> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 21 października 2010

176 - Hiszpańska inkwizycja porywa Lema i leci w kosmos!

Jak podają najnowsze doniesienia, urna z prochami słynnego polskiego fantasty poleci niedługo w kosmos. Decyzja została podjęta po burzliwych debatach i licznych głosowaniach. Powód? Miliony osób odwiedzające grób pisarza notorycznie i nagminnie przyczyniały się do obumierania flory otaczający owy grobowiec. Mówiąc bardziej zrozumiale, liczni turyści chcący oddać hołd Lemowi (lub szukający najbliższego McDonalda), znajdując się w dziwnym stanie otumanienia, deptali trawę zasadzoną w okół grobu pisarza. Greenpeace musiał zainterweniować, co też uczynił z irytującą dla siebie gorliwością. NASA nie miało wyjścia, musiało się zgodzić. Teraz tylko ci najbogatsi oraz posiadający własne promy kosmiczne, będą mogli pozwolić sobie na pielgrzymkę do miejsca pochówku ulubionego pisarza. W kraju już rozpoczęły się strajki, a co bardziej kumaci już zacierają ręce i tworzą wstępne plany otwarcia linii tramwajowej przebiegającej bliżej gwiazd. Niestety, bilety godzinne mają bardzo zdrożeć.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ma inne zdanie na temat całego zajścia. Oto raport wykradziony przez jednego z naszych szpiegowskich szpiegów:

(Szpieg donosi, że w folderze /Top Secret/ w którym znalazł powyższy raport, znajdowały się również inne intrygujące dokumenty, m.in. rachunek z pralni, któremu postanowił przyjrzeć się bliżej, wyniki śledztwa już wkrótce!)
Nic nie jest pewne, a zeznania świadków różnią się od siebie diametralnie - tak, jak kwadrat różni się od koła. Wszystkiego dowiemy się już w 2011 roku. Jedno jest pewne - możemy się spodziewać niespodziewanego. Czyżby to hiszpańska inkwizycja zapragnęła ukraść nam Lema...?

wtorek, 12 października 2010

175 - Mfk, mfk... znowu nie byłem na mfk

Mimo, że nie byłem na MFK, moja kolekcja komiksów została uzupełniona o 14 nowych tytułów.
Ale o tym zaraz, bo wcześniej o czym innym chciałem. Jeśli kiedykolwiek ktoś pokusi się o sporządzenie mojej bibliografii, to przy dacie październik 2010 będzie musiał postawić dwa tytuły:

Lody: gościnny pasek z Marcinem Podolcem (fakjeee!) wyglądający tak:


i
Album Odrzuconych ( w którym znalazło się sporo rzeczy, które popełnili takie ziomki jak: DeBe, Grim, czy Kuba Grochola)
Jako i Tako – w hołdzie J. Chriście.
Txt: Anonimowy Grzybiarz
Gfx: Rybb

K1. Narracja: „Woje Mirmiła”
Widzimy siedzącego Mirmiła w garniturze z białym kotem na kolanach (którego głaszcze). Za nim po obu stronach stoi Kajko (ma wygląd cwaniaka, bawi się nożem) i wielki Kokosz (ogromny, gruby; strzela kostkami, jakby komuś groził, albo rozgrzewał się przed walką).
K2. Narracja: „Szkoła Latania”
Kokosz stoi na skraju dachu, w wyciągniętych ramionach trzyma przerażonego człowieka, który jest już poza dachem (gdyby Kokosz go puścił, ten spadłby na ziemię i się zabił).
Kajko (stoi za Kokoszem na dachu): „To jak będzie z tą kasą, którą nam wisisz?”
Kokosz: „ „Wisisz” hehe…”
K3. Narracja: „Szranki i konkury”
Naprzeciw siebie stoją dwie armie uzbrojone po zęby. Z jednej strony bohaterowie z grodu, z którego pochodzą KiK, po drugiej stronie Zbójcerze. Wygląda to jak klasyczna ustawka.
K4. Narracja: „Zamach na Milusia”
Widzimy jakiegoś dzieciaka (ma koszulkę z wizerunkiem smoka Milusia), nad którym stoi wielki Łamignat i grozi mu maczugą.
Łamignat: „Dawaj kasę!”
K5. Narracja: „Mirmił w opałach”
Na krześle siedzi Mirmił (związany, przywiązany do krzesła). Na pierwszym planie widzimy dwie postacie. Jedna to przywódca Zbójcerzy (Hegemon ), ma w ręce zapalniczkę. Druga to Kapral (prawa ręka Hegemona), trzyma kanister pełen benzyny.
Hegemon: „To twój koniec, Mirmił”
Kapral: „Końcowy koniec! Tak! Na plasterki!”
K6. Narracja: „Cudowny Lek”
Widzimy Jagę (Zieluchę) palącą skręta.
Jaga: „Dobry na wszystko!”


Komiks nigdy nie został narysowany i nie trafił do festiwalowej antologii. Norbert popełnił dwa kadry:

i na tym zakończył. Jakby ktoś chciał to pocisnąć to zachęcam.

Teraz trochę o przeczytanych rzeczach:

Na początek wyglądający na mocarny BICEPS. Potwierdza się tu zasada, że wielkość mięśnia nie zawsze jest proporcjonalna do siły. Żaden z komiksów zaprezentowanych w numerze pierwszym mnie nie powalił. Właściwie mało który pamiętam. Ale ogólnie podoba mi się kilka rzeczy: okładka rządzi, seria "Na chłopski rozum/babskie gadanie" zapowiada się ciekawie, gotuj z Bicepsem może być fajne, krzyżówka mnie ucieszyła. Najmocniejszą częścią pierwszego Bicepsu jest na pewno publicystyka. Brawa do Gonza przede wszystkim, bo popełnił świetny i chyba najciekawszy tekst w numerze. Trzymam kciuki za następne numery. Może nie jest zajebiście, ale solidnie na pewno! Wszak, nie wystarczy raz iść na siłkę, by stać się koxem. Kolejne numery na pewno wspomogę (jeśli nie będzie innej możliwości to na pewno kupnem, a może uda się puścić jakiś tekst gościnny, albo komiks... pasek może... pół paska? Kadr chociaż?! No, chłopaki!).

Och!, ale ten Och! jest super! Niewątpliwie to jeden z lepszych komiksów jakie ostatnio czytałem. Musicie go sami sprawdzić.
(przewracając kolejne strony ciągle miałem dziwne wrażenie, że czytam spin-off Rycerza Janka... ale nic to!)

Piąty Karton trzyma dobry poziom poprzednich numerów. Znowu jak dla mnie najlepsze są Ćmy, Jednorożec i paski. Powiew świeżości wnoszą jednoplanszówki magistra Łazowskiego.

Na dziś tyle. Pozdro!

poniedziałek, 4 października 2010

174 - Don Rosa vs. Chris Nolan


Czy to możliwe, by Christopher Nolan tworząc swój megahit "Incepcję" wzorował się na komiksie o $knerusie "The dream of a lifetime" napisanym i narysowanym przez Dona Rosę?
Sprawdźcie komiks i sami sobie odpowiedzcie ;) Komiks po polsku ukazał się w Kaczorze Donaldzie (a jak!) nr 24 z 2008 r. i nosił tytuł "Czy to jawa, czy sen?". Bezsensu, wszak od początku wiadomo, że sen, tylko... którego poziomu ;)


W temacie kaczorów: polecam nowe wydanie "Życia i Czasów $knerusa McKwacza" (też) Rosy . Może nie jest idealne, ale za taką cenę wstyd nie brać. Zwłaszcza, że komiks to dobry, klasyczny i nagrodzony Eisnerem.

niedziela, 26 września 2010

173 - Klasyfikacja widzów kinowych cz.2

Widz – fan
Charakterystyczna scena z Cinema Paradiso Giuseppe Tornatore, w której wzruszony kinoman recytuje dokładnie wszystkie dialogi, uprzedzając o kilka sekund każdą kwestię wypowiadaną przez aktorów, to doskonałe zobrazowanie przykładu widza – fana. Tę grupę tworzą głównie przedstawiciele dwóch innych kategorii: widzów przygotowanych i widzów bez pomysłu, chociaż mechanizmy rządzące odbiorem są na tyle nieprzewidywalne, że można zaobserwować przypadki przekształcenia w widza - fana członków wszystkich pozostałych grup. Widz – fan na film przychodzi średnio dwa razy (w pierwszym okresie wyświetlania go w kinach) i nie marnuje okazji, by obejrzeć go po raz kolejny w ramach przeglądów czy festiwali. Jest także głównym targetem rynku ekskluzywnych edycji DVD i Blu-ray – dla niego tworzone są wersje reżyserskie głośnych obrazów w niekończących się wznowieniach (czego przykładem chociażby błyskawicznie znikające ze sklepów i wypożyczalni kolejne, uaktualnione wydania Łowcy androidów Ridleya Scotta) oraz olbrzymi rynek filmowych gadżetów – zaczynając od koszulek i kubków, a kończąc na książkowych wersjach scenariuszy, serialach animowanych czy figurkach. Nie da się znaleźć lepiej skonstruowanej machiny zarabiającej na widzu-fanie, jak ta rozwinięta na bazie popularności cyklu Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa. Widzowie - fani to ukochana przez biznes filmowy grupa, najbardziej pożądana przez producentów filmowych – nie tylko znacząco zwiększa zyski z biletów, ale także pragnie potem jak najdłużej z filmem( i wszystkimi związanymi z nim dodatkami) obcować, przeznaczając na swą pasję każde pieniądze. Ciężko określić standardowe zachowanie widza – fana przed projekcją – wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z cyklem, kim jest reżyser i czy film jest adaptacją książki, gry komputerowej lub komiksu. Oraz, rzecz jasna, w ostatnim przypadku – jakim zainteresowaniem cieszy się pierwowzór. Faktem jest, że niekiedy film pomaga wypromować dane dzieło i uczynić z niego obiekt kultowy (choćby Love Story, Droga do zatracenia, Przeminęło z wiatrem czy Mechaniczna Pomarańcza) – wszystkie, chociaż cieszyły się w określonych kręgach odbiorców poczytnością, zostały uznane przez krytyków i czytelników za kiepską i trzeciorzędną literaturę, zaś dzięki kasowym ekranizacjom awansowały do kanonu wybitnych dzieł XX wieku – niemała w tym zasługa zafascynowanych filmem widzów – fanów. Widz – fan danej serii czy cyklu przypomina od strony „technicznej” widza przygotowanego: zapoznaje się dokładnie z premierowymi materiałami, wyszukuje fotosy i zwiastuny, czyta recenzje i opisy, bada materiał, na którym film bazuje. Jednak różni się od widza przygotowanego intencjami – nad całą teoretyczną „podbudową”, która ma wywołać u niego lepszy odbiór dzieła, pracuje ze względu na czystą pasję i ciekawość, nie zaś dla wspomnianej wyżej „usprawiedliwionej” możliwości krytyki. Niemniej, pojęcia widz – fan i widz przygotowany (w związku z rzadkim występowaniem tego drugiego) można używać synonimicznie. Także dlatego, że przedstawiciele obu tych kategorii rzadko przychodzą do kina sami; najczęściej w seansie uczestniczą w towarzystwie widza przypadkowego lub innych członków własnej grupy. Znaczącą wadą widza – fana jest chęć ukazania swojej pasji podczas seansu. Głośne recytowanie ścieżki dialogowej czy komentowanie akcji (głównie uprzedzanie osoby towarzyszącej, że za moment wydarzy się coś ważnego/strasznego/ niesamowitego etc. ) to tylko niektóre z charakterystycznych zachowań członków tej grupy. W przypadku filmów kultowych, powtarzanych okazjonalnie podczas konwentów i festiwali, widzowie – fani potrafią brać udział w seansie np. przebrani za bohaterów (w Polsce to zjawisko nie jest tak powszechne jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie urządza się specjalne pokazy m.in. The Rocky Horror Picture Show czy Priscilla – Królowa Pustyni, na które wstęp jest dozwolony wyłącznie w kostiumach postaci filmowych. Widzowie, podzieleni na grupy, recytują wszystkie dialogi z pamięci, śpiewają razem z aktorami lub wykonują oparte na filmowych układy taneczne), co miało miejsce w warszawskich kinach podczas premiery dwóch pierwszych części cyklu o Harry’m Potterze (Harry Potter i Kamień Filozoficzny oraz Harry Potter i Komnata Tajemnic), na które przybyli nastoletni miłośnicy powieści przebrani w szaty czarodziei, wyposażeni w miotły i charakterystyczne, okrągłe okulary tytułowego bohatera.

Widz przypadkowy
Kategoria, której przedstawicieli najprościej można określić jako „osoby towarzyszące”. Samotnie nie wybraliby się na dany film, jednak zaproszeni - nie odmawiają. Podczas seansu widz przypadkowy jest bardzo problematyczny: w przypadku cyklu, ponieważ nie orientuje się w fabule i postaciach poprzednich filmów, musi pytać o wszystko swojego towarzysza (najczęściej widza- fana lub widza przygotowanego), który w tej sytuacji może okazać pełnię swojego obeznania. Widz przypadkowy w trakcie projekcji jest zagubiony – nie potrafi wychwycić istotnych dla fabuły scen, nie do końca rozumie zwroty akcji i nie śmieje się w „odpowiednich” momentach. Jest zdany wyłącznie na osobę lub grupę, z którą przyszedł do kina, jednak w większości przypadków jego udział w seansie jest w najlepszym przypadku niepełny, głównie jednak znikomy bądź wręcz żaden (ze względu na brak orientacji i odpowiedniego nastawienia do obrazu). Widza przypadkowego można rozpoznać po tym, że bardzo często zasypia w trakcie trwania filmu, nie chcąc wyjść z sali i opuszczać towarzyszącemu mu widza – fana, ale także nie wyrażając chęci wzmożonego wysiłku skupienia uwagi na niezrozumiałym dla niego filmie.
Wśród dorosłych i nastoletnich klientów kin widzów przypadkowych spotyka się znacznie rzadziej niż wśród dzieci. Główna odpowiedzialność za to spoczywa na rodzicach, którzy zabierając swoją małoletnią pociechę na kolejne części Shreka czy Madagaskaru są przekonani, iż idą na film dla dzieci przeznaczony. W większości przypadków współczesna animacja stała się jednak rozrywką skierowaną dla dzieci powyżej dziesiątego roku życia – postmodernistyczne żonglowanie cytatami z klasycznych filmów i zabawa najróżniejszymi motywami bawią, owszem, ale dorosłych obecnych na seansie. Pokutuje tu też silnie zakorzenione w społeczeństwie przeświadczenie, że film animowany jest synonimem filmu dla dzieci. Tymczasem najbardziej przez wyżej wspomniany trend poszkodowane są dzieci. Nie będąc w stanie ogarnąć fabuły i zaprzyjaźnić się z postaciami, których nie rozumieją, śmieją się z najprostszych, slapstickowych gagów i ordynarnych żartów, bo tylko tyle im pozostaje. Oczywiście, właśnie te chwyty od wielu lat najbardziej bawią w kinie małoletnią publiczność (ze względu na jej ograniczone możliwości poznawcze i oczywiste psychologiczne uwarunkowania), jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że współczesna animacja traktuje je wyłącznie jako dodatek, wyżej stawiając rozrywkę i przychylne oceny obrazu rodzica niż dziecka. Właśnie DreamWorks, przodujący w produkcji „dziecięco/dorosłych” tworów animowanych, od Shreka poczynając, wykształcił niepisany kodeks tworzenia filmu „dla każdego”. Taka sytuacja ma też wpływ na odbiór starszych filmów stricte przeznaczonych dla dzieci. Najlepszym przykładem mogą być wyświetlane w ramach akcji promocyjnej najnowszego filmu wytwórni Pixar dwie pierwsze części najsławniejszego cyklu w dziejach animacji komputerowej, czyli Toy Story. Powstały przed 15 laty film był wówczas absolutną innowacją – nie tylko jeśli idzie o rozmach i poziom zastosowanej techniki komputerowej, ale także w kwestii rozbudowanego i dojrzałego scenariusza, który zapowiadał wielką rewolucję i awans obrazu animowanego do ścisłej czołówki filmów kasowych, co dziś, po spektakularnym sukcesie finansowym obu czołowych wytwórni: Pixara i DreamWorksa nikogo nie dziwi, wówczas natomiast było nie do pomyślenia dla krytyki i samych twórców. Dziś, dla przyzwyczajonych do technologii 3D widzów, gdy animacja komputerowa stała się powszechna, Toy Story dzięki swej uniwersalności nadal potrafi zainteresować zarówno dzieci, jak i dorosłych – jednak można zaobserwować różnice w mentalności nowego pokolenia. Podczas jednego z seansów w krakowskim Cinema City Bonarka małoletnim widzom zdarzało się reagować śmiechem w wie-lu najmniej odpowiednich momentach – m.in. podczas dramatycznej sceny finałowego pościgu trójki zabawek za ciężarówką. Gdy pozbawieni szansy na dogonienie pojazdu przy pomocy sterowanego zdalnie samochodziku bohaterowie decydują się na desperacki krok użycia przywiązanego do jednego z nich fajerweku , ich jedyną zapałkę gasi pęd powietrza przejeżdżającego drogą samochodu. Scena, która u mnie samego, gdy oglądałem film przed laty, powodowała stan bliski płaczu, rozbawiła kilkoro dzieci na sali kinowej. Był to zresztą jeden z niewielu przejawów ich aktywności w trakcie trwania seansu. Podczas ponad godzinnej projekcji dało się słyszeć pojedyncze opinie, jakoby film był „nudny” i dłużył się. Taka sytuacja umieszcza dziecko w kinie w swoistej pułapce: z jednej strony, przyzwyczajone do prostej, slapstickowej formuły dużej ilości gagów nie są w stanie czerpać pełni doznań podczas projekcji filmów wedle „starej szkoły”, z drugiej zaś – przez omówiony wyżej trend intertekstualnego natrętnego „cytowania”, przeznaczonego dla dorosłych i „wyrobionych” odbiorców podczas seansów są widzami przypadkowymi, wyłącznie towarzyszącymi i niejako usprawiedliwiającymi obecność dorosłego opiekuna w kinie.



Widz przymuszony
Najczęściej widz w wieku szkolnym, przybyły do kina nie z własnej woli, lecz zmuszony do tego z powodu zbiorowej decyzji grupy. Stały element widowni każdej adaptacji lektury szkolnej. Ponieważ nie znajduje żadnej przyjemności w uczestniczeniu w seansie, traktuje go jako zło konieczne (niezbędne do uniknięcia zajęć) i albo przyjmuje taktykę widzę przypadkowego (nie próbując zagłębić się w dzieło filmowe, ogląda wybiórczo i bezrefleksyjnie bądź zasypia), albo, co niestety występuje częściej, próbuje zapewnić sobie maksimum „rozrywki” w niesprzyjających temu okolicznościach. Aby w pełni uświadomić otoczeniu, jak bardzo wyświetlany film go nie interesuje, rozmawia głośno, ostentacyjnie świeci uniesionym w górę telefonem komórkowym lub zaczepia widzów w sąsiednich rzędach: może się posuwać nawet do rzucania w nich popcornem. Ma skłonności do komentowania i opisywania tego, co dzieje się na ekranie na głos. Najbardziej utrudniający odbiór filmu i irytujący typ widza w niniejszym zestawieniu.

W ostatnim odcinku: widz - konsument, widz obeznany i widz stonowany.

sobota, 25 września 2010

172 - NIEZWYCIĘŻONY w konkursie

Czyli pitu-pitu.

Kiedyś żaliłem się, że rzadko cokolwiek udaje mi się wygrać. Ostatnio sytuacja uległa zmianie i wygrałem konkurs na blogu Pawła Deptucha o Niezwyciężonym. Zabawna sprawa, bo w konkursie w ogóle startować nie miałem (teraz pewnie inni uczestnicy przeklinają zmianę mojej decyzji). Pchnięty nagłym impulsem, idąc totalnie na żywioł, odpaliłem worda. Tekst zacząłem pisać o 20:30, a o 20:38 został już wysłany. Właściwie nie wiem, co mną kierowało. Byłem pewny, że nie wygram. I może dlatego wygrałem. Ciężko mi szło składanie literek, a kiedy skończyłem i całość przeczytałem, stwierdziłem, że moje zabawne żarty umieszczone w tekście wcale nie są zabawne. Kliknąłem wyślij i niech się dzieje wola Nieba.
"Wiadomość została wysłana". O nie! - krzyknąłem i walnąłem się w czoło otwartą dłonią. Zabolało. Wysłałem na konkurs jakiś bełkotliwy zlepek słów, a nagle do głowy wpadł mi g-e-n-i-a-l-n-y pomysł! Zapisując go i wysyłając wygrałbym z pewnością! Nowa wizja była wyrazista, ciekawa i całkowicie ukształtowana. Przyszła w jednym momencie. O kilka sekund za późno. Może trochę zalatywała plagiatem z Ultimates i Superman/Batman, ale na pewno nikt takiego czegoś na konkurs nie wysłał. Pewnie już wiecie jaka była moja wizja. Tak,zgadza się - chciałem napisać mini scenariusz (dialogi i kilka didaskaliów) w którym Mark i Atom Eve rozmawiają (oczywiście, by było dość klimatycznie, podczas walki z jakimś badassem) o ekranizacji przygód Niezwyciężonego. Jakich aktorów widzą w rolach, kogo za kamerą itp.
Ale cóż, kości zostały rzucone i pozostało mi tylko czekać. Z jednej strony jakaś cząstka mnie wiedziała, że jestem w stanie napisać coś lepszego, jednak gdzieś w głębi tliła się nadzieja.
Tekst do przeczytania, o tukej. Mam trochę mieszane uczucia - i mówię to całkiem serio - bo z jednej strony uważam, że te kilka tysięcy znaków które spłodziłem w pięć minut nie zasługują na takie wyróżnienie, z drugiej okropnie się cieszę, bo uwielbiam INVINCIBLE'a, a ze spin-offami nie miałem się jeszcze okazji zapoznać.
Bądź co bądź - dzięki wielkie Pawle. Piona!

Samego NIEZWYCIĘŻONEGO ogromnie polecam. Obok Savage Dragona to najlepsza obecnie wychodząca seria super-hero. Może kiedyś zbiorę się w sobie i napiszę jakiś większy tekst na temat.

niedziela, 19 września 2010

171 - Widzowie kinowi - klasyfikacja, cz.1

Od dawna niczego nie pisałem na tym blogu. Z różnych powodów - a to braku czasu, a to braku pomysłu na wpis, a to braku chęci. Jednak Grzybiarz, nie dający mi spokojnie zanurzyć się w otchłani internetowego zapomnienia, dopytywał się "Czemu nie piszesz?". Odpowiadałem "Studia dostarczają mi wystarczająco wielu powodów i okazji do pisania, więc poza nimi staram się tego unikać, by nie odpadły mi palce." On znowu: "Napisz coś." W końcu osiągnęliśmy chwiejny kompromis - dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez Katedrę Wiedzy o Teatrze UJ i stanowi fragmenty mojej pracy rocznej z antropologii kultury. Dziś pierwsza część klasyfikacji widza kinowego w oparciu o obserwację jego zachowań.


Obserwując i zapamiętując szczególnie dosadne reakcje niektórych moich towarzyszy z sal kinowych na filmy należące do najróżniejszych gatunków i kategorii, zacząłem dostrzegać pewne powtarzające się warianty i prawidłowości ich zachowania, które posłużyły mi do stworzenia niniejszego zestawienia. Przywołane w nim sytuacje są w większości przypadków skrajne, co ma służyć lepszemu zarysowaniu głównych wyznaczników poszczególnych kategorii.

Widz „płacę i wymagam”
Widz należący do tej kategorii jest widzem leniwym. Rzadko kiedy interesuje się, o czym opowiada film, na który właśnie się wybiera, i do jakiego gatunku można go przypisać. Równocześnie jednak różni się znacząco od widza bez pomysłu – chociaż także nie chce zadawać sobie trudu związanego z wcześniejszym zapoznaniem się z opisem filmu, doskonale zdaje sobie sprawę z własnych praw. Wie, że gdy płaci za bilet, czyni go to panem sytuacji, zaś za jego ewentualne niezadowolenie, doznane na skutek nieodpowiedniego filmu odpowiedzialność ponosi wyłącznie kino i/lub dystrubutor. Najlepszym przykładem może tu być zachowanie grupy oburzonych i zbulwersowanych rodziców, którzy popełnili karygodny błąd, zabierając swoje małoletnie pociechy na film Koralina i tajemnicze drzwi. Obraz w reżyserii Henry’ego Selicka z 2009 roku został zrealizowany na podstawie poczytnej książki Neila Gaimana, jednego z najwybitniejszych pisarzy i scenarzystów fantastyki ostatnich lat. Film opowiada o małej dziewczynce, która przez sekretne drzwi odkryte w starym domostwie, gdzie właśnie przeprowadziła się z rodziną, znajduje wejście do innego świata, zamieszkanego przez lustrzane (zwłaszcza pod względem charakteru) odbicia jej krewnych i przyjaciół z czarnymi guzikami w miejscu oczu. Igrając z baśniową konwencją, Gaiman przedstawił świat na pozór zupełnie fantastyczny, który ze strony na stronę staje się coraz bardziej niepokojący i wrogi – zwłaszcza, gdy dziecko musi walczyć z diaboliczną „drugą matką” o swą prawdziwą rodzinę, uwięzioną przez guzikookie sobowtóry po drugiej stronie drzwi. Koralina w wersji książkowej jest historią z pogranicza horroru, co w swoim filmie starał się wiernie ukazać Selick, tworząc nastrojową i klimatyczną, iście burtonowską atmosferę. Jak się okazało, spora część widzów nie doceniła jednak jego reżyserskich ambicji. Bez zapoznania się ze zwiastunami czy opisami, sugerując się faktem, iż film jest animacją pozbawioną ograniczeń wiekowych (co uważam za zdecydowany błąd dystrybutora, który, jak sądzę, wprowadzając tego typu film jako kino familijne, liczył na większy zysk) rodzice bez strachu i niepokoju wybierali się na niego tłumnie wraz z pociechami. Do czasu. W niecałe dwa tygodnie od polskiej premiery powstała nieformalna grupa protestacyjna, zrzeszająca opiekunów, których małoletnie pociechy, przerażone filmem, jeszcze długo po projekcji śniły koszmary. Powstał paradoks: ludzie, którzy jeszcze kilka dni wcześniej nie potrafili znaleźć kilku minut na sprawdzenie, czy film może być nieodpowiedni dla ich dziecka, nagle potrafili poświęcić całe godziny, a nawet dni na formułowanie petycji i rozprowadzanie ich po portalach internetowych – dla przestrogi przed „niebezpiecznym” dla dzieci obrazem. Oczywiście, głównym oskarżonym w całej dyskusji został okrzyknięty dystrybutor – wspomniany już brak ograniczeń wiekowych stał się punktem zaczepienia dla większości oburzonych rodziców, których pociechy spotkała psychiczna krzywda. Pomimo protestów, które nigdy nie wyszły poza Internet (aktywność i zapał wyczerpał się dość szybko i działania opiekunów ograniczyły się do ostrzeżeń na forach i serwisach specjalistycznych, zarówno filmowych, jak i poświęconych wychowaniu dziecka), plany dystrybucji obrazu nie uległy zmianie.


Widz bez pomysłu
Łagodniejsza odmiana widza „wymagającego” to wspomniany wyżej widz bez pomysłu – zaludniający kina zwłaszcza w sezonie letnim konsument popkultury, pozbawiony konkretnych oczekiwań co do filmu, w którego projekcji zamierza za moment uczestniczyć. Wybiera tytuł losowo, nie interesują go grający w nim aktorzy, niekoniecznie przejmuje się, o czym mówi fabuła, a recenzje i ewentualne nagrody to już zupełnie nieistotne szczegóły. Kino stanowi dla niego wyłącznie miejsce miłego wypoczynku w klimatyzowanej sali, gdzie można w przyjemny i ( o ile dokona się dobrego wyboru) niewymagający zaangażowania sposób spędzić dwie godziny. Na niego najsilniej działają chwytliwe slogany i reklamowe hasła na plakatach, które ułatwiają mu wybór obrazu – głośne nazwisko reżysera bądź wyłącznie napomknienie, że ma do czynienia z nowym filmem twórców kasowego tytułu. Oczywiście, lenistwo i brak zdecydowania niejednokrotnie prowadzą do sytuacji zupełnie niespodziewanych dla widza bez pomysłu – przykładem może być dwójka dziewcząt w wieku nastoletnim, które wybrały się na jeden z pierwszych seansów Różyczki w reżyserii Jana Kidawy – Błońskiego w krakowskim Cinema City Bonarka, przekonane, że kupiły bilety na komedię romantyczną. Zmylone plakatem, na którym naga Magdalena Boczarska zerka zalotnie jednym okiem, leżąc na rubinowej draperii, zapewne uznały, iż hasło reklamowe „Każda miłość ma swoją historię” jest bez najmniejszych wątpliwości oznaką opowieści stricte miłosnej. Jak można wywnioskować z dialogów, które prowadziły podczas projekcji (m.in. wyrażona przez nie opinia, iż „Nikt znany tutaj nie gra”) , ich znajomość nazwisk odtwórców głównych ról zaczynała się i kończyła na Robercie Więckiewiczu („ten gość z Lejdis”), co w niezłomny sposób wzmocniło ich przekonanie do słuszności tezy postawionej na widok tajemniczego i pozbawionego czytelnych odniesień do pozostałych przedstawicieli gatunku plakatu (plakaty polskich komedii, nie tylko romantycznych, powstałych w ciągu ostatnich dziesięciu lat charakteryzuje w znakomitej większości przypadków niepisana zasada stosowania m.in. białego tła i nawiązującego do poprzednich produkcji hasła reklamowego, jak np. „Żeńska odpowiedź na Testosteron!” lub „Diabeł ubiera się nie tylko u Prady ”).

W następnym odcinku: widz przypadkowy, widz - fan i widz przymuszony. Zapraszam.

sobota, 18 września 2010

170 - Gotta Catch 'Em All

Ten dzień nie zaczął się dobrze. Wstałem na ogromnym kacu i rzeczywistość trafiła mnie potężnym prawym prostym pomiędzy spuchnięte oczęta - trzeba posprzątać po imprezie. Wszamałem na szybko jakieś śniadanie i ogarnąłem bałagan. O godzinie pierwszej doczołgałem się do przystanku i, z wodą mineralną pod pachą, ruszyłem ku centrum miasta niebiesko-białym autobusem. Pochodziłem po kilku księgarniach szukając podręcznika do historii, który chyba nie istnieje (tą odważną tezę popieram faktem, że nigdzie go nie mają). Wstąpiłem na chwilę do Fankomiksu i oszalałem. A potem kupiłem komplet:

Dziwnym nie jest.