> expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 10 września 2009

Post 111 - Uliczka Tradycji




Nie masz co robić w ten weekend?





























Lubisz klimaty międzywojnia? Chcesz poczuć, jak się żyło w latach trzydziestych i poczuć ten klimat i luz? W takim razie zapraszam do Radomia na festyn historyczny "Uliczka tradycji"! Akcja jest taka, że parę ulic w mieście się zamyka i przekształca tak, aby wyglądały jak w magicznych latach 20 i 30 - jeżdżą po nich tylko dorożki i automobile, w bramach grają kataryniarze, żołnierze maszerują ulicami, muzykanci przygrywają tanga i przeboje Miecia Fogga, a w starym kinie lecą czarno białe filmy z udziałem tapera! I to wszystko przez bite dwa dni!

Tutaj dokładny program i opis imprezy. Ja będę na pewno.

poniedziałek, 7 września 2009

Post 110 - Pilipiuk w Krakowie


2. września 2009 w Krakowie w Empiku na Rynku Głównym odbyło się spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem i promocja jego najnowszej książki pt. "Homo Bimbrownikus".
Nie chwaląc się, żem tam był. Autograf zdobyłem, chwilę pogawędziłem.
O samym spotkaniu nie chcę się rozpisywać, bo jak zwykle z Andrzejem, było wesoło.
Myślę natomiast, że krótki przegląd planów Pisarza będzie tu mile widziany:
- Za rok prawdopodobnie kolejny Jakub - "W osiemdziesiąt litrów dookoła świata". Gotowe jest już 60 stron. Wszystko zaczyna się od tego, że do Juliusza Verne przychodzi Kapitan Nemo...
- Będą kolejne (5 -"Triumf Lisa Renecke",6, 7 i może 8) tomy Oka Jelenia.
- Następny zbiór opowiadań bezjakubowych (po "2856 Kroków", "Czerwonej Gorączce" i "Rzeźniku Drzew" przyszedł czas na "Dzwon Wolności")
- Nowy cykl dla młodzieży "Zakon Smoka"
- Nie wyklucza się też nowego cyklu ze starymi bohaterami (czyżby plotka o drugiej trylogii opowiadającej o Kuzynkach Kruszewskich i Monice okazała się prawdą?)

Trochę zdjęć z Valkirii:
Ja z Miszczem:

Dialog:

Pilipiuk: Dla kogo?
Ja: Dla Grzybiarza.
Pilipiuk: Czyżby Anonimowego?
Ja: Tak jakoś wyszło...
Pilipiuk: Ładny masz obrazek w avatarze.

Konkurs na Jakubowe przebranie wygrał ten oto człowiek, ściskający w drżących dłoniach Jakubowy Pak:

Podpis na grabiach - bezcenne ;)

Było jeszcze o genezie "Oka Jelenia" (którą już słyszałem 3 lata temu przy okazji promocji "Wieszać każdy może"), steampunku, co potrafili polacy w poprzednich epokach. Chętni mówili też wierszyki, czym jedna z dziewcząt zasłużyła na nagrodę (pocieszenia w Jakubowym konkursie na przebranie, bo tam przyznano tylko miejsce pierwsze - jednemu jedynemu uczestnikowi ;)) i wygrała pak.

O nowej części Jakuba wkrótce.

niedziela, 6 września 2009

Post 109- Fence for Vendetta




Tak to się robi.
Graficzka wykonana przez koleżankę z grupy.
Od piątku mogę dumnie ją nosić, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy (dosłownie i w przenośni)

sobota, 5 września 2009

Post 108- Niedzielne pogaduchy przy gramofonie- Tonedeff



“Jesteś jedyną osobą, która kiedykolwiek poprosiła mnie o przyspieszenie bitu powyżej 180 bpm. O kurdę. Dlatego wahałem się z tym podkładem podczas piosenki.
Myślałem, że chciałeś żebym go podgłośnił. Pomyslałem wtedy "co? ten świr mówi, żebym przyspieszył?"
- DJ JS-1, w e-mailu do Tonedeff'a po tegorocznym QN5 Megashow.



Tonedeff. Co tu o nim powiedzieć? Sam twierdzi, że jest pół-kubańczykiem, pół-kolumbijczykiem i nie mówi po hiszpańsku, ale za to umie rymować. A ja dodam, że jest jednym z najlepszy MC na świecie.
I to tyle.
Tony Rojas już jako 9-latek zdecydował, że popsuje sobie życie i poświęci się rapowi. Pod ksywką Tonedeff (połączenie imienia Tony i 'deaf', po angielsku "głuchy") popełniał mniejsze lub większe wyczyny, lecz wszystko i tak zmierzało do roku 1997, gdy po przeprowadzce do Nowego Jorku emce założył QN5 Music, label znany choćby z wydawania płyt takich tuz jak Cunninlynguists, czy PackFm.
Sam charakter wytwórni to to, co w hip hop'ie najważniejsze. Radość tworzenia muzyki z kumplami, mnóstwo humoru, współpraca z fanami, wypuszczanie świetnych mixtape'ów, niezwykłe koncerty. Akurat w sierpniu odbywał się jeden z QN5 Megashows, czyli czegoś w rodzaju corocznego festiwalu, gdzie pojawiają wszyscy artyści związani z wytwórnią, plus goście.
Wspominanie dyskografii Tonedeff'a też nie ma specjalnie sensu, oprócz świetnej płyty Extended Famm (zespołu stworzonego z przyjaciółmi z Qn5) pod tytułem "Happy Fuck You Songs" bo tak naprawdę apogeum swojej twórczości osiągnał w 2005. Wtedy właśnie wyszła płyta zatytułowana "The Archetype".
Album to już klasyk. Tonedeff produkuje, śpiewa, rapuje. I to jak rapuje. Potrafi być melancholijny i wybuchowy, dowcipny i ironiczny, szybki i flegmatyczny. Jeśli ktoś chce cyfr, to niech wie, że artysta wyciąga 13.5 sylaby na sekundę, co stawia go w czołówce. Technika. Tego kota trzeba usłyszeć. Strona muzyczna albumu to absolutne mistrzostwo za którą odpowiedzialny jest zarówno Tonedeff jak i tacy wymiatacze jak Domingo, czy KNO. Rozpiętość tematów aż zadziwia: mamy tu sprośną przyśpiewkę "Pervert", jeden z najpiękniejszych rapowych wyciskaczy łez "Porcelain", elektroniczną satyrę na biznes "Politics", czy w całości wyśpiewany przy akompaniamencie pieknych skrzypiec "Gathered".
Pozycja obowiązkowa.
Co robił Tonedeff przez te prawie pięć lat po wydaniu swojego opus magnum? Udzielał się w masie kawałków, wyprodukował sporo podkładów, śpiewał w refrenach, koncertował po całym świecie, wydał razem z kumplami z QN5 parę mixtape'ów i wspomagał ludzi związanych z wytwórnią.
A fani siedzą jak na szpilkach czekając na kolejne pełnowymiarowe dzieło.
"Chico & the Man", to wspólny projekt, za którego wokal odpowiada bohater dzisiejszego artykułu. Stroną muzyczną zajmuje się KNO z Cunninlynguists.
Oboje są w mojej prywatnej czołówce. Album zapowiadany na zimę.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Post 107- Komiks zombie

http://uc.greenek.com

=o

Post 106- Niedzielna pogaducha przy gramofonie- Felt.



Zabawna historia z tą kolaboracją. W 2002, Slug (Atmosphere) w ramach żartu zaproponował MURS'owi (Living Legends) zrobienie kawałka o zapomnianej aktorce młodego pokolenia, Christinie Ricci. Tak dobrze się dogadywali podczas pracy, że członek Living Legends zaprosił kumpla z zespołu, którym był The Grouch, aby wyprodukował im pełnogrający album "Felt- The Tribute to Christina Ricci".
Rzecz nie przypadła specjalnie do gustu fanom. Słuchacze skarżyli się na minimalistyczne i monotonne brzmienie, ale jak zwykle pojawiły się perełki, takie jak bardzo komiksowe The Two.
W ciagu trzech następnych lat Slug zdążył nagrać jak Atmosphere jeszcze dwie płyty, sporo ep'ek (Sad Clown Dubs) i kolejny album z MURS'em (Biram: nie wiem kiedy ten koleś śpi).
Koncepcja płyty się nie zmieniła i kolejny "Felt" ponownie dedykowano zapomnianej aktorce, którą tym razem była Lisa Bonet.
Produkcją zajął się Ant, druga połowa zespołu Atmosphere. Głównym "silnikiem" płyty są sample, które są wykorzystane prawie w każdym kawałku. Znam ludzi, którzy uwielbiają nazywać sample zrzynką i kradzieżą, ale Ant używa kompozycji Davida Portera czy Teddiego Pedergrassa w tak słodki sposób, że ja, miłośnik świadomego odświeżania starych kompozycji w kawałkach, które mogą być wg mnie esencją podkładu, byłem bardzo zadowolony.
Pozycje obowiązkowe na płycie to "Dirty Girl", singlowe "Early Mornin' Tony" (warto sprawdzić, choćby ze względu na komiksowy teledysk), "Marvin Gaye", "The Biggest Lie" i kończąca album solowa petarda MURS'a "I Shot a Warhol".

Parę tygodni temu, na oficjalnej stronie Rhymesayers wyciekła informacja o trzecim albumie Felt i pierwszy kawałek o nazwie Protagonist. Artyści nie chcieli ujawnić kto tym razem zajmie się produkcją i czyje nazwisko będzie nosić kawałek.
Oczywiście fani (muahah) błyskawicznie odgadli postać producenta- Aesop Rock! (Def Jux), a na dniach artyści oficjalnie wyjawili imię gwiazdy- Rosie Perez.
Czekamy i się jaramy

czwartek, 27 sierpnia 2009

Post 105 - Henri Dessire Landru


Kochamy seryjnych morderców. W literaturze, kinie, komiksie. Kochamy ich wymyślone i prawdziwe, lecz doprawione szczyptą mitu biografie, historię zbrodni i opisy smutnego losu, jaki spotkał ofiary krwawej żądzy. Ach, ci wielcy, legendarni oprawcy (na dobrą sprawę w większości przypadków mieli po prostu dobrze rozkręcony marketing – głośne procesy, niewyjaśnione zagadki itp., bo liczby ofiar zazwyczaj nie były aż tak imponujące, jak na kontach wielu zapomnianych przez historię i prasę psychopatów, których zabójstwa liczyło się w tuzinach). Jednym z nich, był „Sinobrody z Gambais” – podejrzany o zamordowanie 11 kobiet w swojej letniej rezydencji paryżanin Henri Desire Landru. Francuska wersja Kuby Rozpruwacza doczekała się komiksu Chaboute’a, dzięki któremu mało u nas znana postać krwawego Francuza dostała szansę na zaistnienie w publicznej świadomości (a na pewno wśród czytelników komiksów). W odróżnieniu od „Wyspy Burbonów”, tutaj Egmont serwuje nam śliski, kredowy papier, z niezwykle nasyconymi czerniami, które aż cieszą oczy przy kresce alzackiego komiksiarza.
Historia jest prosta. Aż za prosta. Jest tytułowy bohater, drobny oszust, jest inny oszust, dezerter, bardziej bezwzględny i złowieszczy, a w dodatku oszpecony, kryjący swą pooraną eksplozją szrapnela twarz za bandażami. I tyle, bo więcej postaci nie ma. Są niby jakieś pospieszne szkice bohaterów, ale większość (no dobra, wszyscy) to tylko tło dla dwóch wyjętych spod prawa gentlemanów. A właściwie na to miano zasługuje wyłącznie Landru – zawodowy Don Juan, dla pieniędzy umawiający się z owdowiałymi na skutek wojny kobietami. Obaj panowie mają cwany sposób na pozyskiwanie pieniędzy, z wykorzystaniem uwodzicielskich zdolności Henriego. Jednak okazuje się, że kombatant o wyglądzie Darkmana wiąże z bogatymi wdówkami także swoje własne, mroczne plany....

SPOILER.
I potem i tak za wszystko dostaje Henri. Niby jest coś o spisku, coś o machinacjach, jakieś bajki i fantazje, że rzekomo to ukartowane, że to nie tak, że nakręcone, że ktoś z wyższych sfer..... Pełno banialuków. Zresztą, i tak to nieważne – czytelnik przecież wie, że skończy się tak, jak się skończyć ma i żadne scenariuszowe fikołki tutaj nie pomogą. A co więcej, drażnią. Bo to, co wyszło w „From Hell” (czyli tajne machlojki i intrygi na najwyższych szczeblach władzy, które prowadzą do zbrodni), tutaj są potraktowane tak skrótowo i szkicowo, że mogłoby ich wcale nie być. Dobrze zbudowane jest napięcie, ale autor w pewnym momencie niepotrzebnie zaczyna rozwlekać akcję – fakt, jest coś przerażająco rytmicznego w kolejnych sekwencjach zbrodni, jednak od pewnej chwili zaczyna to być uparte wygrywanie tego samego motywu wciąż i wciąż, bez urozmaicających go akordów. Potem wszystko za to leci tak z kopyta, że nie ma nawet czasu na skupienie się – i autor też go zapewne nie miał, bo końcówka szeleści sztampą i bałaganem zarazem – coś się dzieje, nie wiadomo jak i co i z kim i kto i dlaczego on nie pali tych papierosów. Szkoda.

PO SPOILERZE

Podsumowując – ten komiks nie jest zły. Ma świetną grafikę i niezły klimat. Po prostu nieco mnie rozczarował – zbytnią sztampowością, prostotą intrygi i przede wszystkim – fałszowaniem. Bo to nie jest autorska wizja historii znanego mordercy, tylko znany morderca (no dobra, podejrzany o morderstwo) w bajce wymyślonej przez Chaboute’a i nieszczególnie popartej prawdą historyczną. Szkoda, że brak choćby przypisów, które elementy fabuły są prawdziwe, a które zmyślone- posłowie niewiele pomaga. Niemniej i tak warto kupić – choćby po to, aby dać się przenieść dzięki rysunkom w czasy belle epoque.