> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 16mm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 16mm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Rozmowy na dwie głowy: Diabeł przy moim stole - Daredevil sezon 2

Drugi sezon netfliksowego Daredevila to jedna z najbardziej oczekiwanych premier tej wiosny. Czy diabeł z Hell’s Kitchen zachwycił równie mocno, jak w ubiegłym roku? Jak na ekranie wypadło jego starcie z Punisherem i jak twórcy poradzili sobie ze sportretowaniem niełatwej relacji łączącej Matta Murdocka z Elektrą Natchios? Na te i inne pytania spróbują udzielić odpowiedzi Mateusz Piesowicz i Jan Sławiński.


piątek, 22 stycznia 2016

Rozmowy na dwie głowy: Luther S04 - zbędny powrót

Przełom starego i nowego roku stał pod znakiem powrotów współczesnych ikon brytyjskiej telewizji. Sherlock Holmes zagościł na małym i dużym ekranie w specjalnym odcinku, natomiast John Luther wrócił, by poprowadzić kolejne śledztwo – jak mu się to udało, sprawdzają Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz. Uwaga: spoilery!


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozmowy na dwie głowy: Daredevil od Netflixa

Na miesiąc przed premierą flagowej marvelowskiej produkcji tego roku, czyli Avengers: Czas Ultrona, tamtejsze uniwersum powiększyło się o kolejnego bywalca. Nie sprawdzajcie kalendarzy, nie przegapiliście niczego w kinach – mowa o serialowym Daredevilu. Wrażeniami z projekcji dzielą się Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz.



środa, 14 stycznia 2015

477 - 16mm - nowy numer i program na YouTube

Na popularnym serwisie YouTube zadebiutował pierwszy odcinek programu W 16. rzędzie tworzonego oczywiście przez członków Milimetrowej redakcji. Jeśli Bóg da i redakcja pozwoli, to postaram się pojawiać w kolejnych odcinkach.

Czy Disney ma coś wspólnego z Pięćdziesięcioma twarzami Greya? Czy gwiazda porno może napisać dobrą powieść? Czy śniegowy bałwan jest zdolny do seksualnego współżycia?

Odpowiedzi na te i inne palące pytania znajdziecie w pierwszym odcinku W 16. rzędzie:


poniedziałek, 8 grudnia 2014

472 - Rozmowy na dwie głowy: Olive Kitteridge

Coraz częściej seriale telewizyjne zanim trafią na mały ekran, pokazywane są widzom wielkich festiwali. Miało to już miejsce w Cannes i Sundance, a niedawno tendencja ta pojawiła się w Wenecji, gdzie swoją premierę miała Olive Kitteridge w reżyserii Lisy Cholodenko. O serialu rozmawiają Mateusz Piesowicz i Jan Sławiński.



piątek, 17 października 2014

458 - Moda w kinie, film i moda

W dzisiejszych czasach nie sposób odciąć się od mody. Nie tylko w sensie ubioru. Przenika ona każdy aspekt naszego życia – język (pamiętacie jak kiedyś się mówiło nie rób siary?), sposób bycia, styl życia; dotyczy starszych i młodszych, nie da się od niej uciec, nawet jeśli wydaje nam się inaczej. A jeśli się z tym nie zgadzacie, to koniecznie przypomnijcie sobie scenę z Diabeł ubiera się u Prady (2006, reż. David Frankel), w której Miranda Priestly (Meryl Streep), naczelna magazynu Runway, objaśnia Andrei (Anne Hathaway), że fakt, iż nosi nie niebieski, nie turkusowy, nie w barwie lapis lazuli, a modry sweter, jest wynikiem skomplikowanych mechanizmów, o których nawet nie ma pojęcia.

Powiększenie (1966, reż. Michelangelo Antonioni)
 

piątek, 8 sierpnia 2014

438 - Batman: Arkham Origins i garść informacji

Ograłem Batman: Arkham Origins. Choć kocham poprzednie części serii Arkham i z wytęsknieniem czekam na Arkham Knight, tak z kupnem Origins długo się wstrzymywałem. Wszystko za sprawą sporej ilości bugów, które utrudniają rozgrywkę, zabierają przyjemność oraz nie pozwalają w pełni skończyć gry (na szczęście tyczy się to misji pobocznych, główną fabułę można poznać bez przeszkód). Najbardziej w grach Arkham kocham samego Batmana, to, że można nim sterować i po prostu CZUĆ się Mrocznym Rycerzem - nieważne, czy akurat prowadzimy śledztwo, używamy wymyślnych gadżetów, po cichu, skąpani w cieniu, eliminujemy niczego nieświadomych przeciwników czy po prostu miażdżymy im kości w otwartym starciu. Jak dla mnie Batman przedstawiony jest w tych grach lepiej niż gdziekolwiek indziej - wiadomo, duży wpływ na to ma samo medium, dzięki któremu zachodzi znacznie większa interakcja między dziełem a odbiorcą niż w przypadku komiksu, animacji czy filmu. W tym aspekcie gra, podobnie jak dwie poprzednie produkcje, jest wyśmienita.


Fabuła jest dobra i zaskakująco prosta - nie jest to jednak wada. Black Mask wyznaczył nagrodę za głowę Nietoperza, którą spróbują strącić mu z karku najlepsi zabójcy na zlecenie - m.in. Bane (który wreszcie wygląda jak należy), Deathstroke (którym możemy pokierować w trybie wyzwań) czy Firefly. Wszystko dzieje się podczas wigilijnej nocy, brudne Gotham, śnieg i muzyka łącząca motywy z Powrotu Batmana Burtona i TDKR Nolana tworzą razem niesamowity klimat. Walki z bossami są wymagające i absorbujące, zdecydowanie lepsze niż w poprzednich częściach. Choć fenomenalny system walki nie zmienił się w porównaniu do Arkham City, to regularne walki na ulicach sprawiały mi o wiele mniej radości niż poprzednio. Mnóstwo smaczków dla komiksiarzy tylko dopełnia bardzo dobrej całości i jedyną rysą na tym niemal nieskazitelnym obrazie są wspomniane wcześniej bugi. Wisienką na torcie jest długość zabawy - po 16 godzinach, przejściu głównej fabuły i kilku misji pobocznych, nawet nie zbliżyłem się do ukończenia 40% gry.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

429 - X-Men: Days of Future Past - dwugłos, który nadszedł

Po bohaterskiej obronie Attyki, powstrzymaniu Zimowego żołnierza i przebujaniu się na pajęczynie, przyszedł czas na podróże w czasie u boku mutantów. Na ekranach kin gości właśnie kolejny film z serii X-Men, o podtytule Przeszłość, która nadejdzie. Czy przygody Wolverine'a i spółki utrzymują zaskakująco wysoki w tym roku poziom komiksowych adaptacji? Rozmawiają Jan Sławiński i Mateusz Piesowicz.



J(an): Pierwsza część X-Men z 2000 roku była jedną z pierwszych poważnych adaptacji komiksowych jakie widziałem. Do dziś pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie początkowa scena z Wolverinem w klatce i jak katowałem taśmę na domowym odtwarzaczu VHS oglądając film niemalże w kółko. Potem przyszedł czas na X-Men 2, który był filmem jeszcze lepszym, a video znów nie miało chwili wytchnienia. X-Men: Ostatni Bastion był pierwszą częścią serii, którą zobaczyłem w kinie i... byłem zawiedziony. Podobało się, ale nie tak, jak w dwóch poprzednich odsłonach, czegoś brakowało, czegoś było za dużo. Dopiero później, przy powtórnym seansie w zaciszu domowego ogniska, będąc już bardziej świadomym widzem, Ostatni Bastion obnażył przede mną wszystkie swe wady. Dlatego cieszę się, że w przypadku Przeszłości, która nadejdzie na stanowisko reżysera powrócił Bryan Singer i odkręcił to, co Ratner zepsuł.

M(ateusz): Widzę, że podzielamy "miłość" do Ostatniego bastionu... Również pamiętam jak wielkim rozczarowaniem był dla mnie ten film, zwłaszcza, że po nim powstała jeszcze gorsza X-Men Geneza: Wolverine i cykl o mutantach wpadł w dołek, z którego wyciągać go musiał Matthew Vaughn ze swoją świetną Pierwszą klasą. Po tym nowym otwarciu wydawało się, że seria wróci na właściwe tory, tym bardziej, że ponownie zabrać miał się za nią Singer. Niepokoiło mnie tylko trochę nazwisko scenarzysty - Simona Kinberga, który był przecież współodpowiedzialny za skrypt do filmu Ratnera, a tutaj dostał nie lada trudniejsze zadanie, czyli w jaki sposób połączyć starą i nową ekipę, z zachowaniem chociaż podstaw logiki. Muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem zgrabnie, choć trochę zastrzeżeń mam...

piątek, 6 czerwca 2014

424 - "16mm": PRZEMOC na papierze

Co wcale nie znaczy, że papierowa.

foto. Dawid H. Groński & Sebastian Łuszczek, mod. Nastazja Ciupa, MUA Nena Nevermore

Pierwszy od dawna papierowy numer 16mm jest już wydrukowany i od kilku dni można go dostać na terenie Grodu Kraka w trzech miejscach:
  • Kampus UJ
  • Kino pod Baranami
  • Krakowskie centrum kinowe ARS

Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam do poszukiwań i czytania. Zalecam pośpiech, bo wydanie darmowe i w niewielkim nakładzie. Tych z dalszych zakątków świata lub bardziej leniwych zachęcam do odwiedzenia strony internetowej, gdzie również znajdziecie artykuły, które trafiły do wersji drukowanej. Życzę wszystkim miłego obcowania z papierem, a na zachętę pokazuję kilka zdjęć mojego egzemplarza autorskiego, bo sam byłem zaskoczony, jak ładnie wygląda:

Ładna okładka.

Dobre nasycenie czerni.

Brak pikselozy i błędów w nazwisku.

Całkiem spory format.

Do zobaczenia w kolejnym numerze!

poniedziałek, 19 maja 2014

420 - Idzie pająk po drabinie - recenzja The Amazing Spider-Man 2

Z tego, co zauważyłem, widzowie dzielą się na takich, którzy przedkładają trylogię Sama Raimiego o Spider-Manie nad filmy Marca Webba o tym bohaterze; tych, którzy wolą nową odsłonę przygód Człowieka Pająka i takich, którzy w ogóle Spider-Mana nie oglądają z przyczyn kompletnie mi niejasnych. Najbardziej mi szkoda ostatnich, zwłaszcza, że nowy film o Pająku udowadnia, że można stworzyć porządne kino superbohaterskie skierowane do wszystkich, małych i dużych płci obojga, do kompletnych laików, jak i zapaleńców wypatrujących każdego komiksowego smaczku.


Webb kontynuuje to, co zaprezentował w części pierwszej, tak pod względem fabuły jak i formy. Oczywiście Niesamowity Spider-Man 2 charakteryzuje się tym, czym charakteryzuje się każdy sequel – wszystkiego jest więcej. Więcej akcji, więcej humoru, więcej sarnich oczu Gwen, więcej przeciwników (na zjednoczenie tychże przyjdzie jeszcze poczekać, nie dajcie się zwieść kampanii reklamowej) i zabawy. Jednak w natłoku niebezpieczeństw, odkrywania tajemnic z przeszłości i ratowania miasta przed maniakami z supermocami nie zginęło to, co w dużej mierze świadczyło o niezwykłości (tytułowej niesamowitości?) pierwszej części: relacje między postaciami wciąż są szeroko eksploatowane.

Oczywiście najlepiej prezentują się te między Peterem a Gwen. Trudno żeby było inaczej, skoro ekranowa para jest ze sobą również prywatnie. Garfield i Stone budują niezwykłą relację, prawdopodobnie najciekawszą i najbardziej prawdziwą w kinie superbohaterskim. Czuć „to coś” w spojrzeniach, w uśmiechach. Siedzące obok mnie w kinie dziewczyny raz za razem powtarzały są tacy słodcy! – cóż, trudno się nie zgodzić.

Ogromnie cieszę się, że klockowatego i płaczliwego Maguire’a zastąpił rzucający żartami przy każdej okazji Garfield. Widać, że jego Spider-Man wciąż jest niedojrzały i doskonale bawi się swoimi mocami. Zamiast szybko wyeliminować zagrożenie woli się pobujać na pajęczynie (co cudownie rejestruje kamera), rzucić sucharem i podroczyć z przeciwnikiem. Takiego Spider-Mana pamiętam z komiksu, takiego chcę oglądać na wielkim ekranie. Fajnie, że poza ratowaniem miasta przed bandziorami, ten Spidey pomoże też gnębionemu w szkole dzieciakowi. I choć można uważać, że czasami humoru jest zbyt wiele, to mnie z twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Webb doskonale czuje Pająka i wie, co w jego postaci jest najważniejsze – moc i odpowiedzialność, ale bez zabawy się nie obejdzie.

the-amazing-spider-man-2-andrew-garfield-peter-parker-emma-stone-gwen-stacy

Można filmowi zarzucić, że jest przeładowany. Mamy tu wątki romansowe, mamy tajemnice z przeszłości, które wychodzą na jaw, mamy powrót starych znajomych i wprowadzenie kilku nowych postaci. Jest Electro, jest Goblin, jest Rhino (ten ostatni przez jakieś cztery minuty). Są nawiązania do komiksów, jest cicha obietnica czegoś więcej. Obietnica kolejnego wspólnego uniwersum przeplatających się filmów. Historia jest tak sprawnie prowadzona, że wcale się tego przeładowania nie czuje (może jedynie w finalnej scenie z samolotami), a kolejne wydarzenia śledzi z zapartym tchem. Wątki z poprzedniej odsłony cyklu są rozwijane i niektóre znajdują tu swój kres. Mieszanka konwencji również bardzo uatrakcyjnia całość, tradycyjna superbohaterska naparzanka przeplatana miłosnymi perypetiami Gwen i Petera, scenami pełnymi humoru bądź tajemnic (nieźle prowadzony wątek rodziców Spider-Mana) sprawia, że film ani na chwilę nie nudzi. Jednocześnie wszystko jest tak przystępnie opowiedziane, że ewentualny nadmiar wrażeń wcale nie przeszkadza, a każdy – niezależnie, czy jest zadeklarowanym fanem komiksowych adaptacji – powinien znaleźć tu coś dla siebie. To jeden z tych filmów, na który spokojnie można zabrać dziewczynę, nawet jeśli tego typu filmy ją nudzą – wątki zaczerpnięte z kina indie powinny sprawić, że i ona będzie zadowolona. 

Warto także zwrócić uwagę na muzykę Hansa Zimmera i jego zespołu towarzyszącą konfrontacjom Electro ze Spider-Manem. Ciekawe połączenie klasycznych brzmień, electro i dubstepu doskonale uzupełnia obraz i nadaje mu dodatkowych znaczeń (delikatnie sugerując schizofrenię).

Spidey w interpretacji Andrew Garfielda sprawuje się świetnie, każdy kto widział Emmę Stone na ekranie wie, że trudno oprzeć się jej urokowi. A jak wypadają tym razem przeciwnicy Pająka? Paul Giamatti, choć ma bardzo skromną rolę, zapada w pamięć dzięki charakterystycznemu przerysowaniu. DeHaan sprawia wrażenie podrośniętego dzieciaka, który lubi odrywać owadom kończyny, by zobaczyć co się stanie. Doskonale wpasował się w rolę młodego Osborna, szkoda, że nie poświęcono mu więcej miejsca. Jego relacje z Peterem, jak i przejście na ciemną stronę mocy, mogą wydawać się nieco naciągane właśnie przez niedostatek czasu ekranowego. Nie można tego samego powiedzieć o Jamie Foxxie w roli Maxa Dillona aka Electro. Choć można i jemu zarzucić, że zbyt łatwo poddał się mrocznej części swej natury, to trzeba pamiętać, że od samego początku był kreowany na postać nie do końca sprawną psychicznie. Samotny, odrzucony, zafascynowany władzą, mający obsesję na punkcie Spider-Mana nagle dostaje ogromną moc, której trudno się oprzeć.

the-amazing-spider-man-2-photos-electro

Mógłbym się przyczepić zarówno do mocno naciąganej genezy Electro (a zwłaszcza przestrzegania przepisów BHP w OsCorpie), jak i samego wyglądu zaczerpniętego ze świata Ultimate. Wolę klasyczny żółto-zielony kostium, a niebieski Afroamerykanin latający po Nowym Jorku wygląda dość komicznie. Szkoda, że wraz z pozyskaniem mocy, w usta Electro wkładane są pompatyczne teksty zupełnie do niego niepasujące.

Darzę ogromnym sentymentem trylogię Sama Raimiego o Spider-Manie, jednak muszę szczerze przyznać, że to wizja Webba mnie przekonała. Wyważenie między wątkami obyczajowymi, a scenami akcji, porządna dawka humoru, dobrze rozpisane postaci (a co równie ważne, świetnie obsadzone!), a przede wszystkim odwaga i konsekwencja w korzystaniu z komiksowej mitologii Spider-Mana, to w moim odczuciu ogromne plusy tej produkcji. Na szczęście sceny akcji, które w zwiastunach wyglądały sztucznie, komputerowo-plastikowo, w kinie i w 3D prezentują się o wiele lepiej, a Spidey nigdy wcześniej nie bujał się na pajęczynie tak zgrabnie i efektownie. Dużo frajdy sprawiło mi szukanie smaczków, nawiązań do komiksów (warto zwrócić uwagę na stroje Gwen i godzinę, o której rozgrywa się finałowa batalia) oraz tropów prowadzących do budowania wspólnego Pajęczego Uniwersum. Czekam na część trzecią, jak i oba spin-offy, które zapowiadają się co najmniej ekscytująco.

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozmowy na dwie głowy: "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz"

W kinach gości właśnie najnowszy, dziewiąty już film Marvel Studios wchodzący w skład budowanego od kilku lat wspólnego filmowego Uniwersum. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz przynosi nam zmianę klimatu znanego z poprzednich produkcji oraz nieco mniej humoru. O tych zmianach, decyzjach obsadowych, fabularnych inspiracjach i samym filmie rozmawiają Mateusz Piesowicz i Jan Sławiński.


M(ateusz): Zimowy żołnierz to już trzecia produkcja zaliczająca się do tzw. Drugiej Fazy filmowego Uniwersum Marvela. Dwie poprzednie, tj. Iron Man 3 i Thor: Mroczny świat zebrały ogólnie pozytywne recenzje, tym samym zawieszając sequelowi Kapitana dosyć wysoko poprzeczkę. Nie ukrywam, że ja miałem pewne obawy przed tym filmem, wynikające głównie z osób reżyserów – braci Russo, ale okazały się one niepotrzebne. Jak było u Ciebie?

J(an): Marvel Studios ma specyficzny talent do dobierania współpracowników. Choć nazwisko braci Russo niewiele mi mówiło, miałem nadzieję, że i tym razem – podobnie jak chociażby przy wyborze Alana Taylora – szefowie studia dokonają właściwego wyboru, dając możliwość wykazania się artystom związanym wcześniej głównie z formatem telewizyjnym. Po raz kolejny Marvel postawił na mniej znane nazwiska i opłaciło mu się to chyba nawet bardziej niż zwykle.

M: Moje wątpliwości wynikały stąd, że braci Russo kojarzyłem do tej pory z niezbyt lotnymi komediami w stylu Witajcie w Collinwood i obawiałem się, że zatrudnienie ich może być przejawem próby „rozluźnienia” wizerunku Kapitana Ameryki. Na szczęście film poszedł w zupełnie innym kierunku, a sami bracia podpisali już kontrakt na realizację jego kontynuacji (nie licząc sprawującego pieczę nad całym Uniwersum Jossa Whedona, tylko Jon Favreau miał możliwość wyreżyserowania dwóch filmów). Ale dość o nich – tak się zachwycamy Zimowym żołnierzem, a tymczasem nie padły jeszcze żadne konkrety. Co właściwie zrobiło na Tobie największe wrażenie?

J: Trudno powiedzieć, co konkretnie podobało mi się najbardziej, bo Zimowy żołnierz to dla mnie zbiór kilku świetnych elementów, które składają się na doskonałą całość. Na pewno poważniejszy niż we wszystkich poprzednich filmach studia klimat to niewątpliwy plus. Dostajemy poważną historię szpiegowską, gdzie ubrani w pstrokate kostiumy herosi schodzą tak naprawdę na dalszy plan. Intryga trzyma w napięciu, sceny akcji są zrealizowane na najwyższym poziomie i ogląda się je z otwartymi ustami. Wielkie brawa dla twórców, że postanowili pokazać walki wręcz w starym stylu – stawiając na długie ujęcia i choreograficzną precyzję zamiast na dynamiczne cięcia i szaloną pracę kamery. Duże piwo należy się również decydentom Marvela za to, że wybrali na materiał źródłowy pierwszy story arc z genialnego runu Eda Brubakera i udało im się przenieść go na ekran z szacunkiem i wyczuciem. Kiedy Zimowy żołnierz pojawił się na ekranie, autentycznie przeszły mnie ciary, coś świetnego!

M: Zgadzam się, komiks Brubakera należy do moich ulubionych, przez co śledzenie w jaki sposób dopasowano go do prawideł rządzących filmowym Uniwersum przysporzyło mi sporo dodatkowej przyjemności. Jednak największą pozytywną niespodzianką była dla mnie fabuła. Muszę przyznać, że pod tym względem Zimowy żołnierz bije wszystkie poprzednie marvelowskie produkcje na głowę. Spodziewałem się dość luźnej historii rozwijającej wątek niedopasowania Kapitana do współczesnych czasów, a tymczasem dostałem intrygę zakrojoną na tak szeroką skalę, jakiej jeszcze Uniwersum nie widziało. Powiedzieć, że wywraca ona fundamenty świata przedstawionego do góry nogami, to nic nie powiedzieć. Dlatego też, w przeciwieństwie do ciebie, potrafię wymienić co podobało mi się najbardziej – scenariusz, scenariusz i jeszcze raz scenariusz! Do tego dodać należy to, o czym wspominałeś, czyli świetny klimat przywodzący na myśl polityczne thrillery z lat 70., na czele z klasykami gatunku autorstwa Alana J. Pakuli i Sydneya Pollacka. Twórcy zresztą nawiązali do nich zupełnie świadomie, o czym świadczy udział Roberta Redforda. Atmosfera osaczenia, nieufności, wszechobecnej podejrzliwości – mi się to podejście typu „ściany mają uszy” bardzo spodobało. Cieszy, że Uniwersum rozwija się tak wszechstronnie, unikając prostego zaszufladkowania jako kina o superbohaterach.


J: Zgadza się, wszystko wydaje się być na swoim miejscu w opowiadanej historii, nie ma miejsca na choćby jedno ziewnięcie. Cała fabuła bardzo mocno zakorzeniona jest również w filmowym Uniwersum i aż pęka od nawiązań. Poczynając od najbardziej oczywistych (jak wymienienie z nazwy zakutego w zbroję miliardera), po te dla widzów bardziej wtajemniczonych – rzucone mimochodem nazwisko jednego z bohaterów, który nie miał jeszcze okazji zadebiutować na wielkim ekranie czy oczywiste inspiracje nie tylko Zimowym żołnierzem Brubakera, ale i chociażby pierwszą serią Ultimates pisaną przez Marka Millara. Jestem ogromnie ciekaw, w jakim kierunku pójdą twórcy w następnych filmach z Uniwersum, wszak kontynuowanie ekranizacji zarówno runu Brubakera w trzecim Kapitanie, jak i kolejne inspiracje Ultimates w Avengers: Age of Ultron, wydają się być świetnym pomysłem.

M: To prawda, fani Marvela będą w pełni usatysfakcjonowani ilością odwołań do poprzednich i zapowiedzi przyszłych tytułów. Z drugiej strony, zastanawiam się czy Uniwersum nie doszło już do tego momentu, gdy staje się powoli rozrywką dla tych, jak powiedziałeś, „bardziej wtajemniczonych widzów”. Próbowałem wyobrazić sobie, jak czułbym się na seansie bez znajomości poprzednich filmów, mając w głowie ledwie lekki zarys całej historii i wydaje mi się, że słowo „niekomfortowo” pasuje tu jak ulał. Oczywiście fabułę da się śledzić bez większych problemów, jednak odnoszę wrażenie, że wypełniono ją taką ilością nawiązań i aluzji, że bez ich rozumienia traci się około 40% przyjemności z odbioru. Może to jeszcze za wcześnie, żeby mówić, że niezaznajomieni z Uniwersum nie mają tu czego szukać, ale nie masz wrażenia, że podąża to trochę w tym kierunku?

J: Wydaje mi się, że podążanie w kierunku, o którym mówisz jest nieuniknione. To naturalna droga ewolucji filmowego Uniwersum. Od pierwszego Iron Mana i Hulka, które – gdyby nie sceny po napisach i subtelne easter eggs – były niemal autonomicznymi produkcjami, wiele się zmieniło. Sądzę, że Marvel Studios wychowało sobie pokaźną liczbę widzów zaangażowanych w śledzenie wszystkich elementów, które tworzą wspólne filmowe Uniwersum. O to chyba przecież chodziło, by zainteresować odbiorców jak największą liczbą produkcji. Jest tak jak piszesz – na razie nawet widzowie nieznający poprzednich filmów studia powinni się na Zimowym żołnierzu bawić przynajmniej dobrze, chłonąc widowisko na podstawowym poziomie. Jednak myślę, że będzie to stopniowo ewoluowało, ale i samych „niewtajemniczonych widzów” będzie coraz mniej. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie filmowe Uniwersum rozrasta się bardzo dynamicznie. Niezależnie od tego, co można mówić o poszczególnych produkcjach, czy nam się podobają czy nie, to wszystko wydaje się mieć ręce i nogi, a ilość nawiązań – choć z filmu na film coraz większa – nie przeszkadza czerpać zwykłej przyjemności z obcowania z kinem popularnym na naprawdę wysokim poziomie.

M: Wydaje się więc, że dopóki jakość kolejnych produkcji będzie stale rosnąć, to Marvel nie ma się co martwić o spadek zainteresowania. Wróćmy jednak do Zimowego żołnierza. Mówiliśmy o scenariuszu, ale nawet najlepsza historia na niewiele by się zdała, gdyby w parze z nią nie poszli interesujący bohaterowie. Kapitan Ameryka „cieszy się” łatką najmniej ciekawej postaci z filmowego Uniwersum – harcerzyka, który świat postrzega w czarno-białych barwach i kieruje się zasadami, które z użycia wyszły pół wieku wcześniej. Tak przynajmniej pokazano nam go w pierwszym filmie. W Avengers próbowano już ten stereotyp trochę nagiąć, a Kapitanowi otworzyć oczy na to, że reguły walki uległy sporej zmianie od czasów II wojny światowej. Tym razem twórcy wykonali kolejny krok naprzód, znacznie rozbudowując tylko lekko poruszony u Whedona wątek przystosowania bohatera do nowej rzeczywistości (w internecie karierę robi już jego lista rzeczy do nadrobienia z ostatnich 50 lat), ale też urządzili mu niezłą karuzelę emocjonalną. Kapitan na własnej skórze przekonuje się, że wyraźny podział na dobro i zło nie ma już zastosowania, a kwestie moralne to sprawa co najmniej dyskusyjna. Myślę, że takie podejście do tematu to strzał w dziesiątkę – nie tylko „odbrązawia” to samego bohatera, nadając mu nieco swojskich cech, ale też prowadzi film w zaskakującym kierunku. Tak szczerze, z ręką na sercu: spodziewałeś się, że akurat w Zimowym żołnierzu problemy osobowościowe odegrają tak istotną rolę?

J: Nie spodziewałem się i jestem rad, że twórcy nie poszli na łatwiznę prezentując nam Kapitana „Ojej, co to jest? Za moich czasów tego nie było…” Amerykę, a psychologicznie pogłębili postać, stawiając przed nią niełatwe pytania. Zresztą podobnie było w Brubakerowskim pierwowzorze, tam też Kapitan był zagubiony i bardziej ludzki niż zwykle, niezachwiane wartości i przekonania odeszły na dalszy plan, zastąpione przez nadzwyczajną w wykonaniu tego bohatera brutalność. I choć Kap w filmie nie zatraca się w owej brutalności, to nie można powiedzieć by się z kimkolwiek patyczkował. Podoba mi się również, jak świetny duet tworzą Kapitan i Falcon, nie spodziewałem się, że będzie się oglądało ich równie dobrze, a czuć, że obaj panowie doskonale się w swoim towarzystwie bawią. Jak już jesteśmy przy decyzjach obsadowych i pogłębianiu charakterów, trudno nie wspomnieć o Czarnej Wdowie. Jeszcze nigdy w tej roli Johansson nie była równie przekonująca, dopiero tutaj wyrasta na pełnoprawną bohaterkę. W drugim Iron Manie była ładnym elementem tła, w Avengersach wydawała się zupełnie zbędna przy reszcie superherosów i dopiero tutaj wydaje się być na swoim miejscu. Jeśli solowy film ze Scarlett w roli głównej byłby utrzymany w podobnej konwencji gatunkowej, co drugi Kapitan, to z chęcią wybrałbym się do kina nawet jutro.


M: Świetnie, że wyciągnąłeś temat Falcona, bo ja mam zupełnie odmienne zdanie co do tej postaci – według mnie to jedyny bohater, który jest filmowi zbędny. Rozumiem, że pojawił się w komiksie, co uzasadnia jego obecność, ale… szczerze powiedziawszy to nie dostrzegam innych zalet tego rozwiązania. Miałem wrażenie, że głównym (jedynym?) celem wprowadzenia go na ekran była konieczność posiadania w historii bohatera, który potrafi latać, co otworzyło drogę specom od efektów specjalnych, by wykazali się kunsztem w tworzeniu sekwencji powietrznych (swoją drogą szalenie efektownych). Poza tym jednak niewiele wnosi do samej historii, a i jego dialogi z Kapitanem wydały mi się wyjątkowo „drewniane”, ale może się czepiam. Nie mam natomiast takich wątpliwości przy Nicku Furym. Bardzo się cieszę, że twórcy pozwolili mu w końcu odkleić się od konsoli, zza której wydawał rozkazy i wziąć udział w jakiejś konkretnej akcji. Samuel L. Jackson do tej pory tylko się w tej roli marnował, więc duży plus za to. Ciekawi mnie jeszcze co sądzisz o czarnym charakterze, czyli tytułowym Zimowym żołnierzu? Bo spotkałem się z opinią, że w jego osobie Uniwersum doczeka się wreszcie kolejnego po Lokim, pełnokrwistego „bad guy’a”. Wydaje mi się, że to jednak zupełnie inny typ postaci i zestawianie ich ze sobą to spore nadużycie, ale nie ulega wątpliwości, że to pierwszy od dawna antagonista, który zostaje w pamięci po seansie.

J: Zgadzam się – porównywanie Winter Soldiera do Lokiego mija się z celem, bo to zupełnie inne postaci. Jak pisałem wyżej – pierwsze pojawienie się bohatera na ekranie wywołało u mnie ciary, a to znaczy wiele. Nie inaczej było w dalszej części filmu, Sebastian Stan każdą swoją sceną kradnie show. Wreszcie Kapitan dostaje przeciwnika, który dorównuje mu, a może nawet i przewyższa fizycznie, dzięki czemu sceny potyczek obu bohaterów są niezwykle widowiskowe, a ich wynik nie jest z góry przesądzony. Dużo bardziej ciekawi mnie natomiast inna kwestia – czy filmowcy pójdą tą samą drogą rozwoju postaci, co komiksiarze (fani z pewnością wiedzą, co mam na myśli)? Zważywszy na fakt, że Stan podpisał umowę aż na dziewięć filmów, twórcy zdają się mieć konkretny pomysł na jego bohatera…

M: Zostaje jeszcze kwestia tego, co stało się już swego rodzaju wyznacznikiem filmowego Uniwersum, czyli sceny po napisach. Nie wiem jak Ty, ale ja byłem absolutnie zachwycony, a czekanie na Avengers: Age of Ultron jawi mi się teraz jako udręka…

J: Co tu dużo mówić: jaram się. I na tym możemy chyba powoli kończyć, dzięki za miłą rozmowę, mam nadzieję, że Czytelnicy znajdą ją równie przyjemną. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na nowe odcinki Agentów T.A.R.C.Z.Y., które po drugim Kapitanie nie powinny być już nigdy takie jak wcześniej i kolejne filmy z Uniwersum – Strażnicy Galaktyki zapowiadają się co najmniej bosko!

M: Dzięki wielkie!

 Dwugłos został napisany dla magazynu "16mm" i tam pierwotnie opublikowany.

Mateusz Piesowicz - student filmoznawstwa. Oddany wielbiciel (pop)kultury ze znaczkiem ‚Made in USA’. Twierdzi, że blockbusterom się nie odmawia. Chyba, że na rzecz seriali.


Inne teksty o Marvel Cinematic Universe:

piątek, 18 kwietnia 2014

413 - Nuda, nic się nie dzieje.

Nuda.


Zwykle waloryzuje się ją negatywnie, niechętnie widzi się gdy występuje ona w jednym zdaniu ze słowem „film”. A przecież nuda to bliska przyjaciółka kina i trzeba to w końcu powiedzieć głośno. Poza filmami, które są w jednoznaczny sposób nudne (i na ogół złe), nieraz natknęliście się z pewnością na filmy nudne przyjemnie, rozleniwiająco, albo wielkie arcydzieła tak nadęte, że, a jakże inaczej, też nudne. Ale przecież nuda może być twórcza. Ileż scenariuszy napisano z nudy? Iluż ludzi – z nudy – zostało aktorami i reżyserami? Kino wreszcie powinno podać nudzie rękę. I chyba nawet już nieśmiało ją wyciąga, o czym świadczyć może rosnąca popularność slow cinema.

Za wstępniakiem zapraszam do czytania nowego numeru 16mm.

niedziela, 23 marca 2014

407 - Spartan nie ma - recenzja "300: Początek imperium"

300: Początek imperium to sequel 300 z 2006 roku, który nie jest do końca sequelem i adaptacja komiksu, która wcale nie jest adaptacją. Akcja filmu zaczyna się dziesięć lat przed bitwą pod Termopilami przedstawioną u Snydera. Największa zaś jego część rozgrywa się równolegle z tamtymi wydarzeniami i dopiero efektowna końcówka dopisuje epilog historii. Jeśli zaś chodzi o komiks Franka Millera, którego film jest rzekomą adaptacją, to warto zaznaczyć, że Xerxes, bo taki miała nosić tytuł kontynuacja 300 Spartan, nigdy nie powstał. Z pięcioczęściowej historii zostały narysowane zaledwie dwa, zresztą niewydane, zeszyty. Praca przy Sin City: A Dame to Die For skutecznie odciągnęła Millera od rysowania.


Nic jednak nie było w stanie przeszkodzić Hollywoodzkim włodarzom w stworzeniu filmowej „adaptacji” nieistniejącego komiksu. Po wycofaniu się Zacka Snydera z reżyserii – na rzecz budowania wspólnego filmowego uniwersum DC Comics – na jego miejsce trafił nieopierzony Noam Murro. W roli scenarzysty powrócił Kurt Johnstad wspomagany przez samego Snydera, który tym razem zasiadł również na stołku producenta. Gdyby nie napisy końcowe, zmiana reżysera, operatora oraz reszty ekipy mogłaby umknąć uwadze widza – Murro z Simonem Dugganem, autorem zdjęć, doskonale kontynuują rozbuchaną estetykę znaną z wcześniejszego filmu.

Tym razem fabularnym pretekstem do efektownej bijatyki jest historia Temistoklesa, który zabijając Dariusza sprowadził na swoją głowę (i całą Grecję) gniew jego syna – Xerxesa. Obserwujemy przemianę tego ostatniego w złotego boga zemsty oraz próby zjednoczenia Grecji przez Ateńczyka w obliczu nadciągającego zagrożenia. Następnie jesteśmy świadkami, jak pycha sprowadza na Leonidasa i jego Spartan zagładę (na szczęście cytaty z poprzedniej części nie są ani nachalne, ani zbyt częste), a Temistokles przewodząc grecką flotą stawia czoła tysiącom perskich okrętów pod rozkazami Artemizji.

Przeniesienie akcji na pełne morze pozwoliło ekspertom od efektów wizualnych na stworzenie niczym nieograniczonego widowiska. Widz może dać odpocząć swoim szarym komórkom, skupiając się wyłącznie na akcji. Ta zaś jest urozmaicona, nieprawdopodobna oraz spektakularna: obok morskich batalii statków mamy cudowne walki wręcz, a stosowane bez umiaru slow motion dodaje wszystkiemu smaku. Oczywiście nie każdemu będzie odpowiadała taka stylistyka, gdzie przemowy są pompatyczne, muzyka podniosła, zabójstwa dokonywane w sposób, co najmniej, widowiskowy, a krew bryzga na prawo i lewo w zwolnionym tempie. Gdzie każdy mężczyzna jest istną maszyną do zabijania, nie męczy się, nie czuje bólu, a strach jest mu obcy. Przerysowanie i wyolbrzymienie stają się tu głównymi środkami wyrazu. Wizualnie Początek imperium kontynuuje stylistykę filmu Snydera i pod tym względem oba widowiska tworzą spójną całość doskonale się uzupełniając i przeplatając fabularnie.

Niestety brak Gerarda Butlera w roli głównej jest odczuwalny. Sullivan Stapleton jako protagonista wypada niemrawo przy swoim poprzedniku. Brak mu charyzmy, a odgrywanej przez niego postaci brakuje głębi, przekonującej historii, które zapewniłyby mu sympatię widza. Z drugiej strony w swojej niezbyt rozwiniętej roli sprawdza się całkiem nieźle, wygłaszając podtrzymujące na duchu przemowy i przede wszystkim prezentując nienaganną sylwetkę. Najlepiej z całej obsady wypada Eva Green, nic zresztą dziwnego, skoro – jak się wydaje – to właśnie jej scenarzyści poświęcili najwięcej uwagi. Doskonale prezentuje się w bojowych sukniach, jak i bez nich (zwłaszcza w 3D). Twarda, doświadczona przez życie, bezwzględna, wyrachowana i kusząca jednocześnie, może niezbyt oryginalna, ale przekonująca: Pani Zemsta.

Przyznam szczerze, że na filmie Noama Murro bawiłem się bardzo dobrze. 300: Początek imperium dało mi dokładnie to, czego oczekiwałem – bezpretensjonalną rozrywkę zrealizowaną na wysokim poziomie. I choć film można by streścić w dwóch słowach (Biją się!), a po zrezygnowaniu z efektu slow motion dzieło byłoby krótsze prawdopodobnie o połowę, to ewentualne fabularne braki w pełni wynagradza mi wizualne rozbuchanie, choreograficzna precyzja i efekty specjalne najwyższej klasy, które w połączeniu z konsekwentnie stosowaną estetyką komiksową (w tym wypadku jest to wyrażenie uzasadnione) całkowicie mnie przekonały. Otwarte zakończenie każe przypuszczać, że jeśli tylko film zarobi wystarczająco dużo, możemy się spodziewać kolejnej odsłony przygód roznegliżowanych Greków, którzy z krzykiem na ustach gromią perską armię. Wszak bitwa u wybrzeży Attyki (nieopodal wyspy Salaminy, przedstawiona w finale filmu) nie była końcem konfliktu, a jedynie punktem zwrotnym w wojnie, o której można jeszcze wiele powiedzieć.

sobota, 15 marca 2014

405 - Porno w "16mm" i drugi blog

Za wstępniakiem:

W tym miesiącu proponujemy Wam odważny przeskok od kojarzonego z dzieciństwem świata baśni wprost do branży porno. Czego by bowiem nie powiedzieć o seksie, trzeba przyznać, że od setek tysięcy lat wciąż w równym stopniu rozpala umysły. Pozwala sprawować władzę, może złamać karierę (albo pomóc ją zrobić!), być źródłem rozkoszy, ale i cierpienia, a nawet wpłynąć na losy świata. Nic więc dziwnego, że człowiek od zawsze usiłował go przedstawić, czy to za pomocą malarstwa, czy rzeźby. I nie zawsze były to przedstawienia mające na celu wzbudzenie czysto estetycznego zachwytu! Często ich główną funkcją było po prostu wywołanie u widza podniecenia.



Zupełnie nowe możliwości przed pornografią otworzyła fotografia – oto człowiek mógł w końcu przyjrzeć się rejestracji, dokumentalnemu zapisowi cudzego ciała, a mało tego, mógł też nosić je zawsze przy sobie, bądź ukryć na dnie szafy. Jednak bez wątpienia, to filmowi należy się w tej kwestii miano rewolucjonisty – utrwalone na taśmie ciała nie tylko ożyły, ale niedługo potem także przemówiły.

Jak co miesiąc żarliwie zapraszam do czytania. Tym razem obrodziło w artykuły, jest z czego wybierać! W dziale "recenzje" znajdziecie mój tekst o drugiej odsłonie 300.

Jeśli zaś chodzi o drugi blog, to powstał na potrzeby zajęć z Teorii Telewizji i będę go prowadził z Natalią i Michałem. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić i uda się opublikować coś wartościowego. Nowe teksty w poniedziałki.

Na sam koniec pierwsze zdjęcia Johna Constantine z serialowego Hellblazera. To może być jedna z najlepszych rzeczy na świecie. Jaram się niemożebnie!



poniedziałek, 17 lutego 2014

399 - Premiera baśniowego numeru "16mm"


Czternastego lutego ukazał się kolejny numer magazynu filmowego 16 mm. Tym razem tematem głównym zostały baśnie. Napisałem kilka słów na temat sięgania do klasycznych opowieści i dostosowywania ich do współczesnych wymogów kina akcji, nie obyło się więc bez kilku słów o Lidze Niezwykłych Dżentelmenów, Van Helsingu Stephena Sommersa i Lincolnie naparzającym wampiry. Wszystkim komiksowym czytelnikom tego blogu polecam zaś tekst Wojciecha Nowaka traktujący między innymi o kanonicznej grze The Wolf Among Us, która rozszerza komiksowe uniwersum Baśni Willighama. Na deser zostają paski komiksowe oraz mnóstwo innych ciekawych tekstów o filmach oscarowych, kinie azjatyckim, animacjach i serialach. Dużo czytania, zapraszam serdecznie.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

394 - Zaufany Recenzent portalu Filmweb i debiut w 16 milimetrach

Małymi kroczkami do przodu.


Piętnastego stycznia ukazał się nowy numer magazynu filmowego 16 milimetrów. Tematem przewodnim numeru jest konsumpcjonizm, lecz fani kolorowych zeszytów powinni również znaleźć w nim coś dla siebie. W magazynie znalazło się miejsce dla kilku pasków komiksowych, artykułu o Agentach S.H.I.E.L.D. (o których ja, nazbyt entuzjastycznie, pisałem tutaj) oraz mojego tekstu o telewizyjnych wcieleniach Batmana. Przyznam szczerze, że choć debiut w nowym miejscu cieszy jak zawsze, to z tekstu nie jestem do końca zadowolony. Powstawał, gdy deadline był zdecydowanie za blisko, a finalnie został skrócony o 1/3, więc wszystkie ładne zdania i ciekawostki wyleciały, za to jednak mogę winić tylko siebie. Mimo to zapraszam do zapoznania się z całym numerem.

Redakcja portalu Filmweb postanowiła wyróżnić mnie znakiem Zaufanego Recenzenta. A to dlatego, że moje recenzje, cytuję: wyróżniają się pod względem dobrego warsztatu pisarskiego, treści merytorycznej, a także cieszą uznaniem społeczności. Tak naprawdę nie ma się czym podniecać, poza szacunkiem na dzielni (ze wszystkich piszących użytkowników wybrano 23 osoby), owo wyróżnienie niewiele mi daje. Od teraz moje teksty nie czekają w kolejce na weryfikację, tylko zostają opublikowane automatycznie po zapisaniu. Nie narzekam, bo czerwone pióro na profilu wygląda kozacko!


A tak poza tym to nie byłem na rozdaniu Złotych Kurczaków bo SESJA. Pojadę za rok, na Kurczaki i do Angoulême!