukniach, jak i bez nich (zwłaszcza w 3D).
Twarda, doświadczona przez życie, bezwzględna, wyrachowana i kusząca
jednocześnie, może niezbyt oryginalna, ale przekonująca: Pani Zemsta.
Przyznam szczerze, że na filmie Noama Murro bawiłem się bardzo dobrze. 300: Początek imperium dało
mi dokładnie to, czego oczekiwałem – bezpretensjonalną rozrywkę
zrealizowaną na wysokim poziomie. I choć film można by streścić w dwóch
słowach (Biją się!), a po zrezygnowaniu z efektu slow motion dzieło
byłoby krótsze prawdopodobnie o połowę, to ewentualne fabularne braki w
pełni wynagradza mi wizualne rozbuchanie, choreograficzna precyzja i
efekty specjalne najwyższej klasy, które w połączeniu z konsekwentnie
stosowaną estetyką komiksową (w tym wypadku jest to wyrażenie
uzasadnione) całkowicie mnie przekonały. Otwarte zakończenie każe
przypuszczać, że jeśli tylko film zarobi wystarczająco dużo, możemy się
spodziewać kolejnej odsłony przygód roznegliżowanych Greków, którzy z
krzykiem na ustach gromią perską armię. Wszak bitwa u wybrzeży Attyki
(nieopodal wyspy Salaminy, przedstawiona w finale filmu) nie była końcem
konfliktu, a jedynie punktem zwrotnym w wojnie, o której można jeszcze
wiele powiedzieć.
sobota, 15 marca 2014
405 - Porno w "16mm" i drugi blog
Za wstępniakiem:
W tym miesiącu proponujemy Wam odważny
przeskok od kojarzonego z dzieciństwem świata baśni wprost do branży
porno. Czego by bowiem nie powiedzieć o seksie, trzeba przyznać, że od
setek tysięcy lat wciąż w równym stopniu rozpala umysły. Pozwala
sprawować władzę, może złamać karierę (albo pomóc ją zrobić!), być
źródłem rozkoszy, ale i cierpienia, a nawet wpłynąć na losy świata. Nic
więc dziwnego, że człowiek od zawsze usiłował go przedstawić, czy to za
pomocą malarstwa, czy rzeźby. I nie zawsze były to przedstawienia mające
na celu wzbudzenie czysto estetycznego zachwytu! Często ich główną
funkcją było po prostu wywołanie u widza podniecenia.
Zupełnie nowe możliwości przed pornografią otworzyła fotografia – oto człowiek mógł w końcu przyjrzeć się rejestracji,
dokumentalnemu zapisowi cudzego ciała, a mało tego, mógł też nosić je
zawsze przy sobie, bądź ukryć na dnie szafy. Jednak bez wątpienia, to
filmowi należy się w tej kwestii miano rewolucjonisty – utrwalone na
taśmie ciała nie tylko ożyły, ale niedługo potem także przemówiły.
Jak co miesiąc żarliwie zapraszam do czytania. Tym razem obrodziło w artykuły, jest z czego wybierać! W dziale "recenzje" znajdziecie mój tekst o drugiej odsłonie 300.
Jeśli zaś chodzi o drugi blog, to powstał na potrzeby zajęć z Teorii Telewizji i będę go prowadził z Natalią i Michałem. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić i uda się opublikować coś wartościowego. Nowe teksty w poniedziałki.
Na sam koniec pierwsze zdjęcia Johna Constantine z serialowego Hellblazera. To może być jedna z najlepszych rzeczy na świecie. Jaram się niemożebnie!
poniedziałek, 17 lutego 2014
399 - Premiera baśniowego numeru "16mm"
Czternastego lutego ukazał się kolejny numer magazynu filmowego 16 mm. Tym razem tematem głównym zostały baśnie. Napisałem kilka słów na temat sięgania do klasycznych opowieści i dostosowywania ich do współczesnych wymogów kina akcji, nie obyło się więc bez kilku słów o Lidze Niezwykłych Dżentelmenów, Van Helsingu Stephena Sommersa i Lincolnie naparzającym wampiry. Wszystkim komiksowym czytelnikom tego blogu polecam zaś tekst Wojciecha Nowaka traktujący między innymi o kanonicznej grze The Wolf Among Us, która rozszerza komiksowe uniwersum Baśni Willighama. Na deser zostają paski komiksowe oraz mnóstwo innych ciekawych tekstów o filmach oscarowych, kinie azjatyckim, animacjach i serialach. Dużo czytania, zapraszam serdecznie.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
394 - Zaufany Recenzent portalu Filmweb i debiut w 16 milimetrach
Małymi kroczkami do przodu.
Piętnastego stycznia ukazał się nowy numer magazynu filmowego 16 milimetrów. Tematem przewodnim numeru jest konsumpcjonizm, lecz fani kolorowych zeszytów powinni również znaleźć w nim coś dla siebie. W magazynie znalazło się miejsce dla kilku pasków komiksowych, artykułu o Agentach S.H.I.E.L.D. (o których ja, nazbyt entuzjastycznie, pisałem tutaj) oraz mojego tekstu o telewizyjnych wcieleniach Batmana. Przyznam szczerze, że choć debiut w nowym miejscu cieszy jak zawsze, to z tekstu nie jestem do końca zadowolony. Powstawał, gdy deadline był zdecydowanie za blisko, a finalnie został skrócony o 1/3, więc wszystkie ładne zdania i ciekawostki wyleciały, za to jednak mogę winić tylko siebie. Mimo to zapraszam do zapoznania się z całym numerem.
Redakcja portalu Filmweb postanowiła wyróżnić mnie znakiem Zaufanego Recenzenta. A to dlatego, że moje recenzje, cytuję: wyróżniają się pod względem dobrego warsztatu pisarskiego, treści merytorycznej, a także cieszą uznaniem społeczności. Tak naprawdę nie ma się czym podniecać, poza szacunkiem na dzielni (ze wszystkich piszących użytkowników wybrano 23 osoby), owo wyróżnienie niewiele mi daje. Od teraz moje teksty nie czekają w kolejce na weryfikację, tylko zostają opublikowane automatycznie po zapisaniu. Nie narzekam, bo czerwone pióro na profilu wygląda kozacko!
A tak poza tym to nie byłem na rozdaniu Złotych Kurczaków bo SESJA. Pojadę za rok, na Kurczaki i do Angoulême!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















